poniedziałek, 9 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 2


Zanim przejdę do opisu przebiegu koncertów i samej trasy, napiszę trochę o tym jak turnus wyglądał od zaplecza. Zapewne wielu z Was pamięta wielki bus, którym Steven Wilson przemierza świat razem z zespołem solo czy z Porcupine Tree. Nie w tym wypadku. no-man podróżowali dosyć małym busikiem, a każdy z muzyków miał do powiedzenia parę słów o tym jak wspólna podróż wyglądała. Jak dowcipnie przyznał Tim: Ośmiu facetów ściśniętych w małej przestrzeni, to potencjalna recepta na katastrofę!. Na szczęście nie w tym wypadku. Będąc w trasie z interesującymi, inteligentnymi i doświadczonymi ludźmi, którzy opowiadają o tym co kochają (w tym o muzyce), co mogło mi się nie podobać?, podsumował tę kwestię Mike Bearpark. Wszyscy są zgodni co do tego, że cała trasa była dla nich fantastycznym przeżyciem, a członkowie zespołu dogadują się doskonale.
Podobna zgodność istnieje przy stwierdzeniu, że głównymi bohaterami podczas podróży byli Tim Bowness i Steven Wilson. Każdy z moich rozmówców potwierdził, że nie potrafią oni wytrzymać bez prześcigania się w wiedzy na temat rocka (głównie progresywnego). Andrew Booker wspomina: Tim i Steven ciągle demonstrują swoją encyklopedyczną wiedzę na temat muzyki rockowej wymieniając w kolejności chronologicznej nazwy wszystkich albumów każdego wykonawcy, który może ci przyjść do głowy i wielu, o których istnieniu nie zdajesz sobie sprawy. A potem słuchamy wszystkich utworów z tych płyt...
Ponadto obaj panowie wciągali innych w niekończące się quizy z tym związane. Jednym z nich było wskazanie artystów wraz ze szczytami ich kariery, oraz największymi klęskami. Steve Bingham (jako jedyny w towarzystwie muzyk z klasycznym, a nie rockowym rodowodem) potwierdza, że z tym duetem nikt nie miał szans. Rozmowy stanowiły główną rozrywkę podczas długich godzin spędzonych w podróży. Tyczyły się one nie tylko muzyki, ale też filmów, książek, polityki, rozmyślań egzystencjalnych, czy też jednej z ulubionych obsesji Tima Bownessa (jak zdradził mi Pete Morgan) – nasilenia przestępczości w angielskich miastach. Kiedy i te tematy się wyczerpały, zespół zaczął tworzyć dla zgrywy komediowy podcast o trasie, a skończyło się na teście wiedzy na temat Hobbita (autorstwa Stevena Wilsona), który wygrał Stephen Bennett. Po sześciu godzinach (z dziesięciu) jazdy między Polską, a Niemcami wszyscy jednak ucichli lub zasnęli. Pete Morgan nie zawsze mógł uczestniczyć w zabawach ponieważ był drugim kierowcą, a do tego na trasie między Polską, a Niemcami, doznał zatrucia pokarmowego, które w pewnym momencie stanowiło zagrożenie dla kolejnego koncertu. Mimo wszystko wspomina trasę ciepło, zwłaszcza ekscytujące chwile gdy zespół poznawał nowe miejsce, rozpakowywał się w hotelu, odwiedzał lokal, w którym miał odbyć się koncert., itd. Andrew Booker również wspomina ten okres jako wielkie wakacje.

                                   

Poza czasem spędzonym w busie, panowie lubili zwiedzać miasta, w których grali. Mike Bearpark przyznał, że nie była to jego pierwsza wizyta w Krakowie. Dwadzieścia lat temu odwiedził miasto pociągiem z Monachium, mając ze sobą kopię scenariuszy 'Dekalogów' Kieślowskiego. Tym samym interesujące było dla niego zobaczyć jak to miejsce zmieniło się przez lata. Mike wspomniał również o tym, że jedno z wczesnych dem Samuel Smiles posiadało okładkę ze zdjęciem, które Bearpark zrobił w górach, w Zakopanem. Oprócz zwiedzania, każdy członek zespołu miał swoje małe rytuały. Andrew miał obowiązkowe pół godziny na bieganie, parę chwil spędzonych w kompletnej ciszy na relaksowaniu się lub po prostu na perkusyjnym treningu (w odosobnieniu, z filiżanką herbaty). Tim i Steven wracali z miasta obładowani płytami, a Mike, jako zespołowy fotograf, nie pozwolił aby te chwilę pozostały nieuwiecznione. Warto pamiętać, że mimo bardzo małych rozmiarów, była to największa międzynarodowa trasa no-man (jak i tego składu muzyków) i wszystko zdawało się znacznie bardziej ekscytujące niż zwykle.
Członkowie zespołu są zgodni co do tego, że fantastyczne warunki i atmosferę w trakcie trasy zawdzięczają tour managerowi Timowi Carleyowi, który dopilnował aby cała trasa stanowiła dla grupy relaksująco i bezstresowo spędzony czas. Sam Carley był przyzwyczajony do znacznie trudniejszych we współpracy zespołów, tym samym trasa z no-man również dla niego była przyjemnym doświadczeniem. W następnym odcinku (który pojawi się w ciągu kilku dni, a nie miesięcy) opiszę przebieg trasy od strony koncertów.

* większość zdjęć z tego i następnych części tekstu pochodzi z kolekcji Mike'a Bearparka, który zgodził się na ich publikację.





piątek, 2 października 2015

no-man: 2012 tour - część 1

 

no-man to mój ulubiony zespół, nie tylko z tych związanych ze Steven Wilsonem, ale w ogóle. Odkąd powstał ten blog, czaję się z napisaniem tekstu na temat tego projektu. Zadanie jest utrudnione kiedy podchodzi się do czegoś jak do świętości. Były przymiarki do różnych opisów, niektóre nawet zaczęły powstawać, ale chciałem żeby pierwszy tekst o no-man był absolutnie wyjątkowy. I będzie. Oto przed Wami najbogatszy, najbardziej rzetelny i szczegółowy opis małej trasy jaką no-man odbyli w 2012 roku. Na wstępie muszę podziękować osobom, bez których nie mógłbym go w ten sposób określić. Tak więc gorące podziękowania idą dla: Tima Bownessa, Mike'a Bearparka, Pete'a Morgana, Steve'a Binghama, Stephena Bennetta i Andrew Bookera, za chęci i cierpliwość w odpowiadaniu na moje pytania, oraz za niesamowitą ilość informacji i anegdot związanych z trasą zespołu w 2012 roku.
Również olbrzymie podziękowanie dla Tony'ego Kinsona, który umożliwił mi przeprowadzenie wywiadu z Timem (to on wykonuję cały ogrom pracy związany z prowadzeniem każdej strony internetowej związanej z Bownessem i no-man). Oczywiście jakakolwiek współpraca ze Steven Wilsonem na tym polu nie była możliwa. W chwili wydania nowej solowej płyty, ma w głowie raczej wszystko tylko nie anegdoty związane z mikro-turnusem innego zespołu, który odbył się 3 lata temu. Nie oznacza to, że nie dowiecie się niczego o tym co Bosy robił w jej trakcie. W późniejszym terminie będę umieszczał wszystkie wywiady osobno i w całości (ponieważ zadawałem również pytania dotyczące innych zagadnień).
Jeżeli trasa no-man z 2012 roku miała do tej pory przez Wami tajemnice, to odpowiedzi na wszystkie (mam taką nadzieję) Wasze pytania znajdą się w tym kilkuczęściowym tekście. Będzie on zawierał informacje, które uzyskałem od członków koncertowego składu no-man i te znalezione w czeluściach internetu, w innych wywiadach lub notkach i pamiętnikach. Do tego spora dawka moich przemyśleń. Tak więc, nie przedłużając... od czego zacząć? Długo się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że z całą opowieścią trzeba się przenieść do 2011 roku.

Love & Endings, The Almost Starts

                                               

Występ, który znamy doskonale jako wydawnictwo Love & Endings, był zarodkiem trasy, która odbyła się niecały rok później. Przygotowania do trasy odbywały się w budynku Uniwersytetu Wschodniej Anglii w Norwich. Po szczegółowy opis tych prób zapraszam do pamiętnika Andrew Bookera (http://improvizone.com/static/posts/post.php?id=272 i http://improvizone.com/static/posts/post.php?id=263), ale sam muszę tu wspomnieć o kilku rzeczach. Koncert, do którego no-man się wtedy przygotowali miał uświetnić 10-tą rocznicę istnienia Burning Shed. Występ miał mieć zdecydowanie luźniejszy charakter niż koncerty z 2008 roku więc zdecydowano się na kilka eksperymentów. Po pierwsze Andy Booker porzucił swój elektroniczny zestaw perkusyjny na rzecz akustycznego zestawu. Był to krok nieco większy niż może się wydawać. Użycie wcześniej elektronicznego zestawu nie było tylko kaprysem Bookera, ale wyraźnym życzeniem Tima, który nie był pewien czy łomot akustycznej perkusji nie wprowadzi chaosu do intymnej atmosfery wykonywanego materiału. Głośność elektronicznego zestawu można było w pełni kontrolować, stąd też decyzja aby takiego użyć na trasie sprzed 7 lat. Miało to jednak swoje minusy i czasami taka perkusja po prostu się nie sprawdzała, czegoś brakowało. Andy Booker wziął na klatę zadanie odpowiedniego potraktowania repertuaru i wyszedł z tego zwycięsko. Tim był zadowolony. Proces aranżowania utworów odbywał się bez udziału SW (co stało się już tradycją), ale o tym napiszę więcej w dalszej części tekstu. Ostatecznie koncert wypadł bardzo dobrze, a nagranie które wstępnie miało być pamiątką dla zespołu zostało wydanie oficjalnie jako "Love & Endings". Głównie zależało na tym Timowi, który nie był zadowolony z tego jak wypadły jego wokale na dvd „Mixtaped” (nagrywane w dniu kiedy był przeziębiony). Mały koncert w 2011 roku dał zespołowi więcej pewności siebie, a wydanie albumu koncertowego stało się niejako pretekstem żeby nie wysiadać z wesołego pociągu kiedy tak przyjemnie się jedzie. Szczęśliwie, Steven Wilson miał zaplanowane solowe koncerty tylko do wakacji zatem nie było problemu aby zagrać małą trasę z no-man. Czas pokazał, że warto było taką okazję złapać.

                                      

Przygotowania i repertuar

Koncert, który zagraliśmy w 2011 roku wypadł tak dobrze, że stało się to niemal problemem kiedy zaczynaliśmy przygotowania w 2012, mówi Mike Bearpark. Próbując stworzyć dłuższy set, wiedzieliśmy, że musimy przebić wszystko czego się do tej pory nauczyliśmy. Tym razem zespół zabarykadował się w Cambridge. Próby rozpoczęły się około tygodnia przed trasą i trwały 5 dni (z czego dwa ostatnie odbyły się z udziałem Stevena Wilsona). Dla niektórych członków zespołu był to czas na przetestowanie nowych (względem poprzednich tras) rozwiązań. Andrew Booker już w 2011 roku porzucił elektroniczną perkusję na rzecz akustycznego zestawu. Tym razem postanowił podnieść sobie poprzeczkę łącząc obydwa. Główną bazą pozostały dla niego elementy akustyczne, zaś wierny pad SPD-S służył do generowania innego rodzaju brzmień (co słychać głównie w takich utworach jak Together We're Stranger, Close Your Eyes czy Time Travel in Texas).

                                   

Stephen Bennett (który na koncertach w 2008 używał głównie klawiatury sterującej podpiętej do Maca z zainstalowanym Mainstagem), również otoczył się się innym sprzętem, w tym wypadku był to keyboard Nord Electro 3. Szczegółowe informacje na temat tego czego używali muzycy na trasie, będą umieszczone na końcu całego tekstu.
Tak jak to miało miejsce w przypadku wcześniejszych tras, zespół poświęcił pierwsze dni prób na dobranie odpowiednich utworów i chociaż wstępne ich zaaranżowanie (przed przyjazdem Wilsona). Andy Booker: Musieliśmy wziąć na warsztat utwory powstałe w studiu i przekształcić je tak aby zespół mógł grać je na koncercie z wykorzystaniem tradycyjnego rockowego instrumentarium. Proces ten odbywał się bez udziału Stevena. Czasami utwory przechodziły przez wiele iteracji zanim przybrały formę, która nam odpowiadała. Często popełniałem błąd i skrupulatnie programowałem dźwięki mające odtworzyć brzmienie utworu w wersji studyjnej, tylko po to żeby zespół pociągnął kawałek w innym kierunku lub zupełnie z niego rezygnował. (…) Z akustycznym zestawem było inaczej, niczego nie musiałem przeprogramować, a jedynie zmieniać technikę gry, ewentualnie próbując różnego rodzaju pałeczek.
Grono piosenek rozważanych w przypadku trasy 2012 było znacznie większe niż może się wydawać. Stephen Bennett przyznaje, że jako wielki miłośnik muzyki no-man, zawsze próbuje namówić Tima i Stevena aby odkurzyli stare i (pozornie) zapomniane utwory. Uważa, że obecny skład zdecydowanie ujarzmiłby Soft Shoulders (zatem możemy mieć nadzieję, że tak się stanie na ewentualnych kolejnych trasach). Starszych kompozycji pojawiło się na liście więcej o czym opowiedział mi Tim. Zespół próbował zarówno Heaven's Break jak i Break Heaven. W przypadku tego pierwszego, nie udało się uzyskać lekkości i gracji oryginału, mimo że (jak wyjawił Mike Bearpark) zespół odkopał oryginalną taśmę DAT z podkładem. Brzmienie Break Heaven zaś okazało się trochę zbyt oderwane od reszty repertuaru. Podobny los spotkał niestety Shell of A Fighter i Chelsea Cap. Tim zwraca uwagę na to, że wspomniane piosenki nie były wystarczająco elastyczne i nie pozwalały na spontaniczność ze strony muzyków. Mike dodał, że zarówno Tim jak i Steven są mistrzami tworzenia doskonałej sekwencji utworów w koncertowej setliście i jeżeli jakiś utwór tę sekwencję psuje – musi wypaść niezależnie od tego jak sam w sobie wydaje się dobry. Steven Wilson dołączył do zespołu czwartego dnia prób. Ponownie odsyłam do pamiętnika Andrew Bookera aby dowiedzieć się ile SW potrafił namieszać podczas prób w 2011 roku. Zakładam, że w 2012 nie było inaczej. Wilson przyjechał ze swoim olbrzymim pedalboardem i rozpoczął zapoznawanie się z tym co zespół przygotował w ciągu ostatnich dni (do Stevena i Tima należy ostatnie słowo). Niektóre przypadki zmian, które zaszły po przyjeździe Bosego opiszę w dalszej części tekstu kiedy będę zajmował się każdym utworem z osobna.
Jak wspomniał Mike Bearpark: Steven nie był zainteresowany graniem utworów z pierwszych dwóch płyt, z czasów kiedy ten materiał był faktycznie grany na żywo. Można zatem założyć, że wiele starszych kawałków przegrała nie tylko z problemami aranżacyjnymi, ale też z niechęcią Wilsona. Ostatecznie no-man zdecydowali się na set złożony z 16 utworów, jednocześnie nie zamykając całkowicie furtki dla innych (o czym również napisze później). W następnej części napiszę o tym jak właściwa trasa wyglądała od zaplecza!

środa, 30 września 2015

Steven Wilson i jego figle w Royal Albert Hall (28 & 29.09.2015 r.)

          
             


I po krzyku. Specjalne koncerty Stevena Wilsona za nami. Okazały się one być zdecydowanie mniej spektakularne niż np. bliźniaczy występ Porcupine Tree z 2010. Odnoszę wrażenie, że wtedy w tamtych 3 godzinach udało się upchnąć więcej niż teraz na dwóch koncertach. Nawet jeżeli fakty mówią inaczej, to takie po prostu odnosi się wrażenie.
Goście? Nikt kogo nie można by się spodziewać.
Ninet Tayeb była pewniakiem od samego początku, a obecność Mikaela Akerfeldta też nikogo nie powinna zaskoczyć (co najwyżej wykonany z nim utwór). Guthrie? Błagam.. Theo Travis? Bardzo wyczekiwany przeze mnie powrót do składu, ale też nie do końca wykorzystany o czym napiszę później. Gavin? Sporo osób (z tego co widzę w komentarzach na Wilsona fb) upatruje w tym rychłego powrotu Stefana do pracy z PT. Ja niestety wiem swoje, np. to, że Gavin jest jedynym członkiem zespołu, z którym Wilson utrzymuje jakikolwiek kontakt. Z Colinem i Richardem nie rozmawiał od jakiś czterech lat co wydaje się wiele mówić o tym jak bardzo brakuje Stefanowi towarzystwa starych kolegów. Tym samym gościnny udział Harrisona wydaje mi się tylko podkreślać fakt, że tak to teraz będzie wyglądało.
I tyle, nie ma co męczyć woła w tym temacie. Kwestię Davida Gilmoura chciałbym przemilczeć, ale nie jestem w stanie. Jakieś 70% komentarzy (na profilu Wiltona) przed występami w RAH tyczyło się udziału Gilmoura w tym wydarzeniu. Za każdym razem jak to widziałem, pukałem się w czoło. Z jakiej racji David Gilmour miałby zagrać na koncercie Stefana? Bo był na widowni w Troxy? Od wygodnego krzesła na sali, do wystąpienia na scenie jest długa droga, a to jest DAVID GILMOUR. Nawet Robert Fripp nigdy nie wyszedł gościnnie na scenę podczas występu SW (a znają się od prawie ćwierć wieku), nie wiem skąd pomysł żeby Gilmour miał coś takiego zrobić.
Bo Theo Travis gra w jego składzie? Bitch, please. Wystarczy zobaczyć jak często Gilmour pojawia się gościnnie na koncertach innych artystów (i jakich artystów) żeby zrozumieć jak nadmuchane to było życzenie. Czarów nie ma. Przejdźmy lepiej do tego co się działo w trakcie tych specjalnych występów (i trochę przed).

Zaczęło się od krótkiego filmiku z prób przed kolejnym legiem trasy i koncertami w RAH. Słychać na nim było nowy kawałek
My Book of Regrets (znany wcześniej jako Song X) oraz trzy utwory Porcupine Tree – Shesmovedon, Dark Matter i Open Car. Pisałem już parę miesięcy temu co sądzę o graniu pewnych utworów PT przez Stefana solo i zdania nie zmieniłem. Owa liczba rośnie i wcale mnie to nie cieszy zwłaszcza, że katalog solo jest bogaty, a z jakiegoś powodu Wilson omija pewne kawałki, o które fani błagają od lat (np. Collecting Space, Only Child czy grane, ale olane dawno temu Veneno Para Las Hadas). Nie będę marnował cennych linijek na lamenty, domyślam się, że fani PT, którzy zaczęli słuchać zespołu po 2010 cenią sobie takie „coverowanie” i w sumie nie można im się dziwić. Kiedy trasa ponownie ruszyła, utwory PT zaczęły powoli pojawiać się w setach, na niektórych koncertach można było usłyszeć nawet 6 utworów Jeżodrzewia. Poza wymienionymi (słyszalnymi na trailerze) utworami i tymi, które Wilson wykonywał już wcześniej (Sleep Together, Lazarus, How Is You Life Today?) pojawiły się również The Sound of Muzak (z okropną końcówką graną przez Holzmana na moogu) i Don't Hate Me, o którym plotkowałem jeszcze przed rozpoczęciem całej trasy. Ten ostatni utwór wyszedł średnio. Jego obecność w repertuarze miała wiele sensu kiedy w składzie miał być jeszcze Theo Travis. Bez niego pozostaje dla nas generyczne solo Holzmana na zużytym już brzmieniu „pękniętego” rhodesa.
Jeżeli chodzi o materiał solo, to powróciło (grane już dwa razy na tej trasie)
No Twilight Within The Courts of The Sun, Insurgentes oraz Drive Home. Bardzo cieszące mnie powroty. Ten pierwszy utwór otworzył parę koncertów (w tym drugi w RAH) w stylu trasy z 2011 (razem z intrem w postaci Cenotaph). Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale Wilson odkrył na koncertach przed RAH praktycznie wszystkie karty przewidziane na specjalne występy. Dosłownie wszystkie, o czym jeszcze napiszę.

Pierwszy specjalny koncert wyglądał tak:

01. First Regret
02. 3 Years Older
03. Hand Cannot Erase
04. Perfect Life
05. Routine
(z Ninet Tayeb)
06. Home Invasion
07. Regret #9
08. Ancestral
09. Happy Returns
10. Ascendant Here On...

11. Drag Ropes
(z Mikaelem Akerfeldtem)
12. Index
13. How Is Your Life Today?
14. Lazarus
15. My Book Of Regrets
16. Harmony Korine

17. The Watchmaker
18. Sleep Together

19. The Sound Of Muzak
20. The Raven That Refused To Sing


Jakiś czas przed tymi występami, SW zdradził, że pierwsza noc będzie zasadniczo lekko podrasowaną wersją regularnego koncertu z trasy HCE, a druga będzie podróżą w przeszłość.
Owe info trochę podkurwiło część ludzi i szczerze mówiąc się nie dziwię. Na tym etapie oba koncerty były wyprzedane (jakieś ogryzki wypuszczono do sprzedaży dopiero kilka dni przed pierwszym koncertem, prawdopodobnie ze zwrotów) i nie dało się już wybrać innej nocy (chyba, że szło się na oba koncerty). I tak pierwsza w istocie okazała się być lekko podciągniętą wersją standardowego koncertu trasy. Jednorazowo, materiał z HCE upchnięto w jeden set oddzielony od reszty przerwą (podobnie jak kiedyś Incydent). Co mnie zastanawia, to to dlaczego zabrakło Transience? Jeszcze przed startem całej trasy spodziewałem się, że zabraknie tego utworu z racji jego mało koncertowego charakteru, ale skoro już wykonuje się cały album, utwory w odpowiedniej kolejności i w postaci oddzielnego setu, to chyba można było się wysilić i zagrać ten 3 minutowy utwór? Może nie znam zaplecza, może były z nim jakieś koszmarne problemy, ale to już nie są lata 90-te kiedy nie dało się zagrać Stars Die ze względu na ograniczenia techniczne. Szczerze, Transience to kawałek na gitarę, wokal i trochę roboty z klawisza. Szkoda, że zmarnowano szansę na zaprezentowanie kompletnego HCE na żywo. To nie jedyna zmarnowana szansa tych specjalnych występów. Ninet Tayeb już wcześniej zapowiedziała swój udział (co było oczywiste) i wystąpiła w trakcie Routine. Nie wiem czy wokalistka dołączy do Stefana na koncertach w 2016, ale jeśli nie, to z pewnością można dorzucić jej występ do wielkich plusów RAHów (w sumie można tak czy inaczej). Drugi set pierwszej nocy rozpoczął się z grubej rury, SW w towarzystwie Mikaela zagrał Drag Ropes ze Storm Corrosion. Musze przyznać, że to jest coś. Ten projekt był kompletnie nieaktywny od czasu wydania jedynej płyty, a plany koncertowe zawsze były zbywane zarówno przez jednego jak i drugiego członka. Niestety, Wilson spalił niespodziankę grając Drag Ropes na próbie przed koncertem w szwajcarskim Fribourgu. Owa próba nie była oczywiście publiczna, ale umówmy się, często można usłyszeć co zespół tam gra, nawet stojąc przed drzwiami lokalu (jeżeli ktoś czekał w kolejce przez pierwszym solowym koncertem SW w Poznaniu w 2011, to pamięta jak zespół spalił między innymi Raidera II). Informacja szybko pojawiła się na setlist.fm i tym samym obecność Drag Ropes na koncercie w RAH nie była tak wielkim zaskoczeniem jak mogła być. Mówi się trudno. Niestety, to tyle jeśli chodzi o niespodzianki. Oczywiście jeżeli ktoś nie śledził wcześniej setlist, to mógł być zaskoczony przez How Is Your Life Today? i The Sound of Muzak oraz nowy kawałek solo My Book of Regrets z zaplanowanego na styczeń mini-albumu. Na koncercie obecna była HCE'owa modelka Karolina Grzybowska. Stefan zaprosił ją na koniec koncertu na scenę (razem z innymi) i nawet udało mu się powiedzieć Grzybouska. Brawo, Stefan! Ogólnie ludzie wypowiadali się bardzo pozytywnie po koncercie (oczywiście duża cześć osób zrobiłaby to nawet gdyby SW przez 2 godziny pierdział pachą), ale nie uwierzę, że nie śmieją się oni teraz przez łzy jak widzą setlistę z wczoraj.

01. No Twilight Within The Courts Of The Sun
02. Shesmovedon
03. Routine
(z Ninet)
04. Open Car
05. Don't Hate Me
06. Home Invasion
(z Govanem)
07. Regret #9
(z Govanem)
08. Drive Home
(z Govanem i Theo Travisem)
09. Sectarian
(z Theo)
10. Insurgentes
(z Theo)
11. No Part Of Me
(z Theo)
12. Raider II
(z Theo)

13. Dark Matter

14. Lazarus
(z Gavinem)
15. The Sound Of Muzak
(z Gavinem)


                                                      

Wilson cześć obietnic spełnił, a część nie. Pamiętam (ale nie przytoczę teraz konkretnego cytatu), że wspominał o pojawieniu się w RAH utworów, które nie były wcześniej wykonywane na żywo.
Poza Drag Ropes, to niczego takiego nie stwierdzono. Stefan obiecywał też, że koncerty będą bardzo różne od siebie pod względem repertuaru i tutaj już nie bujał.
Druga noc rozpoczęła się sentymentalną podróżą do 2011 kiedy No Twilight Within The Courts of The Sun wyłaniało się powoli z drone'owych dźwięków Cenotaph. Ten wstęp nadal robi wrażenie i uważam, że koncerty Wilsona z 2011 były zdecydowanie najlepsze z solowych.
Dalej setlista wygląda odrobinę chaotycznie, ale widać inaczej się nie dało. Pojawiło się Shesmoveon (z filmiku można było wywnioskować, że David Kilminster idealnie odtwarzał końcowe solo SW, przynajmniej nie powtórzono wpadki z Radioactive Toy), Routine z udziałem Ninete, oraz Open Car i Don't Hate Me. Po tym na scenę wbił Guthrie Govan i razem z nim zagrano trzy kawałki: Home Invasion, Regret #9 i Drive Home. Na tym ostatnim dołączył Theo Travis i z jego udziałem zagrano jeszcze Insurgentes, No Part of Me (nareszcie) oraz Raider II (w 'Ravenowej' krótkiej wersji). I tu rodzi się w mojej głowie pytanie – dlaczego, skoro i tak ostatecznie pojawił się na scenie, nie zaproszono Travisa do wykonania Don't Hate Me, kawałka który przez lata czarował ludzi właśnie ze względu na fantastyczne solówki (na flecie i saksofonie) zagrane na albumie przez Theo. Dlaczego pozostawiono improwizowaną cześć Holzmanowi i jego pikaniu gdy można było dokonać spektakularnego reunionu Travisa z tym numerem (po 16 latach). Nie dociera do mnie jak można było takiej szansy nie wykorzystać. Nie dociera i tyle.
Zespół zmył się ze sceny zaraz po wyciszeniu się jazgotu kończącego skróconą wersję Raidera II, po czym wrócił na jeden (na razie) bis w postaci Dark Matter. Dopiero drugi bis przyniósł ostatnią niespodziankę w postaci udziału Gavina Harrisona. W RAH wystąpiła zatem wczoraj dziwna hybryda Porcupine Tree z zespołem solo, która zagrała Lazarusa i The Sound of Muzak. Druga noc była zdecydowanie upominkiem dla fanów Porcupine Tree, którzy czekają na powrót tego zespołu, ale znalazło się też coś dla fanów pierwszych dwóch solówek Stefana (nie było tego wiele, ale było). Szkoda, mimo wszystko, że Wilson nie pokusił się o zagranie czegoś naprawdę hardcorowego. Mam tu na myśli wspomniane już wcześniej Collecting Space, ale również takie rzeczy jak Puncture Wound, Significant Other (ciekawe czy chociaż rozważał zaproszenie Clodagh Simonds na te koncerty, zresztą Ninete tez mogła zaśpiewać tę wokalizę), Salvaging, czy bardziej radykalnie – cokolwiek z Cover Version). Są też grane wcześniej solowe utwory, które aż proszę się o powrót do setlisty, np.: Reminder The Black Dog (przy premierze GfD, to był niemal 'przebój' wśród fanów), Veneno Para Las Hadas czy Like Dust I Have Cleared Form My Eye. To takie moje gadanie, ale myślę, że spokojnie SW mógł olać Index (grany non stop od zawsze) albo Harmony Korine i wrzucić coś innego z tych płyt.
Tak czy inaczej, dwa specjalne koncerty w RAH wypadły całkiem nieźle. Nie tak spektakularnie jak wiele osób zakładało i nie tak spektakularnie (wiem, że nadużywam tego słowa) jak tego typu występ Porcupine Tree z 2010 r.,
ale i tak nie można powiedzieć, że Stefan wziął kasę za nic. W przyszłym roku odbędą się w naszym kraju kolejne dwa solo koncerty – w Poznaniu i w Krakowie.
Mam oczywiście swoje rozterki z tym związane – czy chcę oglądać kawałki PT na takim koncercie czy nie? Don't Hate Me nie napawa mnie optymizmem, ale zobaczymy. Rzutem na taśmę udało mi się zobaczyć PT na żywo (w tym Dark Matter) więc nie czuję wewnętrznego parcia żeby te kawałki oglądać, ale jeśli ktoś nie miał okazji, to chyba jednak warto pojechać i zobaczyć. A może nie? Nie wiem ;)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.6: Ostatnia część Signify Tour i wielkie zmiany.



Zespół poświęcił większą cześć 1998 roku na nagrywanie ostatecznych wersji utworów, które miały się znaleźć na Stupid Dream (chociaż ostateczna lista kawałków nie była jeszcze ustalona, a zespół nie miał nawet wydawcy). Żeby nie ocipieć w studiu, Porcupine Tree wybrali się na malutką trasę po krajach, które z niewiadomych powodów zostały olane w 1996 i 1997 roku. Trasa odbyła się w kwietniu i zawierała 7 koncertów. PT zaczęli 16 kwietnia w Belgii grając bardzo zbliżony set do tego z jesieni 1997.

01. Even Less
02. Waiting (Phase One)
03. Waiting (Phase Two)
04. Sleep of No Dreaming
05. Up the Downstair
06. The Moon Touches Your Shoulder
07. Always Never
08. Moonloop
09. Signify
10. This Is No Rehearsal
11. Ambulance Chasing
12. Voyage 34 (Phase I)
..........
13. Dislocated Day
14. Radioactive Toy


Pierwsze co rzuciło się w oczy, to to, że Steven Wilson ściął swoje ponad metrowe włosy do długości niewiele wystającej za uszy. Na nosie miał też już słynne lennonki, które stały się jego znakiem rozpoznawczym w latach 99-2001. Dzień później PT zagrali pierwszy z trzech koncertów w Holandii, która jako pierwszy zagraniczny kraj była tak dużym skupiskiem fanów zespołu i gdzie PT grali sporo w latach 94-95. Fani mieli prawo się obrazić ponieważ zespół powrócił po 3 latach nieobecności
(to samo zresztą w przypadku Belgii).

                                                         

W Delft (17 kwietnia) po raz ostatni w jakiejkolwiek postaci (w tym wypadku z samą częścią improwizowaną) został odegrany Moonloop. Zrobiło się też miejsce dla powracającego duetu The Moon Touches Your Shoulder i Always Never. Na zamieszczonej powyżej napisanej odręcznie setliście widać, które kawałki zawierały fragmenty z sekwensera (nie to, że nie szło się domyślić bez tego). 24-tego kwietnia zespół po raz pierwszy wystąpił we Francji. Zagrali w Paryżu, a noc później w Bordeaux.

                                    

Ostatnim koncertem w 1998 roku i ostatnim koncertem trwającej praktycznie dwa lata Signify Tour był koncert w Brighton, który odbył się 4-tego maja. I to było to. Zespół oficjalnie zakończył trasę promującą Signify i ruszył do studia by dalej pucować następny album. Porcupine Tree nie wrócili na scenę do 24-tego marca 1999 roku. I nie wrócili również do wielu utworów granych na poprzednich trasach. SW przyznał po latach, że trasa Signify jak i wydana w jej trakcie Coma Divine były zamknięciem pewnego rozdziału w historii zespołu. Stupid Dream był zdecydowanie początkiem nowego i z tego powodu koncert w Brighton był
finalnym dla wielu kawałków. Po raz ostatni zabrzmiały wtedy Waiting (Phase Two), Always Never (które i tak było od paru lat grane tylko w połowie), Not Beautiful Anymore, oraz (o dziwo) This Is No Rehearsal i Ambulance Chasing. The Moon Touches Your Shoulder powróciło dopiero po 5 latach (a też nie na długo), a Sleep of No Dreaming przespało jedną trasę. Wcześniej na Signify Tour pożegnaliśmy Moonloopa, Is...Not, Idiot Prayer, Cryogenics oraz Voyage 34 (Phase II).

Między kwietniem 1996 (lub październikiem 1996, na jedno wychodzi), a majem 1998, Porcupine Tree zagrali 29 utworów.

3 utwory z „On The Sunday of Life”
4 utwory z „Up The Downstair”
5 utworów z „The Sky Moves Sideways”
9 utworów z „Signify”
2 utwory ze „Stupid Dream”
1 utwór z „Recordings” (lub 2 jeśli liczyć Even Less)
4 utwory niealbumowe (Cryogenics, Voyage 34 (Phase I), Voyage 34 (Phase II) i powiedzmy, że Stars Die).


Zanim przejdę do rozdziału z bootlegami, kilka słów o tym co jeszcze działo się w 1998 roku (i w pobliżu). W kwietniu został wydany pierwszy album Bass Communion. Trudno powiedzieć w jakim przedziale czasowym powstał materiał zawarty na tej płycie, ale np.: soundscape'y Frippa były nagrywane w 1993 w No Man's Land (zapewne przy okazji nagrywania Flowermouth no-man). Jeżeli chodzi o samo no-man, duet zaznaczył swoją obecność wydanych w 1997 mini albumem Carolina Skeletons. W 1998 nadal trwały prace nad nowym materiałem, lecz dopiero odświeżenie Speak w 1999 roku popchnęły sprawy z nowym albumem w odpowiednim kierunku. Oprócz tego, w 1998 zaczął powstawać materiał, który został ostatecznie wydany rok później na drugiej płycie I.E.M. An Escalator To Christmas. W całym tym zamieszaniu nadal kształtowało się Stupid Dream. O wczesnych wersjach albumu (z okresu 1997-1998) napiszę w osobnym, obszernym tekście. Tymczasem w następnym odcinku zapraszam do zapoznania się najlepszymi i najciekawszymi bootlegami z trasy Signify Tour.

czwartek, 18 czerwca 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.5: Polska i jesienne koncerty w 1997


Włoscy fani mieli naprawdę dobry rok ponieważ zespół wystąpił
u nich jeszcze 3 razy w drugiej połowie roku i były to koncerty wyjątkowe. Zanim Steven, Colin, Richard i Chris powrócili do kraju pizzy, zagrali trzy istotne dla nas koncerty. Pierwsze koncerty w Polsce. Miałem wtedy 11 lat i nie znałem Porków więc oczywiście mnie wtedy na nich nie było, ale po pobycie zespołu w naszym kraju została wspaniała pamiątka.
Porcupine Tree zagrali w Krakowie (1 października w Filharmonii Państowej), Bydgoszczy (2 października w Failharmonii Pomorskiej) i Lublinie (3 października w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka”). Zaprezentowana wtedy setlista (na każdym koncercie taka sama) wyglądała tak:

01. The Sky Moves Sideways (Phase One)

02. Signify

03. Waiting (Phase One)

04. Waiting (Phase Two)

05. Sleep of No Dreaming

06. Up the Downstair

07. The Moon Touches Your Shoulder

08. Always Never

09. Dislocated Day

10. Moonloop

11. Sever

12. Radioactive Toy

……….

13. Voyage 34 (Phase I)

14. Not Beautiful Anymore

Jak widać była to trochę okrojona wersja setu z marcowej trasy po Włoszech, z wyjątkiem Sever, które nieoczekiwanie powróciło po 17 miesiącach przerwy (i raptem 3 wykonaniach wcześniej). Między polakami, a Porcupine Tree od razu zaiskrzyło i przez najbliższe lata, obok Włoch i Holandii, nasz kraj mógł się poszczycić najwierniejszą armia fanów jaką zespół mógł się wtedy pochwalić. Uczucie było odwzajemnione i od tego momentu Porcupine Tree (oraz każdy zespół związany ze Steven Wilsonem) nie ominęło Polski już na żadnej trasie.

         

Wspomnianą pamiątką z pierwszej wizyty Porków jest niesamowitej jakości legendarny bootleg z Bydgoszczy, o którym napiszę jak zwykle w ostatniej części tekstu. Po koncertach u nas, zespół zrobił sobie tydzień hakiem przerwy chociaż nie do końca. Ćwiczyli prawdopodobnie nowy długi utwór, który miał zostać zaprezentowany na zbliżających się koncertach (szkoda, że my się nie załapaliśmy). Oczywiście pierwszymi fanami, którzy mieli okazję go zobaczyć/posłuchać byli rozpuszczeni w tym roku do granic możliwości Włosi. Pierwszy z trzech koncertów w Italii odbył się w Mediolanie i pechowo zbiegło się to z koncertem Lynard Skynard (którzy byli wtedy bardzo popularni we Włoszech) przez co frekwencja była bardzo słaba (podobno poniżej 50 osób). Mimo to, ci którzy tam byli wspominają koncert jako wyjątkowy.

01. Even Less

02. Waiting (Phase One)

03. Sleep of No Dreaming

04. Up the Downstair

05. The Moon Touches Your Shoulder

06. Dislocated Day

07. Moonloop

08. Sever

09. Voyage 34 (Phase I)

……….

10.  Radioactive Toy

……….

11. Signify

Fan (i autor słynnego bootlegu pod tytułem Even Less Rehearsals), który był na tym koncercie wspomina:

I entered the venue during the soundcheck and the music the band was playing was totally new and unknown to me. They were jamming instrumentally for a new piece called 'Even Less'. The whole of the soundcheck was spent trying this track. And then the show: 'Even Less' was played for the very first time, in its early, extended version, with different lyrics. A shock.

                                                           

Nawet dziś, na myśl o tym, robi się człowiekowi gorąco.
Wczesne Even Less bardzo przypominało pierwszą wersję demo (którą raczej wszyscy dobrze znają bo została oficjalnie wydana). Utwór był grany w całości (ponad 14 minut), a tekst krążył bliżej tego wczesnego chociaż nie był taki sam. Chris pięknie dogrywał podczas intra na dzwonkach z czego niestety zrezygnował począwszy od 1999 roku (o Gavinie nie wspomnę). Następnego dnia na koncercie w Torino, Porcupine Tree zaszaleli jeszcze bardziej.


                                                        

Signify
powędrowało na górę setu (zaraz za Even Less), a ostatnim bisem było Not Beautiful Anymore. Stefan pomieszał zwrotki w Sleep of No Dreaming. Co jednak ważniejsze, zespół zaprezentował kolejny nowy utwór – Ambulance Chasing. Co Wilson będzie lubił podkreślać podczas tych jesienno/zimowych koncertów, był to potencjalny tytułowy kawałek z nadchodzącej płyty. Jak wiemy, ostatecznie nie był to ani kawałek tytułowy, ani nawet z nowej płyty co tylko dodaje magii tym wczesnym wykonaniom. PT zagrali jeszcze jeden włoski koncert w Pordenone i kilka dni później (21 października) grali już u siebie w Canterbury.
Setlista pozostała niezmieniona, ale nie na długo. Ze względu na brak informacji trudno mi powiedzieć kiedy dokładnie premierę miał kolejny nowy utwór – This Is No Rehearsal. Na koncercie w Bristolu (23 października) kawałek był już grany, ale możliwe, że pojawił się już dzień wcześniej w Oxfordzie. Niestety nie mam potwierdzenia. Utwór wskoczył w miejsce Sever, po czym zniknął na kolejne dwa koncerty (24 października w Cheltenham i 27 października w Cardiff), a Sever wróciło. 28 października w Birmingham kawałki znowu się zamieniły i tym razem już na stałe. Sever nie powróciło do koncertowego repertuaru przez następne 10 lat.

         

Kolejne koncerty odznaczały się raczej niewielkimi zmianami np. powrotem The Sky Moves Sideways (Phase One) oraz Waiting (Phase Two) kosztem Not Beautiful Anymore. Ciekawe rzeczy natomiast zaczęły dziać się z Moonloopem. Prawdopodobnie Włosi (jak zwykle) widzieli/słyszeli pełna wersję po raz ostatni. Począwszy od pojawienia się Ambulance Chasing, zespół grał samą codę Moonloopa jako przedłużenie tego pierwszego utworu.
W ten sposób grano go do koncertu w Edynburgu (5 listopada), a od koncertu w Glasgow (6 listopada) do końca roku zespół grał tylko improwizowaną cześć, a zamiast cody – Signify. Zwiastowało to, że PT powoli nudzili się graniem Moonloopa wykonując go non stop przez ostatnie 3 lata (co jest niczym w porównaniu do Trains, ale mówimy tu o trochę innym Porcupine Tree w trochę innych czasach) i szykowali się do wysiedlenia go z setu.

                                     

                                     


Najciekawszym koncertem jesiennej części trasy był z pewnością wyjątkowy występ w Londynie, który odbył się w słynnym Union Chapel
(14-tego listopada). Porcupine Tree po raz pierwszy w historii powitali na scenie gościa, a był nim Theo Travis, który zagrał na flecie i saksofonie w dwóch utworach – Ambulance Chasing, oraz improwizowanej części Moonloopa. Obecnie Theo jest kojarzony z SW do porzygu, ale wtedy była to postać nowa dla fanów Porcupine Tree. Zmieniło się to kiedy wyszło Stupid Dream zawierające Don't Hate Me z nieziemskimi solówkami w wykonaniu Travisa. Co za czasy! PT zagrali jeszcze dwa koncerty koncerty w Grecji (22-go listopada w Atenach i 23-go listopada w Thessaloniki), w kraju (a nawet tych samych miastach i klubach), w którym ponad rok wcześniej rozpoczęli trasę (z tej okazji dorzucili do setu Not Beautiful Anymore). Tak zakończył się koncertowy rok 1997 dla Porcupine Tree i wydawać się mogło, że to już koniec Signify Tour.  Okazało się jednak, że turnus miał skromne, ale istotne post scriptum.

czwartek, 11 czerwca 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.4: Porcospino Albero

Poza koncertami w Rzymie, PT mieli jeszcze zaklepane dwa występy: w Bolonii (28 marca) i w Mediolanie (29 marca). W dniu tego pierwszego pojawili się jeszcze w programie telewizyjnym Help TV, w którym zagrali na żywo:

01. Waiting (Phase One)
02. Dislocated Day
03. Radioactive Toy
04. Signify
05. The Moon Touches Your Shoulder

oraz udzielili najdziwniejszego wywiadu w karierze. Prowadzący zasypywał ich pytaniami pomiędzy utworami (średnio 10 minuta gadania i utwór), trwało to długo bo najpierw mówił wszystko po włosku, a potem bardzo łamanym angielskim zadawał pytania i próbował rozmawiać. Przez ponad połowę całego programu pod ostrzałem był Richard Barbieri, który został zasypany lawiną pytań o Japan i jego stosunki z byłymi członkami zespołu. Rysiek
wyglądał jakby miał się zapaść pod ziemię kiedy został zmuszony do oglądania starych nagrań wideo Japan (których nie chciał oglądać), a reszta Porcupine Tree stała olana w kącie.

                                                  

                                                  


Plusem był natomiast fakt, że zespół grał na żywo, a nie udawał do podkładów. Pozostałe dwa koncerty we Włoszech miały nieco okrojoną setlistę z Rzymu. Po dwumiesięcznej przerwie zespół pojawił się jeszcze na festiwalu w San Remo (17 maja) grają
c Waiting (Phase One) i Signify. Potem zaliczył mikro występ w Cambridge (7 czerwca, jedyny nie-Włoski koncert w tej połowie roku) i znowu wrócił do Włoch aby 14-tego czerwca w Rzymie zagrać na festiwalu zorganizowanym przez Radio Rock. Setlista tego występu była tak bogata jak w marcu:

01. Up the Downstair
02. Waiting (Phase One)
03. Waiting (Phase Two)
04. The Sky Moves Sideways (Phase One)
05. Sleep of No Dreaming
06. Signify
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Moon Touches Your Shoulder
13. Always Never
14. Burning Sky
……….
15. Is... Not
16. Radioactive Toy
……….
17. Not Beautiful Anymore

Koncert był o tyle istotny, że Włosi mieli ostatnią okazję aby zobaczyć niektóre utwory na żywo. Dla Cryogenics, Idiot Prayer i Is...Not było to ostateczne (na dzień dzisiejszy) pożegnanie z repertuarem koncertowym. Dark Matter wylądował na ławce rezerwowych na 5 lat, a Burning Sky musiał czekać na kolejny raz 8 lat.
W obu przypadkach był to ostatni raz kiedy te kawałki były grane przez Chrisa Maitlanda.
Po tym występie Porcupine Tree zrobili sobie wakacje, a kolejne koncerty były zaplanowane dopiero od października. Przynajmniej koncerty Porcupine Tree, ponieważ Steven Wilson przyjął zaproszenie Richarda Barbieriego i pojechał na krótką trasę z JBK (Jansen/Barbieri/Karn), która odbyła się w sierpniu i objęła występy w Japonii oraz jeden koncert w Londynie. Oprócz Wilsona, w koncertach wzięli tez udział Theo Travis i Natasha Atlas. Kompilację nagrań z tego objazdu wydano pod tytułem Playing In a Room With People (w 2001 roku), natomiast londyński koncert w Astorii (i kilka japońskich) nagrano profesjonalnie na video. Fragmenty można obejrzeć na YouTubie.

                                                              

poniedziałek, 18 maja 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.3: Coma Divine



Niespodzianki, Porcupine Tree postanowili zostawić sobie na trasę po Włoszech, która rozpoczynała się 25-tego marca 1997 roku i obejmowała pięć koncertów (do tego jeden w programie Help TV). Włoscy fani pracujący w Radiu Rock już w 1995 roku postarali się żeby nikt w Rzymie nie przegapił informacji o wizycie Porków. Tym razem postarali się jeszcze bardziej. Dzięki ostrej promocji na antenie radia udało się sprzedać trzy koncerty w rzymskiej Frontierze. Dla Porcupine Tree był to olbrzymi sukces, więc zespół postanowił uczcić to rejestrując te występy z myślą o wydaniu pierwszego albumu koncertowego (Spiral Circus było raczej czymś co dzisiaj nazywa się 'oficjalnym bootlegiem').
Na dzień przed pierwszym koncertem odbyła się w Mediolanie uroczysta konferencja prasowa z udziałem zespołu (popularność PT we Włoszech mocno kontrastowała wtedy z resztą świata). Istnieje niewiele ponad 20-to minutowy „bootleg” z owej konferencji. Warto posłuchać bo można dowiedzieć się ciekawych rzeczy (nie tylko o PT). Zespół opowiada o słuchaniu Spice Girls, życiu na trasie, Ryszard jest obowiązkowo bombardowany pytaniami o Japan, ale generalnie Porcupine Tree robią sobie cały czas jaja i to ze wszystkiego. W pewnym momencie ktoś na sali upuszcza i rozbija coś szklanego, a to powoduje, że robi się coraz weselej i coraz dziwniej. Na końcu albumu Metanoia umieszczono podobną pamiątkę z tamtego pobytu. Tak czy inaczej, zespół dotarł następnego dnia do Rzymu gdzie miał zagrać pierwszą w swojej karierze „rezydencyjną” serię koncertów. Z tej okazji planowane były niespodzianki. Po pierwsze, każdy koncert miał się trochę różnic od innych setlistą (oczywiście bez przesady, ale repertuar był dosyć obszerny). Po drugie, odegrane miały być między innymi utwory, które były wcześniej wykonywane bardzo rzadko lub w ogóle. Po trzecie, o czym już pisałem, cała trójka miała zostać zarejestrowana aby potem skompilować ze wszystkiego koncert idealny. Coma Divine – wynik nagrania rzymskich występów – jest już dziś klasycznym live albumem i faworytem wielu fanów. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, że były z nim same kłopoty, począwszy od samych koncertów, a na wielokrotnym wydaniu kończąc. Pierwsza noc we Frontierze prezentowała się tak:

01. Bornlivedie
02. Signify
03. Waiting (Phase One)
04. Waiting (Phase Two)
05. The Sky Moves Sideways (Phase One)
06. Sleep of No Dreaming
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Nostalgia Factory
13. Up the Downstair
14. Radioactive Toy
……….
15. Voyage 34
16. Not Beautiful Anymore

Koncert ewidentnie dłuższy od tych z jesieni 1996, ale o dosyć podobnej setliście. Póki co PT zaprezentowali dwie niespodzianki. Na ten jeden (i ostatni) raz powróciło The Nostalgia Factory. Drugim utworem było Cryogenics, które powróciło półtora roku po tym jak zostało raz zagrane w
Northampton 11.10.1995. Wersja zaprezentowana we Włoszech była znacznie krótsza i nie zawierała wstawki z Wake As Gun. Jeżeli ktoś jeszcze nie wie z czym mamy tu do czynienia, to odsyłam tutaj:

http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2013/11/the-band-moves-sideways-1994-1995-cz2.html

ale w skrócie – Cryogenis powstał jako próba ujarzmienia improwizacji znanej jako Mesmer III i stworzenia z niej konkretnej kompozycji. Zespół odegrał to raz w 1995
roku po czym dał sobie spokój. Porcupine Tree bardzo chcieli nagrodzić Włochów za ich oddanie i pomoc zatem wyciągnęli Cryogenics za uszy z archiwum. Podczas występów w 1997, kawałek był grany w połowie setu i niemal płynnie przechodził w Dark Matter. Przed koncertami (na stronie internetowej) jak i w ich trakcie, Steven Wilson słodził jak to napisali ten utwór (który na tamtym etapie nie miał nawet tytułu) specjalnie z myślą o tych występach. W tamtych czasach rzeczywiście mógł sobie tak mówić, bo o tym, że PT grali już Cryogenics (i to w de facto dłuższej i ciekawszej wersji) wiedzieli nieliczni fani z Wysp. Wilson dodawał też, że nigdy nie powstanie wersja studyjna, i że będzie to numer absolutnie ekskluzywny dla tego albumu koncertowego. Zapeszył. Jak teraz już wiemy, Cryogenics nie znalazło się ani na Coma Divine, ani na dodatku Coma Divine II, ani na wersji dwupłytowej. Już po wydaniu płyty SW miał tyle do powiedzenia:

(Cryogenics) was written especially to feature on the live album. It was (...) frankly poor, so we dropped it.

a wiele lat później
(w 2010 roku) kiedy był w szale odpowiadania na prośby fanów na Facebooku, wyciągnąłem od niego jeszcze to:

Cryogenics was never recorded in the studio, but it was captured on tape at the same concerts in Italy as the Coma Divine album, but never mixed - quite honestly it wasn't very good.

Zgodzę się, że wersja z tej trasy dupy nie urywała, ale myślę, że mimo wszystko mogli to wrzucić na płytę. Z kilku powodów. Po pierwsze, Stefan z taką pasją truł jak to napisali utwór specjalnie na włoskie koncerty, i że będzie to exclusive dla live albumu, że powinien się tego trzymać. Rozczarowanie sympatyków z Italii musiało być srogie. Po drugie, kawałek miał raptem 3 minuty i myślę, że aż tak nie obniżyłby poziomu, zwłaszcza jako intro do Dark Matter, które by ten poziom znacznie podwyższyło. Stało się jednak jak się stało, SW nawet Cryogenics nie zmiksował co oznacza, że dosyć wcześnie uznał, że nie ma zamiaru umieszczać go na płycie.

        

Wracając jednak do pierwszego koncertu, również The Nostalgia Factory nie miało szczęścia pojawić się na albumie. Tak naprawdę nic z pierwszej nocy
oprócz Not Beautiful Anymore się na nim nie pojawiło. Z tego co pamiętam (ale niestety nie mam żadnego źródła aby to potwierdzić) ze względu na jakiś techniczny syf nagranie z tego występu okazało się wielką kolekcją trzasków. Zdatne okazało się być tylko wspomniane Not Beautiful Anymore. Niestety z tego powodu nie możemy liczyć na to, że jakikolwiek inny utwór z 25 marca 1997 roku zostanie kiedykolwiek, w jakiejkolwiek formie wydany. Istnieje natomiast bootleg audio, ale go nie posiadam.
Drugi koncert (26 marca) okazał się już znacznie ciekawszy (przynajmniej z naszej perspektywy).

01. Bornlivedie
02. Signify
03. Waiting (Phase One)
04. Waiting (Phase Two)
05. The Sky Moves Sideways (Phase One)
06. Sleep of No Dreaming
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Moon Touches Your Shoulder
13. Up the Downstair
14. Radioactive Toy
……….
15. Nine Cats
16. Every Home Is Wired
17. Stars Die (?)
18. Voyage 34 (Phase II)

Zanim przejdę dalej, zaznaczę tylko, że nie jestem w 100% pewien tej setlisty. Problematyczne jest tu Stars Die. Posiadam bootleg z tego występu i mimo że jest on mocno poharatany, to wydaje się kompletny. Nie ma na nim Stars Die, natomiast jest Nine Cats, którego w zamieszczonej na setlist.fm setliście nie było. Ot ciekawostka. Wstawiam zatem wersję z oboma kawałkami, ale zaznaczam, że Stars Die mogło nie być. Co zatem ciekawego się wydarzyło? Nine Cats właśnie, które na tym etapie było jeszcze wykonywane bardzo rzadko (w zasadzie tylko podczas odwiedzin we Włoszech w 1995 i 1997 roku). W 1999 akustyczne wykonania były już na stał
e wpisane do setu. W podobny (akustyczny) sposób Wilson po raz pierwszy odegrał Every Home Is Wired, jedyna piosenkę (nie liczę instrumentali) z Signify, której zespół nie grał na koncertach (ani wcześniej, ani po trasie we Włoszech). Chris zrobił bardzo ładne chórki na końcu. Oprócz tego pojawiło się też The Moon Touches Your Shoulder. Największą jednak atrakcją było ekstremalnie rzadkie wykonanie drugiej fazy Voyage 34. O ile mi wiadomo, to było ostatnie. Bootleg z tej nocy jest jedynym koncertem z Frontiery jaki posiadam w kolekcji (ale wiem, że wszystkie ktoś nagrał). Jakość przeraża od samego początku. Występ nagrano z publiczności dyktafonem na kasetę, a ta kaseta wiele (naprawdę wiele) przeszła zanim jej zawartość została zdigitalizowana i wrzucona na cd. Bootleg zawiera zasadniczo wszystkie utwory, ale niektóre są pocięte (czasami brakuje początku, czasami końca, a czasami czegoś ze środka), dźwięk faluje jak na statku i jest przytłumiony do tego stopnia, że czasami brzmi to jak Coma Divine słuchana w głową przykrytą kilkoma poduszkami.
Niestety największa ofiarą tego bootlegu jest Voyage 34 (Phase II), które urywa się po 4 minutach. Dodam tylko, że równie rzadkie nagranie wykonania tego utworu z 1994 urywa się w prawie tym samym momencie.
Trzecia noc w Rzymie nie przyniosła wielkich niespodzianek, ale przyniosła małe przetasowanie:

01. Up the Downstair
02. Waiting (Phase One)
03. Waiting (Phase Two)
04. The Sky Moves Sideways (Phase One)
05. Sleep of No Dreaming
06. Signify
07. Moonloop
08. Dislocated Day
09. Cryogenics
10. Dark Matter
11. Idiot Prayer
12. The Moon Touches Your Shoulder
13. Always Never
14. Is...Not
15. Radioactive Toy

16. Every Home Is Wired
17. Burning Sky
18. Voyage 34 (Phase I)

Powróciło Burning Sky, a The Moon Touches Your Shoulder zwrócono jego kompana Always Never. Nieoczekiwany powrót zaliczyło Is...Not, a po raz drugi (i chyba ostatni) pojawiło się Every Home Is Wired.
Po trzech dniach koncertowania, włoscy fani byli nasyceni, a zespół miał wystarczająco materiału (mimo, że i tak mniej niż chcieli) aby zmontować live album. Między 25, a 27 marca zagrano 23 utwory (24 jeśli liczyć niewiadome Stars Die). Występy były wielkim sukcesem jednak praca nad Coma Divine okazała się trudniejsza niż zakładano, a problemy wyskakiwały nawet już po premierze. Steven Wilson zmiksował album w przerwie między koncertami (od czerwca do października), a całość została wydana w październiku na płycie cd.
Tracklista wyglądała tak (* oznaczyłem utwory, które zostały potem wydane na promo Coma Divine II, oraz na dwupłytowej edycji Coma Divine, która ukazała się w 2003 roku):

01. Bornlivedie (jako Bornlivedieintro)
02. Signify
03. Waiting (Phase 1)
04. Waiting (Phase 2)
05. The Sky Moves Sideways (Phase 1)
06. Dislocated Day
07. Sleep of No Dreaming (jako The Sleep of No Dreaming)
08. Moonloop
09. Up The Downstair*
10. The Moon Touches Your Shoulder*
11. Always Never (27 marca) *
12. Is...Not (27 marca) *
13. Radioactive Toy
14. Not Beautiful Anymore (25 marca)


                                  

Oryginalne wydanie na jednym kompakcie zawierało zatem 10 utworów z 23/24 zagranych, minus The Nostalgia Factory, któr
e najpewniej nagrało się źle. Up The Downstair, The Moon Touches Your Shoulder i Always Never wydano w 1999 osobno jako Coma Divine II (promo płytce wysyłanej za darmo subskrybentom magazynu informacyjnego Transmission) , a Is...Not był pierwszym ekskluzywnym utworem do ściągnięcia z nowo powstałej strony internetowej Porcupine Tree. Dorzucono je wszystkie do wersji dwupłytowej wydanej w 2003. Czemu zabrakło niektórych utworów? Trudno powiedzieć. Akustycznie wykonane kawałki (Every Home Is Wired, Nine Cats, być może Stars Die) okazały się widocznie zbyt mało interesujące aby umieszczać je na ograniczonej miejscem płycie cd. Z resztą wykonywał je tylko Wilson, a nie cały zespół zatem zrozumiałe jest to, że wybrano inne kompozycje. Cryogenics nie zostało nawet zmiksowane i jednocześnie pochłonęło Dark Matter ponieważ utwory były niemal połączone ze sobą. Burning Sky i Idiot Prayer (w zasadzie dosyć podobne do siebie utwory) odłożono z niewiadomych przyczyn, natomiast jeśli chodzi o obie fazy Voayge 34, to swego czasu na stronie Pt można było przeczytać taką informację w dziale Coma Divine:

There is also a complete performance of Voyage 34 in the can (we only performed Phase 2 on a handful of occasions) which may emerge one day.

Mimo, że minęło prawie 20 lat, to nadal wierzę, że to w końcu wyjdzie (zwłaszcza po tym jak SW ot tak sobie wrzucił na Soundclouda V34 z debiutanckiego koncertu w 1993). Może właśnie na 20-stolecie?
Kiedy Steven Wilson zabierał się w lecie do szykowania Coma Divine dotarło do niego, że o ile muzycznie zespół wspiął się na wyżyny możliwości, to on sam nie dał rady wokalnie.
Na podstawie bootlegów z przełomu 1996/1997 rzeczywiście można powiedzieć, że na każdym koncercie istniało 70% szansy, że Bosy położy refren Sleep of No Dreaming albo wyższe partie Waiting. Stefan nie krył się z tym specjalnie ponieważ na stronie PT można było przeczytać:

The only overdubs on the album were the vocals, which for technical and performance reasons had to be done again (only one take allowed).

Nie sprecyzowano czy dogrywał wszystkie (!!!) wokale czy tylko część, ale podejrzewam, że coś z oryginałów musiało pozostać. Nie było też mowy o tym czy Chris tez musiał śpiewać od nowa (ale szczerze wątpię). Klątwa Coma Divine trwała nawet po wypuszczeniu płyty do sklepów. SW dopchał
zawartość kolanem na jedno CD i okazało się, że niektóre kopie działają przez to wadliwe. Wilson próbował zwalczyć ten problem usuwając odgłosy publiczności między utworami (usunął łącznie ok. 2 minuty oklasków) przez co koncert wydaje się strasznie pędzić. Dziś to już klasyk, ale z Coma Divine Porcupine Tree mieli ostro pod górkę. W następnej części opiszę resztę koncertów, które odbyły się we Włoszech w pierwszej połowie 1997 roku, a działo się na nich sporo.