wtorek, 16 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.3: Radio City Music Hall i Royal Albert Hall


Przez równe dwa tygodnie dzielące ich od koncertu specjalnego nr 1 (w Nowym Jorku) Porcupine Tree pudrowali prawie trzygodzinne show, które miało zadziwić wszystkich zebranych fanów. Wstępnie planowano, że zarówno w Radio City Music Hall jak i Royal Albert Hall zespół uroczyście odegra po raz ostatni The Incident w całości, a potem zagra trochę staroci. Okazało się jednak, że najnowsze dzieło pożera zbyt wiele czasu i na obiecane niespodzianki wykopaliskowe zabraknie miejsca. Wilson i reszta podjęli męską (a raczej jedyną słuszną w tej sytuacji) decyzję by jednak darować sobie granie całego Incydentu. Nadeszła zatem wielka chwila i 24 września Porcupine Tree zagrali pierwszy w swojej karierze 3 godzinny koncert (zaokrąglając, w rzeczywistości grali 2 godziny i 35 minut).
Setlista:


Set Akustyczny

01. Stranger by the Minute
02. Small Fish
03. Pure Narcotic
04. Black Dahlia
05. Futile
….
Set właściwy cz.1
06. Even Less (pełna wersja)
07. Open Car
08. Lazarus
09. Tinto Brass
10. The Sky Moves Sideways (Phase One)
11 I Drive the Hearse
12. Bonnie the Cat
…...
Set właściwy cz. 2
13. Occam's Razor
14. The Blind House
15. Great Expectations
16. Kneel and Disconnect
17. Drawing the Line
18. Dislocated Day
19. Time Flies
20. The Pills I'm Taking
21. Up the Downstair
22. Sleep Together


Śledziłem setlistę na bieżąco na zagranicznym forum PT, ktoś życzliwy podsyłał sms'y z kolejnymi utworami komuś z forum i tak w dosyć niezdrowej ekscytacji spędziłem niecałe trzy godziny. W Polsce było już prawie nad ranem kiedy PT schodzili z nowojorskiej sceny po ostatnim bisie.
Co można zatem napisać o tym wydarzeniu? Liczba utworów nie jest może szokująca, ale trzeba wziąć pod uwagę, że długość niektórych starszych utworów przekraczała magiczne 10 minut. Porcupine Tree postarali się aby koncert był wyjątkowy i to pod wieloma względami. Po pierwsze widać, że pomyśleli o wszystkich fanach zatem nie był to tylko wieczór radości dla tych najstarszych, którzy tęsknili za materiałem z lat 90tych. Po drugie sama forma występu zaskoczyła zebranych w RCMH ludzi. Najpierw Jeżodrzewie wyszli na scenę aby zagrać coś w rodzaju supportu przed samym sobą – akustyczny set złożony z nie tak do końca oczywistych utworów. Z tej okazji Colin przytaszczył swój kontrabas, a Gavin zasiadł za mikroskopijnym zestawem perkusyjnym. Ryszard również nie miał kompletu klawiszy ze sobą, a SW dzierżył tylko akustyczną gitarę (elektryczną zajął się Wes). Zaczęli z grubej rury. Stranger by The Minute to utwór, który był już grany na koncertach PT, ale w okolicznościach, które skutecznie zatarły wszelkie ślady po jakiejkolwiek jego bytności (o całych trzech wykonaniach akustycznych z 1999 roku napiszę w tekście dotyczącym Stupid Dream Tour). Tym razem piosenka po raz pierwszy została zagrana przez cały zespół. Small Fish, mimo że grany już solowo przez Wilsona, miał swoją premierę na koncercie Porcupine Tree i to w bardzo interesującej wersji. Pure Narcotic nie był wielkim zaskoczeniem (chociaż zabrzmiało odrobinę inaczej, warto zwrócić uwagę na Wesa i Gavina, który pod koniec gra, a nie tylko trzęsie shakerem) natomiast Black Dahlia była miłą niespodzianką. Mini set na otwarcie zakończyło Futile, które zostało wybrane jako żart. Zespół zastanawiał się jaki utwór PT jest najmniej odpowiedni na występ akustyczny i padło na Futile. Całość wykonano wiernie (łącznie z przesterowanym wokalem w refrenie), ale na lekko. Po tym dającym dużo radości mikro secie, zespół zszedł ze sceny a z głośników popłynęło słynne strojenie się orkiestry, rozciągnięte do kilku minut (niektórzy myśleli, że to intro z trasy 2003).
We właściwym już secie pojawiły się obiecane niespodzianki i na nich się skupię. Even Less w pełnej wersji było pewniakiem i raczej nikogo nie zaskoczyło. Tinto Brass powróciło po 7 latach nieobecności. Nie jest to może utwór, na który wszyscy czekali z wypiekami na twarzy, ale jest to zdecydowanie dobry materiał na koncert.
Dopiero przy The Sky Moves Sideways zaczęło się robić poważnie. Odegrano wersję znaną z lat 90-tych (nie tę skróconą z 2007 roku), subtelnie unowocześnioną i naznaczoną obecnością Gavina. W tej części setu nie pojawiło się już nic ze staroci, po Bonnie The Cat zespół zszedł na tradycyjną kilkunastominutową przerwę. Druga cześć właściwego setu rozpoczęła się od pokaźnej dawki Incydentu (Od Occam's Razor do Drawing The Line). Zanim zespół przeszedł do Time Flies, pojawił się utwór, którego chyba nikt się nie spodziewał. Dla mnie osobiście była to największa niespodzianka całego specjalnego koncertu – Dislocated Day. Dużo się o tym kawałku mówiło przez lata. Nie grany od 1999 roku, popisowy numer Chrisa Maitlanda. Swego czasu pojawiła się niepotwierdzona plotka, że Richard Barbieri nie lubi grać tego utworu. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze kiedykolwiek usłyszymy Dislocated Day. Niespodzianka. Inna sprawa, że Colin trochę się pomylił na samym początku, ale kto by się tym przejmował? Gavin nie zagrał tak jak na remastorowanym TSMS, jego gra była znacznie wierniejsza temu co swego czasu robił na koncertach Chris. Zakończenie było jak zwykle energetyczne chociaż zdecydowanie nie w tym stopniu co w latach 90-tych z Maitlandem za bębnami. Ostatnią dużą niespodzianką wieczoru (chociaż przez wielu obstawianą) było Up The Downstair (również po raz pierwszy na koncercie z Gavinem). Kiedyś stały punkt programu, potem przesiedział na ławce rezerwowych ponad 8 lat. Wypadł jak zwykle doskonale. W tym secie pojawiło się jeszcze Sleep Together, rarytas bardziej w kontekście tej trasy niż w ogóle. Na bis zespół zaprezentował Arriving Somewhere But Not Here, które nie było grane od Deadwing Tour. I na tym się skończyło. Arriving okazał się wyjątkowo dobrym utworem na zakończenie koncertu chociaż (o czym wtedy ludzie nie wiedzieli), na kartce z setlistą było jeszcze Trains, które się nie zmieściło. Amerykanie są słynni ze swoich ścisłych przepisów określających to kiedy koncert musi się skończyć ze względu na ciszę nocną. To już nie pierwszy taki przypadek w historii Porcupine Tree. Było potem kilka głosów rozczarowania, ale powiedzmy sobie szczerze – nie po to szło się na taki specjalny koncert żeby usłyszeć Trains. Wielbiciele wizualizacji na koncertach PT mieli dużo radości. Na występach specjalnych ekrany były olbrzymie. Jeżeli ktoś lubi takie rzeczy, to z pewnością nie wyszedł z RCMH niezadowolony. Zanim PT wystąpili z drugim takim koncertem w Londynie, odbyli mikroskopijną (7 koncertów) trasę po Europie. Niestety tym razem Polska się nie załapała, szczęśliwi (pozdrowienia dla Agaty, Miłosza i Sławka), a raczej trzeźwo myślący, zdecydowali się na wycieczkę do Niemiec. Było warto. Oczywiście na tym małym objeździe PT nie grali specjalnych koncertów, ale spora cześć rarytasów wypłynęła do setlisty (myślę, że głównie z uwagi na road-testowe walory). W Aarhus (4.10) duńscy fani dostali pełne Even Less i Dislocated Day (oraz Stars Die). W Halle (5.10) do zestawu Even Less + Dislocated Day dorzucono Up The Downstair i Arriving Somewhere But Not Here (zespołowi spodobało się granie tego na koniec), natomiast w Berlinie (6.10) dodatkiem było The Sky Moves Sideways (które pojawiło się na wszystkich kolejnych koncertach). Zawsze można było liczyć na przynajmniej 3 rarytasy z setu „specjalnego”. W końcu Porcupine Tree dotarli do Londynu gdzie w Royal Albert Hall (14.10) zaprezentowano ten sam set co w Nowym Yorku, ale tym razem udało się na koniec wcisnąć Trains (całość trwała ok. 2 godziny 46 minut). 


Set Akustyczny
01. Stranger by the Minute
02. Small Fish
03. Pure Narcotic
04. Black Dahlia
05. Futile
….
Set właściwy cz.1
06. Even Less (pełna wersja)
07. Open Car
08. Lazarus
09. Tinto Brass
10. The Sky Moves Sideways (Phase One)
11 I Drive the Hearse
12. Bonnie the Cat
…...
Set właściwy cz. 2
13. Occam's Razor
14. The Blind House
15. Great Expectations
16. Kneel and Disconnect
17. Drawing the Line
18. Dislocated Day
19. Time Flies
20. The Pills I'm Taking
21. Up the Downstair
22. Sleep Together
….......

          
          
          
          
                                           


Przebieg występu był podobny jak w Nowym Jorku, ale tym razem PT byli u siebie. Na widowni byli rodzice Stefana, zapewne też rodziny i przyjaciele pozostałych członków zespołu. Cała piątka była na luzie. Ryszard tak wspomina oba specjalne koncerty:


We did an acoustic set, which was very enjoyable. It was an amazing way to start the show, especially at Radio City with all its curtains and the depth of the stage, you could do all these reveals. So when the people got into the auditorium, all they see if this minimal little jazz setup at the front. They must have been wondering what the hell is going on and whether there was a support band. So we come out and do a little set. After that, the next curtains open and there’s all our gear and we go into the first part of our set. And then again, the next curtain opens up and we’ve got the biggest LED screen in the world, I think. So, suddenly, we’re all in this film going on. It was a magical moment.

That was a very special show, that and the Albert Hall were incredible. They’re venues you know about all your life. Famous and so much history attached to them. Finally, to get Porcupine Tree on stage with a production we all wanted to project.

Był to ostatni jak dotąd koncert Porcupine Tree, ironicznie wyglądał jak pożegnalny. Wiele utworów obstawiano z myślą o tych specjalnych występach, ja sam byłem niemal pewien, że na koniec w NY i Londynie zabrzmi Radioactive Toy. Niektórzy byli przekonani, że zabrzmi Nine Cats. Było jak było, ale raczej nikt z obecnych nie żałuje swojego udziału. The Incidet Tour niespodziewanie okazało się być trasą bogatą w utwory ze wszystkich lat (zabrakło tylko czegokolwiek z On The Sunday Of Life), oraz w wielkie powroty po latach. Porcupine Tree pobili tą trasą rekord repertuarowy. Między 15-tym września 2009, a 14-tym października 2010 roku zagrali 48 utworów:

2 utwory z „Up The Downstair”
2 utwory z „The Sky Moves Sideways”
1 utwór z „Signify”
3 utwory ze „Stupid Dream”
2 utwory z „Lightbulb Sun”
2 utwór z „Recordings”
6 utworów z „In Absentia”
5 utworów z „Deadwing”
3 utwory z „Fear of a Blank Planet”
1 utwór z „Nil Recurring”
14 utworów z „The Incident”
6 utworów niealbumowych (Stars Die, Mother and Child Divided, Futile, Black Dahlia, Bonnie The Cat i Remember Me Lover)
oraz 1 cover.


Tak, wygląda na to, że w Detroit (2 maja 2010) Steven Wilson wykonał na bis utwór grupy Showaddywaddy – Under the Moon of Love. Według relacji świadków, Gavin przez chwilę zagrał coś co skojarzyło się Bosemu z tym zespołem. Stefan próbował zagrać fragment żeby publiczność wiedziała o co chodzi, ale nie mógł bo miał kapo na akustyku. Obiecał, że później zagra i dotrzymał obietnicy.

                                                

48 utworów. Nawet jeśli uprzemy się i nie weźmiemy pod uwagę koncertów specjalnych, to po wyrzuceniu utworów tylko na nich wykonanych pozostają 43. Nawet jeśli uprzemy się, że Occam's Razor i Degree Zero of Liberty to nadużycia - jest 41. Nawet jeśli uznać Strip The Soul, .3 i Russia on Ice za połowy utworów, a Anesthetize za 1/3, to zostaje około 39,14 utworów (lol). Dotychczasowy król wzgórza czyli Tour of a Blank Planet miał wynik 36 utworów. Jakiekolwiek próby zrzucenia The Incident Tour z tronu na nic się nie zdadzą. Można jako ciekawostkę dodać, że zespół grał sobie na próbach How Is Your Life Today? (czego świadkiem był Miłosz), ale bez intencji wprowadzania go do setlisty (co potwierdził Wes, grali dla przyjemności). Ta trasa pozamiatała jeśli chodzi o ilość, rozmach i pomysłowość. Gdyby to rzeczywiście (odpukać) miała być ostatnia trasa Porcupine Tree, to byłaby godna tego miana. W następnej, ostatniej części opiszę jakie oficjalne wydawnictwa pozostały po tym turnusie (czyli raptem jedno) oraz jakimi bootlegami audio/video warto się zainteresować.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mysteries of Steven Wilson cz.1 - Ancestral



Nie wszystkim wyda się to interesujące, ale po ujawnieniu tracklisty czwartego solo Stefana wyjaśniło się kilka spraw związanych z utworem widmo, który był grany na ostatniej odnodze Raven Tour w 2013 roku. I nie tylko to. Tym którzy nie wiedzą/nie interesowali się/nie pamiętają, przypomnę, że Wilson trollował fanów na koncertach przedstawiając premierowy długi utwór w przeróżny sposób. Prawie za każdym razem było to co innego, ale teraz dopiero okazało się, że tytuły, które rzucał nie zawsze brały się z kosmosu. Na pierwszym koncercie tej części trasy, który odbył się w Bristolu (15.10), nowy kawałek został przedstawiony jako Ancestral. Jak się okazało, tak w istocie się ten utwór ostatecznie nazywa. Wilson twierdził w tamtym czasie, że kawałek nie ma tytułu dlatego zanim się zdecyduje, to będzie wymyślał zastępcze. Trudno powiedzieć ile w tym gadaniu było prawdy jednak co innego przykuło moją uwagę. Rzucane przez Bosego tytuły rzeczywiście wydawały się czasami kwaśne, np.:

German Bite (Belgia, 24.10)
Hot Bitches (Marsylia, 10.11)
Bijoux Urbaine (Tel Aviv, 16.11)
The Hate Beach (Gothenburg, 24.11)
Lick My Love Pump (Helsinki, 26.11)
Tobogganing in Mozambique (Poznań, 29.11)
Guestling Thorn (Bielefeld, 27.10)


lub nieco mniej, ale nadal nie do końca poważne lub trudne w interpretacji:

The Modern Reverse (Bremen, 26.10)
Brake It (And You Buy It) (Wolverhampton, 17.10)
Brake It And It's Yours (Zabrze, 30.11)
Rubber Discipline Helmet (Madryt, 8.11)


Tutaj można uwierzyć w bajkę SW, że to reszta zespołu podrzucała mu tytuły z zaskoczenia. Były jednak takie koncerty, na których Wilson podawał prawdziwe (jak się teraz okazało) tytuły z nowej płyty. Co ciekawe otrzymywał je ten sam utwór, który ostatecznie został ochrzczony jako Ancestral. Pojawiły się:

Ancestral (Bristol, 15.10)
The Hand Cannot Erase (Drezno, 30.10)
Home Invasion (Hanover, 28.10)
Regret #5 (Erlangen, 3.11, Aarhus 23.11)


Oczywiście tytuł Regret #5 ostatecznie się na płycie nie pojawił, ale First Regret i Regret #9 już tak. Można się teraz zastanawiać na ile kompletny był koncept płyty, ale najwidoczniej w dużym stopniu. Myślę, że można tez odrzucić pomysł, że SW losował utworom tytuły z trasowej puli. Widać po prostu latały mu wtedy po głowie. Pozostają jeszcze nazwy, które brzmią jakby pasowały do tych z oficjalnej tracklisty Hand.Cannot.Erase., ale na nią nie trafiły:

Soundtrack to Decline
(Newcastle, 18.10)
Wreckage (Londyn 20.10, Padua, 14.11)
A Debt To Shadows (Wiedeń, 2.11)
Mother's Call (Villeurbanne, 5.11)
Dead Man Gloves (Bolonia, 13.11)


Niewiele więcej z tego wynika. Tak jak pisałem, nie wszystkim wyda się to interesujące, ale z kronikarskiego obowiązku zdecydowałem się zebrać te tytuły w jedno miejsce i uwypuklić fakt, że nie jeden, a kilka okazało się znaleźć na albumie. Jeżeli Wilson pozwolił nam w niewielkim stopniu uczestniczyć w etapie formowania konceptu nowej płyty, to i tak nie wyciśniemy z tematu więcej niż te kilka spostrzeżeń wyżej. Gdzie zaginęło Regret #5 i czy pojawiło się ostatecznie pod inna nazwą? Łatwiej będzie odpowiedzieć na to pytanie kiedy wyjdzie album, a do tego jeszcze dwa miesiące (chociaż znając życie, może być tak jak w 2013 i płyta wypłynie już w styczniu). Ale cii.. Nie chcemy kolejnego zdjęcia smutnego Stefana przy pustym talerzu :<

czwartek, 4 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.2: Chicago, Łódź i reszta świata.


Porcupine Tree wznowili trasę 5-tego lutego w australijskim Brisbane. Wszystkie niespodzianki z Mumbaiu poznikały, a setlista na krainę kangurów trzymała się standardów jesiennego zestawu. Sytuacja nie zmieniła się na trzech koncertach w Meksyku chociaż na repertuar i tak nie można było narzekać.
International popstars zaliczyli 17-tego kwietnia występ na słynnym festiwalu Coachella (w amerykańskim Indio), zagrali bardzo krótki set, który odznaczył się jednak obecnością Halo. Koncert ten zainaugurował drugi objazd po USA w ramach The Incident Tour, póki co jednak bez większych zmian w setliscie. Jeżodrzewie wprawdzie kombinowali z ustawieniem (np. Russia on Ice i Buying New Soul na jednym koncercie, dokładnie 21.04 w Houston), ale komponenty cały czas dobierali z zeszłorocznej jesiennej puli. Dopiero 25-tego kwietnia w Tampie Amerykanie dostali coś nowego w postaci Hatesong i Halo. Zabawne, że w kontekście The Incident Tour, utwory te wydają się być niespodzianką, ale w rzeczywistości Hatesong nie ominęło żadnej trasy od momentu powstania, podobnie zresztą Halo. Ten pierwszy wrócił dopiero 30-tego kwietnia na koncercie w Chicago, nie bez powodu ponieważ koncert był rejestrowany. Swego czasu fani, którzy byli w Riviera Theater relacjonowali, że były tam obecne kamery, i że koncert zostanie najprawdopodobniej wydany na dvd.


                                     

                                     

Było to o tyle dziwne, że dobrana setlista zawierała potwornie dużo powtórzeń względem poprzednich tego typu wydawnictw (oczywiście z wyjątkiem Incydentu). Obecność Stars Die również niczego nie gwarantowała co przerobiliśmy już przy okazji dvd/bd Anesthetize. Jak się sprawa zakończyła teraz już wiemy, ale przez długi czas nagranie z Chicago było widmem i większość osób założyła, że ten materiał nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ktoś nawet podczas trasy zapytał o to Wesa, a on stwierdził, że raczej tego nie wydadzą i nagranie mają dla siebie na pamiątkę. Warto jednak pamiętać, że w 2009 Wes wspominał też, że w ogóle nie będzie rejestracji koncertu na tej trasie bo jest to za droga impreza. Do pewnego stopnia nie kłamał ponieważ występ w Chicago był filmowany mniejszą ilością i to znacznie tańszego sprzętu niż miało to miejsce dwa lata wcześniej w Tilburgu. Do tego sam występ z 2008 był jeszcze w fazie montażu i Porcupine Tree nie myśleli pewnie o kolejkowaniu sobie wydawnictw (co jednak z dzisiejszej perspektywy smuci).

                                                    

Niewiele brakowało, a zapewne o Chicago nigdy byśmy już nie usłyszeli ponieważ Wilson zawetował wydanie dvd Octane Twisted. Na szczęście reszta zespołu go przegłosowała i wydawnictwo się ukazało, ale Stefan strzelał fochami gdzie tylko się dało (do czego dojdę w dalszej części tekstu). Zespół wywalił większość utworów, które pokrywały się z poprzednimi dvd (czyli Lazarus, Normal, Blackest Eyes i Trains) a lukę zapełnili nagraniami ze specjalnego koncertu w Royal Albert Hall (do którego też dobrnę). Piszę oczywiście o płytach audio ponieważ w wersji video dostaliśmy tylko The Incident na żywo. Widać, że zrealizowano to nagranie ze znacznie mniejszym rozmachem niż w przypadku koncertu w Tilburgu.
Wracając jednak do amerykańskiej drugiej nogi, Porcupine Tree cisnęli dalej ten sam repertuar z okazjonalnymi wykonaniami Hatesong i Halo. Oczywiście pula była na tyle duża, że nie grali nigdy takiego samego koncertu dzień po dniu, ale jednak z perspektywy tego tekstu zaczyna się powoli robić nudno. Póki co, okazało się, że amerykanie jako ostatni mieli okazję zobaczyć The Incident w całości (11.05 w Richmond). Plany były oczywiście inne, ale jak to z planami bywa, trudno je czasami zrealizować. Porcupine Tree zrobili sobie przed powrotem do Europy prawie miesięczną przerwę.
Kiedy wrócili na scenę koncertem w norweskim Bergen (9.06) okazało się, że Incydent został rozbity na kawałki (z czego spora ilość wyleciała) robiąc więcej miejsca na starsze kawałki. Tak więc:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Lazarus
07. The Sound of Muzak
08. The Start of Something Beautiful
09. Time Flies
10. Degree Zero of Liberty
11. Octane Twisted
12. The Séance
13. Circle of Manias
….
14. Hatesong
15. Russia on Ice
16. The Pills I'm Taking
17. Stars Die
18. Way Out of Here
19. Normal
20. Bonnie the Cat
…...
21. Blackest Eyes

Taka setlista utrzymała się przez jakiś czas przy czym w większości przypadków była skracana (czasem nawet do dziesięciu utworów) ponieważ Porcupine Tree grali na letnich festiwalach. Zespół odważnie wywalił z zestawu Trains, być może żeby nie karmić festiwalowej publiczności oczywistymi „hitami”. Jeżodrzewie zagrali między innymi na festiwalach w Roskilde, w Werchter czy na Download Festival.
Pełne koncerty powróciły wraz z występem w Tel Avivie (07.07), na którym w końcu wcielono jakieś śmielsze zmiany:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Lazarus
07. Hatesong
08. The Sound of Muzak
09. Russia on Ice
10. The Pills I'm Taking
11. Dark Matter
12. Blackest Eyes
….
13. Time Flies
14. Degree Zero of Liberty
15. Octane Twisted
16. The Séance
17. Circle of Manias
18. Way Out of Here
19. Normal
20. Bonnie the Cat
…...
21. Trains
22. Halo

Fani z Izraela jako pierwsi na tej trasie dostają w prezencie Dark Matter. Zespół sam był już ewidentnie znudzony graniem ciągle tych samych utworów. Kolejne dwa występy miały charakter festiwalowy (i krótszy set), ale ważnym dla nas koncertem w Łodzi (17.07) Porcupine Tree pokazali, że potrafią jeszcze zaskoczyć. Polski zestaw był nie tylko niecodzienny, ale obfitował w pewną istotną niespodziankę:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Hatesong
07. Pure Narcotic
08. Russia on Ice
09. The Pills I'm Taking
10. Dark Matter
….
11. Time Flies
12. Degree Zero of Liberty
13. Octane Twisted
14. The Séance
15. Circle of Manias
16. Buying New Soul
17. Way Out of Here
18. Normal
19. Bonnie the Cat
…...
20. Trains



Gwiazdą wieczoru było oczywiście Pure Narcotic, które przesiedziało na wygnaniu 7 lat. Z tej okazji Wilson pomylił tekst, zresztą później w The Seance zapomniał go w ogóle (z czego wybrnął szerokim uśmiechem). Kiedy zespół zagrał Russia on Ice byłem pewien, że ostatnia nadzieja na Buying New Soul została pogrzebana. Okazało się jednak, że Porcupine Tree wyciągnęli ten utwór w dalszej części setu, niestety z niewiadomych przyczyn pomijając intro Ryśka. Było to jak dotąd ostatnie wykonanie Buying New Soul. Oryginalna wydrukowana setlista miała 21 utworów, brakującym elementem było znajdujące się na szarym końcu Halo. Pominięto je względu na uciążliwą temperaturę panującą na sali w Wytwórni. Z pewnych względów pamiętam ten dzień wyjątkowo dobrze, był to prawdopodobnie szczyt temperaturowy tamtego lata. Sam Wilson był zaskoczony tak dobrą pogodą w Polsce. Niestety temperatura była tak wysoka, że klimatyzacja po prostu nie była w stanie sprostać sytuacji, zgrzani byli wszyscy, fani i zespół. Trains PT zagrali resztką sił i w ostatniej chwili zrezygnowali z Halo. Podczas kabaretowej części tego pierwszego utworu, ktoś z realizatorki się pospieszył i na kilka sekund włączył sekwesner do Halo. Tyle mieliśmy z tego utworu. Tak czy inaczej koncert w Łodzi pokazał, że Porcupine Tree kombinują. Że szykują się do tych specjalnych koncertów, i że te przygotowania potrzebują faktycznego road-testu. Występ w Polsce był jednym z niewielu pełnych występów jakie Jeżodrzewie zagrali w Europie w tamtym okresie zdominowanym przez festiwale. Regularna trasa wróciła na tory wraz z trzecim objazdem po USA i dopiero te koncerty pokazały, że PT nie żartowali mówiąc o wyjątkowości nadchodzących specjalnych wieczorów. Na koncercie w San Francisco (11.08) zagrano:

01. Even Less (pełna wersja)
02. Great Expectations
03. Kneel and Disconnect
04. Drawing the Line
05. Open Car
06. Russia on Ice
07. The Pills I'm Taking
08. Stars Die
09. Wedding Nails
….
10. Time Flies
11. Degree Zero of Liberty
12. Octane Twisted
13. The Séance
14. Circle of Manias
15. I Drive the Hearse
16. Way Out of Here
17. Normal
18. Sleep Together
…...
19. Pure Narcotic
20. Blackest Eyes

Amerykanie byli świadkami największej zmiany w secie na tej trasie, a zaprezentowany materiał robił wrażenie. Even Less w pełnej wersji nie pojawiło się na koncertach Porcupine Tree od czasu rzymskich występów na początku 1999 roku (zatem był to również debiut Gavina w drugiej części utworu). Open Car, które zaliczyło pojedynczy występ w Mumbaiu, tym razem otrzymało też dodatkowy mostek. Wedding Nails i Sleep Together nie były grane od jesiennej trasy w 2008 roku, zaś Pure Narcotic zagrano po raz drugi od czasu In Absentia Tour (2003). Jeśli chodzi o przedstawicieli Incydentu, duet Occam's Razor/The Blind House ustąpił zagranemu w dalszej części setu I Drive The Hearse. Fani z San Francisco nie mieli na co narzekać (choć zapewne wiele osób nie zauważyło wiekopomnych zmian w repertuarze z uwagi na brak Trains). Następne koncerty odbyły się w ramach wspólnej mini trasy z Coheed and Cambria, oznaczało to w skrócie, że każdy z zespołów miał dla siebie tyle samo czasu, a co za tym idzie, nie było go wiele. Porcupine Tree żonglowali zatem różnymi utworami, Even Less wróciło na ławkę, a koncerty znów otwierało Occam's Razon/The Blind House. Przykładowy set wyglądał tak:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Open Car
07. The Sound of Muzak
08. The Pills I'm Taking
09. I Drive the Hearse
10. Blackest Eyes
11. The Start of Something Beautiful
12. Way Out of Here
13. Sleep Together

Trasa z CaC trwała do końca sierpnia, po czym zespół wrócił do Europy na dwa koncerty w Grecji. Podczas tych występów PT próbowali to i owo, ale nie za dużo. Even Less w pełnej wersji pojawiło się raz w Thessaloniki.
W następnym wpisie będzie o dwóch koncertach specjalnych, oraz o mini europejskiej trasie, którą między te koncerty wciśnięto.

wtorek, 2 grudnia 2014

"Operacja się udała, pacjent zmarł" - kilka słów o filmie Insurgentes.



Insurgentes The Movie można podsumować tak – nieudany eksperyment artystyczny. Na kogo zrzucić winę? Reżyserem i montażystą filmu jest ponoć Lasse Hoile, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę był nim Kompletny Przypadek. Film zawodzi w jakimkolwiek kontekście byśmy go nie umieścili i jakiegokolwiek charakteru byśmy mu nie nadali. Czym jest film Insurgentes? Dokumentem o Stevenie Wilsonie? Nie. Jeżeli ma on nam dać wyczerpującą garść istotnych informacji na temat kluczowych momentów kariery Wilsona, to tego nie dostaniemy, mimo że podjęto pewne kroki. Czy jest to, jak zresztą go reklamują, kino drogi? Nie do końca. Brakuje tutaj jakiejkolwiek narracji, uporządkowania, chronologii.
To prawda, Steven Wilson jeździ po świecie, ale czy ma to jakiś sens? Widzowi trudno będzie dojść do tego jaki. I w końcu, czy Insurgentes The Movie jest po prostu artystycznym kaprysem i średnio udaną próbą zrobienia czegoś ciekawego i niecodziennego? Chyba to najlepsza definicja. Niestety brak zdecydowania wyłazi z ekranu w każdej minucie. Z jednej strony mamy bardzo ciekawe i (dla fanów Wilsona) ekscytujące fragmenty nakręcone w domu rodziców Bosego. Możemy zobaczyć słynnego tatę Stevena, posłuchać jak opowiada o pierwszym magnetofonie, który zmontował dla syna. Widzimy mamę Stefana, która ogląda stare zdjęcia. Sam Wilson zabiera nas do swojej graciarni gdzie pokazuje swój pierwszy sprzęt do nagrywania oraz oryginalne kartki z tekstami wczesnego Porcupine Tree. To są rzeczy, które chcemy zobaczyć w filmie o Stevenie Wilsonie. Nagle jednak zabawa się kończy i zostajemy zalani wodospadem dziwnych, migających i w tak banalny sposób mrocznych ujęć, które nie wnoszą nic do tego co przed chwilą zostało przedstawione na ekranie. W jednej chwili z treściwego, dobrze zrealizowanego dokumentu, film przemienia się w etiudę studentów szkoły filmowej. Tak jakby w scenach nakręconych u rodziców Stefana było za dużo ciepła i uśmiechów, które należy zrównoważyć odpowiednią dawką przygnębiających ujęć, żywcem wyjętych z awangardowych dzieł Angera czy Brakehage'a. Pytanie, czy warto robić takie koktajle stylistyczne i czy dobrze wpływa to na odbiór filmu? Czy Lasse Hoile czasami za bardzo nie zaszalał z konwencją? Od razu wracamy do pytania – czym jest film Insurgentes? Mimo typowo dokumentalnych fragmentów (wspomniana wizyta w domu, jak również w szkole Stefana gdzie odbywał swoje pierwsze publiczne występy i ukazane wycieczki fotograficzne z Carlem Gloverem), nadal nie możemy nazwać tego pełnoprawnym dokumentem o Stevenie Wilsonie. Pojawiają się goście tacy jak Mikael Akerfeldt czy Aviv Geffen, ale brakuje tak istotnych postaci jak Tim Bowness czy ktokolwiek z Porcupine Tree. Mozna powiedzieć, że nie byli oni częścią podróżniczego życia Stefana w tamtym czasie. W porządku. Ale czy film mówi nam dużo o samych Stefanowych podróżach? Też niewiele. Jest bardzo chaotycznie. Co chwila widzimy Wilsona w innym miejscu – Meksyk, Izrael, Japonia – nie ma tu żadnego porządku. Film drogi charakteryzuje się takim porządkiem, bohater zaczyna w punkcie A i kieruje się do punktu B z całą chronologią tego typu podróży. Tu tego nie ma. Czy może (jak sugeruje tytuł) dzieło powie nam coś więcej na temat nagrywania płyty Insurgentes? Nic nam nie powie, chociaż proces nagrywania został w obrazie pokazany (w naturalny dla siebie chaotyczny sposób). Insurgentes jawi nam się w końcu jako jeszcze innego rodzaju twór. Film propagandowy. SW przedstawia się jako aktywista, rycerz walczący o dobre imię muzyki. Dzięki temu możemy oglądać słynne już niszczenie iPodów, oraz wysłuchać co Bosy ma do powiedzenia w tym temacie. A do powiedzenia nie ma niczego czego nie słyszelibyśmy wcześniej w wywiadach z jego udziałem. Po prostu tutaj umieszczono to wszystko w jednym miejscu. Nadaje to filmowi trochę naiwności, jakby była mowa o głodzie na świecie. Nie da się zbudować filmu tylko na tym. Wydaje się jakby obaj Panowie chcieli zrobić kilka filmów o kompletnie odmiennym charakterze naraz. Od razu przychodzi mi do głowy porównanie z „Returning” - filmem dokumentalnym o no-man. Został on zrealizowany przez ludzi z zewnątrz, tak jak to powinno wyglądać. Jest początek, jest koniec, są wypowiedzi istotnych osób, nie ma niepotrzebnego bajzlu. Punkt widzenia jest uczciwy. Insurgentes natomiast pokazuje nam Stefana takiego jakiego on chce żebyśmy zobaczyli. Zamiast uśmiechniętego, serdecznego człowieka jakiego znamy z zakulisowych spotkań, widzimy zmęczonego życiem i wojną z mp3 muzyka, który strzela buraka w Disneylandzie. Czy na prawdę o to chodziło? Może to ja nie rozumiem Insurgentes The Movie. Niech i tak będzie.
Tak czy inaczej, polecam ten film wszystkim fanom SW, którzy nie mieli okazji go obejrzeć. Trzeba samemu sprawdzić. Moim zdaniem, to film na jeden raz. Obowiązkowy seans dla fanów Wilsona, ale raczej rozczarowujący. Nie da się zrobić kilku filmów w jednym. Na jakimś etapie trzeba się zdecydować co chce się osiągnąć. Oczywiście, spontanicznie stworzone dzieło również ma wartość, ale jeśli potem wydaje je się na dvd i bierze za to kasę, to warto jednak zrobić to z sensem. A tego sensu w Insurgentes The Movie brakuje. Za bardzo zalatuje on kolażem losowo wybranych scen, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi i prób pokazania Wilsona jako człowieka, którego nic w życiu nie cieszy. Z jednej strony wspomina on jak to kocha Izrael bo ludzie są otwarci, nie odwracają wzroku na ulicy, itd. Z drugiej sam kreuje się na dziwaka, który patrzy na wszystkich trzymających w ręku iPoda i mówi „osądzam Cię!”. Ale taki jest Wilson, nigdy do końca nie wie czego chce, szybko i łatwo zmienia zdanie, itd. Za tę nieprzewidywalność też go lubimy. Jeżeli ktoś jest betonowym fanem Lasse Hoilego, który w swojej działalności potwornie się zakonserwował (tak od 10 lat przynajmniej), to może kupować InsurgentesTM w ciemno. Mnie mimo wszystko męczą powracające wciąż przebitki z ludźmi czołgającymi się w maskach przeciwgazowych, po setnym razie niemal bawią. Znajdą się jednak ujęcia w niepretensjonalny, prosty sposób ładne co udowadnia, że Hoile nie jest fotografem amatorem. Mam nadzieję, że powstanie jeszcze dobry i wyczerpujący film o Stevenie Wilsonie, taki, który pokaże go np.: w No Man's Land, a nie w krzakach w Meksyku, taki gdzie Wilson daruje sobie naśmiewanie się z gwiazd Idola (bo sam zaprosił gwiazdę izraelskiego Idola do nagrywania nowego solo) i skupi się na tym co robi dobrze – graniu muzyki.

środa, 26 listopada 2014

INSURGENTES - to już 6 lat.



Mija 6 lat od (wstępnej) premiery Insurgentes. Pamiętam tamten listopadowy wieczór. Siedziałem przy kompie i dostałem od znajomego wiadomość „jest!!”. Wiedziałem o co chodzi bo ów znajomy od kilku dni gadał tylko o jednym – o pierwszej solowej płycie Wilsona. Zamawianie deluxów było wtedy poza moim zasięgiem, on też nie zamówił i tak czekaliśmy na „wyciek”. Wychodzę na pirata, ale trzeba pamiętać o tym, że sposób wydania Insurgentes był specyficzny (o czym później). Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie zamówił deluxa (limitowanego do 4000 kopii z czego 1000 na winylu), musiał czekać na premierę dla śmiertelników, która miała mieć miejsce dopiero za grubo ponad 2 miesiące. Czekanie nie było dla nas opcją. Ktoś ze szczęśliwych nabywców specjalnej dwupłytowej wersji się zlitował i tak oto na moim dysku wylądowało Insurgentes. Tak się złożyło, że do tamtej pory nie słyszałem nic z tej płyty, ani singla Harmony Korine, ani Get All You Deserve, które dostępne było na samplerze Porcupine Tree. Miałem wtedy sporo na głowie i po premierze doskonałego Schoolyard Ghosts no-man'a przestałem na jakiś czas interesować się tym co działo się w świecie Wilsona. Dopiero zaraźliwy entuzjazm znajomego obudził mnie z letargu. Pamiętam dokładnie to pierwsze przesłuchanie, pamiętam jak z początku czytałem książkę, ale musiałem ją odłożyć gdzieś w okolicach Veneno Para Las Hadas bo z głośników dochodziły cuda. Od tamtej pory miałem Insurgentes ze sobą wszędzie. Płyta zawiera zadziwiające eksperymenty (nawet jak na Wilsona), nostalgiczne wycieczki (wspomniane Veneno) i rzeczy w niespotykanych wtedy u Wilsona stylach (np. No Twilight Within The Courts Of The Sun). Ironicznie, świeże okazały się być staroświeckie rozwiązania, których Stefan unikał na ostatnich, bardzo współcześnie brzmiących płytach PT. Niestety, na The Raven That Refused To Sing zaczął ich dla odmiany nadużywać, ale to „temat na inny temat”. Wtedy, pod koniec 2008 roku, Insurgentes budziło niezdrową ekscytację i wiem, że nawet hejterzy nowszych albumów PT przeprosili się z Wilsonem przy tej płycie. Sam zresztą wtedy kręciłem nosem na nowsze Porki, ale to było dawno. Do dziś to pierwsze solo Stefana stanowi dla mnie synonim „starych dobrych czasów” w jego obozie. Tyle w kwestii sentymentalnych wynurzeń z mojej strony. Jak zatem sprawa wygląda bez wazeliny, czyli kiedy to się zaczęło, jak przebiegało i co z tego wynikło?
Steven Wilson zaczął pracować nad tym albumem w grudniu 2007 roku, a skończył w sierpniu 2008 roku. Rejestrowanie tego materiału różniło się znacznie od tego w jaki sposób nagrywano np. ostatnie solo (czyli w ciągu tygodnia). Wilson jeździł/latał/biegał po całym świecie, korzystał z różnych studiów nagraniowych i zapraszał do współpracy przeróżnych gości. Nie ukrywam, że brakuje mi tego w ostatnich dokonaniach Stefana. Zespołowo nagrywało Porcupine Tree, a solówka była dobrym pretekstem żeby pograć z wieloma niezwykłymi muzykami (Sand Snowmanem, Dirkiem Serriesem, Jordanem Rudessem, Tonym Levinem, Mikiem Outramem, itd., o każdym wspomnę) dzięki czemu Insurgentes zawiera tak wielka paletę muzycznych barw. Oczywiście nie byłoby łatwo odtworzyć to wszystko na żywo, ale SW nie miał wtedy jeszcze planów koncertowania solo i wyszło to chyba płycie na dobre. Tak czy inaczej, wracając do ustalania chronologii wydarzeń. Wilson twierdzi, że proces powstawania solówki zaczął się w grudniu 2007, ale do 16tego Porcupine Tree ostro koncertowali w ramach Tour of a Blank Planet zatem pierwsze szkice zaczęły pączkować pod sam koniec miesiąca/roku. Oczywiście istnieje możliwość, że Bosy kombinował coś wcześniej w busie na laptopie, ale wątpię. Jakby nie było, podejrzewam, że zaczęło się od przetrzepania archiwum. Na tapecie mogły już wtedy wylądować trzy utwory – Collecting Space, Cut Ribbon, oraz Vapour Trail Lullaby. Wszystkie zostały pierwotnie zdemowane w zbliżonym czasie (między 2000, a 2003), ale dla różnych projektów. Ten pierwszy narodził się rok po wydaniu In Absentia, ale Wilson nie zdołał napisać do niego tekstu (czego ostatecznie nigdy nie zrobił). Collecting Space było rozważane przy okazji Deadwinga, ale nic z tego nie wyszło. Demo tego utworu zostało przez Wilsona wrzucone na Myspace (w sierpniu 2006), sporo z tamtej wersji zachowało się w ostatecznej, która po dogrywkach zamieszkała na bonusowej płycie z deluxa Insurgentes. Jeśli chodzi o Cut Ribbon, kawałek powstał na planowaną w 2001 płytę Stefana z Mikaelem Akerfeldtem. Album miał mieć metalowy charakter, ale brak czasu u obu panów sprawił, że nic z tego nie wyszło (a jak wiadomo Storm Corrossion, to już zupełni inna historia). Utwór wyciekł razem z zestawem dem z okresu In Absentia przez co fani uznali, że jest to demo kawałka planowanego na płytę Porcupine Tree. Trudno się dziwić bo brzmi jak typowy metalo-podobny kawałek PT z tamtego okresu, do tego zawiera w tekście słowa „collapse the light into the earth”, które wszystko jeszcze bardziej zagmatwały. Przez lata Cut Ribbon krążył w kiepskiej jakości po dyskowych kolekcjach fanów (również pod tytułem Wet Ribbon) i założono, że Wilson położył na nim laskę. Tymczasem w 2006 roku, Stefan wrzucił na Myspace'a nieco inny miks, a za kulisami cały czas kombinował gdzie ten niechciany kawałek umieścić. Ostatecznie Cut Ribbon przeleciało przez sesje do dwóch solówek jak nieświeża ryba przez flaki. Wilson się w końcu wkurzył i udostępnił ten kawałek jako ekskluziw w szpanerskiej aplikacji na iPhone'a. Podczas prac nad Insurgentes, Cut Ribbon dorobił się żywej perkusji w wykonaniu Gavina Harrisona (nagranej gdzieś w 2008 roku) zatem można założyć, że przez jakiś czas jego obecność na albumie była poważnie rozważana. Z jakiegoś powodu nie pasował Wilsonowi nawet do bonusowego dysku. Ostatni rodzynek, Vapour Trail Lullaby, miał przez lata równie burzliwą historię co Cut Ribbon. Bosy zaczął tworzyć tę piosenkę około 2000 roku czyli na krótko po wydaniu Lightbulb Sun. Pierwotnie zaczął powstawać materiał w duchu poprzednich dwóch albumów Porcupine Tree (Żarówy i Stupid Dream), ale ostatecznie Wilson natchniony pracą z Opeth olał to i ruszył w kierunku czczonych kozłów. Wymagało to ofiary z baranka, a owym barankiem było między innymi Vapour Trail Lullaby. Oryginalne demo miało 16 minut i składało się ze słodkiej (nawet jak na klimaty Żarówy) popowej piosenki oraz mrocznej kody z dużymi ilościami mellotronu z nieśmiertelnym efektem „choir” (typowe Wilsonowe kontrasty). Między 2003, a 2004 piosenkowa cześć nagle stała się przydatna kiedy Stefan nagrywał z Avivem debiut Blackfield. Kawałek skrócono, nagrano na nowo i pod tytułem Lullaby wrzucono na pierwszą płytę duetu Wilson/Geffen. O dziwo nie zakończyło to jego dalszej ewolucji. Z jakiegoś powodu Stefan dalej pracował nad pełną, kilkunastominutowa wersją podczas sesji do Insurgentes. W dokumencie widać nawet jak gra ten utwór na pianinie. Cokolwiek w tym czasie powstało nie pasowało Bosemu do jego wizji albumu, ale nie do końca. Stefan ciachnął wspomnianą wcześniej kodę i pod tytułem (tada!) Twilight Coda umieścił w środku tracklisty Insurgentes. Najzabawniejsze, że to jeszcze nie koniec historii tego kawałka, ale wrócę do niej później.
Pierwsze ponad trzy miesiące 2008 roku Steven Wilson miał wolne. Fear of a Blank Planet Tour ruszyło ponownie pod koniec kwietnia, prawdopodobnie w połowie miesiąca zespół zaczął odbywać próby przed trasą. Do tego czasu Stefan mógł pracować nad Insurgentes, a jak wiadomo, dużo w tym celu podróżował. Oczywiście trudno ustalić gdzie i kiedy dokładnie Bosy był, ale pod koniec lutego z pewnością był to Meksyk. Dokładnie 27-ego lutego SW zagrał swój pierwszy pełny koncert jako Bass Communion. Był to w zasadzie występ łączony, Wilson dzielił scenę z grupą PIG, która prezentowała podobny rodzaj muzyki. Nie wiem jak doszło do tego koncertu, ale podejrzewam, że pomysł wypłynął spontanicznie kiedy Stefan był już w Meksyku. Wiadomo zatem, że wszelkie „meksykańskie” sesje związane z Insurgentes musiały się odbyć w tym okresie, a część muzyki wypłynęła na płytach innych projektów (głównie Bass Communion). Album Molotov And Haze BC został nagrany między 14-tym a 17-tym lutego 2008 za pomocą gitary i laptopa. Podkreślam to ponieważ Stefan mógł tych nagrań dokonać wszędzie. Niestety nie sprecyzowano gdzie dokładnie Bosy nagrywał, użyto jedynie lakonicznego zwrotu „on location”. Podejrzewam jednak, że Wilson mógł już wtedy być w Meksyku, gdyby album powstawał w No Man's Land, to raczej byłoby to odnotowane. Problem polega na tym, że z gitarą i laptopem Stefan mógł się rozstawić nawet podczas oczekiwania na samolot, a jeśli muzyka powstała w ciągu 3 dni, to równie dobrze mogło to być w kilku różnych miejscach. Wprawdzie w filmie Insurgentes widać Wilsona jak siedzi z laptopem i gitarą w
Templo de Santa Teresa La Antigua i tworzy coś co przypomina utwory z M&H (żadnym z nich nie jest), ale nie ma ostatecznego potwierdzenia, że ten konkretny materiał powstał wtedy. Dlaczego tak się uczepiłem Molotov And Haze? Głównie z powodu utworu Glacial 1602, który swoim brzmieniem jednoznacznie sugeruje, że powstał w trakcie pracy nad Veneno Para Las Hadas. Różnie to mogło wyglądać, a informacje są skąpe. Mogło być tak, że Stefan już pracował nad Veneno, a Glacial 1602 to dodatkowe improwizacje, które z tego wynikły. Istnieje też prawdopodobieństwo, że było odwrotnie – Wilson bawił się tym konkretnym efektem pół dnia i w pewnym momencie zasiane zostało ziarno, z którego później wyrosło Veneno. Jakby nie było, narodzin tej kompozycji można się doszukiwać w tym okresie czasowym. Nikomu nie trzeba wskazywać na to, że Wilson nawiązuje w tym utworze do swojego starego riffu z The Sky Moves Sideways. Tytuł zaczerpnięto natomiast z hiszpańskiego horroru. Jeśli jesteśmy już przy muzycznych nawiązaniach, sporo osób zauważyło, że Puncture Wound przywodzi na myśl A Forest zespołu The Cure. Wilson nigdy nie odniósł się do tego podobieństwa, ale w przeszłości nagrał już swoją wersję A Forest i wydał na Cover Version III (w 2005 roku). Jak nam wiadomo, Wilson spędził w Meksyku dużo czasu na zwiedzaniu i generalnie szwendaniu się po okolicy (co zostało udokumentowane w filmie Insurgentes). Trudno powiedzieć ile muzyki rzeczywiście tam powstało (zapewne mniej niż wielu ludzi zakłada). Świadectwem tego, że Stefan robił w Meksyku coś poza podrywaniem lasek, jest utwór Insurgentes w wersji opisanej jako Mexico. Te ujęcie piosenki zostało umieszczone na bonusowej płycie natomiast ostateczna wersja z albumu została nagrana w różnych innych miejscach, np.: pianino zostało zarejestrowane w kościele św. Bartłomieja w Birmingham (Wielka Brytania), a partie zagrane przez Michiyo Yagi na koto nagrano w studiu Sound Pot w Tokio (Japonia) (Michiyo pojawia się również w Collecting Space). Kiedy dokładnie? Nie wiadomo. Sesja „kościelna”, podczas której SW grał na Steinwayu, nadzorowana była przez Colina Atwella z Claudio Records.
         

Do dziś wielu fanów dzieli się na dwa obozy, z których jeden faworyzuje wersję z Birmingham, a drugi nagranie zarejestrowane w meksykańskim Templo de Santa Teresa La Antigua (byłym klasztorze, który teraz służy jako galeria sztuki). Większość tej drugiej wersji została nagrana na żywo, widać to na filmie. Meksykańską fotografkę Susanę Moyaho (która w filmie Insurgentes pojawia się tak często jak sam Wilson) można usłyszeć w utworach Only Child i Port Rubicon. Jednym z gości na płycie jest Gavan Kearney znany jako Sand Snowman. Tak się składa, że obaj muzycy pracowali w tym samym czasie nad swoimi albumami i dzięki temu możemy usłyszeć wokal Stefana na płycie Two Way Mirror oraz gitarę Snowmana na Insurgentes. Gavan nagrywał swoją płytę do maja 2008 zatem do tego czasu jego partie przygotowane dla Wilsona były już pewnie gotowe. Możemy je usłyszeć w kawałkach Abandoner i Twilight Coda. Sand Snowman nagrał również gitarę akustyczną do utworu Veneno Para Las Hadas, ale Wilson ostatecznie z niej nie skorzystał (można ją za to usłyszeć we wczesnej wersji, która znalazła się na płycie dołączonej do filmu). Jedyny pozostawiony wkład Snowmana w tę piosenkę został określony jako „recorder” (prawdopodobnie dźwięki imitujące włączoną taśmę lub płytę winylową, to jego zasługa).

         

W Harmony Korine Stefan gra na wszystkim oprócz perkusji (takie to były czasy i szczerze mówiąc chętnie usłyszałbym kolejną płytę nagraną głównie, a nawet tylko przez Stefana). Sam tytuł utworu Wilson wziął (z jakiegoś powodu) od imienia i nazwiska amerykańskiego reżysera kina niezależnego. Ja sam za Korinem nigdy nie szalałem, ale Stefan ewidentnie lubuje się w dziwacznym i dosyć drażniącym kinie tego typu. Z resztą nie tylko on ponieważ jego kolega z no-man - Tim Bowness, nazwał swój zespół Henry Fool, a to również nawiązanie do kina z festiwalu Sundance, tym razem filmu Hala Hartleya o takim tytule (i ten dla odmiany polecam).
Jeśli chodzi o pozostałe utwory, to ścieżki nagrane przez gości mogły napływać do Wilsona nawet przez internet. Nic nie świadczy o tym, że faktycznie jeździł on od drzwi do drzwi i osobiście uczestniczył w nagraniach z udziałem Tonego Levina czy Jordana Rudessa (przy czym nie można tego wykluczyć). Sympatyczny wąsaty basista zagrał w No Twilight Within The Courts of The Sun oraz w Collecting Space. Jordan Rudess z Dream Theater pojawia się ze swoim pianinem w No Twilight..., Veneno Para Las Hadas i Twilight Coda. Dodatkowe partie gitary zostały nagrane między innymi przez Johna Wesleya w studiu Red Room Records, nie wiadomo jednak do jakich utworów. Można zgadywać. W filmie Insurgentes widać jak SW nagrywa
No Twilight... w tym studiu, ale bez Wesa, którego widać później w trakcie zabawy nad Abandonerem (ale też nie gra). Sam Abandoner był chyba nagrywany wszędzie, ale główne partie zarejestrowano w No Man's Land. Kobiecy śpiew, który słyszymy w utworze Significant Other należy do Clodagh Simonds (trudno odmienić to imię na piśmie żeby nie zrobił się bajzel). Jest to irlandzka weteranka sceny muzycznej, karierę rozpoczęła w latach sześćdziesiątych ze swoim zespołem Mellow Candle. Przez lata gościła na albumach takich wykonawców jak Thin Lizzy czy Mike Oldfield. Przez ostatnią dekadę tworzyła i wydawała muzykę pod nazwą Fovea Hex. Steven Wilson zagrał na jednym z wielu mini albumów projektu, wydanym w 2007 roku Allure (w utworze tytułowym).

         

Dirk Serries
, który narobił gitarowego szumu (dosłownie) w Get All You Deserve, to popularny w pewnych kręgach twórca muzyki ambientowej. Fani Wilsona mogą go kojarzyć ze współpracy z Bass Communion przy serii płyt Continuum (również jako Fear Falls Burning i Vidna Obmana). Mike Outram to jazzowy gitarzysta, który znany jest bardziej w kręgu muzyków niż słuchaczy. Udziela się głównie jako gitarzysta sesyjny, ale komponuje również własną muzykę. Drugie solo w utworze No Twilight Within The Courts Of The Sun jest jego autorstwa. W przyszłości brał tez udział w nagrywaniu molocha Raider II. Theo Travis, to postać dobrze znana fanom Stefana (do wydania Insurgentes głównie z udziału w utworach Don't Hate Me i Ambulance Chasing). Na pierwszym solo zagrał w kawałkach Abandoner i Veneno Para Las Hadas (odpowiednio na flecie i klarnecie) oraz Port Rubicon (na saksofonie i klarnecie). Największy gościnny występ zaliczył jednak Gavin Harrison, który pojawia się w ośmiu utworach z dziesięciu. W zasadzie pojawia się wszędzie tam gdzie użyta została perkusja (na bonusowym dysku też). Na zakończenie tej listy warto zwrócić uwagę na udział The London Session Orchestra, których gra ozdobiła utwory Salvaging i Port Rubicon.


         

Pozostają jeszcze dwa rodzynki, które nie zmieściły się nigdzie przy okazji wydania albumu Insurgentes. SW dorzucił je dopiero do bonusowej płyty dodawanej do filmu. Desperation i Western Home nieznacznie odstają stylistycznie od zawartości Insurgentes chociaż i tak bliżej im do niej niż czemukolwiek co SW wydał solo później. Wiadomo o nich tylko tyle, że na perkusji zagrał (niespodzianka) Gavin Harrison, na reszcie instrumentów prawdopodobnie sam Stefan. Nie wiadomo też kiedy i gdzie zostały zarejestrowane (poza tym, że miało to miejsce między grudniem 2007, a sierpniem 2008). Do pierwszych zamówień dołączano jeszcze prezent w postaci płyty z dziewięciominutowym demem utworu Vapour Trail Lullaby, o którym wspominałem wcześniej. Technicznie, wersja ta nie ma nic wspólnego z sesjami do Insurgentes, ale jej druga połowa może być potraktowano jako demo Twilight Coda. Nie wszyscy pamiętają pewnie, że oryginalnie zamiast tego, pierwsze pre-ordery miały zawierać słynne Tape Experiments 1985-1986. SW nagle się zawstydził i próbował z tego wycofać, ale fani narobili jazgotu i ostatecznie Wilson wypuścił swoje taśmowe eksperymenty za darmo na Soundcloudzie. Jak się okazało, słuchacze byli bardzo zadowoleni z tego co usłyszeli i doprowadziło to do wydania Tape Experiments na winylu. Jak widać nie ma się co wstydzić. I to tyle. Steven przyznał się, że podczas sesji do Insurgentes łącznie nagrano około 25 utworów. 10 wydano na albumie, 5 (powiedzmy, że Insurgentes (Mexico) się liczy) na bonusowym dysku, jeszcze 2 razem z filmem, oraz jeden (Cut Ribbon) po kolejnych dogrywkach został w końcu wydany samopas (w 2011 roku). Zostaje zatem ok. 7 kawałków, które leżą kompletne w archiwum No Man's Land II. Podejrzewam, że żaden z nich nie był później brany pod uwagę i w żadnej formie nigdzie nie wyskoczył. Po pierwsze, SW stwierdził, że to co najlepsze ukazało się na Insurgentes i na dołączonym do niego bonusie, reszta była jakościowo gorsza (ale to jego opinia, szkoda, że nie możemy się sami przekonać). Po drugie, zmiana stylistyki na Grace for Drowning wyklucza raczej użycie czegokolwiek z zimnofalowego materiału skomponowanego przed 2010 rokiem. Jedynym utworem, który przywodzi na myśl klimaty Insurgentes jest Fluid Tap (z dodatkowej płyty z zestawu deluxe GfD), ale kawałek ten został napisany podczas sesji w 2010. Mamy zatem 17 utworów z sesji do Insurgentes i więcej raczej nie dostaniemy (a to i tak bardzo dużo). Po wydaniu tego albumu, SW pracował już nad materiałem na nową płytę Porcupine Tree The Incident, nie było zatem czasu żeby nawet pomyśleć o jakiejś mikro trasie promocyjnej solo. Wilson nie brał tego wtedy pod uwagę, zwłaszcza, że Insurgentes nie jest płytą łatwą do odtworzenia na żywo i Bosy raczej wtedy z tego korzystał niż uważał za wadę. Mógł nagrać wszystko i nie przejmować się niczym (trochę jak David Bowie teraz). Co by jednak było gdyby się wtedy uparł? Można gdybać. Na pewno skład zespołu byłby inny, większości z członków obecnego „solo bandu” Wilson wtedy jeszcze nie znał (a nawet osób pośrednich, z polecenia których muzycy trafili do Wilsona, np. Steve Hackett/Nick Beggs). Reszta nie nadaje się nawet na gdybanie. Wtedy, w 2008, wyobrażałem sobie jak mógłby wyglądać taki koncert. Zdecydowanie skromniej sobie to wyobrażałem niż ostatecznie to wyglądało w 2011 roku. Z obecnej perspektywy jeszcze trudniej mi zgadywać w jaki sposób Wilson z 2008/2009 roku próbowałby zrealizować taki występ. Ja materiał z Insurgentes widziałbym na miniaturowym koncercie (max kilkaset osób), w kameralnej sali, bez wizualizacji, ale z dobrymi światłami (Steven mógłby się wiele dobrego nauczyć o dobrych światłach np. od Riverside). Aktualnie nie ma na to szans bo Stefan już zapowiedział, że chce na nowej trasie przebić wizualny przepych Raven Tour. Czy będzie więcej firanek? Zobaczymy.

         

Podsumowując temat albumu Insurgentes, późna jesień roku 2008 była ekscytującym czasem dla fanów Stevena Wilsona. Jako człowiek chętny do eksperymentów (również na polu formy wydania swoich płyt), prawdopodobnie zainspirowany poczynaniami Radiohead (z In Rainbows), a zwłaszcza NIN (z Ghosts I-IV), Bosy zdecydował się wydać pierwszego w swojej karierze poważnego deluksa. To co obecnie jest już tradycją, wtedy miało charakter poruszania się w kompletnej ciemności. Stefan nie miał pojęcia ile takich ekskluzywnych wydań się sprzeda (a pesymistycznie zakładał, że mało) więc zainwestował w 3000 kopii wersji cd i 1000 wersji winylowej. Sprzedały się wszystkie, ale mimo to Wilson stracił na tym kasę (pierwsze koty za płoty). Rynek został jednak zbadany i przy okazji tego typu wydań płyt The Incident (Porcupine Tree) i Grace for Drowning można było pewnych błędów uniknąć. Insurgentes Deluxe zawierało dodatkowy dysk z muzyką, DVD-A z wersją 5.1, oraz gruby „album” ze zdjęciami. Taki zestaw można było zamawiać bezpośrednio „u Wilsona” w Headphone Dust, a datę premiery ustalono na 26ego listopada 2008. Zwykła wersja Insurgentes miała premierę dopiero 16tego lutego 2009 roku i teoretycznie to tę datę uważa się za właściwą datę premiery (przy czym dla mnie to już zawsze będzie płyta z 2008 roku). Wilson chciał aby fani, którzy wsparli inicjatywę z deluksami mieli całość wcześniej niż inni, ale do lutego Insurgentes rozlało się już dawno po całym internecie i tego rodzaju czkawka wydawnicza nie była więcej powtarzana.


             


Uff. Czy wyczerpałem temat? Szczerze mówiąc - nie wiem. Na pewno brakuje wielu informacji na temat tego gdzie i kiedy co było nagrywane, oraz ile tak naprawdę Stefan się napodróżował. Jest jeszcze dziwadełko wydawnicze pod tytułem NSRGNTS RMXS. Jedna z wersji utworu Abandoner wynikła z konkursu na najlepszy remiks, który trwał od stycznia do marca 2009. Konkurs wygrał Polak – Łukasz Lang (jako Danse Macabre) – jego remiks zebrał najwięcej głosów od fanów po tym jak SW wybrał 8 z wcześniejszej puli. W tym wypadku trudno nawet mówić o remiksie, to zupełnie nowa wersja ze stworzoną od podstaw aranżacją. Z oryginału ostał się tylko wokal. NSRGNTS RMXS to zaskakująco dobra kompilacja i wbrew temu co niektórzy mogą sądzić, doskonale się tego słucha. Ostatnim fragmentem układanki jest wydany w 2010 roku film dokumentalny Insurgentes, ale nie daje nam on zbyt wiele potrzebnych informacji na temat procesu nagrywania albumu. Poświęcę temu dokumentowi osobny tekst. Tymczasem polecam wszystkim włączyć sobie pierwsze solo Stefana i napawać się tym jaka ta płyta jest dobra. Według mnie to zdecydowanie najlepszy album podpisany jako Steven Wilson i zawsze przyjemnie do niego wrócić. Nadal mam wrażenie, że dużo zostało jeszcze do napisania o Insurgentes, ale nie będę Was męczył. Idźcie się zrelaksować przy muzyce!