wtorek, 28 października 2014

Wroc...law - 5 lat później.




Mamy okrągłą rocznicę. Dokładnie 5 lat temu we Wrocławiu wielu z nas bawiło się na koncercie Porcupine Tree. Pierwszym z dwóch jakie zagrali w Polsce na tamtej trasie i póki co przedostatnim w ogóle. Koncert ten był moim pierwszym koncertem PT i Wilsona w ogóle. Tak po prostu wyszło. Kilka lat wcześniej grali niemal pod moim domem w Łodzi, a ja z jakiegoś powodu nie poszedłem. Szkoda gadać. Bilet na Wrocław zakupiłem kiedy tylko była taka możliwość i przez jakieś 4 miesiące tenże bilet spoglądał na mnie z biurka i mówił „to Twój pierwszy koncert PT, zacznij sobie tworzyć w głowie oczekiwania z kosmosu”. I tak też było. Podobno pierwszy raz zawsze boli. Ten bolał pod wieloma względami. Miesiące zleciały szybko, w międzyczasie został wydany „The Incident”, który szczęśliwie spodobał mi się od pierwszego przesłuchania. Było to istotne, ponieważ Wilson zapowiedział, że nowa płyta będzie grana w całości. Kiedy trasa wystartowała, śledziłem zmiany w secie codziennie. Pamiętam niezdrowe podniecenie widząc takie utwory jak Buying New Soul czy Normal (Russia on Ice w skróconej wersji mimo wszystko niepokoiło). Jeszcze większe kiedy na niewiele ponad 2 tygodnie przed Wrocławiem w Belgii pojawiło się Stars Die. Oczekiwania zaczęły powoli mijać kosmos i docierać w rejony nie nazwane przez człowieka. Z perspektywy czasu widzę, że ciśnienie było ogromne, zdecydowanie zbyt ogromne bo w mojej głowie zaczął tworzyć się scenariusz koncertu, którego nikt nikomu nie obiecywał.
Tak czy inaczej dzień wcześniej zjawiłem się we Wrocławiu i spędzałem miło czas. Jest to miasto piękne i czuje się do niego przywiązany ze względu na to, że moja mama się tam urodziła i wychowała. Sam spędziłem tam dużo czasu jako maluch. Zmieniając otoczenie z Łodzi na Wrocław naprawdę czuć wielką różnicę. Wieczorem w dzień koncertu, w dobrym nastroju udaliśmy się małą gromadą w stronę Orbity, a przynajmniej tak się wydawało bo nikt z nas tam jeszcze nie był. Hala mieści się na względnym zadupiu i chociaż daleko jej do lokalizacji starej Progresji w Warszawie, to musieliśmy przedzierać się przez konkretne chaszcze zanim ukazało się poszukiwane miejsce. Pamiętam sklepik i wieko od werbla z autografami za srogie pieniądze. Pamiętam, że wizualnie Orbita robiła bardzo dobre wrażenie. Rzecz w tym, że jest to obiekt sportowy i akustyka jest w takich miejscach średnia.
O supporcie – Rose Kemp – powiedziano/napisano już wiele. Sama Rose operuje dosyć operowym wokalem, ale w połączeniu z fatalnym nagłośnieniem i akustyką nie dało się znieść kiedy śpiewała wysoko (a robiła to często). Reszta zespołu niczym się nie wyróżniała poza basistą, który trzymał gryf od góry. Jeśli chodzi o muzykę, to pamiętam powolne, super ciężkie, doom metalowe utwory.
Było naprawdę ciężko, podłoga drżała jak przy trzęsieniu ziemi. Ogólnie nie był to koncert tragiczny. Niestety sporo czynników złożyło się na to, że występ Rose Kemp był nie tylko ciężki w brzmieniu, ale tez ciężki w odbiorze. Po słynnym komunikacie na temat zakazu nagrywania bootlegów (z przesłaniem w stylu - jeśli widzisz, że ktoś nagrywa, bij go) zaczęło się intro. A razem z nim kolejna fala ekscytacji. Nie będę drobiazgowo streszczał koncertu, setlista znajduje się poniżej. Nagłośnienie było kiepskie i utwierdziłem się w tej opinii po koncercie w Łodzi. Mimo to The Blind House zrobiło duże wrażenie i wbiło mnie w ziemię. Do tego przełamała się pewna bariera, która dzieli fana i zespół, dopóki ten pierwszy nie pójdzie na koncert drugiego. Brzmi to banalnie, ale moment, w którym po raz pierwszy widzi się tych facetów na scenie, „żywych”, na wyciągnięcie (prawie) reki jest definitywny i zawsze zmienia perspektywę. Niestety po odegraniu „The Incident” i po przerwie, która nastąpiła, Porcupine Tree zaczęli niszczyć obraz idealnego koncertu, który stworzył się w mojej głowie. Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka, ale wtedy czułem się jak balon, z którego powoli schodzi powietrze. Zamiast Stars Die był Lazarus. Zamiast Buying New Soul było Russia On Ice zagrane do połowy. Zamiast Normal było Way Out Of Here, jeden z niewielu utworów PT, których po prostu nie lubię (nie mówiąc o emo projekcji). Zabawne, że w zasadzie z większości zamienników bym się cieszył gdyby w secie były również kawałki na które czekałem. Przy bisie w postaci The Sound of Muzak i Trains trochę mi przeszły fochy, ale generalnie moje uczucia po koncercie były mieszane. Ten tekst jest też przestrogą dla wszystkich, którzy za bardzo nastawiają się na pewne rzeczy. Oczywiście to jest coś czego nie da się kontrolować, ale przewidywanie setlisty przypomina zazwyczaj ruletkę. Porcupine Tree zagrali większość z wyczekiwanych przeze mnie utworów w Łodzi rok później i dzięki temu z perspektywy czasu o wiele milej wspominam Wrocławski koncert niż 5 lat temu.
Trudno też było przewidzieć, że po zakończeniu trasy rozpocznie się dla grupy długa przerwa, która nadal trwa i nie widać jej końca. Później dowiedziałem się, że Stars Die grali tylko w salach z doskonała akustyką zatem Orbita była spalona na starcie. Kręciłem tez nosem, że zamiast Bonnie The Cat zagrali Remember Me Lover, ale i to nadrobiłem w Łodzi i jestem zadowolony, że we Wrocławiu było co innego. Zwłaszcza, że Remember Me Lover nie był tak często wykonywanym utworem. Pamiętam, że po występie trzeba było się jakoś z okolic Orbity wydostać, a było już późno więc nie czekaliśmy na zespół. Z relacji fanów można się było potem dowiedzieć o słynnym sprincie Stefana do busa. Podobno się pochorował i chciał jak najszybciej wskoczyć pod koc, taka jest przynajmniej oficjalna wersja. Reszta potulnie podpisywała wszystko co się da. Co zabawne, to właśnie podpisy reszty zespołu są teraz trudne do zdobycia, zwłaszcza w porównaniu z uroczystą sesją autografową, którą Wilson odbębnił w Poznaniu i Zabrzu w 2013 r.
Kończąc wspominki z końca października 2009 r., wiele osób uznaje Wrocławski koncert PT za jeden z najsłabszych jakie zagrali w Polsce. Ja mimo wszystko wspominam go miło. To był ten pierwszy i chociaż bolało, to ostatecznie myślę o tym występie ciepło. Od tamtej pory widziałem SW 10 razy z różnymi zespołami, ale ten pierwszy koncert zawsze będzie solidnie wyryty w mojej pamięci. Współczuję fanom, którzy poznali Porcupine Tree po 2010 roku. Na kolejny występ tego zespołu będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.

Ps.: bootlegu z tego koncertu nie ma, a przynajmniej nic mi nie wiadomo o istnieniu takowego.

Ps.2: tłukąc się zapchanym pociągiem z Wrocławia do Łodzi, słuchałem przez całą podróż "Wild Opery" no-man. To chyba najlepsza płyta Stefana na tę porę roku.

Setlista z Wrocławia (28 października 2009)

01 - 14. The Incident
15. The Start of Something Beautiful
16. Russia on Ice
17. The Pills I'm Taking
18. Remember Me Lover
19. Strip The Soul
20. .3
21. Lazarus
22. Way Out Of Here
...........................
23. The Sound of Muzak
24. Trains

piątek, 17 października 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.4: bootlegi


Do momentu zakończenie kolejnej trasy, FoaBPTour był niekwestionowanym królem wzgórza pod względem rozpiętości repertuaru, a ilość wydawnictw dokumentujących ten turnus (Ilosaarirock, We Lost The Skyline, Anethetize i Atlanta) to kolejny rekord. Oczywiście wiele z granych utworów pozostało w archiwum (między innymi Mellotron Scratch, The Sky Moves Sideways, Stars Die czy Waiting) i w tym miejscu przychodzą z pomocą nasze kochane bootlegi, których z Fear of a Blank Planet są tony. Czasy się zmieniają, technologia idzie do przodu, itd. Koncert może nagrać każdy nawet na telefon komórkowy. Porcupine Tree jednak również się zmieniło i począwszy od tamtej trasy zaczęło ostro tępić wszelkie próby rejestracji koncertów przez publiczność. Od razu przypomina mi się nazi-ochrona, która chodziła z latarkami po sektorach na obu solowych trasach SW i gnoiła równo każdego kto dzierżył w ręce aparat (w 2013 było już naprawdę agresywnie). Na FoaBPTour nie było jeszcze tak źle, ale wpływ Roberta Frippa na Wilsona był wyraźny. W tamtym czasie kolekcjonerskie grono fanów PT czuło się na prawdę osaczone i trochę zdezorientowane bo do tej pory Wilson nie miał żadnego problemu, ani z nagrywaniem koncertów, ani z ewentualną wymianą (nie mówimy tu o sprzedaży). W okolicach „The Incident Tour” pod naciskiem Wilsona i Roadrunner zamknięto największą bazę danych dotyczących bootlegów Porcupine Tree – stronę The Creators of Mastertapes, która nie oferowała żadnych nagrań w mp3/flac, a jedynie gromadziła informacje na ich temat. Oczywiście PT Ltd. próbowało w późniejszych oświadczeniach odwrócić kota ogonem, ale co się stało już się nie odstało. Co ciekawe, na ostatniej solowej trasie Stefan sam wspominał ze sceny, że nawet premierowe utwory można nagrywać, a on prosi jedynie o to aby ich nie rozpowszechniać w necie. Wyglądało to dosyć śmiesznie gdy w tym samym czasie gromady ludzi z latarkami polowały na każde urządzenie zdolne do rejestracji audio/video, ale to już „temat na inny temat”.
Wracając do bootlegów z trasy 2007/2008, mimo całej nagonki jest w czym wybierać. Wyjątkowo zacznę od bootlegów wideo, bo w przypadku tej trasy jest to też główne źródło dobrej jakości bootlegów audio. Paradoksalnie podstawą jest tutaj nagranie, które wypłynęło kilka miesięcy temu (po prawie siedmiu latach), koncert z Kolonii (04.12.2007). Nie mam pojęcia kto jest odpowiedzialny za tę rejestrację, ale jest ona w stu procentach profesjonalna zarówno pod względem dźwięku jak i obrazu. Okoliczności, w których ten materiał powstał również nie są znane. Kilka miesięcy temu nagranie po prostu pojawiło się na stronie Qello Concerts, a za przyjemność obejrzenia całości trzeba było zapłacić wpisowe (5$ za miesięczny dostęp do wszystkich materiałów na stronie), ewentualnie sprawdzić jeden utwór za darmo. Jak to bywa w dzisiejszych czasach, rip szybko znalazł się w sieci tak żeby każdy mógł mieć to cudo na dysku.
Jak to zatem wygląda. Koncert nie jest dostępny w całości (co nie znaczy, że całość nie została nagrana i nie leży gdzieś w archiwum), z szesnastu zagranych kawałków możemy zobaczyć siedem, ale na szczęście pominięto te najbardziej ograne utwory, a zamieszczono jedne z największych rarytasów tej trasy, w tym The Sky Moves Sideways i Waiting. Wiadomo, że sam fakt rejestracji przez TV/Radio/itp nie świadczy o tym, że materiał będzie na prawdę dobrej jakości, ale w przypadku Kolonii wszystko jest tutaj idealne, do tego stopnia, że może ona śmiało stanowić doskonałą alternatywę dla wszystkich znużonych już oglądaniem Anesthetize. Siedzę w temacie bootlegów od kilkunastu lat i jestem przyzwyczajony, że niezwykłe nagrania wypływają nawet po dekadach, ale mimo to nadal byłem w szoku oglądając ten koncert. Polecam zarówno wideo, jak i audio wyciągnięte z tego nagrania. Oprócz tego jest jeszcze materiał z Voodoo Festival, który odbywa się w Nowym Orleanie (26.10.2007). Zapis występu Porcupine Tree jest pod wieloma względami specyficzny. Obraz jak obraz, dosyć typowy dla rejestracji koncertu festiwalowego (może to nie Opole, ale momentami wygląda zabawnie). Audio natomiast jest ciekawe. Wszystko słychać dosyć dobrze, momentami ulega się iluzji jakby koncert odbywał się w małym pokoju, czasami dźwięk jest odrobinę przytłumiony, ale nie jest tragicznie. Co jednak najciekawsze, jest to chyba jedyne nagranie jakie słyszałem gdzie naprawdę wyraźnie słychać co gra Colin. Jako, że audio jest w dużym stopniu pozbawione niskich tonów, to zamiast charakterystycznego buczenia możemy wyraźnie usłyszeć melodie brzdąkane na basie. Będziecie zaskoczeni jak wiele fajnych rzeczy gra Colin, a jak niewiele z tego dociera do nas. Gavin skarżył się swego czasu na forum House of Drumming, że mieli miejscowego dźwiękowca, który nieświadomie położył całe brzmienie.
Jest jeszcze jedno nagranie przy czym nie jest to typowy koncert ponieważ PT odbyli sesję w BBC (13.04.2007, prawdopodobnie pierwszą taką od czasów Signify). Istnieją dwa bootlegi z tego dnia, które sprawiają mi trochę kłopotu. Jeden zawiera środkową część Anesthetize (The Pill's I'm Taking), Fear of a Blank Planet oraz Halo. Drugi natomiast zamiast Halo ma Sleep Together i zasadniczo nie jest bootlegiem ponieważ był udostępniony dla członków Residents of a Blank Planet. Nie mam pojęcia o co w tym chodzi, zwłaszcza, że utwory na pewno pochodzą z tej samej sesji. Uczulam zatem, że warto poszukać obu zestawów. Niestety to wszystko jeśli chodzi o profesjonalne nagrania zarówno video jak i audio, ale ilość oficjalnych wydawnictw z tej trasy stanowi wystarczającą rekompensatę. Zabierzmy się zatem za produkcje partyzanckie, których z tej trasy jest bardzo dużo. Paradoksalnie, im bardziej Wilson próbuje to tępić, tym więcej ludzi nagrywa. Jako, że nagrań dobrej jakości jest sporo, to nie będę wymieniał wszystkich, a skupię się na moich ulubionych koncertach i na tych, podczas których wydarzyło się coś interesującego (musicie polegać na mojej opinii). Warto zatem posiadać bootleg z występu w Seattle (08.05.2007).
Jakość jest ok, ale nie to robi to nagranie. Pisałem już wcześniej w jakich okolicznościach na trasie zadebiutowało Trains, posypał się komputer od wizualizacji i trzeba było kupić trochę czasu żeby go zresetować (jeden z przykładów na to, że obecność wizualizacji nie zawsze wychodzi na dobre). Zanim jednak zespół ruszył z Trains, Stefan stwierdził, że może zagrać coś akustycznie. Ktoś z publiczności krzyknął Voyage 34. Wilson podłapał i zaczął przez chwilę grać V34 na gitarze akustycznej, po chwili dołączył do niego Gavin. Ten kabaretowy moment przeszedł do historii, publiczność w Seattle dostała najwięcej Voyage 34 od 5 lat (całe 16 sekund). W Orlando (03.10.2007) PT zagrali Shesmovedon (jedno z dwóch wykonań na FoaBP Tour). Z tej części trasy warto mieć bootleg z Nowego Jorku (13.10.2007), zaznaczam jednak, że istnieje więcej niż jedna rejestracja. Piszę o wersji zarejestrowanej przez „pt” (tak, to pseudonim nagrywającego). Bardzo dobra jakość i setlista z utworem, który nie pojawiły się na oficjalnych wydawnictwach koncertowych – Nil Recurring.
Następnie Londyn (09.11.2007), doskonała jakość (ciepłe brzmienie, dobre basy) i ponownie doskonały zestaw utworów, w tym Waiting, Nil Recurring i The Sky Moves Sideways. Bootleg z Monachium (14.11.2007) jest na równie wysokim poziomie, brakuje mu tylko TSMS. Doskonale się go słucha. Podobną jak w Londynie setlistę ma koncert z Poznania (28.11.2007), jakość również jest niezła. Uczulam jednak, że są dwa bootlegi z Areny. Jeden lepszy jakościowo, ale przegadany (ktoś nawet zwraca gadającym uwagę w trakcie, ale bezskutecznie). Drugi bez gadania, ale słabszej jakości. Mimo to polecam sprawdzić. Podobnie jak Tampere (16.12.2007). Podczas australijskiego objazdu w pierwszej połowie 2008 roku nie działo się zbyt wiele, natomiast jeśli chodzi o ostatnie odnóże trasy (październik 2008), to polecam wszystko jak leci. Prezentowane utwory, to rarytasy, a szczęśliwie 90% bootlegów z tych występów to wysokiej jakości nagrania. Warto zwrócić uwagę jak rozwijało się Stars Die podczas pierwszych pełnych wykonań i jak Colin po raz pierwszy grał refren Sleep of No Dreaming tak jak na płycie. Smaczków jest wiele.
Na zakończenie obszernego opisu Tour of a Blank Planet mogę dodać tylko to, że była to jedna z najlepszych i największych tras Porcupine Tree. Zespół nie zapomniał o fanach preferujących starsze albumy, a jednocześnie prezentował całość materiału z nie jednego, ale dwóch premierowych wydawnictw. Pod względem rozpasania przebija ją tylko trasa The Incident Tour. To o niej następna seria tekstów.

poniedziałek, 29 września 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.3: Anesthetize



„Anesthetize” to ciekawostka przyrodnicza. Teoretycznie jest to film dokumentujący koncert z trasy „Fear of a Blank Planet”, ale w praktyce jest to dokumentacja samej trzeciej odnogi i to dosłownie.
Osoba, która nie jest zorientowana w zawiłościach repertuaru zespołu w latach 2007/2008 przyjmuje, że zamieszczone na „Anesthetize” kawałki były podstawą trasy „FoaBP Tour”, ale tak nie było. Takie utwory jak Sleep of No Dreaming, Normal czy Prodigal nie pojawiły się setliście aż do października 2008, a ich wykonania były nieliczne (dla przykładu: 5 wykonań Sleep of No Dreaming na około 113 koncertów całej trasy). Zdecydowanie bardziej reprezentatywnymi wydawnictwami (mimo, że nie tak okazałymi) są „Ilosaarirock” i „Atlanta”, które zostały jednak wydane ze znacznie mniejsza pompą niż „Anesthetize” (pierwszy jako fanclubowy exclusive, a drugi jako pomoc w zbiórce pieniędzy dla ś.p. Micka Karna). Nie chcę żeby to wyglądało tak jakbym usilnie czepiał się „Anesthetize”, ale nadal pozostaje ono dla mnie ciekawostką przyrodniczą, zwłaszcza, że repertuar dobierany na to odnóże był ewidentnie repertuarem układanym pod dvd, zatem jeszcze bardziej odbiera to naturalnego charakteru dokumentu z trasy.
Nie ukrywam, że nie jestem wielkim miłośnikiem twórczości Lasse Hoilego. Turpistyczna twórczość tego sympatycznego holendra zaczęła mnie nudzić już przy Deadwingu, a zmontowane przez niego „Arriving Somehwhere...” zdołałem obejrzeć w całości raz (przez te wszystkie lata) i nadal uważam, że to jedno z najgorzej zrobionych dvd koncertowych jakie widziałem. Podejrzewam, że Lasse też po cichu stwierdził, że to nie był udany eksperyment ponieważ przy „Anesthetize” całkowicie zrezygnował z nakładania tandetnych filtrów i postawił na tradycyjną formę. Po obejrzeniu gotowego materiału przebaczyłem Hoilemu „Arriving Somewhere...” i do dziś chwalę to co zrobił przy dvd/bd z 2010. Doskonały dobór ujęć, zbliżenia w trafnych momentach i ogólna płynność całości przekonały mnie, że Lasse to twórca nieprzeciętny. To by było na tyle z „recenzyjnego” elementu tego tekstu. Co się zatem wydarzyło w październiku 2008 w klubie 013:

15.10.2008

01. Fear of a Blank Planet
02. My Ashes
03.
Anesthetize
04.
Sentimental
05. Way Out Of Here
06.
Sleep Together
….......
07. Normal

08. Stars Die
09. What Happens Now?
10. Open Car
11. Dark Matter
12. Wedding Nails
13. Half-Light
14. Sever
15.
Blackest Eyes
….
15. Sleep Of No Dreaming
15. Halo


16.10.2008

01. Normal

02. Drown With Me

03. Stars Die
04. Cheating The Polygraph
05. Anesthetize

06. Prodigal

07. Wedding Nails
08. Strip The Soul / .3
09.
Half-Light
10.
Sever
11.
Way Out Of Here
12. Sleep Together
…...
13.
Fear of a Blank Planet
14. Trains
…...
15. Sleep Of No Dreaming

16.
Halo

Pozwoliłem sobie zaznaczyć na fioletowo utwory, które zostały wykorzystane na dvd, oraz na zielono te, które zostały kompletnie olane, mimo że były grane nawet dwukrotnie (Stars Die). Bez koloru pozostały utwory, które musiały ustąpić odpowiednikom z innej nocy. Jak widać lwia cześć wydanego materiału pochodzi z drugiej. Łącznie cztery utwory z obu „Tilburgów” zostały pominięte przy układaniu tracklisty dla dvd Anesthetize, były to: Open Car, Trains, Blackest Eyes i Stars Die. Wyraźnie odstaje tutaj Stars Die, ponieważ o ile każdy z trzech wcześniejszych utworów pojawił się na dvd Arriving Somewhere..., to Stars Die nie miało takiej możliwości ponieważ było premierą w zestawie i mimo dwukrotnego odegrania Wilson zdecydował się zostawić te wykonania w szufladzie (co stanowiło uzasadniony powód do rozczarowania). Gdyby nie przeforsowane przez resztę zespołu „Octane Twisted” z 2012, to nadal nie mielibyśmy profesjonalnej jakości audio z wykonania tego kawałka. Jeśli chodzi o resztę to można się raczej cieszyć ponieważ uchroniło to wydawnictwo przed niepotrzebnymi powtórkami, zwłaszcza, że poza „Arriving Somewhere...”, to całe trio zaliczyło występ na „Ilosaarirock” wydanym pół roku wcześniej.
Co zatem z resztą zestawu? Dlaczego te, a nie inne wykonania? W przypadku niektórych odpowiedź jest prosta, a w innych można się tylko domyślać. Na pierwszy rzut idą utwory, które wykonane zostały tylko raz i nie ma tu żadnego problemu z ustaleniem tego kiedy zostały wykonane.

What Happens Now?
Cheating The Polygraph
Dark Matter
Prodigal
Strip The Soul / .3
Drown With Me

2 z pierwszej nocy i 4 (na upartego 5 jeśli liczyć Strip The Soul i .3 oddzielnie) z drugiej, łącznie 6.

Pozostają nam:

Fear of a Blank Planet
My Ashes
Anesthetize
Sentimenatal
Way Out Of Here
Sleep Together
Normal
Wedding Nails
Half-Light
Sever
Sleep of No Dreaming
Halo

Źródło ustalałem na słuch. Mimo że posiadam bootleg tylko z pierwszej nocy, to dało radę ocenić co jest, a co nie jest obecne na ostatecznym wydawnictwie chociaż należy też wziąć poprawkę na to, że Wilson mógł miksować elementy z dwóch wykonań. Najlepszym przykładem jest akustyczny finisz Normal, który pierwszej nocy Wilson gra na żywo dwukrotnie ponieważ nie był zadowolony z tego jak wyszło. Sleep of No Dreaming z pierwszej nocy padł ofiarą wpadki Stefana podczas solówki. Jest też zapewne dużo wpadek, które trudno wysłyszeć gołym uchem, a jednak od strony zespołu są one zauważalne i irytujące. Warto pamiętać, że PT dosyć odważnie napakowali setlistę trasowymi (i nie tylko) premierami. Równie dobrze mogli odegrać materiał dobrze przećwiczony przez ostatnie półtora roku, ale z jakiegoś powodu zdecydowali się na bardzo atrakcyjne zmiany w repertuarze i chwała im za to. Montowanie koncertu z kilku nocy zawsze sprawia, że daje się odczuć reżyserię przez montaż i nienaturalny przebieg występu. Na „Anesthetize” powycinano praktycznie wszystkie wypowiedzi Wilsona między utworami, a wierzcie mi, gadał dużo. Było sporo żartów, auto-trollingu z okazji kręcenia filmu i dialogów z publicznością. Wszystko to zachowało się na bootlegu, a na "Anesthetize" zostało z tego kilka zapowiedzi utworów (ograniczających się do "this song is called "....""). Szkoda, ponieważ gadatliwość jest charakterystyczną cechą Bosego i usunięcie jego wypowiedzi nie wpłynęło dobrze na ten film. Myślę, że nikt z fanów nie narzekałby gdyby utwory nie następywały po sobie od razu, jak na płytach. Ogólnie jednak moje odczucia względem „Anesthetize” są pozytywne. Nie jest to może idealna wizytówka trasy, ale na pewno dobra wizytówka zespołu. Lasse nie dał tym razem ciała, koncert ogląda się świetnie, a jak już kiedyś pisałem, Porcupine Tree to zespół, którego lepiej się słucha niż ogląda. Hoile dokonał cudu i sprawił, że ten materiał wchodzi bez wazeliny.
Jako dokument z trasy jest to jednak jeden z kilku elementów układanki. O reszcie (pozostałych oficjalnych wydawnictwach i bootlegach) będzie w następnym wpisie. "Anesthetize" zostało wydane w wielu wersjach, w tym ściśle limitowanej dwukolorowej książkowej (z dodatkowym dyskiem i dwupłytową wersją audio z bonusem Prodigal). Zwykła (dvd lub bd) była dostępna w sklepach i na koncertach (gdzie sam kupowałem). Premiera różnych wydań miała miejsce na przełomie maja i czerwca 2010 r.

piątek, 12 września 2014

It was born in 09, the year of Bad Romance and Blur's reunion: The Incident - 5te urodziny



Dziś (plus/minus) swoje piąte urodziny obchodzi płyta The Incident, która nadal jest najnowszym albumem Porcupine Tree. Brzmi to upiornie, ale większość fanów zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że jest to ostatni zawodnik w sztafecie, a następnego póki co nie widać. Nie chcę na te piąte urodziny pisać spóźnionej recenzji więc napiszę tylko tyle, że płyta od początku mi się podobała. Każdy ma swoje wspomnienia związane z Incydentem, ja mam bardzo miłe. Pomyślałem, że przy okazji tej okrągłej rocznicy, spróbuję przybliżyć jak kształtowało się tworzenie tego albumu (oczywiście na ile pozwalają mi zdobyte informacje). Podkreślam od razu, że w miejscach gdzie pojawiły się znaki zapytania starałem się samemu poskładać wydarzenia do kupy posługując się różnymi poszlakami (wypowiedziami Wilsona, datami, czy po prostu wnioskami, do których dochodziłem na chłopski rozum). The Incident to płyta nietypowa, a sam pomysł na jedną dłuuugą suitę był ryzykowny i ostatecznie nie został zrealizowany bo, powiedzmy sobie szczerze, jest to po prostu zestaw sklejonych ze sobą utworów (a też nie zawsze) z czego tylko dwa mają wspólny mianownik – gitarowy riff (określenie song-cycle, którego potem Wilson używał jest znacznie bardziej adekwatne). Nie jest to moim zdaniem wielka wada, ale Wilson napompował przed premierą wielki balon, z którego powietrze szybko uleciało. Myślę, że między innymi to jest powodem niechęci wielu ludzi względem tej płyty. Sam Steven od tamtej pory kręcił na nią nosem, ale robił to samo względem Lightbulb Sun więc niech się kisi w swoich artystycznych rozterkach bo jego perspektywa (autora) nie ma wiele wspólnego z moją (odbiorcy). Ponudziłem trochę (mimo wszystko) więc wróćmy do sedna tego tekstu. Lubię kiedy Wilson rzuca się na coś co nie jest do końca pewne, ale ekscytujące. Po wykalkulowanym i przećwiczonym na trasie prawie rok przed wydaniem Fear of a Blank Planet, taki eksperyment był potrzebny.
Według informacji zwartych w książeczce do Incydentu, proces komponowania/nagrywania rozpoczął się we wrześniu 2008 roku. Na przełomie sierpnia i września odbyła się mini trasa no-man (3 koncerty). Po powrocie z tego małego objazdu, Wilson zamknął się w swoim No Man's Land II i zaczął „demować” nową muzykę Porcupine Tree. W październiku obyła się ostatnia odnoga trasy Fear of a Blank Planet więc z oczywistych względów nic wtedy nie powstało (z tego co wiem Wilson nie należy do muzyków piszących w trasie). Zostały mu zatem niecałe ostatnie dwa tygodnie października, oraz listopad. Trzeba jednak pamiętać, że 20tego listopada miała miejsce wstępna premiera (dla pre-orderowców) pierwszej solówki Wilsona Insurgentes, co też z pewnością odwracało jego uwagę od pracy. W tym okresie powstało zapewne Remember Me Lover oraz pomysły muzyczne, które zostały wykorzystane przy tworzeniu songsajklu The Incident. Jakoś w połowie grudnia Porcupine Tree zebrali się w położonym na wsi studiu Monkey Puzzle House. Jest to obiekt rezydentalny zatem zespół mieszkał tam przez około 2 tygodnie i miał dużo czasu żeby pracować nad muzyką. Chyba, ze akurat nie pracował, a z tego co można przeczytać na stronie, studio oferuje: a lounge with Sky TV, DVD player, a pool table and darts board. There is a kitchen situated off of the lounge. Outside in the garden, there is a barbeque, a large pond and a lawn with 5 a side football goals.
Właśnie podczas tych grudniowych sesji wypłynęły utwory, które ostatecznie znalazły się na bonusowym dysku: Bonnie The Cat, Flicker i Black Dahlia. Zostały one (w większości) skomponowane na miejscu przez cały zespół. Większość z Was wie, że Bonnie The Cat zyskało swój tytuł ze względu na kotkę, która chodziła po studiu. Utwór mógł jednak równie dobrze nazywać się Hugo The Dog ponieważ w Monkey Puzzle House mieszka też cichy realizator, pies Hugo.

          

Jeśli chodzi o Black Dahlia, to historia przypomina odrobinę tę z My Ashes. Richard Barbieri przyniósł demo nagrane na pianinie, a Wilson w ciągu dwóch godzin zrobił z tego piosenkę. Rysio:

I brought that track in more or less complete. Just to show you how Steven works, he said, “Ah, ok, that sounds good.” We were in a residential studio at the time, so we all had rooms within the same building. So he said, “Look, why don’t you guys work on something else and, in the meantime, I’ll just go up to my room with a laptop.” And he came down about two hours later with the song—the lyrics, the vocal lines, the harmonies, everything.

Grudniowa sesja zakończyła się nagraniem (w całości lub w znacznej części) utworów z drugiego dysku The Incident, oraz pracą nad muzyką, która ewoluowała ostatecznie do gigantycznych rozmiarów. Pierwsza jakakolwiek publiczna wzmianka o nowym albumie pojawiła się 3 grudnia 2008 r. przy okazji zapowiedzi koncertu w Londynie (9 października 2009 r.). Zaznaczono wtedy nieśmiało, że występ odbędzie się w ramach promocji nowego materiału. Właściwa zapowiedź albumu (choć nadal bardzo wczesna) pojawiła się na stronie Porcupine Tree 16tego grudnia. Ogłoszono wtedy, że zespół jest właśnie w wiejskim studiu, pracuje nad utworami, i że: recording of these pieces and a new 35 minute SW song cycle is due to start in February, and tour plans are being put in place from September onwards following release of the new album.
Ostatecznie część materiału została nagrana już w 2008, a w lutym 2009 zespół pracował już nad kolosem. W styczniu Wilson kontynuował pracę nad tą muzyką poza drugą połową miesiąca kiedy pojechał w mini trasę z Avivem Geffenem. W lutym Porcupine Tree wrócili do studia i Stefan przyniósł już wtedy 35 minutowy kawał utworu. Zespół zaczął kluczyć wokół tego dema i powoli rozwijać pomysły w nim zawarte. PT musieli dosyć wcześnie podjąć decyzję, że spójna (o tyle, o ile) całość, która miała otrzymać tytuł The Incident będzie tworzyła pełny album. Nagrane w grudniu grupowe kompozycje trzeba było zatem odłożyć na bok i to nie bez bólu (co ostatecznie spowodowało, że PT zdecydowali się na dwupłytowe wydawnictwo). Zespół zaczął dokładać swoje do dema Wilsona i tak z 35 minut nagle zrobiło się 55.
Dodatkowych nagrań instrumentów akustycznych dokonano w Air Studios, natomiast John Wesley zarejestrował swoje partie w Red Room Recorders na Florydzie.

           

Praca nad The Incident trwała do maja, ale zakładam, że końcówka stanowiła już tylko lekką post-produkcję i miksowanie całości. Album musiał być gotowy jeszcze przed „wakacjami” żeby wszystko wytłoczyć, wydrukować i zafoliować na wrześniową premierę. Porcupine Tree siedzieli cicho aż do czerwca (w tym czasie było dużo szumu koło solówki Wilsona i singla no-man) kiedy na stronie wyjawiono (12 czerwca) tytuł płyty i opisano krótko co to w ogóle będzie. 19 czerwca sypnięto tracklistą, a Roadrunner rzucił filmik, na którym widać jak zespół pracuje nad „czymś”.

                                                   


W rzeczywistości widać na nim spore fragmenty grudniowej sesji i kilka nowszych fragmentów. Można nawet zobaczyć jak wygląda kotka Bonnie. Prawdę mówiąc obejrzałem ten filmik po raz pierwszy w życiu przed chwilą bo oryginał ze strony Roadrunner już dawno nie działa. W 2009 miałem potwornie stary komputer i próba włączenia streama skończyłaby się katastrofą (Windows 98, 128 MB ram, itd). Może i dobrze wyszło bo nie psułem sobie niespodzianek (nie żeby powyższy filmik ujawniaj wiele). Jakoś na początku lipca Porcupine Tree rzucili prawdopodobnie najgorszymi zdjęciami promocyjnymi w historii tego zespołu. Wilson bronił potem tego pomysłu tłumacząc, że chciał się wyróżnić na tle innych zespołów metalowych (ze stajni Roadrunner), które zawsze ubrane są na czarno (chociaż mówił to bez przekonania).
   
         

Nie zmienia to faktu, że panowie wyglądają na tych zdjęciach jak banda lodziarzy. Nie wiadomo gdzie zaczyna się Colin, a Wilson ma minę jakby stał w bardzo długiej kolejce żeby złożyć PITa. Prawdopodobnie żeby zmyć wrażenie po tych fotkach, 13 lipca łaskawie udostępniono kolaż fragmentów płyty (to samo było przed wydaniem Grace for Drowning - na podstawie jego trailera wyciągnąłem błędne wnioski, że płyta będzie słaba), nie słuchałem wtedy tego bo się zbuntowałem przeciw rozdrabnianiu materiału w ten sposób. Nie odpuściłem za to singlowej wersji Time Flies, która została udostępniona 3 sierpnia (człowiek nie zdawał sobie wtedy sprawy jak dużo wycięto z płytowej wersji). 5 sierpnia wystartowały pre-ordery. Wiem, że to zaczyna brzmieć jak odliczanie w sylwestra, ale tak też to wyglądało. PT rzucali co chwilę jakieś info, a prawdziwa machina promocyjna miała dopiero ruszyć. Płyta wyciekła w ostatnich dniach sierpnia. Pamiętam, że dowiedziałem się o tym dzień lub dwa później, ale byłem wtedy gościnnie w obcym mieście i nie za bardzo mogłem się zaopatrzyć w Incydent. Do tego przez 24 godziny leżałem w łóżku z wysoką temperaturą, ale w końcu nie wytrzymałem, dorwałem się do okolicznego komputera i wrednie ściągnąłem Porki. Nie dałem rady doczekać do premiery.

         

         

I Drive The Hearse od razu wbiło się do mojego top5 Porcupine Tree i jest w nim do dziś. W drugim tygodniu września słuchałem już z kompaktów. Wersja limitowana (raptem drugie takie wtdanie w świecie Wilsona) liczyła sobie 2000 egzemplarzy i zawierała dvd z mixem w 5.1 (oraz wielką „książkę” z obrazkami i tekstami). 5 lat minęło, a ja nadal cenię tę płytę, słucham jej raz na kilka miesięcy i wspominam czasy kiedy album PT co dwa lata był normą. Takie są moje wspomnienia z okolic powstawania i premiery The Incident, prawdopodobnie najbardziej niedocenionej płyty Jezodrzewia. Proponuję przy tej okazji aby każdy włączył ten album. Warto.

                                                       

środa, 10 września 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.2: Nowości, starości i kręcenie filmu.

Aby wypromować świeżo wydane Nil Recurring Porcupine Tree zaczęli uczyć się utworów z tej małej płyty na próbach i kiedy rozpoczęli drugie odnóże Tour of a Blank Planet (3 października w Buena Vista), setlista była taka:

01. Fear of a Blank Planet
02. What Happens Now?
03. The Sound Of Muzak
04. Lazarus
05. Nil Recurring
06. Anesthetize
07. Open Car
08. My Ashes
09. Blackest Eyes
10. Cheating The Polygraph
11. Drown With Me
12. Half-Light
13. Way Out Of Here
14. Sleep Together
….
15. Dark Matter
16. Shesmovedon
17. Halo


Pierwotnie planowano grać wszystkie cztery utwory z płyty, ale (jak to Wilson wyjaśnił dzień później podczas mini koncertu w Orlando) Normal okazał się być zbyt wymagającym utworem i PT nie zdążyli się go nauczyć.
Oprócz premierowych kompozycji (z wyjątkiem Cheating The Polygraph) pojawiły się jeszcze trzy nowe dla trasy utwory – Shesmovedon i Dark Matter, oraz Lazarus. Ten pierwszy zaliczył ostatecznie dwa wykonania na tej trasie, a po usłyszeniu nagrania z pierwszej nocy nie miałem więcej pytań. Zespół ewidentnie nie radził sobie z tą piosenką, jakby kompletnie zapomnieli jak się ją grało. Dark Matter natomiast (powrót po 4 latach) przebiegł bez zakłóceń. Następnego dnia Steven i Wes wystąpili w sklepie Park Avenue Cds w Orlando gdzie zagrano bardzo specjalny set (pierwotnie miał wystąpić cały zespół). Zagrano:

01. The Sky Moves Sideways (Phase 1) pt.2 I find that I'm not there
02. Even Less
03. Stars Die
04. Waiting (Phase One)
05. Normal
06. Drown With Me
07. Lazarus
08. Trains


Mimo, że wtedy niecodzienna, setlista zwiastowała niejako to co miało się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Sam koncert był dosyć wyjątkowy. Stars Die nie było grane od jakiegoś czasu, podobnie The Sky Moves Sideways. Waiting w wyjątkowej wersji, podczas której Wes improwizował wszystkie solówki. Normal zagrane zostało po raz pierwszy chociaż tak naprawdę duet rzucił się tylko na końcowy segment, który trwał około 2 minut.
Kolejne (już regularne) koncerty były nieco krótsze. Nil Recurring wymieniało się z Cheating The Polygraph, a Shesmovedon wypadło z setlisty na dobre wracając tylko jeden raz w Raleigh (11.10). Było to jak dotąd ostatnie wykonanie Shesmovedon. Na koncercie w Toronto (16.10) pojawiło się Mellotron Scratch. PT znowu uparcie próbowali radzić sobie bez Trains, ale ostatecznie dali za wygraną w Albany (18.10) (chociaż nie grali tego co noc). Prawdziwa petarda wypaliła w Cleveland (22.10) kiedy na bis zagrano The Sky Moves Sideways (Phase 1) (przy czym ogryzione z pierwszej części i z drugą graną tylko przez SW). Było to pierwsze „pełne” wykonanie od 1999 roku. TSMS pozostało rarytasem tej trasy, jedno z niewielu wykonań trafiło się nam w Poznaniu (28 listopada).

         

W Houston (27.10) na bis zagrano Waiting również zasugerowane podczas sklepowego koncertu w Orlando. Pozbawiony rarytasów koncert w Atlancie (29.10) został zarejestrowany. Z początku miało to być jedyne oficjalne wydawnictwo koncertowe z trasy, ale potem pojawił się pomysł nagrania dvd w Tilburgu i Atlantę odłożono. Przydała się później do pomocy w zbieraniu środków na leczenie Micka Karna. Na tym odłamie turnusu, PT było supportowane przez zespoły 3 oraz Head>>Fake. Wraz z powrotem do Europy w listopadzie, rarytasy zaczęły pojawiać się częściej. Drugie odnóże trasy zakończyło się w fińskim Tempere, supportem na wszystkich (prawie) koncertach była Anathema.

                                                         

Zespół ponownie udał się na wakacje. W tym czasie Wilson napłodził nowego materiału Bass Communion (między inny Haze Sharpnel i Molotov and Haze) oraz wystąpił pod tą nazwą na żywo razem z grupą Pig. "Koncert" odbył się 27 lutego 2008 w Meksyku. Stefan pracował też ostro nad Insurgentes, prawdopodobnie wtedy powstała lwia część materiału, który ostatecznie trafił na płytę. Będę o tym więcej pisał przy okazji tekstu na temat tego albumu. Kiedy Porcupine Tree wrócili po prawie 5 miesiącach grając w Australii, repertuar nie zmienił się zbytnio (chociaż TSMS i Waiting już nie powróciły). Po serii wakacyjnych mini występów na festiwalach, PT zaplanowali jeszcze bardzo krótkie trzecie odnóże na późną jesień 2008 roku. Ten mikro objazd był przede wszystkim podkładem pod nagrywanie dvd, które miało mieć miejsce w Tilburgu. Jak wiadomo tracklista dvd Anesthetize nie daje najlepszego obrazu trasy FOABP ponieważ 1/3 utworów pojawiła się w repertuarze dopiero na te kilka ostatnich koncertów w 2008 roku. Zanim Wilson ruszył tyłek do busa, zaczął już powoli komponować nowy materiał. Prawdopodobnie wtedy powstał pierwszy szkic do Remember Me Lover, oraz strzępy muzyki, która stanowiła bazę do The Incident.
PT zameldowali się 7 października w Lisbonie, prezentując setlistę pełną niespodzianek:



01. Wedding Nails
02. Normal
03. Prodigal
04. Blackest Eyes
05. Anesthetize
06. Open Car
07. Dark Matter
08. Drown With Me

09. Stars Die
10. Strip The Soul
11. .3
12. Half-Light
13. Way Out Of Here
14. Sleep Together
…...
15. Sleep Of No Dreaming
16. Halo
                                 

                                                           

5 nowości (6 jeśli liczyć Strip The Soul/.3) to całkiem niezły wynik, zwłaszcza, że są to nowości w wielu kategoriach. Po 7 latach powróciło Sleep Of No Dreaming i może nie jest to powrót na miarę Sever, ale rzadkość wykonań z końca 2008 (i kompletne olanie tego utworu na następnej trasie) naznaczała publiczność jako wybraną. Prodigal i Wedding Nails również zaliczyły bardzo rzadkie wystąpienia, po raz pierwszy od 2003 roku. Miały miejsce również dwie pół-premiery. Pół, ponieważ oba utwory były wcześniej w jakiejś formie wykonywane (akustycznie), ale pełnozespołowo debiutowały w Lisbonie. Mowa oczywiście o Stars Die i Normal. W przypadku tego pierwszego musiało przełamać się wiele rzeczy, w tym Wilson z krytycznym podejściem do swojego wokalu, oraz sam zespół, który musiał rozgryźć w jaki sposób najwierniej przedstawić utwór, który w oryginale opiera się głównie na partii fletu niesionej na delikatnym podkładzie. To co jest łatwe do zrobienia w studiu wymagało sporej pracy (i wyobraźni) do przedstawienia na koncercie, ale udało się. W przypadku Normal, zespół po prostu nauczył się w końcu to grać. Podczas Tilburskich koncertów, PT zaprezentowali prawie wszystko co mieli, niestety na dvd jest kilka bolesnych braków (przede wszystkim Stars Die). O tych koncertach i o wydawnictwie Anesthetize napiszę więcej w osobnym tekście. Podsumowując, publiczność w Tilburgu miała okazję zobaczyć/usłyszeć:

15.10.2008

01. Fear of a Blank Planet
02. My Ashes
03. Anesthetize
04. Sentimental
05. Way Out Of Here
06. Sleep Together
….......
07. Normal
08. Stars Die
09. What Happens Now?
10. Open Car
11. Dark Matter
12. Wedding Nails
13. Half-Light
14. Sever
15. Blackest Eyes
….
15. Sleep Of No Dreaming
15. Halo



16.10.2008

01. Normal
02. Drown With Me
03. Stars Die
04. Cheating The Polygraph
05. Anesthetize
06. Prodigal
07. Wedding Nails
08. Strip The Soul / .3
09. Half-Light
10. Sever
11. Way Out Of Here
12. Sleep Together
…...
13. Fear of a Blank Planet
14. Trains
…...
15. Sleep Of No Dreaming
16. Halo


Po odbębnieniu filmowanych koncertów Porcupine Tree zagrali jeszcze dwukrotnie (w Luksemburgu i Londynie) i na tym zakończyła się trwająca półtora roku (z przerwami) tułaczka pod tytułem „Fear of a blank planet Tour”. Zespół zagrał łącznie 35 utworów na całej trasie co w tamtym czasie było rekordem. Tych najciekawszych zmian (z końca 2007 i 2008 r.) doświadczyli wprawdzie nieliczni, ale suche statystyki są takie, a nie inne.
Między 16tym kwietnia 2007, a 19tym października 2008 zagrali 36 utworów:

1 utwór z „The Sky Moves Sideways”
4 utwory z „Signify”
2 utwory ze „Stupid Dream”
3 utwory z „Lightbulb Sun”
8 utworów z „In Absentia”
4 utwory z „Deadwing”
6 utworów z „Fear of a Blank Planet”
4 utwory z „Nil Recurring”
4 utwory niealbumowe (Stars Die, Drown With Me, Mother & Child Divided i Half-Light)

                                                          

poniedziałek, 8 września 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.1: Zmiany, koktaile i berek z Trains.

Fear of a Blank Planet, to dla wielu ulubiona płyta Porcupine Tree. Dla mnie nie, ale to nie ma większego znaczenia bo trasy promującej ten album nie da się nie lubić. Po różnorodnym choć momentami statycznym Deadwing Tour, FOABPTour była kolejnym krokiem w kierunku czegoś co w pełni zostało rozwinięte dopiero na Incident Tour. Regularne zmiany w repertuarze miały swoje powody. Materiał z najnowszej płyty zespół miał już obcykany dzięki trasie w 2006, podczas której każdej nocy grali cały album. Jedynym wyjątkiem było Cheating The Polygraph, które w tamtym czasie miało znaleźć się na płycie. Ostatecznie PT zdecydowali się na nowszą kompozycję Way Out Of Here i jej premiera koncertowa miała dopiero nadejść.

       

Fear of a Blank Planet
zostało wydane 16 kwietnia 2007 roku, a trasa miała wystartować już dwa dni później w szkockim Glasgow. Dzień premiery został jednak uświetniony mini-występem Stefana i Wesa w londyńskim Fopp Records. Koncert był krótki:

01. Fear of a Blank Planet
02. My Ashes
03. Sentimental
04. Trains


Na papierze nie wygląda to zbyt imponująco, ale wszystkie utwory (z wyjątkiem Trains) zostały wykonane z Wilsonem grającym na pianinie, a to już wiele zmienia. Prawdopodobnie jedyna okazja aby usłyszeć tytułowy utwór w takiej aranżacji. Tak czy inaczej, pełen skład stawił się dwa dni później w lokalu o nazwie ABC Glasgow. Setlista pierwszego koncertu trasy wyglądała tak:

01. Fear of a Blank Planet
02. Drown With Me
03. Lightbulb Sun
04. My Ashes
05. Anesthetize
06. Open Car

07. Gravity Eyelids
08. Blackest Eyes
09. Sentimental
10. Sever
11. Half-Light
12. Way Out Of Here
13. Sleep Together

14. Mother and Child Divided
15. Even Less
16. Halo


Tym razem Porcupine Tree naprawdę się wysilili. Jak wiemy, Deadwing Tour prezentował z początku zestaw „nowa płyta + kilka utworów granych na poprzedniej rasie” i dopiero
na drugiej nodze zaczęło się coś dziać. Tym razem od samego początku pojawiły się niespodzianki.
Po pierwsze premiery i to nie tylko z nowej płyty. Way Out Of Here dla nikogo raczej nie było fajerwerkiem, ale Drown With Me i Half-Light już tak. Rzadko się zdarza, że Wilson wyciąga nigdy nie grane utwory ze starszych płyt, jeżeli coś nie pojawi
się podczas promowania danego albumu to zazwyczaj się już nie pojawi. Wyjątków było kilka (Small Fish, .3, Stars Die), ale tylko potwierdzają regułę. Tym większym zaskoczeniem było wygrzebanie dwóch utworów, które nie znalazły się nawet na regularnych albumach (czego Wilson tradycyjnie żałował).

           

Drown With Me wypadło specyficznie, utwór ucierpiał nieco ze względu na oczywiste kompromisy (dwa wokale, a nie dziesięć), natomiast Half-Light zabrzmiał wyjątkowo dobrze chociaż jak kilka lat później zauważył Gavin, nie jest to wbrew pozorom prosty do zagrania utwór.
W tamtym czasie Stefan przebąkiwał o chęci wydania „Recordings 2” aby między innymi te utwory zyskały większą ekspozycję. Jak wiadomo Wilson jest do dziś prawnie przyblokowany z tym planem. Wracając do setu z Glasgow, poza dwiema premierami starszych piosenek, miały miejsce dwa powroty. Lightbulb Sun zostało odgrzebane po sześcioletniej przerwie, natomiast Sever po dziesięciu latach (a nawet na trasie 96/97 był rarytasem). Cieszą takie powroty i robią wrażenie zwłaszcza na tle Deadwing Tour. A to dopiero początek. My Ashes zmieniło się względem wersji płytowej i tego jak ten utwór był grany w 2006 roku. Tym razem Wesley przejął wokal w refrenie. Na tym etapie Fear of a Blank Planet nie był odgrywany w albumowej kolejności.
Żeby nie było za wesoło publiczność w Newcastle (19.04) nie zobaczyła ani Sever, ani Half-Light (oraz Mother and Child Divided). W zamian PT odegrali A Smart Kid i The Sound of Muzak, których nie można nazwać adekwatnymi zamiennikami. Taki stan rzeczy utrzymał się przez kilka koncertów, Sever wróciło ostatecznie w Nottingham (22.04), a Half-Light następnej nocy w Wolverhampton. Co ciekawe, Porcupine Tree dzielnie trzymali Trains z dala od setlisty co oczywiście musiało się kiedyś skończyć. 8 maja w Seattle zespół miał problemy techniczne po Anesthetize i sytuację trzeba było jakoś ratować ponieważ zapowiadało się na co najmniej kilkuminutową prace techników. A że byli w Ameryce... poleciało Trains. Wyszło pokracznie. Z początku (po intrze Wilsona) wszedł tylko Gavin co brzmiało dosyć sucho. Po jakimś czasie obudził się Wes, a ostatecznie dołączyli Colin z Ryśkiem. Sala cała się trzęsła. Póki co był to jednorazowy wyskok, ale mleko się rozlało.

         

9 maja w Portland trasową premierę miało .3 (póki co na jednorazowy występ). Pierwsza większa zmiana miała miejsce 13 maja w Anaheim (chociaż bardziej w formie niż treści). Po raz pierwszy przedstawiono Fear of a Blank Planet w albumowej kolejności oddzielając ten segment tradycyjną już dziś kilkuminutową przerwą.
Druga połowa (zawierająca .3 zamiast Half-Light) kończyła się na Trains (zatem wytrzymali niecały miesiąc). Na bis Mother and Child Divided i Halo,
Od tamtego momentu setlisty przedstawiały tego typu warianty przy czym w takiej formie jak w Anaheim FOABP było grane bardzo rzadko. 23 maja w Philadelphii trasową premierę miało Mellotron Scratch,
a 1 czerwca w Chicago pojawiło się Hatesong. W taki sposób Porcupine Tree dotarli do okresu wakacyjno/festiwalowego. Krótki set wyglądał zazwyczaj tak:

01. Open Car
02. Hatesong
03. Blackest Eyes
04. Anesthetize (1 i 2 część)
05. Mother and Child Divided
06. Halo


a na dłuższych koncertach odgrywano jedną z wariacji standardowego zestawu. Powrót do Europy nie wiązał ze sobą żadnych zmian. Na koncertach w Warszawie i Krakowie (6 i 7 lipca) publiczność usłyszała pełny przekrój dotychczasowego repertuaru (z FOABP zagranym „albumowo” w Krakowie). 14Tego lipca PT zagrali na festiwalu Ilosarirock w Finlandii i to nagranie z tego koncertu zostało wydane jako pierwsze (chyba, że liczyć „We Lost The Skyline”, który nie jest rejestracją koncertu pełnego składu). Tak zakończyła się pierwsza odnoga Fear of a Blank Planet Tour. Z zespołów, które w tym czasie supportowały Porcupine Tree można wyróżnić przede wszystkim Pure Reason Revolution, Amplifier i Absynthe Minded. Po pierwszym legu PT zrobili sobie wakacje chociaż jak to zwykle bywa nie były to typowe wakacje. Wilson zabrał się do Tel Avivu gdzie pucował utwory, które miały znaleźć się na „Nil Recurring”. Panowie się sprężyli i 17 września można było już owe wydawnictwo zakupić.  C.D.N.

czwartek, 17 lipca 2014

The sun is shining. In Poland. 4 lata po koncercie Porcupine Tree w Łodzi.


Mijają cztery lata od ostatniego koncertu Porcupine Tree w Polsce. Był to wyjątkowo udany koncert, a wspomnienie o nim nadal jest żywe ponieważ trzy miesiące później zespół zakończył swoją aktywność na czas nieokreślony (co niestety trwa do dzisiaj) i nie mieliśmy już żadnej okazji aby zobaczyć tych pięciu facetów na scenie (przynajmniej razem). Od razu uprzedzam, że poniższy tekst nie jest spóźnioną o cztery lata relacją, raczej nostalgiczną podróżą, przy okazji której przyjrzę się też „suchym” okiem na to jak ten koncert prezentował się na tle całej trasy The Incident Tour. A prezentował się wyjątkowo i wiele osób może nie zdawać sobie sprawy z tego jak bardzo. Ja tamten dzień pamiętam jako prawdopodobnie najgorętszy dzień lata 2010. Nie znoszę upałów, ale jak na złość maszerowałem wtedy wbity w garnitur na obronę pracy dyplomowej. Zanim mój umysł zaczął przyjmować do wiadomości, że idę wieczorem na koncert PT było już popołudnie. Jako, że grali „u mnie” nie musiałem się martwić o podstawowe kwestie takie jak dojazd, ewentualny nocleg lub powrót w środku nocy. Z racji zawodowych miałem z przydziału fotopass (z którego prawdę mówiąc nie miałem zamiaru korzystać, a przynajmniej nie żeby dostać się do „fosy”). Sumując wspomniane elementy dotarłem na miejsce w ostatniej chwili i mogłem zapomnieć o pierwszym rzędzie. Z drugiej strony nie spalono mi niespodzianki w postaci Pure Narcotic, które część osób słyszała przez drzwi kiedy zespół odbywał próbę.
Zadowolony byłem z tego, że nie przewidziano supportu, zwłaszcza po występie Rose Kemp we Wrocławiu (może jestem zbyt surowy, ale tamten październikowy wieczór nie był właściwy dla tego koncertu). Ci którzy byli 17 lipca 2010 roku w łódzkiej Wytwórni (tudzież Toya Studios, sam już nie wiem jaka jest nazwa tego miejsca) pamiętają zapewne głównie brak tlenu, zakładam, że podobne wspomnienia ma zespół. O samym koncercie z mojego punktu widzenia nie będę się rozpisywał, ci którzy byli na pewno pamiętają co i jak, a tym którzy nie byli mój opis raczej w niczym nie pomoże (a w internecie jest wiele napisanych bardziej na czasie relacji). Oczywiście można długo wspominać magiczną sztuczkę Gavina, Stefana zapominającego co drugi tekst i serdeczną, niemal rodzinną atmosferę podczas Pure Narcotic, ale przecież to wiecie. Jeżeli nadal nie, to bardziej pomoże tutaj dobrej jakości bootleg, o którym napiszę później.

                                    

Co wyróżnia łódzki koncert na tle całej trasy? Może najpierw kilka słów o tym czym ten koncert różnił się od Wrocławskiego, który odbył się w październiku 2009 roku. Pamiętam, że będąc w Hali Orbita kręciłem nosem na setlistę, ale gdybym wiedział ile nadrobię w Łodzi to bym tak nie marudził. Jeżeli ktoś był na obu koncertach to powinien być zadowolony, zespół postarał się aby ilość dubli ograniczyć do minimum (w tym wypadku poza materiałem z nowej płyty powtórzyły się tylko Way Out Of Here, Russia on Ice i Trains). Nie można też zapomnieć o tym, że album The Incident był we Wrocławiu grany w całości. Z innych kwestii Łódź wygrywa praktycznie pod każdym względem. Hala Orbita jest jednak miejscem, które służy głównie widowiskom sportowym i było to słychać. Wydaje mi się, że nawet w Hali Wisły akustyka jest lepsza. Wytwórnia nadal pozostaje jedną z najlepiej nagłośnionych (o ile nie najlepszą ze wszystkich) sal w Polsce, w końcu muzyka od początku była priorytetem przy jej projektowaniu. PT na dużej wrocławskiej scenie robiło wrażenie, ale jednak intymność koncertu w Łodzi wygrywa. Porcupine Tree na wyciągnięcie ręki. Jedynym minusem było to, że z jakiegoś powodu zespół nie grał na podwyższeniu przez co stojący dalej mogli mieć problem z widocznością (a jako bywalec Tojki wiem, że to nie jest norma). Ostatnią kwestią jest wspomniany wrocławski support, nad którym nie chcę się już pastwić. Co dalej zatem? Dlaczego łódzki koncert był jednym z najciekawszych koncertów na tej trasie (a tak właśnie uważam)?
Bo Pure Narcotic? To prawda, utwór ten został zagrany tylko na czterech koncertach tej trasy (po ośmioletniej przerwie) w tym na dwóch koncertach specjalnych. Można zatem uznać, że kawałek pojawił się tylko na dwóch regularnych koncertach The Incident Tour co czyni go jeszcze większym rarytasem. Ja sam w natłoku myśli po zapowiedzi Bosego analizowałem o jakim utworze może mówić (chociaż liczba 8 i akustyk mówiły wiele), ale kiedy przed odliczaniem SW spojrzał na Ryśka nie było już wątpliwości. Marzyłem o zobaczeniu/usłyszeniu tej piosenki na żywo i nawet już w jej trakcie nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją w mieście Łodzi. Ci którzy byli w Wytwórni mogą się uważać za wybranych. Ale to nie wszystko. Co może być dla niektórych zaskoczeniem Dark Matter zagrano tylko trzykrotnie na tej trasie (i nie pojawił się on na koncertach specjalnych) w tym u nas (oraz w Izraelu i we Włoszech) i było to ostatnie wykonanie jak dotąd.

                                      

Buying New Soul
był grany rzadko w 2009, ale w 2010 pojawiał się jeszcze rzadziej. Po 5 wykonaniach w kwietniu/maju (raz w Meksyku, 3 razy w USA i raz w Kanadzie) utwór zniknął i powrócił w lipcu jedynie na jeden koncert – łódzki. Dostaliśmy zatem BNS jako jedyni w Europie (tamtego roku) i póki co jako ostatni w ogóle. Rodzynkiem jest to, że chyba po raz pierwszy utwór został pozbawiony wstępu z arpeggio i klawiszami Ryśka co oczywiście nie jest już takie fajne i można jedynie spekulować czy tak miało być czy też zespół był już zbyt zmęczony panującym na sali zaduchem i spontanicznie ciął gdzie się dało (jeśli nie fragmenty, to całe utwory o czym później). Warto zwrócić uwagę (chociaż ma to charakter drobnej ciekawostki), że jedynie dwukrotnie na całej trasie Buying New Soul i Russia On Ice znalazły się w tym samym secie. Zazwyczaj utwory te grane były wymiennie przed The Pills I'm Taking, wyjątek zrobiono tylko u nas i w Houston (21 kwietnia). Tym większą dla mnie niespodzianką było kiedy zaczęli grać ten utwór, obecność ROI zazwyczaj wykluczała BNS. Pozostała część łódzkiego setu była prezentem zwłaszcza dla tych, którym brakowało we Wrocławiu pewnych granych już w tamtym czasie utworów w tym wspomnianego Buying New Soul, oraz Normal i Bonnie The Cat. Mimo, że nie jest zbyt wielkim rarytasem (grany prędzej czy później na każdym turnusie) owacyjnie został przyjęty Hatesong, który moim zdaniem na tej trasie osiągnął absolutny szczyt wykonania. Niewiele brakowało, a można by do tego zestawu dołożyć nieobecne we Wrocławiu Halo (równie rzadko wykonywane na Incident Tour co Dark Matter). Niestety widniejący na wydrukowanej setliście utwór nie został zagrany ponieważ zespół nie dawał już rady ze względu na upał i panujący na sali brak tlenu.

                                      
                                      

Dementuję plotki jakoby klimatyzacja w Wytwórni była tamtego wieczoru wyłączona. Po prostu upał był zbyt wielki, a system klimatyzacyjny się nie sprawdził. Niecierpliwa osoba zajmująca miejsce przy konsolecie włączyła na chwilę sekwenser do Halo jeszcze w trakcie kabaretowego segmentu Trains, ale zespół na Trains zakończył. I do dziś mam Stefanowi za złe tekst „we have 2 votes for Stars Die and about 2000 for Trains”. Zupełnie niepotrzebny sarkazm zwłaszcza, że na utwór czekałem, a okazja do zagrania idealna bo nagłośnienie było rewelacyjne (a to podstawowy warunek aby zespół chciał zagrać Stars Die, podobnie było kiedyś ze Stop Swimming). Jak mogę się na Wilsonie „zemścić”? Mogę zwrócić uwagę na to, że Bosy był przez większość koncertu (najpewniej ze względu na upał) mocno roztargniony. Pokręcił finałowe linijki Pure Narcotic i kompletnie zapomniał tekstu na samym początku The Seance co głośno zauważył tocząc z siebie beke w najlepsze. Mimo wszystko cieszą takie momenty, bo chyba wszyscy mamy trochę dosyć wystudiowanej maniery Stefana (zwłaszcza na ostatniej solowej trasie gdzie wszystko zdawało się być wykalkulowane do granic możliwości poza brawurowym spacerem po wybiegu w Zabrzu). Zatem w skrócie:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing The Line
06. Hatesong
07. Pure Narcotic
08. Russia On Ice
09. The Pills I'm Taking (Anesthetize)
10. Dark Matter
....
11. Time Flies
12. Degree Zero of Liberty
13. Octane Twisted
14. The Seance
15. Circle of Manias
16. Buying New Soul
17. Way Out Of Here
18. Normal
19. Bonnie The Cat
......
20. Trains



Myślę, że po takim koncercie nawet brak nieszczęsnego Halo nikomu nie zepsuł wieczoru, a ja byłem już kompletnie spełniony kiedy wychodząc z Wytwórni zobaczyłem padający deszcz (wiem, że przyjezdni nie byli tak szczęśliwi z tego powodu). Jako, że dzień był pełen wrażeń, to zwinęliśmy się ze znajomymi od razu, a jak się okazało zespół wyszedł do ludzi, nawet Stefan, który chyba chciał w ten sposób przeprosić za sprint do busa we Wrocławiu. Czy można coś jeszcze napisać o tym koncercie?
Można napisać o bootlegu. Do tego roku miałem jedynie swoje nagranie, które jest tragicznej jakości (jako, że nie posiadałem wtedy jakiegokolwiek sensownego sprzętu), ale w ubiegłym miesiącu udało mi się w końcu pozyskać nagranie z innego źródła. Tym razem jakość jest dobra. Poza tym wszystko się zgadza, rejestracja jest kompletna i dostępna w „bezstratnej” jakości (jeżeli komuś na tym zależy). Jest to doskonała pamiątka i warto się w nią zaopatrzyć jeśli, parafrazując słowa Steve'a Hogartha, się na tym koncercie było, a zwłaszcza jeśli się nie było.
Jeżeli ktoś ma problem z uzyskaniem tego bootlegu w przestrzeni internetowej, to (żeby bezczelnie nie pisać wprost) są ludzie, którzy to nagranie mają i chętnie się podzielą, zwłaszcza przy okazji rocznicy. Być może mogłem poczekać z tym tekstem do przyszłego roku kiedy obchodzić będziemy pięciolecie występu w Łodzi, ale wspomniany bootleg zainspirował mnie do tego teraz, a nie zapominajmy, że w 2015 roku być może będziemy na tym etapie w trakcie kolejnej solowej trasy Wilsona, którą będę chciał śledzić, opisywać i (co wielce prawdopodobne) krytykować na bieżąco.

                                       

Kilka było na tej trasie tak fikuśnych koncertów i jeśli nie liczyć występów specjalnych to Łodzi może dorównać jedynie San Francisco (11.08.2010, będę pisał o tym koncercie) i ewentualnie kilka koncertów jesiennych (bo z oczywistych względów PT sypali wtedy starociami). Sto lat. Dziś wieczorem siadam sobie wygodnie i włączam bootleg z Łodzi. I będę dalej się zastanawiał jak Gavin zrobił tę sztuczkę.


                                        

filmik by Miłosz, sztuczka w 4:25. Spróbujcie to powtórzyć.
Pierwszy raz nie musiałem się posiłkować fotografiami "z zewnątrz",
chociaż tyle pokorzystałem z tego fotopassa.