czwartek, 12 marca 2015

Hand. Cannot. Erase Tour 2015: reakcja SWL na setlistę pierwszego koncertu.



I ruszyła... Hand. Cannot. Erase. Tour 2015.
Poprzednia trasa nauczyła mnie, że pierwszy koncert (i setlista) może być nieadekwatny do pozostałych. Ale ile można zmienić? Podejrzewam, że taki właśnie zestaw będzie dominował przez najbliższe miesiące, a zatem i z takim repertuarem przyjedzie Wilson do Polski. Jak to wygląda?

01. First Regret
02. 3 Years Older
03. Hand Cannot Erase
04. Perfect Life
05. Routine
06. Index
07. Home Invasion
08. Regret #9
09. Lazarus
10. Harmony Korine
11. Ancestral
12. Happy Returns
13. Ascendant Here On…
….......
14. The Watchmaker
15. Sleep Together
16. The Raven That Refused to Sing

Na razie mogę napisać tylko jak to wygląda powyżej bo utworów w wersjach koncertowych nie słyszałem, a występu nie widziałem (więc nie wiem czy była szmata czy nie).
O tym, że pojawi się nowa płyta było wiadomo. Tego, że Transience wypadnie można było się (niestety) domyślić. Natomiast Lazarusa do samego końca rzucałem sobie ze znajomym dla jaj. I wykrakaliśmy.
Ja, mam do obecności utworów PT w secie solowego SW podejście dosyć sceptyczne. Jeszcze w 2011 roku Bosy zapierał się, że solowe występy to nie „best of wszystkie projekty” i nie ma zamiaru grywać utworów PT. Propsowałem taką postawę (i nadal propsuję). Wprawdzie podczas koncertów w Ameryce Południowej, Wilson wychodził na niepisany bis i grał akustyczne wersje Trains, Even Less czy Lazarus, ale to było w ramach zadośćuczynienia dla tamtejszych fanów, których trasy PT nie rozpieszczały. W 2013 roku pojawiło się Radioactive Toy. Ok, to prawie solowy utwór o konkretnej symbolicznej wartości. Trains na jesieni 2013? Ok, jakoś broni tej decyzji koncepcja z żebrzącym muzykiem grającym przeboje. Było w tym coś z parodii, puszczenia oka do fanów. Ale Sleep Together?
No, nie wiem.
Nawet plotka o Don't Hate Me miała więcej sensu bo ten skład faktycznie mógł zrobić coś ciekawego z tamtym utworem (przynajmniej dopóki Theo Travis był w składzie). Ludzie, którzy uważają, że „SW to PT” będą zadowoleni. Reszta, która z większym szacunkiem podchodzi do roli pozostałych muzyków z Jeżodrzewia, będzie miała (albo już ma) mieszane uczucia. Ja mam. Nie widzę powodu grania takich rzeczy jak Sleep Together czy Lazarus na koncercie solo. Nie wiem co solo band może tutaj interesującego zdziałać (przekonamy się niedługo). Bosy wspominał coś, że to będzie kawałek/kawałki, który wpisze się w liryczny koncept nowej płyty. Nie jestem przekonany czy tak w istocie jest. Repertuar solowy jest na tyle bogaty (i już popularny), że Wilson spokojnie mógł zamiast tego dorzucić Drive Home i Reminder The Black Dog. Brakuje tu mocno porządnej niespodzianki z (tak w końcu wychwalanego) katalogu solo, a przecież w ubiegłym roku wyszła reedycja Cover Version. Nie wspomnę nawet o mitycznym Collecting Space, czy nawet Only Child. Wątpię żeby ktoś narzekał. Utwory PT wolę oglądać/słuchać na koncertach PT (nawet jeżeli będę musiał czekać 10 lat), a na koncertach solo, wolałbym więcej solo. Tak się składa, że z pierwszych dwóch albumów ostało się po jednym utworze. I to typy już srogo ograne. Trochę szkoda. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie na kolejnych występach. Jeżeli ktoś lubi Hand. Cannot. Erase., to połowę koncertu ma z górki (ja lubię więc już się cieszę na te konkretne kawałki). Jeżeli chodzi o resztę, to na ten moment jestem bardziej na nie niż na tak. Podkreślam, bazując tylko na utworach wypisanych na „kartce”. Trochę boję się wyobrazić sobie jak brzmi teraz Sleep Together... brrr. Natomiast plota o Don't Hate Me poszła do kosza, w zasadzie już jakiś czas temu kiedy okazało się, że Theo Travis nie gra na tej trasie. Zobaczymy co też będzie dalej. Jak to się mówi (bądź nie?), jeśli potem ma być lepiej, to żale należy wylać od razu. Ja swoje wylałem, jest 50/50. Czekam na jakieś bootlegi, a jak nie, to na koncerty w Polsce.

poniedziałek, 2 marca 2015

Wilson. Can. Demo.



Premiera Hand. Cannot. Erase. już za nami, wielu ludzi napisało już recenzje. Cześć z nich to czysta masturbacja nad twórczością Wilsona, inne zaś nieco trzeźwiej przyglądają się temu co na tej płycie jest ciekawe, a co nie. Ja nie będę się w to bawił. Zaproponuję za to coś czego raczej w internecie nie znajdziecie – recenzję, a raczej opis płyty nr 2, która zawiera dema z sesji nagraniowej do "H.C.E.". Czy można ją traktować jako album sam w sobie? To zależy od słuchacza.
Steven Wilson nigdy nie wstydził się dzielić demami utworów Porcupine Tree, dostawaliśmy je czasami w komplecie (Insignificance) lub na raty (dema ze Stupid Dream i Lightbulb Sun rozsiane na singlach). Niektóre wyciekały w niekontrolowany sposób (3 płyty z demami Stupid Dream oraz słynne Out Absentia). Bosy wrócił do zwyczaju dzielenia się demami przy okazji Grace for Drowning (większość ostrożnie rozsiewając po płycie bd) i już nieco śmielej przy Ravenie. Co do tego drugiego miałem jednak pewne zarzuty (pomijając to co sądzę o tej płycie). Jedynie Luminol i Drive Home z tego zestawu wydają się naprawdę interesujące (głównie z uwagi na solówkę Wilsona w tym drugim). Reszta albo nie różni się w znaczący sposób (The Holy Drinker i The Pin Drop) albo praktycznie niczym (The Watchmaker i tytułowy) od oryginałów. Liczyłem bardziej na coś co zasugeruje w jakiś sposób drogę jaką kompozycja przebyła od zakiełkowania pierwszego pomysłu do wersji ostatecznej. Może nie w takiej formie jak „So-DNA” Gabriela, ale choćby za pomocą umieszczenia wczesnych dem z samym (lub prawie samym) Wilsonem grającym do automatu perkusyjnego (jak w demach z Grace for Drowning). W przypadku Hand. Cannot. Erase. dostałem dokładnie to czego oczekiwałem. Wprawdzie w niektórych utworach słychać prawdziwą perkusję, ale większość to domowe zabawy Wilsona. Demo First Regret zawiera trochę drobnych, ale znaczących zmian (ta gitara!), natomiast 3 Years Older jest dokładnie tym co powinno znajdować w takiej kolekcji szkiców. Prawie innym utworem. Nie ma znaczenia czy lepszym, czy gorszym. Grunt, że czymś się różni. Po odarciu dema 3YO z dłużyzn można byłoby spokojnie uznać to za nowy kawałek Blackfield. Wilson ostatecznie wszystko przemieszał, cześć wywalił, część dołożył. Na uwagę z pewnością zasługuje obecność Theo Travisa (który w ostatecznym 3YO się nie pojawia) oraz solówki grane przez Wilsona, a nie Guthriego Govana. Z pewnością zadowoleni będą ci, którzy za tymi Stefanowymi solówkami tęsknią (tak jak ja) ponieważ na oryginalnym "H.C.E." znajduje się tylko jedna i bardzo krótka. Wśród dem będzie ich więcej (natomiast obecności Govana nie stwierdziłem w ogóle). Tytułowy utwór wyraźnie szczuplejszy muzycznie. Wilson śpiewa trochę inny tekst, a Ninete Tayeb nie robi mu chórków, co akurat w przypadku tego utworu uznaję za minus. Umieszczony w środku mellotron wydaje się być odrobinę nie na miejscu, podobnie jak dziwny pianinowy zjazd pod koniec, który na chwilę zatrzymuje cały utwór. Ale nadal jestem zadowolony bo przecież o to mi chodziło, o różnice. W demie Routine mamy okazję usłyszeć Wilsona śpiewającego refren (nic specjalnego) oraz solówkę w jego wykonaniu (tu już lepiej). Trochę upiorni wydają się niewiadomego (ale raczej cyfrowego) pochodzenia chórzyści. Całość jest trochę dłuższa. Następne demo to Key of Skeleton, tytuł którego na właściwym albumie nie ma. Niestety nie ma też się czym podniecać, mamy tu do czynienia z duchowym spadkobiercą Clock Song. Utwór jest instrumentalny, dziwny i mocno oderwany od wszystkiego co znamy pod hasłem Hand. Cannot. Erase.. Kilka osób powiedziało mi już, że kawałek kojarzy im się z filmami o Bondzie. Być może, ale w bardzo mizernym stylu (chociaż nadal brzmi to lepiej niż Birthday Party...).
Ancestral pojawia się tu jako szkic, który powstał podczas przerwy w trasie Stefana, w wakacje 2013 roku. Jak wiemy, na jesieni SW zaprezentował na żywo wersje, która w praktycznie niezmienionej formie została wydana na „H.C.E.”. Demo ewidentnie pokazuję nam jak to brzmiało w pierwszych tygodniach pracy nad nim. Na tym etapie SW nie do końca wiedział co chce zrobić z tym utworem. Refrenu praktycznie nie ma, natomiast powtarzana przez kilku Wilsonów fraza „come child” powraca jakiś czas później wciśnięta w środek zabawy w King Crimson powodując, że i tak chaotyczny utwór staje się jeszcze bardziej chaotyczny. Jest kilka elementów, które z radością wcieliłbym do wersji płytowej, ale generalnie demo Ancestral przytłacza bajzlem, który w nim panuje. W przypadku Happy Returns miałem nadzieję na mniej ospały wokal w stosunku do wersji albumowej (najlepiej taki jaki SW prezentował na koncertach) i do pewnego stopnia to życzenie się spełniło. Niestety reszta nie brzmi już tak dobrze, zwłaszcza toporny automat perkusyjny. W „refrenie” Bosy bardziej jodłuje swoje „diririridalalada”, słychać, że to jedna z pierwszych prób. Piosenka urywa się nagle po solówce Wilsona i... niespodzianka.
Last Regret okazuje się być dokończeniem Happy Returns, zarówno muzycznie jak i lirycznie. Podejrzewam, że SW zrezygnował z tego ponieważ w zbyt oczywisty sposób kończyło całą historię. Popieram jego decyzję aby wątek urwać, zwłaszcza, że ostatnia linijka i tak już dużo sugeruje. I to tyle. Tak prezentuje się wersja demo całkiem przyzwoitej płyty jaką jest Hand. Cannot. Erase.. Myślę, że raczej nikt nie zachwyci się tym zestawem na tyle, aby słuchać go częściej od podstawowej wersji albumu, ale z pewnością jest to interesująca kolekcja. Tym razem Stefan się postarał i zaprezentował naprawdę ciekawe rzeczy jak kompletnie odmienione 3 Years Older, urokliwe Last Regret i przede wszystkim możliwość usłyszenia solówek w jego wykonaniu co przez ostatnie kilka lat stało się dosyć przytłaczającą rzadkością. Oczywiście zestaw zawiera wyraźne braki w postaci Perfect Life, Home Invasion/Regret#9 i Transience, ale domyślam się powodów ich pominięcia. W kwestii Transience sprawa jest raczej oczywista, utwór został nagrany tylko z udziałem Stefana (zapewne w No Man's Land) i niewykluczone, że to co było oryginalnym demem trafiło ostatecznie na płytę. To samo można powiedzieć o Perfect Life, zapewne ostateczna wersja nie różni się zbytnio od szkicu (chyba, że Wilson sam zdemował mówiony fragment i teraz się wstydzi). Regret#9 to utwór, który mógł powstać w studiu z uwagi na jego improwizacyjny charakter, podobnie jak pierwsze 3 minuty Home Invasion. Zagadką pozostaje brak dema reszty tej drugiej pozycji, ale widocznie był jakiś powód. Ascendant Here On... jest zapewne wynikiem udziału chórzystów.
Przy okazji warto posłuchać instrumentali z blu-raya. Sporo muzycznych smaczków ginie pod wokalem Stefana, czasami nawet same wokale (jak te przepuszczone przez vocoder w Home Invasion). Jeżeli ktoś ma mooga albo gitarę to może sobie pograć do „instrumentala” Regret#9 ponieważ ścieżki z solówkami zostały usunięte. Z bonusów, na pewno warto zwrócić uwagę na Routine. Nie jestem wielkim fanem maniery wokalnej Ninete Tayeb, ale ostatni segment brzmi rewelacyjnie i to właśnie dzięki tej Pani. Uważam, że ten fragment powinien znaleźć się na płycie ponieważ Wilson nie dał rady zaśpiewać tego w tak ujmujący sposób. Ewentualnie można było się pokusić o duet, ale może to już było dla Stefana za dużo. Dla fanów Regret#9 na pewno upominkiem będzie alternatywna wersja z zupełnie innymi solówkami Holzmana i Govana. Cieszą takie dodatki, szkoda tylko, że nie pojawił się w tym zestawie żaden nowy utwór (bo umówmy się, Key of Skeleton nim nie jest). I to tyle. Jeśli chodzi o Stefana, to kolejny wpis o nim będzie się już tyczył nadchodzącej trasy... chociaż kto wie.

piątek, 19 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.4: Octane Twisted i bootlegi audio/video!




The Incident Tour to najbardziej rozpasana trasa Porcupine Tree, ale doczekała się tylko jednego dokumentującego ją wydawnictwa, a niewiele brakowało, że nie byłoby żadnego. W porównaniu z czterema albumami live (w tym jeden z dvd/blu-ray) z trasy Tour of a Blank Planet (również okazałej, ale jednak mniej), to naprawdę bieda. Octane Twisted został wydany już w momencie kiedy Steven Wilson wypiął się na Porcupine Tree i podporządkował wszystkie plany karierze solowej. Kiedy pojawił się pomysł wydania nagranego i czekającego w archiwum koncertu z Chicago (2010), Bosy szybko zawetował tę propozycję. Może nie chciał aby to wydawnictwo odwracało uwagę od jego solowej kariery, może (tak jak mówi) faktycznie nie był zadowolony z tego jak zespół zagrał tamtej nocy. Jakkolwiek by nie było, został przegłosowany przez resztę. Nie wiadomo czy przewaga była miażdżąca, ale tego nie sprecyzowano, podobnie jak tego, który członek PT nie lubi jazzu (chociaż i tak wiemy, że to Rysiek). Możemy być wdzięczni temu, że Porcupine Tree jest grupą demokratyczną. Wilson jednak nie pogodził się wewnętrznie z wydaniem tego koncertu i sabotował je jak tylko mógł. Po pierwsze twardo milaczał kiedy "OT" wychodziło, zero promocji z jego strony na fb, twitterze, itd (w miejscach gdzie zazwyczaj spamuje ostro). Po drugie, jeszcze nie zdarzyło się żeby jakieś wydawnictwo PT nie było zmiksowane przez SW. Tym razem musiał się za to wziąć Gavin Harisson, a przynajmniej za coś co opisane jest jako „wstępny mix”. „Ostateczny” należy do Wilsona, ale podejrzewam, że napisano tak tylko żeby fani nie marudzili. W rzeczywistości Wilson dostał pewnie mix Gavina, przesłuchał go i powiedział „ok”. Po czym można poznać, że Gawosz dłubał przy miksie? Np.: po tym jak ładnie uwypuklona jest sekcja rytmiczna. Wilson od lat spychał Colina gdzieś na tyły, natomiast słuchając Octane Twisted można się łysym basistą nacieszyć do woli, zwłaszcza w Stars Die. Na całość składa się spora część koncertu z Chicago, ale bez bisów ponieważ zbyt wiele utworów powtarzało się tam względem ostatnich live albumów PT. W zamian dołożono kilka perełek z koncertu w Royal Albert Hall dzięki czemu OT jest naprawdę fantastycznym zestawem. Na dvd dołączanym do limitowanej edycji znalazło się tylko wykonanie The Incident w całości (z Chicago). Dlaczego zespół nie pokusił się o wydanie jednego ze specjalnych koncertów? Odpowiedź jest prostsza niż może się wydawać, ale po kolei. Jeszcze przed tymi występami, ludzie wypytywali SW czy któryś z nich zostanie wydany. Stefan nie mógł się zdecydować. Jedni słyszeli, że „być może”, drudzy, że „raczej nie”, a większość, że „nie wie”. Zarówno w RCMH i RAH nie było kamer co już świadczyło o tym, że na pewno nie wyjdzie nic na dvd/bl. Pozostawała nadzieja, na live album, ale zespół długo milczał w tej kwestii. Odpowiedzi na pytania zaczęły się pojawiać dopiero w okolicach wydania Octane Twisted, a ich źródłem był Richard:

The problem with Radio City was there was a malfunction. Let’s say there was a human error whereby the show wasn’t recorded. Which is a shame. That was a great show. We recorded Albert Hall which wasn’t, for us, technically as good a show. There were some problems. You know, there are always some problems on stage that people don’t notice, but they do cause more hassles than people realize. It wasn’t quite as great for us, even though the occasion was wonderful. So, we had to sift through that a little bit. When we were thinking about possibly releasing it, we found out that Royal Albert Hall charges a huge amount of money to use anything recorded there. It really was prohibitive. We’re talking tens and tens and tens of thousands of Pounds. So, in the end, going back and forth with them again and again, we worked out a deal where we could use some tracks. We thought it would be nice to include some of the older material that we played at Royal Albert Hall onto the second disc of Octane Twisted.*

Niestety powtórzyła się sytuacja z Rzymu sprzed 13 lat kiedy pierwsza z trzech nocy została źle nagrana i niewiele z tego materiału nadawało się do użycia. Tutaj wyszło jeszcze gorzej. Z RAH zaś dostaliśmy tyle ile się dało żeby zespół nie zbankrutował. I tyle. Tylko tyle i aż tyle. Na szczęście tam gdzie ktoś zawalił, kto inny odwalał świetną robotę i dzięki temu mamy nie tylko bootleg audio z RCMH, ale tez kompletny bootleg video! Ale po kolei. Wspominałem już swego czasu o słynnych komunikatach odtwarzanych przed koncertami z głośników. Na niektórych bootlegach (ironicznie) zachowały się ich nagrania. W skrócie, nagrany głos mówił, że zespół doceni jeśli nikt nie będzie koncertu nagrywał w żaden sposób, oraz jeszcze bardziej doceni jeśli każdy z uczestników będzie się rozglądał za nagrywającymi i zwracał im uwagę aby przestali lub kablował ochronie. Brzmi śmiesznie? Raczej przerażająco. W opisie trasy Tour of a Blank Planet rozwodziłem się już nad tym jak wielu fanów ze zdziwieniem obserwowało przemianę SW z wyluzowanego faceta do drugiego Roberta Frippa, który stawia gnojenie bootlegerów ponad ogólną atmosferę na widowni. Smutne to.
Mimo to znalazło się wielu odważnych i dzięki temu brak oficjalnych wydawnictw nadrabia spora ilość niezłej jakości bootlegów. Zdecydowanie najlepszym (a na pewno jednym z najlepszych) nagraniem jakie posiadam jest Leeds (8.10.2009). Świetna jakość, bardzo przyjemny koncert. Nic dodać nic ująć, jest to absolutna podstawa jeśli chodzi o bootlegi z tej trasy. Biorąc pod uwagę jakość nagrania, mogę jeszcze polecić równie dobry Wettingen (25.11.2009) jednak problem z nim polega na tym, że jest to nagranie niekompletne (ale dla samego Stars Die warto się zaopatrzyć).
Niektóre koncerty były nagrywane przez kilka osób i dzięki temu mamy np. pierwszy koncert z Seattle (15.09.2009) w 3 wersjach (każda niezła). Polecam również Chicago (22.09.2009), Philadelphie (26.09.2009, słynne „ I Nearly Had An Incident in My Pants Getting This Recording”), Boston (27.09.2009), Mediolan (4.11.2009), Luksemburg (30.11.2009), oraz z 2010 – Houston (21.04.2010), Download Festival (13.06.2010), Pistoia (14.07.2010, średnia jakość, ale rewelacyjny występ), Łódź (17.07.2010) oraz oba koncerty specjalne, o których zaraz napisze parę słów. Przepraszam, że wygląda to jak spis powszechny, ale koncerty poza setlistą i jakością nie różnią się zbyt wiele od siebie. Jednym z wyjątków jest koncert z Tabernacle (27.04.2010), w trakcie którego Stefan zgubił kolczyk, który miał od dziecka i próbuje go znaleźć (nie wiadomo czy mu się udało). Różne sa tez kabaretowe wstawki w trakcie Trains. Polecam jeszcze bardzo popularny (ale słaby jakościowo) Nuremberg (30.10.2010). Z Wrocławia niestety nie ma pamiątki (a przynajmniej ja o takiej nie wiem), ale na osłodę mamy dobrej jakości Łódź.
Z europejskiej trasy jesiennej posiadam tylko jeden bootleg nagrany przez Sławka, który był w Halle (5.10.2010, dzięki Sławek!). Natomiast jeśli chodzi o wieczory specjalne:
Nagranie audio z Nowego Jorku (Radio City Music Hall, 24.09.2010) ma przyzwoitą jakość i jest kompletne. Większe wrażenie robi jednak wideo. Nie wiem jak komuś udało się nagrać cały koncert, ale udało i możemy się tylko cieszyć z tego powodu. Czasami nagrywający skupiał się trochę zbytnio na SW, ale i tak ogląda się z przyjemnością. Londyn (Royal Albert Hall, 14.10.2010) (tylko audio) jest trochę gorszej jakości, ale nadal słucha się przyjemnie, a nagranie jest kompletne. Do oglądania jest jeszcze dostępny Hammersmith Apollo (9.10.2009). Widać, że nagrywający przeżył ciężkie chwilę żebyśmy mogli dostać to nagranie. Facet regularnie musi nurkować pod publikę żeby nie zobaczyła go ochrona, niektóre fragmenty utworów są przez to wycięte (ale nie ma tego dużo), ale koncert jest z grubsza w całości. Wielki szacun dla autora za zachowanie zimnej krwi. Niby nie jestem zwolennikiem psucia sobie koncertu zabawą kamerą, ale kiedy już dostanie się taki bootleg do oglądania to się o tym zapomina ;)
I to by było na tyle. Jest z czego wybierać. Chętnie wymienię się bootlegami, a w razie potrzeby podzielę się „za nic” bo wiem, że nie każdy ma coś na wymianę.
Naturalnie wszystko za free. Przed świętami powinien pojawić się przynajmniej jeden tekst więc do przeczytania!

* polecam ten oto świetny wywiad z Richardem Barbierim
http://www.rocksquare.com/community/featuredartists/1548

                                                         

wtorek, 16 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.3: Radio City Music Hall i Royal Albert Hall


Przez równe dwa tygodnie dzielące ich od koncertu specjalnego nr 1 (w Nowym Jorku) Porcupine Tree pudrowali prawie trzygodzinne show, które miało zadziwić wszystkich zebranych fanów. Wstępnie planowano, że zarówno w Radio City Music Hall jak i Royal Albert Hall zespół uroczyście odegra po raz ostatni The Incident w całości, a potem zagra trochę staroci. Okazało się jednak, że najnowsze dzieło pożera zbyt wiele czasu i na obiecane niespodzianki wykopaliskowe zabraknie miejsca. Wilson i reszta podjęli męską (a raczej jedyną słuszną w tej sytuacji) decyzję by jednak darować sobie granie całego Incydentu. Nadeszła zatem wielka chwila i 24 września Porcupine Tree zagrali pierwszy w swojej karierze 3 godzinny koncert (zaokrąglając, w rzeczywistości grali 2 godziny i 35 minut).
Setlista:


Set Akustyczny

01. Stranger by the Minute
02. Small Fish
03. Pure Narcotic
04. Black Dahlia
05. Futile
….
Set właściwy cz.1
06. Even Less (pełna wersja)
07. Open Car
08. Lazarus
09. Tinto Brass
10. The Sky Moves Sideways (Phase One)
11 I Drive the Hearse
12. Bonnie the Cat
…...
Set właściwy cz. 2
13. Occam's Razor
14. The Blind House
15. Great Expectations
16. Kneel and Disconnect
17. Drawing the Line
18. Dislocated Day
19. Time Flies
20. The Pills I'm Taking
21. Up the Downstair
22. Sleep Together


Śledziłem setlistę na bieżąco na zagranicznym forum PT, ktoś życzliwy podsyłał sms'y z kolejnymi utworami komuś z forum i tak w dosyć niezdrowej ekscytacji spędziłem niecałe trzy godziny. W Polsce było już prawie nad ranem kiedy PT schodzili z nowojorskiej sceny po ostatnim bisie.
Co można zatem napisać o tym wydarzeniu? Liczba utworów nie jest może szokująca, ale trzeba wziąć pod uwagę, że długość niektórych starszych utworów przekraczała magiczne 10 minut. Porcupine Tree postarali się aby koncert był wyjątkowy i to pod wieloma względami. Po pierwsze widać, że pomyśleli o wszystkich fanach zatem nie był to tylko wieczór radości dla tych najstarszych, którzy tęsknili za materiałem z lat 90tych. Po drugie sama forma występu zaskoczyła zebranych w RCMH ludzi. Najpierw Jeżodrzewie wyszli na scenę aby zagrać coś w rodzaju supportu przed samym sobą – akustyczny set złożony z nie tak do końca oczywistych utworów. Z tej okazji Colin przytaszczył swój kontrabas, a Gavin zasiadł za mikroskopijnym zestawem perkusyjnym. Ryszard również nie miał kompletu klawiszy ze sobą, a SW dzierżył tylko akustyczną gitarę (elektryczną zajął się Wes). Zaczęli z grubej rury. Stranger by The Minute to utwór, który był już grany na koncertach PT, ale w okolicznościach, które skutecznie zatarły wszelkie ślady po jakiejkolwiek jego bytności (o całych trzech wykonaniach akustycznych z 1999 roku napiszę w tekście dotyczącym Stupid Dream Tour). Tym razem piosenka po raz pierwszy została zagrana przez cały zespół. Small Fish, mimo że grany już solowo przez Wilsona, miał swoją premierę na koncercie Porcupine Tree i to w bardzo interesującej wersji. Pure Narcotic nie był wielkim zaskoczeniem (chociaż zabrzmiało odrobinę inaczej, warto zwrócić uwagę na Wesa i Gavina, który pod koniec gra, a nie tylko trzęsie shakerem) natomiast Black Dahlia była miłą niespodzianką. Mini set na otwarcie zakończyło Futile, które zostało wybrane jako żart. Zespół zastanawiał się jaki utwór PT jest najmniej odpowiedni na występ akustyczny i padło na Futile. Całość wykonano wiernie (łącznie z przesterowanym wokalem w refrenie), ale na lekko. Po tym dającym dużo radości mikro secie, zespół zszedł ze sceny a z głośników popłynęło słynne strojenie się orkiestry, rozciągnięte do kilku minut (niektórzy myśleli, że to intro z trasy 2003).
We właściwym już secie pojawiły się obiecane niespodzianki i na nich się skupię. Even Less w pełnej wersji było pewniakiem i raczej nikogo nie zaskoczyło. Tinto Brass powróciło po 7 latach nieobecności. Nie jest to może utwór, na który wszyscy czekali z wypiekami na twarzy, ale jest to zdecydowanie dobry materiał na koncert.
Dopiero przy The Sky Moves Sideways zaczęło się robić poważnie. Odegrano wersję znaną z lat 90-tych (nie tę skróconą z 2007 roku), subtelnie unowocześnioną i naznaczoną obecnością Gavina. W tej części setu nie pojawiło się już nic ze staroci, po Bonnie The Cat zespół zszedł na tradycyjną kilkunastominutową przerwę. Druga cześć właściwego setu rozpoczęła się od pokaźnej dawki Incydentu (Od Occam's Razor do Drawing The Line). Zanim zespół przeszedł do Time Flies, pojawił się utwór, którego chyba nikt się nie spodziewał. Dla mnie osobiście była to największa niespodzianka całego specjalnego koncertu – Dislocated Day. Dużo się o tym kawałku mówiło przez lata. Nie grany od 1999 roku, popisowy numer Chrisa Maitlanda. Swego czasu pojawiła się niepotwierdzona plotka, że Richard Barbieri nie lubi grać tego utworu. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze kiedykolwiek usłyszymy Dislocated Day. Niespodzianka. Inna sprawa, że Colin trochę się pomylił na samym początku, ale kto by się tym przejmował? Gavin nie zagrał tak jak na remastorowanym TSMS, jego gra była znacznie wierniejsza temu co swego czasu robił na koncertach Chris. Zakończenie było jak zwykle energetyczne chociaż zdecydowanie nie w tym stopniu co w latach 90-tych z Maitlandem za bębnami. Ostatnią dużą niespodzianką wieczoru (chociaż przez wielu obstawianą) było Up The Downstair (również po raz pierwszy na koncercie z Gavinem). Kiedyś stały punkt programu, potem przesiedział na ławce rezerwowych ponad 8 lat. Wypadł jak zwykle doskonale. W tym secie pojawiło się jeszcze Sleep Together, rarytas bardziej w kontekście tej trasy niż w ogóle. Na bis zespół zaprezentował Arriving Somewhere But Not Here, które nie było grane od Deadwing Tour. I na tym się skończyło. Arriving okazał się wyjątkowo dobrym utworem na zakończenie koncertu chociaż (o czym wtedy ludzie nie wiedzieli), na kartce z setlistą było jeszcze Trains, które się nie zmieściło. Amerykanie są słynni ze swoich ścisłych przepisów określających to kiedy koncert musi się skończyć ze względu na ciszę nocną. To już nie pierwszy taki przypadek w historii Porcupine Tree. Było potem kilka głosów rozczarowania, ale powiedzmy sobie szczerze – nie po to szło się na taki specjalny koncert żeby usłyszeć Trains. Wielbiciele wizualizacji na koncertach PT mieli dużo radości. Na występach specjalnych ekrany były olbrzymie. Jeżeli ktoś lubi takie rzeczy, to z pewnością nie wyszedł z RCMH niezadowolony. Zanim PT wystąpili z drugim takim koncertem w Londynie, odbyli mikroskopijną (7 koncertów) trasę po Europie. Niestety tym razem Polska się nie załapała, szczęśliwi (pozdrowienia dla Agaty, Miłosza i Sławka), a raczej trzeźwo myślący, zdecydowali się na wycieczkę do Niemiec. Było warto. Oczywiście na tym małym objeździe PT nie grali specjalnych koncertów, ale spora cześć rarytasów wypłynęła do setlisty (myślę, że głównie z uwagi na road-testowe walory). W Aarhus (4.10) duńscy fani dostali pełne Even Less i Dislocated Day (oraz Stars Die). W Halle (5.10) do zestawu Even Less + Dislocated Day dorzucono Up The Downstair i Arriving Somewhere But Not Here (zespołowi spodobało się granie tego na koniec), natomiast w Berlinie (6.10) dodatkiem było The Sky Moves Sideways (które pojawiło się na wszystkich kolejnych koncertach). Zawsze można było liczyć na przynajmniej 3 rarytasy z setu „specjalnego”. W końcu Porcupine Tree dotarli do Londynu gdzie w Royal Albert Hall (14.10) zaprezentowano ten sam set co w Nowym Yorku, ale tym razem udało się na koniec wcisnąć Trains (całość trwała ok. 2 godziny 46 minut). 


Set Akustyczny
01. Stranger by the Minute
02. Small Fish
03. Pure Narcotic
04. Black Dahlia
05. Futile
….
Set właściwy cz.1
06. Even Less (pełna wersja)
07. Open Car
08. Lazarus
09. Tinto Brass
10. The Sky Moves Sideways (Phase One)
11 I Drive the Hearse
12. Bonnie the Cat
…...
Set właściwy cz. 2
13. Occam's Razor
14. The Blind House
15. Great Expectations
16. Kneel and Disconnect
17. Drawing the Line
18. Dislocated Day
19. Time Flies
20. The Pills I'm Taking
21. Up the Downstair
22. Sleep Together
….......

          
          
          
          
                                           


Przebieg występu był podobny jak w Nowym Jorku, ale tym razem PT byli u siebie. Na widowni byli rodzice Stefana, zapewne też rodziny i przyjaciele pozostałych członków zespołu. Cała piątka była na luzie. Ryszard tak wspomina oba specjalne koncerty:


We did an acoustic set, which was very enjoyable. It was an amazing way to start the show, especially at Radio City with all its curtains and the depth of the stage, you could do all these reveals. So when the people got into the auditorium, all they see if this minimal little jazz setup at the front. They must have been wondering what the hell is going on and whether there was a support band. So we come out and do a little set. After that, the next curtains open and there’s all our gear and we go into the first part of our set. And then again, the next curtain opens up and we’ve got the biggest LED screen in the world, I think. So, suddenly, we’re all in this film going on. It was a magical moment.

That was a very special show, that and the Albert Hall were incredible. They’re venues you know about all your life. Famous and so much history attached to them. Finally, to get Porcupine Tree on stage with a production we all wanted to project.

Był to ostatni jak dotąd koncert Porcupine Tree, ironicznie wyglądał jak pożegnalny. Wiele utworów obstawiano z myślą o tych specjalnych występach, ja sam byłem niemal pewien, że na koniec w NY i Londynie zabrzmi Radioactive Toy. Niektórzy byli przekonani, że zabrzmi Nine Cats. Było jak było, ale raczej nikt z obecnych nie żałuje swojego udziału. The Incidet Tour niespodziewanie okazało się być trasą bogatą w utwory ze wszystkich lat (zabrakło tylko czegokolwiek z On The Sunday Of Life), oraz w wielkie powroty po latach. Porcupine Tree pobili tą trasą rekord repertuarowy. Między 15-tym września 2009, a 14-tym października 2010 roku zagrali 48 utworów:

2 utwory z „Up The Downstair”
2 utwory z „The Sky Moves Sideways”
1 utwór z „Signify”
3 utwory ze „Stupid Dream”
2 utwory z „Lightbulb Sun”
2 utwór z „Recordings”
6 utworów z „In Absentia”
5 utworów z „Deadwing”
3 utwory z „Fear of a Blank Planet”
1 utwór z „Nil Recurring”
14 utworów z „The Incident”
6 utworów niealbumowych (Stars Die, Mother and Child Divided, Futile, Black Dahlia, Bonnie The Cat i Remember Me Lover)
oraz 1 cover.


Tak, wygląda na to, że w Detroit (2 maja 2010) Steven Wilson wykonał na bis utwór grupy Showaddywaddy – Under the Moon of Love. Według relacji świadków, Gavin przez chwilę zagrał coś co skojarzyło się Bosemu z tym zespołem. Stefan próbował zagrać fragment żeby publiczność wiedziała o co chodzi, ale nie mógł bo miał kapo na akustyku. Obiecał, że później zagra i dotrzymał obietnicy.

                                                

48 utworów. Nawet jeśli uprzemy się i nie weźmiemy pod uwagę koncertów specjalnych, to po wyrzuceniu utworów tylko na nich wykonanych pozostają 43. Nawet jeśli uprzemy się, że Occam's Razor i Degree Zero of Liberty to nadużycia - jest 41. Nawet jeśli uznać Strip The Soul, .3 i Russia on Ice za połowy utworów, a Anesthetize za 1/3, to zostaje około 39,14 utworów (lol). Dotychczasowy król wzgórza czyli Tour of a Blank Planet miał wynik 36 utworów. Jakiekolwiek próby zrzucenia The Incident Tour z tronu na nic się nie zdadzą. Można jako ciekawostkę dodać, że zespół grał sobie na próbach How Is Your Life Today? (czego świadkiem był Miłosz), ale bez intencji wprowadzania go do setlisty (co potwierdził Wes, grali dla przyjemności). Ta trasa pozamiatała jeśli chodzi o ilość, rozmach i pomysłowość. Gdyby to rzeczywiście (odpukać) miała być ostatnia trasa Porcupine Tree, to byłaby godna tego miana. W następnej, ostatniej części opiszę jakie oficjalne wydawnictwa pozostały po tym turnusie (czyli raptem jedno) oraz jakimi bootlegami audio/video warto się zainteresować.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mysteries of Steven Wilson cz.1 - Ancestral



Nie wszystkim wyda się to interesujące, ale po ujawnieniu tracklisty czwartego solo Stefana wyjaśniło się kilka spraw związanych z utworem widmo, który był grany na ostatniej odnodze Raven Tour w 2013 roku. I nie tylko to. Tym którzy nie wiedzą/nie interesowali się/nie pamiętają, przypomnę, że Wilson trollował fanów na koncertach przedstawiając premierowy długi utwór w przeróżny sposób. Prawie za każdym razem było to co innego, ale teraz dopiero okazało się, że tytuły, które rzucał nie zawsze brały się z kosmosu. Na pierwszym koncercie tej części trasy, który odbył się w Bristolu (15.10), nowy kawałek został przedstawiony jako Ancestral. Jak się okazało, tak w istocie się ten utwór ostatecznie nazywa. Wilson twierdził w tamtym czasie, że kawałek nie ma tytułu dlatego zanim się zdecyduje, to będzie wymyślał zastępcze. Trudno powiedzieć ile w tym gadaniu było prawdy jednak co innego przykuło moją uwagę. Rzucane przez Bosego tytuły rzeczywiście wydawały się czasami kwaśne, np.:

German Bite (Belgia, 24.10)
Hot Bitches (Marsylia, 10.11)
Bijoux Urbaine (Tel Aviv, 16.11)
The Hate Beach (Gothenburg, 24.11)
Lick My Love Pump (Helsinki, 26.11)
Tobogganing in Mozambique (Poznań, 29.11)
Guestling Thorn (Bielefeld, 27.10)


lub nieco mniej, ale nadal nie do końca poważne lub trudne w interpretacji:

The Modern Reverse (Bremen, 26.10)
Brake It (And You Buy It) (Wolverhampton, 17.10)
Brake It And It's Yours (Zabrze, 30.11)
Rubber Discipline Helmet (Madryt, 8.11)


Tutaj można uwierzyć w bajkę SW, że to reszta zespołu podrzucała mu tytuły z zaskoczenia. Były jednak takie koncerty, na których Wilson podawał prawdziwe (jak się teraz okazało) tytuły z nowej płyty. Co ciekawe otrzymywał je ten sam utwór, który ostatecznie został ochrzczony jako Ancestral. Pojawiły się:

Ancestral (Bristol, 15.10)
The Hand Cannot Erase (Drezno, 30.10)
Home Invasion (Hanover, 28.10)
Regret #5 (Erlangen, 3.11, Aarhus 23.11)


Oczywiście tytuł Regret #5 ostatecznie się na płycie nie pojawił, ale First Regret i Regret #9 już tak. Można się teraz zastanawiać na ile kompletny był koncept płyty, ale najwidoczniej w dużym stopniu. Myślę, że można tez odrzucić pomysł, że SW losował utworom tytuły z trasowej puli. Widać po prostu latały mu wtedy po głowie. Pozostają jeszcze nazwy, które brzmią jakby pasowały do tych z oficjalnej tracklisty Hand.Cannot.Erase., ale na nią nie trafiły:

Soundtrack to Decline
(Newcastle, 18.10)
Wreckage (Londyn 20.10, Padua, 14.11)
A Debt To Shadows (Wiedeń, 2.11)
Mother's Call (Villeurbanne, 5.11)
Dead Man Gloves (Bolonia, 13.11)


Niewiele więcej z tego wynika. Tak jak pisałem, nie wszystkim wyda się to interesujące, ale z kronikarskiego obowiązku zdecydowałem się zebrać te tytuły w jedno miejsce i uwypuklić fakt, że nie jeden, a kilka okazało się znaleźć na albumie. Jeżeli Wilson pozwolił nam w niewielkim stopniu uczestniczyć w etapie formowania konceptu nowej płyty, to i tak nie wyciśniemy z tematu więcej niż te kilka spostrzeżeń wyżej. Gdzie zaginęło Regret #5 i czy pojawiło się ostatecznie pod inna nazwą? Łatwiej będzie odpowiedzieć na to pytanie kiedy wyjdzie album, a do tego jeszcze dwa miesiące (chociaż znając życie, może być tak jak w 2013 i płyta wypłynie już w styczniu). Ale cii.. Nie chcemy kolejnego zdjęcia smutnego Stefana przy pustym talerzu :<

czwartek, 4 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.2: Chicago, Łódź i reszta świata.


Porcupine Tree wznowili trasę 5-tego lutego w australijskim Brisbane. Wszystkie niespodzianki z Mumbaiu poznikały, a setlista na krainę kangurów trzymała się standardów jesiennego zestawu. Sytuacja nie zmieniła się na trzech koncertach w Meksyku chociaż na repertuar i tak nie można było narzekać.
International popstars zaliczyli 17-tego kwietnia występ na słynnym festiwalu Coachella (w amerykańskim Indio), zagrali bardzo krótki set, który odznaczył się jednak obecnością Halo. Koncert ten zainaugurował drugi objazd po USA w ramach The Incident Tour, póki co jednak bez większych zmian w setliscie. Jeżodrzewie wprawdzie kombinowali z ustawieniem (np. Russia on Ice i Buying New Soul na jednym koncercie, dokładnie 21.04 w Houston), ale komponenty cały czas dobierali z zeszłorocznej jesiennej puli. Dopiero 25-tego kwietnia w Tampie Amerykanie dostali coś nowego w postaci Hatesong i Halo. Zabawne, że w kontekście The Incident Tour, utwory te wydają się być niespodzianką, ale w rzeczywistości Hatesong nie ominęło żadnej trasy od momentu powstania, podobnie zresztą Halo. Ten pierwszy wrócił dopiero 30-tego kwietnia na koncercie w Chicago, nie bez powodu ponieważ koncert był rejestrowany. Swego czasu fani, którzy byli w Riviera Theater relacjonowali, że były tam obecne kamery, i że koncert zostanie najprawdopodobniej wydany na dvd.


                                     

                                     

Było to o tyle dziwne, że dobrana setlista zawierała potwornie dużo powtórzeń względem poprzednich tego typu wydawnictw (oczywiście z wyjątkiem Incydentu). Obecność Stars Die również niczego nie gwarantowała co przerobiliśmy już przy okazji dvd/bd Anesthetize. Jak się sprawa zakończyła teraz już wiemy, ale przez długi czas nagranie z Chicago było widmem i większość osób założyła, że ten materiał nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ktoś nawet podczas trasy zapytał o to Wesa, a on stwierdził, że raczej tego nie wydadzą i nagranie mają dla siebie na pamiątkę. Warto jednak pamiętać, że w 2009 Wes wspominał też, że w ogóle nie będzie rejestracji koncertu na tej trasie bo jest to za droga impreza. Do pewnego stopnia nie kłamał ponieważ występ w Chicago był filmowany mniejszą ilością i to znacznie tańszego sprzętu niż miało to miejsce dwa lata wcześniej w Tilburgu. Do tego sam występ z 2008 był jeszcze w fazie montażu i Porcupine Tree nie myśleli pewnie o kolejkowaniu sobie wydawnictw (co jednak z dzisiejszej perspektywy smuci).

                                                    

Niewiele brakowało, a zapewne o Chicago nigdy byśmy już nie usłyszeli ponieważ Wilson zawetował wydanie dvd Octane Twisted. Na szczęście reszta zespołu go przegłosowała i wydawnictwo się ukazało, ale Stefan strzelał fochami gdzie tylko się dało (do czego dojdę w dalszej części tekstu). Zespół wywalił większość utworów, które pokrywały się z poprzednimi dvd (czyli Lazarus, Normal, Blackest Eyes i Trains) a lukę zapełnili nagraniami ze specjalnego koncertu w Royal Albert Hall (do którego też dobrnę). Piszę oczywiście o płytach audio ponieważ w wersji video dostaliśmy tylko The Incident na żywo. Widać, że zrealizowano to nagranie ze znacznie mniejszym rozmachem niż w przypadku koncertu w Tilburgu.
Wracając jednak do amerykańskiej drugiej nogi, Porcupine Tree cisnęli dalej ten sam repertuar z okazjonalnymi wykonaniami Hatesong i Halo. Oczywiście pula była na tyle duża, że nie grali nigdy takiego samego koncertu dzień po dniu, ale jednak z perspektywy tego tekstu zaczyna się powoli robić nudno. Póki co, okazało się, że amerykanie jako ostatni mieli okazję zobaczyć The Incident w całości (11.05 w Richmond). Plany były oczywiście inne, ale jak to z planami bywa, trudno je czasami zrealizować. Porcupine Tree zrobili sobie przed powrotem do Europy prawie miesięczną przerwę.
Kiedy wrócili na scenę koncertem w norweskim Bergen (9.06) okazało się, że Incydent został rozbity na kawałki (z czego spora ilość wyleciała) robiąc więcej miejsca na starsze kawałki. Tak więc:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Lazarus
07. The Sound of Muzak
08. The Start of Something Beautiful
09. Time Flies
10. Degree Zero of Liberty
11. Octane Twisted
12. The Séance
13. Circle of Manias
….
14. Hatesong
15. Russia on Ice
16. The Pills I'm Taking
17. Stars Die
18. Way Out of Here
19. Normal
20. Bonnie the Cat
…...
21. Blackest Eyes

Taka setlista utrzymała się przez jakiś czas przy czym w większości przypadków była skracana (czasem nawet do dziesięciu utworów) ponieważ Porcupine Tree grali na letnich festiwalach. Zespół odważnie wywalił z zestawu Trains, być może żeby nie karmić festiwalowej publiczności oczywistymi „hitami”. Jeżodrzewie zagrali między innymi na festiwalach w Roskilde, w Werchter czy na Download Festival.
Pełne koncerty powróciły wraz z występem w Tel Avivie (07.07), na którym w końcu wcielono jakieś śmielsze zmiany:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Lazarus
07. Hatesong
08. The Sound of Muzak
09. Russia on Ice
10. The Pills I'm Taking
11. Dark Matter
12. Blackest Eyes
….
13. Time Flies
14. Degree Zero of Liberty
15. Octane Twisted
16. The Séance
17. Circle of Manias
18. Way Out of Here
19. Normal
20. Bonnie the Cat
…...
21. Trains
22. Halo

Fani z Izraela jako pierwsi na tej trasie dostają w prezencie Dark Matter. Zespół sam był już ewidentnie znudzony graniem ciągle tych samych utworów. Kolejne dwa występy miały charakter festiwalowy (i krótszy set), ale ważnym dla nas koncertem w Łodzi (17.07) Porcupine Tree pokazali, że potrafią jeszcze zaskoczyć. Polski zestaw był nie tylko niecodzienny, ale obfitował w pewną istotną niespodziankę:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Hatesong
07. Pure Narcotic
08. Russia on Ice
09. The Pills I'm Taking
10. Dark Matter
….
11. Time Flies
12. Degree Zero of Liberty
13. Octane Twisted
14. The Séance
15. Circle of Manias
16. Buying New Soul
17. Way Out of Here
18. Normal
19. Bonnie the Cat
…...
20. Trains



Gwiazdą wieczoru było oczywiście Pure Narcotic, które przesiedziało na wygnaniu 7 lat. Z tej okazji Wilson pomylił tekst, zresztą później w The Seance zapomniał go w ogóle (z czego wybrnął szerokim uśmiechem). Kiedy zespół zagrał Russia on Ice byłem pewien, że ostatnia nadzieja na Buying New Soul została pogrzebana. Okazało się jednak, że Porcupine Tree wyciągnęli ten utwór w dalszej części setu, niestety z niewiadomych przyczyn pomijając intro Ryśka. Było to jak dotąd ostatnie wykonanie Buying New Soul. Oryginalna wydrukowana setlista miała 21 utworów, brakującym elementem było znajdujące się na szarym końcu Halo. Pominięto je względu na uciążliwą temperaturę panującą na sali w Wytwórni. Z pewnych względów pamiętam ten dzień wyjątkowo dobrze, był to prawdopodobnie szczyt temperaturowy tamtego lata. Sam Wilson był zaskoczony tak dobrą pogodą w Polsce. Niestety temperatura była tak wysoka, że klimatyzacja po prostu nie była w stanie sprostać sytuacji, zgrzani byli wszyscy, fani i zespół. Trains PT zagrali resztką sił i w ostatniej chwili zrezygnowali z Halo. Podczas kabaretowej części tego pierwszego utworu, ktoś z realizatorki się pospieszył i na kilka sekund włączył sekwesner do Halo. Tyle mieliśmy z tego utworu. Tak czy inaczej koncert w Łodzi pokazał, że Porcupine Tree kombinują. Że szykują się do tych specjalnych koncertów, i że te przygotowania potrzebują faktycznego road-testu. Występ w Polsce był jednym z niewielu pełnych występów jakie Jeżodrzewie zagrali w Europie w tamtym okresie zdominowanym przez festiwale. Regularna trasa wróciła na tory wraz z trzecim objazdem po USA i dopiero te koncerty pokazały, że PT nie żartowali mówiąc o wyjątkowości nadchodzących specjalnych wieczorów. Na koncercie w San Francisco (11.08) zagrano:

01. Even Less (pełna wersja)
02. Great Expectations
03. Kneel and Disconnect
04. Drawing the Line
05. Open Car
06. Russia on Ice
07. The Pills I'm Taking
08. Stars Die
09. Wedding Nails
….
10. Time Flies
11. Degree Zero of Liberty
12. Octane Twisted
13. The Séance
14. Circle of Manias
15. I Drive the Hearse
16. Way Out of Here
17. Normal
18. Sleep Together
…...
19. Pure Narcotic
20. Blackest Eyes

Amerykanie byli świadkami największej zmiany w secie na tej trasie, a zaprezentowany materiał robił wrażenie. Even Less w pełnej wersji nie pojawiło się na koncertach Porcupine Tree od czasu rzymskich występów na początku 1999 roku (zatem był to również debiut Gavina w drugiej części utworu). Open Car, które zaliczyło pojedynczy występ w Mumbaiu, tym razem otrzymało też dodatkowy mostek. Wedding Nails i Sleep Together nie były grane od jesiennej trasy w 2008 roku, zaś Pure Narcotic zagrano po raz drugi od czasu In Absentia Tour (2003). Jeśli chodzi o przedstawicieli Incydentu, duet Occam's Razor/The Blind House ustąpił zagranemu w dalszej części setu I Drive The Hearse. Fani z San Francisco nie mieli na co narzekać (choć zapewne wiele osób nie zauważyło wiekopomnych zmian w repertuarze z uwagi na brak Trains). Następne koncerty odbyły się w ramach wspólnej mini trasy z Coheed and Cambria, oznaczało to w skrócie, że każdy z zespołów miał dla siebie tyle samo czasu, a co za tym idzie, nie było go wiele. Porcupine Tree żonglowali zatem różnymi utworami, Even Less wróciło na ławkę, a koncerty znów otwierało Occam's Razon/The Blind House. Przykładowy set wyglądał tak:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Open Car
07. The Sound of Muzak
08. The Pills I'm Taking
09. I Drive the Hearse
10. Blackest Eyes
11. The Start of Something Beautiful
12. Way Out of Here
13. Sleep Together

Trasa z CaC trwała do końca sierpnia, po czym zespół wrócił do Europy na dwa koncerty w Grecji. Podczas tych występów PT próbowali to i owo, ale nie za dużo. Even Less w pełnej wersji pojawiło się raz w Thessaloniki.
W następnym wpisie będzie o dwóch koncertach specjalnych, oraz o mini europejskiej trasie, którą między te koncerty wciśnięto.