poniedziałek, 18 maja 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.3: Coma Divine



Niespodzianki, Porcupine Tree postanowili zostawić sobie na trasę po Włoszech, która rozpoczynała się 25-tego marca 1997 roku i obejmowała pięć koncertów (do tego jeden w programie Help TV). Włoscy fani pracujący w Radiu Rock już w 1995 roku postarali się żeby nikt w Rzymie nie przegapił informacji o wizycie Porków. Tym razem postarali się jeszcze bardziej. Dzięki ostrej promocji na antenie radia udało się sprzedać trzy koncerty w rzymskiej Frontierze. Dla Porcupine Tree był to olbrzymi sukces, więc zespół postanowił uczcić to rejestrując te występy z myślą o wydaniu pierwszego albumu koncertowego (Spiral Circus było raczej czymś co dzisiaj nazywa się 'oficjalnym bootlegiem').
Na dzień przed pierwszym koncertem odbyła się w Mediolanie uroczysta konferencja prasowa z udziałem zespołu (popularność PT we Włoszech mocno kontrastowała wtedy z resztą świata). Istnieje niewiele ponad 20-to minutowy „bootleg” z owej konferencji. Warto posłuchać bo można dowiedzieć się ciekawych rzeczy (nie tylko o PT). Zespół opowiada o słuchaniu Spice Girls, życiu na trasie, Ryszard jest obowiązkowo bombardowany pytaniami o Japan, ale generalnie Porcupine Tree robią sobie cały czas jaja i to ze wszystkiego. W pewnym momencie ktoś na sali upuszcza i rozbija coś szklanego, a to powoduje, że robi się coraz weselej i coraz dziwniej. Na końcu albumu Metanoia umieszczono podobną pamiątkę z tamtego pobytu. Tak czy inaczej, zespół dotarł następnego dnia do Rzymu gdzie miał zagrać pierwszą w swojej karierze „rezydencyjną” serię koncertów. Z tej okazji planowane były niespodzianki. Po pierwsze, każdy koncert miał się trochę różnic od innych setlistą (oczywiście bez przesady, ale repertuar był dosyć obszerny). Po drugie, odegrane miały być między innymi utwory, które były wcześniej wykonywane bardzo rzadko lub w ogóle. Po trzecie, o czym już pisałem, cała trójka miała zostać zarejestrowana aby potem skompilować ze wszystkiego koncert idealny. Coma Divine – wynik nagrania rzymskich występów – jest już dziś klasycznym live albumem i faworytem wielu fanów. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, że były z nim same kłopoty, począwszy od samych koncertów, a na wielokrotnym wydaniu kończąc. Pierwsza noc we Frontierze prezentowała się tak:

01. Bornlivedie
02. Signify
03. Waiting (Phase One)
04. Waiting (Phase Two)
05. The Sky Moves Sideways (Phase One)
06. Sleep of No Dreaming
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Nostalgia Factory
13. Up the Downstair
14. Radioactive Toy
……….
15. Voyage 34
16. Not Beautiful Anymore

Koncert ewidentnie dłuższy od tych z jesieni 1996, ale o dosyć podobnej setliście. Póki co PT zaprezentowali dwie niespodzianki. Na ten jeden (i ostatni) raz powróciło The Nostalgia Factory. Drugim utworem było Cryogenics, które powróciło półtora roku po tym jak zostało raz zagrane w
Northampton 11.10.1995. Wersja zaprezentowana we Włoszech była znacznie krótsza i nie zawierała wstawki z Wake As Gun. Jeżeli ktoś jeszcze nie wie z czym mamy tu do czynienia, to odsyłam tutaj:

http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2013/11/the-band-moves-sideways-1994-1995-cz2.html

ale w skrócie – Cryogenis powstał jako próba ujarzmienia improwizacji znanej jako Mesmer III i stworzenia z niej konkretnej kompozycji. Zespół odegrał to raz w 1995
roku po czym dał sobie spokój. Porcupine Tree bardzo chcieli nagrodzić Włochów za ich oddanie i pomoc zatem wyciągnęli Cryogenics za uszy z archiwum. Podczas występów w 1997, kawałek był grany w połowie setu i niemal płynnie przechodził w Dark Matter. Przed koncertami (na stronie internetowej) jak i w ich trakcie, Steven Wilson słodził jak to napisali ten utwór (który na tamtym etapie nie miał nawet tytułu) specjalnie z myślą o tych występach. W tamtych czasach rzeczywiście mógł sobie tak mówić, bo o tym, że PT grali już Cryogenics (i to w de facto dłuższej i ciekawszej wersji) wiedzieli nieliczni fani z Wysp. Wilson dodawał też, że nigdy nie powstanie wersja studyjna, i że będzie to numer absolutnie ekskluzywny dla tego albumu koncertowego. Zapeszył. Jak teraz już wiemy, Cryogenics nie znalazło się ani na Coma Divine, ani na dodatku Coma Divine II, ani na wersji dwupłytowej. Już po wydaniu płyty SW miał tyle do powiedzenia:

(Cryogenics) was written especially to feature on the live album. It was (...) frankly poor, so we dropped it.

a wiele lat później
(w 2010 roku) kiedy był w szale odpowiadania na prośby fanów na Facebooku, wyciągnąłem od niego jeszcze to:

Cryogenics was never recorded in the studio, but it was captured on tape at the same concerts in Italy as the Coma Divine album, but never mixed - quite honestly it wasn't very good.

Zgodzę się, że wersja z tej trasy dupy nie urywała, ale myślę, że mimo wszystko mogli to wrzucić na płytę. Z kilku powodów. Po pierwsze, Stefan z taką pasją truł jak to napisali utwór specjalnie na włoskie koncerty, i że będzie to exclusive dla live albumu, że powinien się tego trzymać. Rozczarowanie sympatyków z Italii musiało być srogie. Po drugie, kawałek miał raptem 3 minuty i myślę, że aż tak nie obniżyłby poziomu, zwłaszcza jako intro do Dark Matter, które by ten poziom znacznie podwyższyło. Stało się jednak jak się stało, SW nawet Cryogenics nie zmiksował co oznacza, że dosyć wcześnie uznał, że nie ma zamiaru umieszczać go na płycie.

        

Wracając jednak do pierwszego koncertu, również The Nostalgia Factory nie miało szczęścia pojawić się na albumie. Tak naprawdę nic z pierwszej nocy
oprócz Not Beautiful Anymore się na nim nie pojawiło. Z tego co pamiętam (ale niestety nie mam żadnego źródła aby to potwierdzić) ze względu na jakiś techniczny syf nagranie z tego występu okazało się wielką kolekcją trzasków. Zdatne okazało się być tylko wspomniane Not Beautiful Anymore. Niestety z tego powodu nie możemy liczyć na to, że jakikolwiek inny utwór z 25 marca 1997 roku zostanie kiedykolwiek, w jakiejkolwiek formie wydany. Istnieje natomiast bootleg audio, ale go nie posiadam.
Drugi koncert (26 marca) okazał się już znacznie ciekawszy (przynajmniej z naszej perspektywy).

01. Bornlivedie
02. Signify
03. Waiting (Phase One)
04. Waiting (Phase Two)
05. The Sky Moves Sideways (Phase One)
06. Sleep of No Dreaming
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Moon Touches Your Shoulder
13. Up the Downstair
14. Radioactive Toy
……….
15. Nine Cats
16. Every Home Is Wired
17. Stars Die (?)
18. Voyage 34 (Phase II)

Zanim przejdę dalej, zaznaczę tylko, że nie jestem w 100% pewien tej setlisty. Problematyczne jest tu Stars Die. Posiadam bootleg z tego występu i mimo że jest on mocno poharatany, to wydaje się kompletny. Nie ma na nim Stars Die, natomiast jest Nine Cats, którego w zamieszczonej na setlist.fm setliście nie było. Ot ciekawostka. Wstawiam zatem wersję z oboma kawałkami, ale zaznaczam, że Stars Die mogło nie być. Co zatem ciekawego się wydarzyło? Nine Cats właśnie, które na tym etapie było jeszcze wykonywane bardzo rzadko (w zasadzie tylko podczas odwiedzin we Włoszech w 1995 i 1997 roku). W 1999 akustyczne wykonania były już na stał
e wpisane do setu. W podobny (akustyczny) sposób Wilson po raz pierwszy odegrał Every Home Is Wired, jedyna piosenkę (nie liczę instrumentali) z Signify, której zespół nie grał na koncertach (ani wcześniej, ani po trasie we Włoszech). Chris zrobił bardzo ładne chórki na końcu. Oprócz tego pojawiło się też The Moon Touches Your Shoulder. Największą jednak atrakcją było ekstremalnie rzadkie wykonanie drugiej fazy Voyage 34. O ile mi wiadomo, to było ostatnie. Bootleg z tej nocy jest jedynym koncertem z Frontiery jaki posiadam w kolekcji (ale wiem, że wszystkie ktoś nagrał). Jakość przeraża od samego początku. Występ nagrano z publiczności dyktafonem na kasetę, a ta kaseta wiele (naprawdę wiele) przeszła zanim jej zawartość została zdigitalizowana i wrzucona na cd. Bootleg zawiera zasadniczo wszystkie utwory, ale niektóre są pocięte (czasami brakuje początku, czasami końca, a czasami czegoś ze środka), dźwięk faluje jak na statku i jest przytłumiony do tego stopnia, że czasami brzmi to jak Coma Divine słuchana w głową przykrytą kilkoma poduszkami.
Niestety największa ofiarą tego bootlegu jest Voyage 34 (Phase II), które urywa się po 4 minutach. Dodam tylko, że równie rzadkie nagranie wykonania tego utworu z 1994 urywa się w prawie tym samym momencie.
Trzecia noc w Rzymie nie przyniosła wielkich niespodzianek, ale przyniosła małe przetasowanie:

01. Up the Downstair
02. Waiting (Phase One)
03. Waiting (Phase Two)
04. The Sky Moves Sideways (Phase One)
05. Sleep of No Dreaming
06. Signify
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Moon Touches Your Shoulder
13. Always Never
14. Is...Not
15. Radioactive Toy

16. Every Home Is Wired
17. Burning Sky
18. Voyage 34 (Phase I)

Powróciło Burning Sky, a The Moon Touches Your Shoulder zwrócono jego kompana Always Never. Nieoczekiwany powrót zaliczyło Is...Not, a po raz drugi (i chyba ostatni) pojawiło się Every Home Is Wired.
Po trzech dniach koncertowania, włoscy fani byli nasyceni, a zespół miał wystarczająco materiału (mimo, że i tak mniej niż chcieli) aby zmontować live album. Między 25, a 27 marca zagrano 23 utwory (24 jeśli liczyć niewiadome Stars Die). Występy były wielkim sukcesem jednak praca nad Coma Divine okazała się trudniejsza niż zakładano, a problemy wyskakiwały nawet już po premierze. Steven Wilson zmiksował album w przerwie między koncertami (od czerwca do października), a całość została wydana w październiku na płycie cd.
Tracklista wyglądała tak (* oznaczyłem utwory, które zostały potem wydane na promo Coma Divine II, oraz na dwupłytowej edycji Coma Divine, która ukazała się w 2003 roku):

01. Bornlivedie (jako Bornlivedieintro)
02. Signify
03. Waiting (Phase 1)
04. Waiting (Phase 2)
05. The Sky Moves Sideways (Phase 1)
06. Dislocated Day
07. Sleep of No Dreaming (jako The Sleep of No Dreaming)
08. Moonloop
09. Up The Downstair*
10. The Moon Touches Your Shoulder*
11. Always Never (27 marca) *
12. Is...Not (27 marca) *
13. Radioactive Toy
14. Not Beautiful Anymore (25 marca)


                                  

Oryginalne wydanie na jednym kompakcie zawierało zatem 10 utworów z 23/24 zagranych, minus The Nostalgia Factory, któr
e najpewniej nagrało się źle. Up The Downstair, The Moon Touches Your Shoulder i Always Never wydano w 1999 osobno jako Coma Divine II (promo płytce wysyłanej za darmo subskrybentom magazynu informacyjnego Transmission) , a Is...Not był pierwszym ekskluzywnym utworem do ściągnięcia z nowo powstałej strony internetowej Porcupine Tree. Dorzucono je wszystkie do wersji dwupłytowej wydanej w 2003. Czemu zabrakło niektórych utworów? Trudno powiedzieć. Akustycznie wykonane kawałki (Every Home Is Wired, Nine Cats, być może Stars Die) okazały się widocznie zbyt mało interesujące aby umieszczać je na ograniczonej miejscem płycie cd. Z resztą wykonywał je tylko Wilson, a nie cały zespół zatem zrozumiałe jest to, że wybrano inne kompozycje. Cryogenics nie zostało nawet zmiksowane i jednocześnie pochłonęło Dark Matter ponieważ utwory były niemal połączone ze sobą. Burning Sky i Idiot Prayer (w zasadzie dosyć podobne do siebie utwory) odłożono z niewiadomych przyczyn, natomiast jeśli chodzi o obie fazy Voayge 34, to swego czasu na stronie Pt można było przeczytać taką informację w dziale Coma Divine:

There is also a complete performance of Voyage 34 in the can (we only performed Phase 2 on a handful of occasions) which may emerge one day.

Mimo, że minęło prawie 20 lat, to nadal wierzę, że to w końcu wyjdzie (zwłaszcza po tym jak SW ot tak sobie wrzucił na Soundclouda V34 z debiutanckiego koncertu w 1993). Może właśnie na 20-stolecie?
Kiedy Steven Wilson zabierał się w lecie do szykowania Coma Divine dotarło do niego, że o ile muzycznie zespół wspiął się na wyżyny możliwości, to on sam nie dał rady wokalnie.
Na podstawie bootlegów z przełomu 1996/1997 rzeczywiście można powiedzieć, że na każdym koncercie istniało 70% szansy, że Bosy położy refren Sleep of No Dreaming albo wyższe partie Waiting. Stefan nie krył się z tym specjalnie ponieważ na stronie PT można było przeczytać:

The only overdubs on the album were the vocals, which for technical and performance reasons had to be done again (only one take allowed).

Nie sprecyzowano czy dogrywał wszystkie (!!!) wokale czy tylko część, ale podejrzewam, że coś z oryginałów musiało pozostać. Nie było też mowy o tym czy Chris tez musiał śpiewać od nowa (ale szczerze wątpię). Klątwa Coma Divine trwała nawet po wypuszczeniu płyty do sklepów. SW dopchał
zawartość kolanem na jedno CD i okazało się, że niektóre kopie działają przez to wadliwe. Wilson próbował zwalczyć ten problem usuwając odgłosy publiczności między utworami (usunął łącznie ok. 2 minuty oklasków) przez co koncert wydaje się strasznie pędzić. Dziś to już klasyk, ale z Coma Divine Porcupine Tree mieli ostro pod górkę. W następnej części opiszę resztę koncertów, które odbyły się we Włoszech w pierwszej połowie 1997 roku, a działo się na nich sporo.

poniedziałek, 11 maja 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.2: Signify Tour - Grecja i UK 1996



W przyszłym roku Signify będzie obchodziło 20-stą rocznicę wydania. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych płyt Porcupine Tree (i z pewnością nie tylko moich), a utwory na niej umieszczone na zawsze pozostaną dla mnie ważnymi „kartkami” z muzycznego pamiętnika. O procesie nagrywania tego albumu pisałem trochę przy okazji opisywania trasy The Sky Moves Sideways Tour, podczas której zespół pracował nad Signify (a nawet road-testował kilka utworów). Fanatykom tej płyty polecam zatem zacząć od tamtych tekstów. Tutaj tymczasem jest wrzesień 1996 roku, album trafił do sklepów, a przedbiegiem dla tej premiery był wydany w maju singiel Waiting oraz miesięczna trasa, którą PT odbyli z tej okazji (również w maju).
Część utworów dostąpiła już scenicznego chrztu: Signify, Waiting (Phase 1) i Dark Matter w 1995, oraz Sever i Idiot Prayer w maju 1996. Reszta miała się dopiero ujawnić. Branżowa prasa (która wiedziała o istnieniu albumu) chwaliła Signify, niektórzy zwrócili nawet uwagę na zwrot w stronę pisania piosenek, co tak naprawdę było dopiero zwiastunem eksploatacji tej drogi na kolejnych albumach. Bywali jednak tacy (głównie wśród fanów), którzy gorzej przyjęli nowy kierunek obrany przez PT i zarzucali zespołowi odcinanie się od psychodelicznego stylu i długich instrumentalnych kompozycji. Tak czy inaczej, zdecydowanie więcej opinii było pozytywnych i negatywnych, płyta okazała się sukcesem (jak na grupę ze stajni Delerium) i zespół mógł spokojnie jechać w trasę promocyjną.
Pierwsza część Signify Tour odbyła się głównie w UK, ale wystartowała w Grecji dwoma koncertami w Thessaloniki (25 października) i w Atenach (26 października), a właściwy angielski leg rozpoczął się 3 listopada w londyńskiej Astorii 2. Setlista na trasie prezentowała się zazwyczaj tak:

01. Bornlivedie
02. Signify
03. Waiting (Phase One)
04. Waiting (Phase Two)
05. The Sky Moves Sideways (Phase One)
06. Up the Downstair
07. The Moon Touches Your Shoulder
08. Idiot Prayer
09. Dark Matter
10. Dislocated Day
11. Moonloop
12. Radioactive Toy
……….
13. Voyage 34
14. Not Beautiful Anymore
15. Linton Samuel Dawson (bardzo okazjonalnie)

lub

01. Bornlivedie
02. Signify
03. Waiting (Phase One)
04. Waiting (Phase Two)
05. The Sky Moves Sideways (Phase One)
06. Sleep of No Dreaming
07. Idiot Prayer
08. Dark Matter
09. Dislocated Day
10. Moonloop
11. Radioactive Toy
……….
12. Up the Downstair
13. Not Beautiful Anymore

Pojawiły się nowe utwory. Bornlivedie to wprawdzie jedynie intro, ale oprócz tego premierę miały Sleep of No Dreaming, oraz Waiting (Phase Two). Dark Matter zostało zagrane kilka razy w 1995 roku, ale nie pojawiło się od tamtej pory do teraz.
Idiot Prayer był zazwyczaj grany w pełnej wersji (z długim intrem przed wejściem perkusji), ale kiedy poprzedzało go The Moon Touches Your Shoulder, to utwory przechodziły płynnie jeden w drugi (podobnie jak wcześniej Always Never).
Na większości koncertów z 1996 roku, Sleep of No Dreaming przedstawiane było jako potencjalny drugi singiel z Signify (mniej więcej od koncertu w Carlisle). Plan nie został zrealizowany, ale interesujące jest to, że taki pomysł istniał. Szczegółem, acz ciekawym, jest to jak Stefan, przedstawiając kawałek, zaczął z czasem dodawać „The” do tytułu i w takiej formie zapisany jest ten utwór w trackliście Coma Divine (na Anethetize widnieje już poprawna nazwa). Dark Matter zostało z jakiegoś powodu pozbawione ambientowego intra i zaczynało się zawsze od wejścia perkusji. Inna sprawa, że początek (głównie w Londynie, potem już coraz mniej) był za to mocno wydłużony i nawiązywał momentami do Dark Origins (którego nikt wtedy nie znał). Jeszcze ciekawszy jest fakt, że Stefanowi (tylko w Londynie, ale jednak) zdarzyło się zaśpiewać fragment starego tekstu z 1995 roku (I try to relax but it's warmer outside, I stare face down back here for a ride).

                                    

Na ST Bosy
był zazwyczaj wyjątkowo rozgadany, nie bał się publiczności jak to czasami bywało na wcześniejszych trasach. Dislocated Day było czasami przedstawiane jako „poor excuse for a drum solo”. Występy Stefan kończył standardową w tamtym czasie gadką „We're Porcupine Tree, you're the audince, thank you”. Podczas brytyjskiej części trasy w 1996, zespół trzymał się raczej ustalonego repertuaru i nie szalał. Frekwencyjnie bywało różnie, zespół jeszcze przez przynajmniej dwa lata będzie się tułał po tych samych małych angielskich klubach. Na występ w Carlisle (10.11.1996) przyszła dosłownie garstka osób, nad czym SW humorystycznie ubolewa przez cały koncert (bring your friends next time). Przed ostatnim bisem (Linton), zespół naradza się między sobą co zagrać, a wszystko słychać na bootlegu. Chris proponuje Sever, ale SW zaczyna grymasić i w końcu wybór pada na inny utwór. Jest to o tyle ciekawe, że Sever nie pojawiło się w secie od maja i wróciło dopiero na jesieni 1997 roku, a jednak cały czas siedziało na ławce rezerwowych. Na ostatnim koncercie legu (w Cambridge), tour manager zespół, Glenn Povey, podrzucił na scenę fałszywe setlisty z dziwacznymi tytułami (np. zamiast The Sky Moves Sideways było Bohemian Rhapsody). Z okazji finiszu tej części turnusu, SW podziękował przed Radioactive Toy całej ekipie technicznej i innym. Koncert przebiegł w wesołej atmosferze, a publiczność otrzymała niespodziankę w postaci Up The Downstair i rzadko granego Not Beautiful Anymore.

W tym miejscu warto wspomnieć, o tym co się w 1996 działo w Stefanowym studiu. Tego roku została wydana pierwsza płyta I.E.M i zapewne była również wtedy nagrywana. Nagrana między 1994, a 1995 rokiem Wild Opera no-man została wydana we wrześniu (niemal w tym samym czasie co Signify), a nowe utwory zespołu też zaczęły powstawać (kilka trafiło na późniejsze albumy, trochę na kompilację Lost Songs Vol. 1, a sporo nigdy nie opuściło archiwum).
Można też śmiało założyć, że SW tworzył już pierwsze szkice muzyczne, które doprowadziły do powstania Bass Communion. Nie mówiąc o dżinglach, które robił dla telewizji. Jeżeli chodzi o Porcupine Tree, to (jeśli wierzyć pamięci Stefana) w 1996 powstał przynajmniej jeden nowy utwór napisany z myślą o kolejnym albumie. J
est nim I Fail, który nigdy nie wyszedł poza etap domowego dema (z Wilsonem grającym na wszystkim do automatu perkusyjnego), szczęśliwie jest dostępny dla wszystkich na booltegach. Z podanych przez Stefana informacji wiadomo, że 22 stycznia 1997 powstał utwór London, którego zwrotki powędrowały później do Don't Hate Me (a samą miniaturkę można było ściągnąć swego czasu z oficjalnej strony zespołu, jak i kilka lat temu z soundclouda Bosego).

                                                 

czwartek, 30 kwietnia 2015

Mysteries of Steven Wilson cz.3 - Terumi




Porcupine Tree ma swoje sekrety. Przez lata ta enigmatyczna otoczka zaczęła powoli zanikać, ale kilka pytań pozostało bez odpowiedzi. Na przykład, co oznacza nazwa Porcupine Tree? Co przedstawiają okładki pierwszych dwóch płyt? Kim jest Terumi?
No, właśnie.
O ile nazwa zespołu może być po prostu przypadkowym kolażem słownym powstałym kiedy Wilson był pod wpływem Lintona Samuela Dawsona, to sprawa z Terumi wydaje się być nieco bardziej zagmatwana.
Pierwsze wzmianki o niej zaczęły się pojawiać od kiedy Wilson zaczął wydawać płyty jako PT. Zaczęło się od dedykacji takich jak
ta z 1991

        

oraz w Up The Downstair (1993)
 

        

i The Sky Moves Sideways (1995)

        

W
e wkładce do Signify nie było już dedykacji, natomiast Terumi pojawiła się osobiście na albumie. Według listy płac, kobiecy głos słyszalny w Bornlivedie należy właśnie do niej. Oczywiście mogła to być mistyfikacja przygotowana przez Stefana, ale zaczęły przybywać kolejne dowody na to, że Terumi rzeczywiście istnieje.
Na Stupid Dream słyszymy jej śmiech na początku Even Less oraz słynny mówiony fragment w Tinto Brass. Wiem, że ta wypowiedź Wilsona jest już słynna jak Trains, ale z kronikarskiego obowiązku przypomnę ją raz jeszcze:

Oh, yes, it's spoken in Japanese! It's my girlfriend who's Japanese and she's got a film book. I tell you it's so difficult to find anything on Tinto Brass in England. He's completely unknown. I mean, I didn't know who he was. I just saw his name by accident on a video cover. So I'm gradually finding out more and more about him. I kept looking for stuff about Tinto Brass on English film-books and film-guides, but I couldn't find anything at all. And then my girlfriend has some japanese film-books and so I asked her to have a look in them to see if she could find Tinto Brass' name. And she did. She found this little biography: where he was born, the films he made. So she said "well, should I translate that for you?" (because I wanted it to be spoken in the track) and I said "No, it's great" - I thought - "I'll have it in Japanese". So she just read it in Japanese. But it's just a list of his films and where he's from… It's nothing interesting.

Nagle, jak gdyby nigdy nic, Wilson wyjawił, że Terumi to:
a) jego dziewczyna,
b) Japonka,
c) naprawdę jest postacią z krwi i kości, a nie tylko głosem.
Przyznam, że albo Wilson kręcił, albo w jego życiu osobistym panował kompletny bajzel. Wiadomo, że
w drugiej połowie lat 90, SW umawiał się z Polką. Pozwolę sobie przytoczyć fragment wywiadu przeprowadzonego przez Radka Hrynkę (z okolic 2005 roku)*, w którym Stefan sam o wszystkim mówi:

Jednym z ważniejszych wydarzeń w moim życiu był moment, kiedy pierwszy
raz przyjechałem do Polski by zagrać z Porcupine Tree. Poznałem wtedy
polską dziewczynę, skończyło się to chodzeniem na randki przez mniej
więcej rok. Spędziłem mnóstwo czasu w Polsce, w jej domu i z jej
rodzina. Mam bardzo mile wspomnienia z Polski związane nie tylko z
moim zawodem. Mam bardzo osobisty stosunek do waszego kraju. Spędziłem
sporo czasu w Krakowie i Lublinie skąd ona pochodziła. Bardzo milo
wspominam tamte czasy i chociaż nie jesteśmy już razem Polska i Polacy
zawsze będą odgrywać dużą rolę w mojej biografii. Nie wiem czy dobrze
odpowiedziałem na twoje pytanie, ale to, że miałem polską dziewczynę
przez długi okres czasu to coś, o czym niewiele osób wie.


Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości o kim śpiewa Wilson w Feel So Low, to powyższy cytat jest chyba ostateczną odpowiedzią. Wiem, że zaczynam się niebezpiecznie zapuszczać w pudelkowe rejony, ale jak już rozpracowujemy sprawę Terumi, to pod każdym kątem. Wychodzi na to, że w 1997 i 1998 roku Stefan umawiał się z tajemniczą Polką z Lublina, a potem dostał kosza. Jednocześnie w tym samym czasie nagrywano Stupid Dream i z tego co SW powiedział w 1999 roku, jego dziewczyną była Terumi, której dedykowany był każdy album między 1991, a 1996 rokiem.
Szczerze? Lepiej się w to nie zagłębiać.
W 2005 roku pojawiły się ostatnie ślady obecności Terumi. We wkładce do płyty Ghost Reveries Opeth można znaleźć podziękowania dla Stevena Wilsona & T. Ponadto, na zakulisowym filmiku z trasy Deadwing (który krąży po internecie) widać kartkę z rezerwacją miejsca na koncercie PT dla rodziców Stefana i wiadomo kogo.

                                           

Czy to koniec tej historii? Kim jest Terumi? No więc… Terumi, to Terumi Kawasaki i oficjalnie pełni „urzędnicze” stanowisko w firmie „Steven Wilson Production Ltd” oraz w „Porcupine Tree Ltd” z miejscówką w Hemel Hempstead. Tak przynajmniej było jeszcze w poprzedniej dekadzie (co można łatwo sprawdzić w google). Rolę „sekretarki” pełniła od 2002 roku, prawdopodobnie podpisanie kontraktu z dużą wytwórnią wymusiło na PT sformalizowanie działalności ludzi znajdujących się w kręgu zespołu.
I to by było na tyle. Nic więcej się raczej nie dowiemy, ale czy chcemy wiedzieć?
Może lepiej nie rozgrzebywać mitu Terumi. Tak czy inaczej, dla tych, którzy przez lata zastanawiali się kim jest ta tajemnicze osoba, powyższy tekst stanowi chyba najbardziej kompletny zbiór informacji zebranych przez lata z różnych źródeł.

Ps.: Okazało się, że się pomyliłem. Czytelniczka Karolina zwróciła mi uwagę, że na solowych płytach Stefana (Od Grace for Drowning do HCE) są podziękowania dla "Terumi & Milly". Trójkąt możemy odrzucić bo Milly to pies, ale jak widać Terumi cały czas unosi się nad wydawnictwami Wilsona. We wkładce do Storm Corrosion widnieje jako "T", ale wiadomo o kogo chodzi. Teraz, to już na prawdę nic nie wiem ;)


* http://porcupinetree.pl/zespol.php?pg=wywiady&wyw=19

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.1: Waiting Tour


Z radością rozpoczynam serię tekstów dotyczących Signify Tour, jednej z najciekawszych tras Porcupine Tree.
Turnus ten wystartował zasadniczo jesienią 1996 (niedługo po premierze albumu), ale wcześniej tego samego roku PT zagrali mikro-trasę związaną z premierą singla Waiting. Nie była to de facto część Signify Tour i swego czasu miałem ją opisać w całkowicie oddzielonym tekście, ale doszedłem do wniosku, że spowoduje to niepotrzebny zamęt. Zwłaszcza, że podczas tej mikro-trasy zespół zaczął grać nowe utwory z
Signify i generalnie była ona bardziej związana z właściwym Signify Tour niż nie związana.
Pierwszą falę koncertów w
maju 1996 nazwałem sobie Waiting Tour chociaż taka nazwa nigdy formalnie nie istniała. Trasa ta była wyjątkowa pod wieloma względami. Zanim jednak owa seria występów się rozpoczęła, Porcupine Tree przyjęli zaproszenie od dwóch zespołów aby pojawić się w roli supportu. Mowa o Gong i Marillion. Z Gong zespół zagrał na 3 koncertach (4, 6 i 12 kwietnia), a z Marillion 28 kwietnia. Prezentowana setlista wyglądała mniej więcej tak:

01. The Sky Moves Sideways (Phase 1)
02. Radioactive Toy
03. Waiting (Phase One)
04. Burning Sky / Voyage 34 (wymiennie)


Na dwóch koncertach PT zaszaleli i zagrali Signify. Była to jednak jedynie rozgrzewka przed tym co szykowali na maj.


         


Waiting
wyszło na singlu 10 maja 1996 w dwóch formatach (cd i na winylu).
Ruszając w mini-turnus, zespół wykorzystał szansę aby a) wypromować pierwszy poważny singiel, b) przetestować niektóre nowe utwory, c) zabawić siebie i fanów wygrzebując stare utwory. Większość kart Porcupine Tree odkryli wraz z początkiem majówki na koncercie w King's Tut's w Glasgow.

01. Idiot Prayer
02. The Sky Moves Sideways (Phase One)
03. Waiting (Phase One)
04. The Nostalgia Factory
05. Moonloop
06. Sever
07. The Moon Touches Your Shoulder
08. Always Never
09. Radioactive Toy
10. Burning Sky

11. Voyage 34

Jak widać zespół zaszalał. Pojawiły się 3 utwory z niewydanej jeszcze płyty (z czego dwa do tej pory nie grane) oraz niespodzianka z debiutanckiej płyty On The Sunday of Life w postaci The Nostalgia Factory. Mam tu mały problem w związku tym utworem ponieważ wg informacji z oficjalnej strony zespołu, grali ten kawałek w 1993 roku. Nie mam jednak żadnego bootlegu, który potwierdziłby taką wersję wydarzeń, a warto wziąć pod uwagę, że oficjalna strona zawiera błędy (bo zawiera). Tak czy inaczej, Porcupine Tree od długiego czasu nie grali z On The Sunday of Life nic poza Radioactive Toy (i dwukrotnie Nine Cats) zatem pojawienie się tak zacnego kawałka jak The Nostalgia Factory wzbudziło spory entuzjazm publiczności (ludzie naprawdę się z tego cieszyli, słychać to na bootlegach). Premierowe rodzyny Idiot Prayer i Sever zabrzmiały dokładnie tak jak na płycie. To nie był jednak koniec niespodzianek. Już na następnym koncercie zespół zaczął mieszać (wymieniając Burning Sky na Up The Downstair i dodając Dislocated Day), ale poważniejsze zmiany nastąpiły dopiero 5 maja w Northampton. Sever wypadło z zestawu (po 3 wykonaniach) i powróciło dopiero ponad rok później na koncertach w Polsce. Jego miejsce zajęło Signify (choć nie na stałe) zaś na ostatni bis zespół odegrał kolejną perłę z debiutanckiej płyty – Linton Samuel Dawson (podobna sytuacja jak z The Nostalgia Factory w kontekście grania tego w 1993 roku). Utwór ten był wykonywany sporadycznie (podobnie jak Signify) i prawie za każdym razem Wilson podkreślał, że grają to dla beki. Nie muszę chyba pisać, że był to ulubieniec publiczności. Setlista krążyła wokół opisanej wyżej listy utworów, koncert zawierał zazwyczaj 10-11 kawałków. Bywały jeszcze niespodzianki takie jak pojedyncze wykonanie Not Beautiful Anymore (w Cambridge, 26 maja). Jednym z najciekawszych koncertów tej mini-trasy był „domowy” występ w Londynie (24-tego maja w The Garage). W publiczności znalazł się Steve Hogarth z Marillion, a PT, ze względu na bardzo entuzjastyczny udział fanów, zagrali nieplanowany bis w postaci Linton Samuel Dawson.

                                                 

Jeżeli zespół wyciągnął jakieś korzyści z tej trasy, to z pewnością sobie na to zasłużył. Zanim oficjalnie wydano Signify (we wrześniu) i rozpoczęto dedykowaną tej płycie trasę, Porcupine Tree zagrali dwa koncerty w USA. Zwracam na to uwagę ponieważ zespół nie pojawił się potem w Ameryce przez następne 3 lata (kiedy rozpoczęli w maju amerykańską część trasy Stupid Dream). Tak jak to bywało w wypadku młodych i mało znanych zespołów z Europy, Porcupine Tree mieli po prostu duże szczęście, że wtedy w 1996 trafiła się taka okazja. Pierwszy z koncertów odbył się w Nowym Jorku (27 czerwca w Don Hill's) w ramach mikro festiwalu zespołów związanych z C&S Records (amerykańskiego wydawcy płyt PT w tamtym czasie). Set był bardzo krótki:

01. The Sky Moves Sideways (Phase 1)
02. Waiting (Phase One)
03. Moonloop
04. Radioactive Toy
05. Voyage 34


a do tego w połowie koncertu miało miejsce ekstremalnie pechowe zdarzenie. Kilka minut po rozpoczęciu Moonloopa, Wilson zdał sobie sprawę z tego, że jego wzmacniacz się pali. Koncert trzeba było na chwile przerwać. Trudno powiedzieć na jak długo, ale smażący się wzmacniacz, to nie pęknięta struna. Kiedy usterkę naprawiono, zespół olał już granie Moonloopa i przeszedł prosto do Radioactive Toy. Trudno powiedzieć czy płonący
sprzęt pożarł większą ilość utworów, ale tego typu wypadek na pierwszym i bardzo ważnym występie Porcupine Tree w mitycznym USA musiał dać zespołowi do myślenia. Jako, że byli już na miejscu, to zagrali jeszcze jeden koncert (trudno powiedzieć czy na zaproszenie czy po prostu tour manager dokonał cudu) na festiwalu Progscape '96 w Sthepan's Hall Theatre w Baltimore (29 maja). Zabawne, że niewiele się zmieniło od tamtej pory, nasz najbardziej eksportowy zespół progresywny Riverside też zaczynał w USA błąkając się po dziwacznych prog-festiwalach. Na Progscape PT pozwolili sobie na więcej:

01. The Sky Moves Sideways (Phase One)
02. Waiting (Phase One)
03. Is...Not
04. Radioactive Toy
05. Moonloop
06. Dislocated Day
07. The Moon Touches Your Shoulder
08. Always Never
09. Burning Sky
......................
10. Signify

                                                


Tym razem koncert przebiegł bez żadnych niemiłych niespodzianek, publiczności się podobało, zespół zagrał bardzo dobrze. Niestety pojawienie się Porcupine Tree w Stanach przeszło bez echa i dopiero przy okazji Stupid Dream udało się tam wrócić (tym razem z serią normalnych, niefestiwalowych występów), ale wtedy zespół wydawał już płyty u innego, bardziej wpływowego wydawcy.
We wrześniu (w okolicach wydania Signify) zespół zagrał jako support przed koncertem Amon Duul II (21-ego września w Londynie) oraz na festiwalu Rotherham Rocks (27-ego września w Rotherham). Podczas tego pierwszego zagrano wariację typowego supportowego setu z kwietnia, natomiast podczas drugiego wykonano jeden z setów majowych. Następne koncerty odbyły się dopiero w październiku, już w ramach Signify Tour, która wystartowała w Grecji! O tym napiszę w kolejnym „odcinku”. Jako, że traktuję Waiting Tour i letnie występy oddzielnie, napisze od razu jakie mamy możliwości w kontekście bootlegów z tego okresu.
Najpierw wideo. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się jak wiele ciekawego materiału może być po latach dostępnym. Z tego okresu mamy 3 koncerty do oglądania, a przynajmniej o tylu wiem. Pierwszy pochodzi z Leeds (12 maja). Koncert nagrany został w całości, ktoś filmował w miarę od frontu (trochę na lewo), czasami robił zoom na poszczególnych członków zespołu. Ogląda się przyjemnie, jakość obrazu i dźwięku jak to w amatorskim nagraniu z lat 90. Kolejny bootleg video (z Londynu, 24 maja 1996) zaś to kompletny pogrom. Dostałem go na dvd, na którym znajdowały się dwa nagrania tego samego koncertu oraz soundcheck. Pierwsze nagranie dosyć statyczne, z daleka, ale ze zbliżeniami co jakiś czas. Co morduje bardziej to jakość dźwięku, który pochodzi prosto z deski mikserskiej. Całość została chyba nagrana przez klub na kasetę vhs (można poznać po „bujającym” dźwięku), a przynajmniej tak to wygląda. Dzięki temu dostajemy niepowtarzalne nagranie rarytasów takich jak The Nostalgia Factory i Linton Samuel Dawson. Ten sam koncert został również nagrany przez kogoś kto stał pod samą sceną. Jakość dźwięku jest już znacznie gorsza, ale możemy za to przyjrzeć się zespołowi z bliska. Kompletnym rarytasem jest natomiast godzina nagranej na wideo próby przed koncertem. Porcupine Tree grają w obecności wielkiej drabiny pod sceną. Wypróbowują sekwenser z The Sky Moves Sideways oraz grają parę utworów (między innymi Waiting). Wartość tego materiału jest kolosalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że pochodzi z 1996 roku. Ostatni bootleg wideo to rejestracja słynnego występu z Progscape w Baltimore w USA. Koncert nagrany jest w całości, trochę z daleka, ale można liczyć na zbliżenia. Wilson występuje w adidasach, a na sali jest momentami tak ciemno, że nic nie widać. Całość jest na YT, link umieściłem wyżej. To tyle jeśli chodzi o wideo. W przypadku audio, to istnieje rejestracja prawie każdego koncertu jaki został zagrany w 1996 roku. Zaskakujące, że większość z nich jest całkiem niezłej jakości zatem trudno mi wskazać coś konkretnego poza kilkoma rodzynkami. O audio z Londynu (24.05) już wspominałem (jest też wersja nagrana z publiczności), natomiast istnieje jeszcze porażające nagranie audio z Leeds (12.05). Niestety niekompletne. Bootleg, który posiadam ma braki, które ktoś uzupełnił nagraniami z publiczności, tak więc utwory: Idiot Prayer, The Moon Touches Your Shoulder i fragment Always Never mają znacznie gorszą jakość. Na szczęście reszta brzmi rewelacyjnie, lepiej niż Londyn (który jest w mono). Reszta majowych występów to nagrania amatorskie, ale tak jak pisałem, większość ma wyjątkowo dobrą jakość. Z „supportowymi” koncertami z kwietnia jest gorzej, ale to i tak cud, że zostały nagrane. Nawet występ z Nowego Jorku jest dostępny w formie bootlegu audio. Jakość jest słabsza, ale kontekst historyczny (pierwszy koncert w Stanach) podnosi jego wartość. Z resztą warto go mieć dla samego Wilsona mówiącego „I think my amplifier is on fire”. I to by było na tyle. W kolejnym tecie zabiorę się już za właściwą trasę Signify. Przed nami opis trasy z jesieni 1996, słynnych rzymskich występów z początku 1997 roku (dla fanów Coma Divine), pierwszej wizyty Porcupine Tree w Polsce oraz maksymalnie ekscytujących koncertów z końcówki 1997 roku

                                                      

czwartek, 9 kwietnia 2015

Steven Wilson w Łodzi, 8.04.2015

No i po krzyku. Dosłownie. Zaraz za mną stała para obcokrajowców, która nie tylko darła się na cały regulator, ale śpiewała wszystko – teksty, riffy gitarowe, klawiszowe, „perkusję”… śpiewali WSZYSTKO i to w sposób, który zirytowałby nawet głuchego. Jeżeli coś mi się na tym koncercie nie podobało, to tylko to.
Steven Wilson wygląda coraz młodziej. Może to z powodu wysokiego miejsca na listach przebojów, ale wymodelował się na ten koncert do tego stopnia, że dałbym mu maksymalnie 25 lat. Piszczące naokoło mnie dziewczęta pewnie by nie zgadły, że mógłby być ich ojcem. Tak czy inaczej, poza zmianą repertuaru nie zmieniło się wiele. Ten kto był na poprzednich dwóch trasach (a nawet tylko na ostatniej lub tylko na pierwszej) może sobie spokojnie wyobrazić jak to mogło wyglądać tym razem. Jedyną różnicą był wielki ekran, który zamontowano z tyłu. Dzięki temu rzeczywiście coś było widać (kto był w Zabrzu w 2013 prawdopodobnie nie widział nic). Jestem z tych, którzy nie są fanami wizualizacji na koncertach, zdecydowanie bardziej wolę patrzeć na muzyków przy pracy. Doskonały klimat potrafią zrobić dobre światła, pod tym względem absolutne mistrzostwo osiągnęli Riverside (autentycznie najlepsze światła jakie widziałem na koncercie, a widziałem dużo).
Mówiąc to, muszę jednocześnie pochwalić filmy wyświetlane wczoraj w Łodzi.
Raz na jakiś czas na nie zerkałem (szczerze mówiąc nie miałem wyboru) i muszę przyznać, że to co widziałem podobało mi się. Kiedy Lasse Hoile nie próbuje być mroczny, to wyłazi cały jego talent i warsztat.
Powróciła słynna szmata, wprawdzie tylko na bis, ale powróciła. Uważam, że ten zabieg już się trochę zestarzał. SW obiecywał nowości, ale ostatecznie skończyło się tylko na wielkim ekranie. Wprawdzie nie wyobrażam sobie nic więcej (kto był na koncercie Hawkwind, wie, że można na prawdę przegiąć pałę pod tym względem), ale Wilson powinien się raczej skupić na muzyce. A co z muzyką?
HCE to album znacznie bardziej studyjny niż Raven, niektóre utwory odgrywane były nieco chwiejnie (np. tytułowy lub 3 Years Older). O dziwo najbardziej studyjny utwór – Perfect Life – wypadł bardzo przyzwoicie. Piosenki Porcupine Tree wydawały się być odarte z emocji. Rozczarowało mnie nawet Sleep Together, utwór, który bardzo lubię, i którego nie widziałem na koncercie PT. Może to przesyt Wilsonem (widziałem go na scenie 11 razy przez ostatnie 6 lat), a może po prostu agresor wywołany przez wydzierających się obcokrajowców. Podczas The Watchmaker i tytułowego z Ravena, byłem już myślami gdzie indziej. SW pokazał, że nie jest cyborgiem i sporo mówił do publiczności. Darował sobie opowieści w stylu tych o samotnym szwedzie, ale truł za to na temat ludzi filmujących występ telefonami. Prawdę mówiąc mógł to sobie darować. Zgadzam się z jego opinią, ale jeżeli komuś przeszkadza osoba zasłaniająca mu widok, to chyba potrafi sam zwrócić uwagę i nie potrzebuje do tego taty Wilsona. Dwukrotny komunikat ze strony Bosego był trochę wymuszony, to i tak jest walka z wiatrakami. Podobno Bosy był po Krakowie chory, momentami było to widać. Facet był trochę nakręcony, jakby zażył sporą ilość leków, ale też widać było, że się momentami oszczędzał. Może dzięki temu jego teatralna ekspresja była zdecydowanie bardziej stonowana niż dwa lata temu kiedy czołgał się po ziemi. Tak czy inaczej, koncert był bardzo dobry, profesjonalnie odegrany i dla kogoś kto widział SW po raz pierwszy (czy nawet drugi) było to z pewnością duże przeżycie. Dla mnie mniej, ale to o niczym nie świadczy z powodów opisanych wyżej. Bosy jest w formie i jeżeli jakimś cudem uda się go ściągnąć do Polski na jesieni, to na pewno się wybiorę.
Może wtedy zagra Sectarian i Insurgentes, które były na setliście z Krakowa, ale które trzymane są chyba na jakaś specjalną okazję. A czego ona wymaga żeby zaistnieć, to już tylko Stefan wie.