Album Signify był początkiem nowej
ery dla Porcupine Tree, zaś trasa Signify Tour zakończeniem
poprzedniej. Wiele
utworów przeszło po niej na koncertową emeryturę, a zespół coraz bardziej stawał się zespołem, a nie solowym projektem Stevena
Wilsona. Życie Stupid Dream zaczęło się jednak kompletnie
niezespołowo ponieważ Stefan skompletował dema, które nagrał w
międzyczasie na potencjalny nowy album, zgrał je na kasetę i
zaczął rozsyłać do różnych wytwórni licząc na ciepły odzew.
Współpraca z Delerium Records dobiegła do naturalnego końca.
Jeżodrzewie rozrosło się do poważnych rozmiarów i zarówno
Delerium (jako wydawca) i Richard Allen (jej właściciel oraz
dotychczasowy manager zespołu) nie mogli już zagwarantować więcej
ekspozycji dla Wilsona i reszty. Wspólnie zdecydowano, że czas aby
Porcupine Tree znalazło sobie nowy dom, a wspomniane demo miało mu
w tym pomóc. Owa kaseta miała nawet okładkę ze zdjęciem zespołu,
wielkim napisem „Demo” oraz podpisem „demo for the next studio
album due in 1998”. Stefan zaczął rozsyłać jej kopie jeszcze w
1997 roku.
Oficjalne nagrania zespołu w studio rozpoczęły się w
1998 r., jeszcze bez żadnego kontraktu. W zasadzie, to lwia część Stupid Dream została zarejestrowana kiedy Porcupine Tree nie
miało jeszcze żadnych realnych perspektyw na wydanie tego albumu.
Dopiero w drugiej połowie roku udało się w końcu podpisać umowę.
Szczęśliwcem okazała się być niezależna wytwórnia Snapper.
Podpisanie kontraktu z PT zbiegło się z uzyskaniem przez Snappera
kompletnej niezależności, czyt. odseparowaniu się od firmy matki –
Palan. W celu wydania tej i następnych płyt Porcupine Tree, Snapper
uformował nowy sub-label Kscope (sic!). Trzeba przyznać, że obie
strony miały tutaj szczęście. Porcupine Tree trafiło na wydawcę,
któremu zależało, a dzięki zespołowi zarówno Snapper, jak i
(czy raczej zwłaszcza) Kscope rozwinęły się w pokaźny sposób.
Tak, czy inaczej wszystko zapowiadało się dosyć różowo.
Steven
Wilson, po raz pierwszy od czasów debiutu no-man dysponował
budżetem, który przewidywał nie tylko wydanie albumu, ale też
kilku singli oraz nakręcenie teledysku! Mało tego, Bosy mógł
sobie tez pozwolić na zaangażowanie Chrisa Torpe’a, który
zaaranżował partie, które potem zagrała prawdziwa orkiestra (East
of England Orchestra). Porcupine Tree dostali ponoć na skończenie
tego albumu ok. 15.000 £
(na Signify wydano ok. 2.000 £).
Tym razem jednak wydawca dawał Wilsonowi zaufanie i dowolność, o
których w One Little Indian (pierwszym dużym labelu no-man) mógł
tylko pomarzyć. Zbiegło się to też z okresem, w którym
Stefan zmęczony tworzeniem w połowie instrumentalnych płyt z
długimi utworami, odważył się na pisanie piosenek, coś co
chodziło mu po głowie od dawna, ale nie czuł się w tym
wystarczająco dobry.
Trudno się dziwić, że Wilsonowi
zamarzył się wtedy większy sukces dla Porcupine Tree, nie tylko
jemu zresztą. Stupid Dream, album gotowy od prawie roku,
wydano w końcu w marcu 1999 roku. Prawie do samego końca płyta nie
miała tytułu. Jeszcze w 1997 r., podczas prezentowania trzech
nowych kompozycji na koncertach (Ambulance Chasing, This Is No
Rehearsal i Even Less), Wilson wskazywał tę pierwszą jako
potencjalny utwór tytułowy nadchodzącego albumu, ale z czasem
całkowicie wyleciała ona z tracklisty. Przez krótki czas zespół
chciał nawet pozostawić nową płytę niezatytułowaną, ale
ostatecznie z tego zrezygnowano żeby nie robić zamieszania przy tak
istotnym wydawnictwie. Premiera Stupid Dream, tak jak
zakładano, odbiła się znacznie szerszym echem w świecie. Sen się
spełnił. Na tydzień przed (chodź z innych źródeł wynika, że
dopiero w kwietniu) wydano singla Piano Lessons oraz teledysk
nakręcony do tego utworu przez Mike’a Beniona, starego przyjaciela
Wilsona, którego Stefan poznał pracując w branży telewizyjnej
(tworząc podkłady muzyczne, do reklam, które Benion reżyserował).
Obaj panowie mieli już wcześniej wspólne plany pracy poza
reklamami (np. przy nigdy nie zrealizowanym klipie do Watching
Over Me no-man), ale dopiero teraz to się udało. Zaznaczę też,
że to właśnie z Benionem, Bosy napisał potem szkic
scenariusza do filmu Deadwing, pomysłu który siłą rzeczy
nadal leży w szufladzie.
Sam klip był parodią zmagań młodych
zespołów z wielkimi muzycznymi korporacjami, coś z czego wtedy
Porcupine Tree szydzili, ale z czym Stefan miał bezpośrednio do
czynienia w przypadku One Little Indian i do czego miał niejako
wrócić podpisując umowę w 2001 r. (ale do tego dojdziemy).
Zarówno singiel jak i klip nie podbiły list przebojów, ale
wyniki PT był zdecydowanie bardziej imponujące niż przy okazji
poprzednich albumów. Wsparcie Snappera oznaczało jeszcze jedną
rzecz. Możliwość pojechania w trasę koncertową z prawdziwego
zdarzenia.
Oczywiście, jeśli spojrzeć na listę występów
zagranych podczas Signify Tour, to też jest tego całkiem
sporo, ale jeśli baczniej się przyjrzeć, to widać, że bardzo
dużo z tych koncertów, to były festiwale lub supportowanie innych
grup. Do tego Porcupine Tree wielokrotnie grało dla kilkudziesięciu
osób. Tym razem trasa miała być odpowiednio wypromowana. Inną
bardzo istotną różnicą było to, że w ramach Stupid Dream
Tour Jeżodrzewie miało polecieć do USA. Wcześniej zespół był
w Ameryce tylko raz, w czerwcu 1996 r. i zagrał dwa koncerty – w
Nowym Jorku (na mini festiwalu zorganizowanym przez ich ówczesnego
amerykańskiego wydawcę C&S, to wtedy Stefanowi spalił się
wzmacniacz w trakcie Moonloopa) oraz w Baltimore (na festiwalu
Progscape). To były małe występy, na które Porcupine Tree
wcisnęli się fuksem. Teraz miało być inaczej. Zaplanowano aż 8
koncertów w Stanach i tylko jeden z nich miał być występem
festiwalowym. Klamrą dla amerykańskiej wycieczki były dwa duże
odnóża europejskie. W kolejnym tekście przyjrzymy się właściwej trasie.
Do
napisania tekstu o zespole Karma, zbieram się praktycznie od
początku istnienia tego bloga. Odkładałem to wielokrotnie, ale w
grudniu częściej mam ochotę (zarówno muzycznie jak i w kontekście
bloga) na wczesny etap działalności Wilsona, a zatem przeniesiemy
się najdalej jak to możliwe. A nawet jeszcze dalej.
Początki
początków początków
Steven Wilson urodził się 3
listopada 1967 roku. Kiedy powstawały pierwsze nagrania Porcupine
Treei no-man
miał około 20 lat.
Dla części fanów, to właśnie tu zaczyna się kariera Stefana
natomiast niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że Bosy grał
muzykę dużo wcześniej (Podobnie jak Tim Bowness, który zaczynał
na początku lat 80-tych).
Prawdopodobnie pierwszym zespołem, którego Wilson był członkiem
był heavy metalowy Paradox, który powstał w 1981 roku kiedy Stefan
miał około 14-tu lat. Niewiele o nim wiadomo. Raczej mało
prawdopodobne jest, że zespół nagrał jakiekolwiek demo, natomiast
zagrał przynajmniej jeden koncert, który odbył się w szkole, do
której członkowie chodzili. Oto co Wilson miał do powiedzenia na
temat Paradox oraz
wspomnianego występu:
"It
would be the school disco at my secondary school and it was with my
heavy metal group, Paradox. That was '81, I would have been 12 or 13
years old. I was the singer/guitar player and we were really
influenced by the New Wave Of British Heavy Metal. We played for our
school friends before a disco and they patiently endured listening to
us do our thing…"
Podejrzewam,
że działalność Paradoxu zakończyła się niedługo po tym
koncercie. W 1982 roku Wilson nawiązał współpracę z innymi
młodymi muzykami, która zaowocowała powstaniem dwóch projektów.
Pierwszy – syntezatorowy Altamont, Steven współtworzył wraz z
Simonem Vockingsem (więcej o Altamont
napiszę przy okazji
osobnego
tekstu). Drugi –
Karma, był już pełnym rockowym składem, który powstał na fali
zamiłowania członków zespołu do muzyki progresywnej, głównie
wybijającego się właśnie Marillion. W
skład Karmy wchodzili wtedy:
Steven Wilson (wokal i gitara), Tom Dussek (syntezatory i instrumenty
klawiszowe), Pete Rowe (bas) i Mark(lub
Marc)Gordon
(perkusja). Był
jeszcze Alan Duffy. Tematu Duffy’ego nie będę teraz za bardzo
rozwijał, bo nadaje się on bardziej na „Mysteries of Steven
Wilson”. Ponoć, facet
był założycielem Imaginary Records. Pisał teksty, które
idealnie nadawały się dla młodego, neo-prog’owego zespołu. Jak
dokładnie doszło do zapoznania się Alana z Wilsonem, tego
nikt nie wie. Ostatecznie zaoferował on
młodemu Stefanowi
swoje teksty, a Wilson je przyjął i korzystał z nich aż do końca
lat 80tych (najpierw w Karmie, potem w Porcupine Tree). Alan
Duffy nigdy nie był formalnym członkiem żadnego zespołu Stevena
Wilsona, ale według tego co napisano na okładkach kaset demo, był
autorem wszystkich tekstów Karmy na pierwszej kasecie. Uzbrojeni lirycznie w bajki o
smokach i elfach oraz muzycznie w coś co przypominało hybrydę
wczesnego Marillion
i trochę starszych zespołów prog-rockowych, Karma
zaczęli grać koncerty. Trzeba
pamiętać, że to były jeszcze dzieciaki, z bardzo ograniczonymi
możliwościami (głównie transportowymi). Z tego też powodu
występy odbywały się w granicach hrabstwa Hertfordshire (sam
zespół pochodził z Hemel Hempstead). Rok później, zespół był
już dosyć ograny, a repertuar dopieszczony. Podjęto decyzję o
nagraniu dema.
The
Joke’s On You
Rejestracji
utworów dokonano w październiku 1983 r. w The Close, które musiało
być lokalnym studiem nagraniowym. Wynik tych sesji szybko trafił do
obiegu w postaci kasety „The Joke’s On You”. Pojawiły
się na niej cztery kompozycje (trzy na stronie A i jedna na stronie
B). Dwa
pierwsze utwory (Intruder D’or i Tigers In The Rain), to typowe
neo-progresywne kawałki (jak wszystko na tej kasecie) z
przytłaczającymi ilościami nachalnych partii klawiszowych.
Kolejne
dwa nie odbiegają zbytnio od tego schematu, ale są zdecydowanie
bardziej atrakcyjne dla fana Stevena Wilsona ze względu na
powiązania z Porcupine Tree. Zarówno Small Fish, jak i Nine Cats
zostały potem nagrane na nowo i wydane na albumach Jeżodrzewia
(odpowiednio na "Up The Downstair" i "On The Sunday of
Life"). Zaprezentowane tu wersje Karmy, to ich bombastyczne i
przeholowane wcielenia.
Small
Fish z kasety „The Joke’s On You” jest o dobre 2 minuty
dłuższe. Rozpoczyna
się dziwnym space rockowym intrem, po którym Stefan śpiewa obie
zwrotki piosenki i gra gitarowe solo znane z wersji Porcupine Tree.
Następnie wchodzą dwa segmenty, z których Stefan później
zrezygnował. Pierwszy to solo na klawiszach, a drugi zarezerwowany
jest dla sekcji rytmicznej. Kiedy Wilson reanimował Small Fish na
początku lat 90-tych, przerzucił swoje solo tak aby znalazło się
między dwiema zwrotkami i tak powstała wersja, którą znamy
najlepiej.
O ile w tym wypadku sprawa wydaje się jeszcze w
miarę prosta, to wszystko komplikuje się przy Nine Cats.
Wersja Karmy jest 3,5
razy dłuższa niż ta, którą znamy z „On The Sunday Of Life”.
Kiedy pierwszy raz się z nią zetknąłem, to zastanawiałem się jakim
cudem Stefan zostawił ostatecznie
tylko 4 minuty z ponad
14-tu? Odpowiedź jest
prostsza niż się wydaje. Wersja Porcupine Tree ma piosenkowy,
niemal ogniskowy charakter, zresztą co będę pisał, znacie ten
utwór na pamięć. To bardziej psychodeliczne, niż progresywne
ujęcie „Nine Cats”. 14-tominutowy kolos Karmy zajmuje całą
stronę B kasety „The Joke’s On You” i prawdopodobnie
miał być dla niej tym, czym dla „Meddle” było Echoes. Utwór
otwiera wstęp na „pianinie” (w rzeczywistości syntezatorze z
bardzo tanim brzmieniem pianina), po czym wchodzi gitara wołająca
sobą „Steve Rothery”. Wchodzi Stefan.. i śpiewa fragmenty
tekstu, które nie trafiły do Jeżodrzewiowej wersji „Nine Cats”
(te będą dużo później). Kłamię,
w pewnym momencie Stefan śpiewa „sekretną” zwrotkę znaną z
akustycznej wersji
z „Insignificance”, no ale to jeszcze inna wersja.
W tle panuje względny spokój. Około 3:50 utworu pojawia się
fragment tekstu użyty później w utworze The Nostalgia Factory.
Pokazuje to ciekawą
rzecz. Być może Alan Duffy był autorem wielu tekstów na „On The
Sunday Of Life”, ale to Wilson poskładał je sobie do kupy, tak
jak mu pasowało. Jest to też jednak dowód na to, że te teksty
(jak można było się domyślić) nie mają żadnego znaczenia i
sensu. Można jest rozsiać po całej płycie w dowolnej kolejności
i niczego to nie zmieni.
(Nine Cats wchodzi w 16:36)
Wracając do Nine Cats.
Około 5 minuty kończy się to, co chociaż w minimalnym stopniu
przypominało utwór w formie jaką znamy najlepiej. Od tego momentu
wchodzą typowe
prog segmenty, które nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego,
że umieszczono je w jednym utworze. Nie brzmi to źle, ale trudno
nie ulec wrażeniu, że trochę to wszystko na siłę
„uprogresywnione”. W końcu, po 5 minutach cudów z
kosmosu, powraca główny motyw i pojawia się pierwsza zwrotka z
wersji Porcupine Tree. Drugiej niestety nie uświadczymy, widocznie
była na innej kartce od Duffy’ego, której Wilson akurat nie miał
przy sobie (lol). Nie
szukajcie na tej kasecie tytułowego utworu, nie ma czegoś takiego
jak „The Joke’s On You” w wersji Karmy. Wilson podwędził
tylko tytuł dla Porcupine Tree. W
podziękowaniach w książeczce znalazł się między innymi zespół
Solstice, którego utwór Wilson zmiksował parę lat temu.
The
Last Man To Laugh
Trudno
powiedzieć, co Karma dokładnie porabiała między 1983 r., a 1985 r.,
poza graniem koncertów oczywiście. Na pewnym etapie, z zespołem
musiał pożegnać się Pete Rowe, ponieważ nie widnieje od na
liście płac drugiej
kasety demo, wydanej w 1985 r. „The Last Man To Laugh”. Dołączył
za to (wspomniany przy okazji Altamont) Si Vockings. Nie zastąpił
on jednak Petera na basie, ale grał na klawiszach, zatem od tego
momentu Karma miała dwóch klawiszowców. Zadziwiające jest to, że
mimo tego „The Last Man To Laugh” wydaje się być mniej
zdominowany przez syntezatory, niż „The Joke’s On You”. Na
kasecie znajdują się dwie dłuższe kompozycje. Pierwsza pt.: Where Is The End If There Is No Beginning?(prawie
10 minut), to dosyć
typowy noe-progresyny utwór. Rozpoczyna się fragmentem śpiewanym
przez nieznaną wokalistkę, później mikrofon przejmuje Wilson,
który gra tutaj na gitarze, prawdopodobnie basie i na flecie. Druga
nazywa się A Peace Of Earth And Good Swill To All Pigs (Part 1
and 2)(ponad 20
minut) i niewiele
więcej mogę o niej napisać. Najlepiej sami posłuchajcie. Z
pewnością godny podziwu jest poziom technicznych umiejętności
członków zespołu Karma. „The Last Man To Laugh” to bardzo
ambitny materiał, którym niestety zespół nie był w stanie
odcisnąć swojego piętna w zalewie neo-progresywnych zespołów.
Co
ciekawe, wszystkie teksty na tę kasetę demo napisał Steven Wilson.
Całość nagrano w „The Close”. W obiegu krąży obecnie krótsza
wersja tego wydawnictwa, oryginał zawierał na drugi stronie utwór Counterparts, który był po prostu zbieraniną remiksów i
odrzutów z sesji, które dały życie zawartości strony A.
Chesham
1985
W
1985 r., zespół mocno koncertował. Uchował się zapis z jednego z
tych występów, co uważam za niezwykłe szczęście. Dzięki temu
możemy zbadać, jak zespół prezentował się na scenie. Karma
musiała tamtego wieczora grać w charakterze supportu, bo ich set
(zakładając, że jest pełny) trwa niecałe pół godziny. Odbył
się on w Chesham, w lipcu
1985 r.
1. Check In At The St Berenice Ward
2. A
Piece Of Earth And Good Swill To All Pigs (Part 2)
3. Night
Whispers
Jak widać, grane były
między innymi dwa
utwory, które nie pojawiły się na obu kasetach demo. Publiczność
składała się z garstki młodych ludzi, prawdopodobnie kolegów i
koleżanek członków Karmy. Zespół brzmi w zasadzie tak jak na
płytach zatem można śmiało uznać, że ich umiejętności nie
ograniczały się tylko do bezpiecznych zakątków studia The Close.
Nowe utwory zdradzają ciągoty do odrobiny prostszych,
bardziej piosenkowych form. Możemy sobie tylko wyobrażać jak Karma
mogła się rozwinąć gdyby działała dalej. Wilson rzuca parę
zdań do publiczności, a ta odwzajemnia się serdecznym aplauzem i
samotnym okrzykiem „Nine Cats!”, co pokazuje, że nie byli to
przypadkowi ludzie. Niestety
to wszystko co oferuje nam to nagranie. W czasie swojego istnienia,
Karma zagrała ponoć do 40-tu koncertów, a jako że nie wypuszczali
się zbyt daleko, to byli pewnie jednym z tych popularnych lokalnych
zespołów, na których koncerty chodziło się ze znajomymi po
zajęciach.
Zakończenie
Niestety,
rok później zespół zakończył działalność. Powodów nie znam,
ale podejrzewam, że członkowie zespołu po prostu skończyli szkołę
i rozeszli się w różne strony. Tom i Mark dołączyli do zespołu
The Odd Eccentric, natomiast Steven Wilson już rok później poznał
Tima Bownessa i razem z nim rozpoczął trwającą do dziś przygodę
pt. no-man. Jak
można zatem podsumować działalność pierwszego większego
zespołu, w którym działał Steven Wilson? Myślę, że jako
ciekawostkę. Karma była ewidentnie odpowiedzią na istniejący już,
konkretny styl (a nawet konkretny zespół – Marillion). Członkowie
dawali tutaj upust swoim aktualnym fascynacjom muzycznym i dobrze się
przy tym bawili. Czy myśleli poważnie o zespole, czy była to tylko
przygoda będąca odskocznią od szkoły? Trudno powiedzieć. Takich
zespołów było w Anglii pełno,
istniały po kilka lat i znikały. Karma wypłynęła po latach przede
wszystkim ze względu na udział Stevena Wilsona i to, że na
pierwszej kasecie znalazły się dwa utwory nagrane później jako
Porcupine Tree. Muzycznie jest to dosyć ciężki orzech do
zgryzienia, ale ma w sobie młodzieńczą energię i naiwność,
które są domeną głównie takich wczesnych zabaw muzyków.
Koneserzy prog-rocka z pewnością znajdą coś ciekawego dla siebie
na dwóch wydanych kasetach „The Joke’s On You” i „The Last
Man To Laugh”, natomiast fani Stevena Wilsona mogą usłyszeć jak
ich bohater radził sobie na samym początku kariery. I trzeba
przyznać, że radził sobie całkiem nieźle jak na nastolatka.
Na zakończenie mała ciekawostka. Swego czasu na starym
międzynarodowym forum Porcupine Tree, wypowiadał się użytkownik
o nicku melvynmonkey,
który twierdził, że bywał na próbach Karmy i znał się z
członkami zespołu. Wspominał, że mieszkał w tym samym domu co
Tom Dussek, w którym regularnie odbywały się próby zespołu oraz
różnego rodzaju jam sessions, na które wpadał czasami Colin
Edwin. Z jego opowieści wynika, że znajomość tej grupki
przetrwała do drugiej połowy lat 80-tych, kiedy to Wilson chwalił
się stworzeniem nieistniejącego zespołu (Porcupine Tree). Możecie
o tym poczytać
tutaj:
Trudno
mi ocenić, czy ten człowiek pisał prawdę, czy nie, zresztą dużo
tego nie ma. Podejrzewam, że tak rzeczywiście mogło być. Ot
kolejna ciekawostka w gąszczu ciekawostek. Jeszcze jedna? Steven
utrzymał kontakt z Markiem Gordonem, który wiele lat później
pomógł mu podrasować studio cyfrowym osprzętem.
Jak
na względnie krótką trasę, to wybór bootlegów jest dosyć
przyzwoity. Pierwsze dwa koncerty (Poznań 20.10.2011 r. i Kraków
21.10.2011 r.) nagrywałem sam i jak dotąd nie słyszałem żadnych
innych rejestracji tych występów. Jakość tych bootlegów jest
średnia, sprzęt był nowy, a ja cały czas eksperymentowałem z
ustawieniami i wyszło jak wyszło. Inna sprawa, że miałem swoje 5
minut fejmu kiedy udostępniłem te nagrania na Demonoid, w końcu to
były pierwsze solowe występy Stefana w ogóle i sporo osób czekało
na te bootlegi jak dzieci na Wigilię. Jako, że nie ma żadnych
substytutów, to nieskromnie polecam moje nagrania jako jedyną
pamiątkę scenicznego debiutu Stefana solo na małej i dużej
scenie. Jeżeli ktoś posiada alternatywne bootlegi, to proszę o
kontakt.
Niemcy nie dali ciała. Z czterech koncertów
jakie SW zagrał u nich w 2011 r, posiadam trzy bootlegi z dwóch
koncertów (Monachium 23.10.2011 r. i Hamburg 28.11.2011 r., z czego
Monachium nagrały dwie osoby). Każde z tych nagrań ma swoje wady i
zalety, ale generalnie są miłe dla ucha.
Równie dobra
jest rejestracja z koncertu w Londynie (31.10.2011 r.). Jest to
ostatni koncert zagrany w oryginalnym składzie solo bandu (z Azizem
Ibrahimem) więc warto go mieć.
Następne dwa bootlegi również
są swego rodzaju rarytasami, bo to jedyne nagrania z
Amerykańsko/Kanadyjskiej części trasy jakie posiadam (i być może
jedyne dostępne w szerszym obiegu). W skrócie, to jedyne bootlegi,
na których możemy usłyszeć Johna Wesleya. Każdy gitarzysta,
który był członkiem zespołu Stefana miał trochę inne podejście
do tych samych utworów i fajnie jest porównać, to jak te kawałki
się ze względu na to zmieniały. Wes, tak jak pisałem już
wcześniej, doskonale dawał radę. Do słuchania mamy Boston
(13.11.2011 r.) i Montreal (15.11.2011 r.). Oba bootlegi są bardzo
przyzwoitej jakości. Wiem, że te opisy wyglądają tak samo, ale
taka była ta trasa. Na tym etapie zmian w setliście nie było,
zachowanie Wilsona było praktycznie identyczne każdego wieczora, a
jakość bootlegów wyjątkowo równa.
Rok 2012 przynosi
pewne zmiany. Po pierwsze, mamy tu pierwszą transmisję radiową z
koncertu SW. I to nie jakieś fragmenty, ale całość (ok, brakuje
akustycznych kawałków PT). Radiowym rodzynkiem jest występ z
Santiago (18.04.2012 r.). Niestety mimo że była to profesjonalna
transmisja, to samo nagranie brzmi trochę mniej pro. Jest
przesterowane, momentami ostro trzeszczy, przypomina trochę tego
typu nagrania z lat 90tych. Nie ma jednak co marudzić, bo to jedyny
broadcast z całej trasy i do czasu wydania dvd „Get All You
Deserve”, to było jedyne pełne profesjonalne nagranie z solo
koncertów, nie wspominając o obecności nowego kawałka (Luminol).
Pozostały jeszcze dwa bootlegi, Tilburg (2.05.2012 r.) oraz drugi
Londyn (15.05.2012 r.).
Zwłaszcza ten drugi wart jest uwagi, bo
zawiera wykonanie utworu „Insurgentes”. Niektóre kawałki trochę
się pozmieniały, nie tylko ze względu na kolejną zmianę na
miejscu gitarzysty (Niko Tsonev), ale też ze względu na
zdecydowanie śmielsze działania zespołu. Np. panowie zorientowali
się, że solo Beggsa w „No Part Of Me” jest trudne do
odtworzenia na żywo tak żeby ktokolwiek coś z tego usłyszał. Adam
Holzman dołożył więc w tym miejscu solo na moogu. Pojawiło się
jeszcze kilka naprawdę drobnych zmian, ale był one ograniczone ze
względu na to, że każdy utwór był idealnie dopasowany do
projekcji (co zawsze uważałem za koszmarnie ograniczające).
I
to tyle. Na jesieni 2012 r. otrzymaliśmy z tej trasy oficjalne dvd.
Zawsze uważałem, że Stevena Wilsona lepiej się słucha niż
ogląda (może z wyjątkiem „Anesthetize”, które jest doskonałe
pod każdym względem). Niestety, najbardziej odczułem to oglądając
„Get All You Deserve”. O ile muzyka jest świetna, to oglądanie
Stefana machającego rękami jak pajac i czarującego dłońmi jak
Harry Potter, nie stanowi dla mnie źródła przyjemności, raczej
zażenowania. Z Wilsona zrobił się taki Piotr Rogucki angielskiego
prog-rocka, niektórym to się pewnie podoba, ale ja wolałem kiedy
miał łapy przyklejone do gitary i nie mógł sobie
folgować. Szczytem było czołganie się po ziemi w trakcie
„Index” w 2013 r., ale do tego dojdziemy przy okazji TEJ trasy
(niecierpliwym polecam wideo Index z Lorelay z 2013 r.).
Tak
czy inaczej, po przeczytaniu serii tekstów o „Grace For Drowning
Tour” (An Evening With Steven Wilson), powinniście wiedzieć już
całkiem sporo o tym jak to wyglądało i jakie pamiątki z tego
zostały.
To była ciekawa trasa. Najkrótsza w Stefana
solowej karierze, ale w tym czasie zdążył dwukrotnie zmienić
gitarzystę, dorzucić Amerykę południową i niespodziewany drugi
europejski leg.
Zagrał niewiele ponad 40 koncertów (obecnie
kończy trasę, która zawiera ponad 150 dat), ale to fantastyczne
koncerty. Jeżeli chodzi o solowe wyczyny Wilsona, to czeka nas teraz
trasa Raven, ale to już w przyszłym roku. Na ten rok zaplanowałem
jeszcze kilka tekstów, ale na razie chichosza.
Jak
wypadła reszta trasy? Europejskie odnóże nie odznaczyło się
żadną zmianą w żelaźnie przećwiczonej setliście. W zasadzie
można założyć, że każdy z tych koncertów był identyczny, ale
nie można mieć o to do Stefana pretensji, to była premierowa trasa
solo i raczej każdy chciał zobaczyć to samo, bo widział to po raz
pierwszy.
Z tego co mi wiadomo, to każdy koncert był
rejestrowany. Po europejskim objeździe pojawiło się na
soundcloudzie Bosego kilka nagrań z Londynu: Sectarian, No Part of
Me, Index i Deform to Form A Star. Londyn (31.10.2011) był ostatnim
przystankiem w Europie, na 8-mego listopada zespół był już
zaklepany na rozpoczęcie amerykańskiego odnóża na Florydzie.
Niestety stała się rzecz dosyć niespodziewana. Trudno powiedzieć
kiedy dokładnie, ale prawdopodobnie jeszcze w trakcie objazdu po
Europie dotarła do solo bandu informacja, że Aziz nie dostanie wizy
do USA.
Powody nie był tak oczywiste jak się wydaje. Aziz
urodził się w Wielkiej Brytanii i nie było praktycznie żadnego
powodu, aby nie dać mu wizy, zwłaszcza w momencie kiedy wiadomo
było, że przyjeżdża tam jako muzyk, który ma zakontraktowane
koncerty. Dodam jeszcze, że Aziz nie jest pierwszym z brzegu
gitarzystą, odbywał już trasy z takimi zespołami jak Simply Red,
czy The Stone Roses. Przykrym finałem całej sprawy było to, że
Ibrahim otrzymał w końcu wizę, ale było to w momencie kiedy trasa
właśnie startowała (o czym opowiadał swego czasu jego przyjaciel,
Steve Hogarth z Marillion). Przepadek? Tym samym, Aziz został
wyeliminowany (jak się okazało, na stałe) z pozycji gitarzysty w
solo bandzie Stevena Wilsona. Kto zatem przybył na ratunek?
W
tamtym czasie opcja była tylko jedna i na szczęście Stefan z niej
skorzystał. Oczywiście zgłosił się do Johna „Wesa” Wesleya,
który mimo tego, że był zajęty nagrywaniem nowej płyty
(Disconnect), zgodził się. A czasu na opanowanie
monstrualnego materiału miał niewiele. Tak sytuację opisał Wes
kiedy wrócił do domu pod koniec listopada:
A couple of
weeks ago, I received word that Aziz Ibrahim, the touring guitarist
in the Steve Wilson solo band, had an issue with a work visa right
before the start of the planned North American tour. I was then asked
to step in for the Grace for Drowning North American tour. After some
serious work learning an almost two hour set, I did the first show in
Orlando, then hit Baltimore, had stunning gigs in NYC, Philly, Boston
at the Berklee Performing Arts Center, Montreal, Toronto, and the big
finale in Chicago at the Legendary Park West. The band was a simply
stunning array of musicians — Marco Minneman (drums), Nick Beggs
(bass), Theo Travis (saxophone & flute) and Adam Holzman
(keyboard) — it was an incredible set of shows.
Z tego
co pamiętam, Wes miał niewiele ponad tydzień na nauczenie się
wszystkiego i raptem jedną próbę z całym zespołem. Niewielu
gitarzystów by się czegoś takiego podjęło, ale Wes dał radę.
Wszystkie zaplanowane koncerty w USA i w Kanadzie odbyły się bez
przeszkód. Setlista nie uległa zmianie, ale to raczej oczywiste.
Jeszcze przed amerykańskim odnóżem, kiedy Stefan wyjaśniał na fb
sytuację z odejściem Aziza i dołączeniem Wesa, zawarł również
ciekawą informację.
now we can look into the
possibility of touring again early next year in order to play
some of the places we missed out this time around. On a less positive
note, some of you may have heard that the guitar player in the band,
Aziz Ibrahim, was refused a work visa to tour the US, but the good
news is that my old buddy John Wesley has agreed to step in to cover
for Aziz during the forthcoming USA and Canada shows.
Przed
Poznaniem, Stefan absolutnie nie wychylał się z planami występów
solo poza koncert w Chicago, który kończył trasę po USA i
Kanadzie, ale już po Europie miał parcie, aby ciągnąć wóz
dalej. Kiedy jednak wrócił do domu pod koniec listopada i
podliczył hajs w portfelu, to okazało się, że piszczy tam biedą
i nie ma jak opłacić kolejnych występów. Na tym etapie SW
dopłacał do tego by móc grać solo koncerty. Obecnie na tym
zarabia (lub jak twierdzi, wychodzi na zero, bo ciągle ładuje w
swoje koncerty więcej kasy żeby były większe, głośniejsze,
itd.), ale wtedy sytuacja przypominała tę, w której znalazło się
Porcupine Tree w 2000 roku kiedy chcieli pojechać w trasę jako
support Dream Theater (niezależnie od tego co się sądzi o DT, to
propozycja była dosyć lukratywna), ale nie było ich stać. SW
skompilował wtedy Recordings, dzięki sprzedaży którego udało się
zebrać odpowiednią ilość kasy, a sama płyta do dziś jest
zdaniem fanów jednym z najwybitniejszych dzieł PT. Takie patenty
nie rdzewieją, zatem Stefan zrobił dokładnie to samo i zdecydował
się wydać obszerne fragmenty koncertu w Londynie na płycie CD
zatytułowanej Catalogue. Preserve. Amass. Oprócz dostępnych już
wcześniej Index, Deform To Form A Star, No Part Of Me i Secatrian,
Wilson dorzucił No Twilight…, Veneno Para Las Hadas i całego
Raidera II. Całość (70 minut muzyki) została opatrzona ładną
okładką, a wydawnictwo było limitowane do 3.000 sztuk. Sprzedaż
rozpoczęła się w marcu 2012 r., oczywiście wszystkie kopie szybko
się rozeszły, co tez napełniło Bosemu świnkę skarbonkę
podpisaną „2012 solo tour”. Brawo, Stefan.
W kwietniu, z
okazji Record Store Day, sprzedano jeszcze 2.000 wytłoczonych na tę
okazję winyli Catalogue. Preserve. Amass. One też zniknęły z
prędkością światła.
Wilson musiał wiedzieć, że zbiórka
wypali, bo kolejne daty koncertów zostały zaplanowane już na
kwiecień. Trzecie odnóże miało miejsce ponownie w Ameryce, ale
nie tylko w USA. Setlsita nie uległa zasadniczo zmianie, pojawił
się jednak jeden nowy solowy numer – Luminol (przez jakiś czas
uznawany za Luminal, dopóki SW nie przeliterował tytułu w
wywiadzie). Zmiana nastąpiła tez znowu na miejscu gitarzysty. Tym
razem za wiosło chwycił Niko Tsonev, doskonały muzyk z Bułgarii.
Niestety wraz z koncertem w Hollywood, setlista zaczęła się
kurczyć. Padło na mój ulubiony solowy kawałek Wilsona – Veneno
Para Las Hadas. Najwyraźniej Amerykanie zbyt szeroko ziewali na
wolniejszych kawałkach i coś trzeba było obciąć.
12-tego
kwietnia, zespół zajechał do Meksyku (pierwszy raz Stefana w tych
rejonach) i zagrał mini koncert w En Plaza Condesa.
01.
Even Less
02. Deform To Form A Star
03. Postcard
04.
No Twilight Within The Courts Of The Sun
Następnego
dnia, zagrano już prawdziwy, pełny set w Teatro Metropolitan. Z
okazji tego, że występ był filmowany z myślą o wydaniu dvd (pod
tytułem Get All You Deserve we wrześniu 2012 r.), powróciło
Veneno Para Las Hadas. Kolejne koncerty były pod względu setu dosyć
dziwaczne. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem listę z
Wenezueli (15tego kwietnia), to byłem trochę zmieszany.
Ponownie
wypadło Venono, natomiast publiczność otrzymała po Get All You
Deserve bis niespodziankę… w postaci dwóch utworów Porcupine
Tree. Zagranych przez Stefana solo solo, na akustyku, był to Even
Less i Trains.
Po tym jak Wilson odgrażał się co do repertuaru w
2011 r., było to dosyć zaskakujące, ale ostatecznie zrozumiałe.
Fani z tamtych rejonów nigdy nie mieli okazji zobaczyć Porcupine
Tree przez całe 17 lat jakie ten zespół spędził w trasie. Bosy
był zobligowany żeby dać tym ludziom chociaż cząstkę
Jeżodrzewia. Koncert w Santiago, Chile (17-tego kwietnia)
prezentował się tak samo, zaś następny (18-tego kwietnia),
również w Santiago, zawierał dwie zmiany. Zamiast Even Less, na
bis SW zagrał Lazarusa, a w głównym secie Veneno Para Las Hadas
wymieniło Like Dust I Have Cleared From My Eye. Od tamtej pory,
Veneno nie powróciło już na koncertach SW. Drugi koncert w Chile
był transmitowany wtedy w lokalnym radiu, to pierwszy taki przypadek
na trasie solowej Stefana. Pozostały koncerty w Argentynie i
Brazylii wyglądało tak samo.
Występem, który odbył się
25-tego kwietnia w Szwecji Wilson oficjalnie rozpoczął czwarty leg
pierwszej solowej trasy triumfalnie powracając do Europy. Set
nie uległ żadnym zmianom, z wyjątkiem tego, że ekstra bis z
utworami PT się ulotnił.
Trzeba było czekać do koncertu w
Paryżu (4tego maja) aby objawiła się jedyna na tej trasie, w miarę
spontaniczna zmiana (nie licząc mikro setu PT). Like Dust I Heave
Cleared From My Eye wypadło, a w jego miejsce pojawiło się
znienacka Insurgentes.
Planowo zmiana miała być jednorazowa (z
jakiegoś powodu), ale wyszło tak dobrze, że Wislon postanowił
grać ten utwór dalej. Like Dust I Heave Cleared From My Eye
powróciło jeszcze tylko podczas występów we Włoszech i jak dotąd
nie powróciło. Ostatni koncert całej trasy promującej Grace for
Drowning odbył się w Londynie, w Shepard’s Bush Empire (w tym
samym miejscu gdzie w 2011 r. nagrano Catalogue. Preserve, Amass i gdzie
w 2001 roku Porcupine Tree nagrali nigdy nie wydany koncert, o którym
pisałem w pierwszym wpisie tego bloga). Setlista składała się ze
standardowego zestawu 13-tu utworów. W stosunku do początku w
Poznaniu, wyleciało Veneno Para Las Hadas (poniekąd zastąpione
przez Luminol) oraz Like Dust I Heave Cleared From My Eye (zastąpione
przez Insurgentes). Tak tez zakończyła się pierwsza solowa trasa
Stevena Wilsona, trasa która miała trwać tylko dwa miesiące,
która miała być tylko na chwilę pomiędzy jednym, a drugim
turnusem Porcupine Tree, a której kontynuacje ciągną się
ostatecznie niemal nieprzerwanie po dziś dzień. Mimo skromnego (w
porównaniu do kolejnych tras) repertuaru, była to moim zdaniem
najciekawsza solowa trasa Stefana. Między październikiem 2011, a majem 2012, Steven Wilson zagrał 18 utworów:
6 utworów z "Insurgentes" 8 utworów z "Grace for Drowning" 1 utwór z "The Raven That Refused To Sing (and other stories)" 3 utwory Porcupine Tree (Lazarus, Trains oraz Even Less)
W następnej części będzie o bootlegach z tej trasy, trochę ich było!
Koncert
w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy,
był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala
Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko
automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się
porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między
Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać
z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu
kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć.
Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego
występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena
była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z
muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy
ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było
dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni
na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie
nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się
nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej
pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił
się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała
się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali
wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat,
czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale
miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem
wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię.
Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse
Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z
tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych
trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po
oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).
Kiedy staliśmy pod
sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i
zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na
Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba
polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie
było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to
wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było
większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii
laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się
głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby
publiczność. Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.
Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.
Stefan trochę się wyluzował, zagadywał
publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty,
jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych,
które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno
w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te
występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był
tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i
autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie
zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla
muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć
na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale
nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała
w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index
stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie
przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale
myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że
tamte koncerty były najlepsze.
Setlista
01.
No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03.
Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06.
Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08.
Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No
Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II
…
13.
Get All You Deserve
Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.
Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.
I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszowałw internecie i myślami był na kolejnym koncercie.
Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.
Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.
Turnus rozpoczynał się dwoma koncertami w Polsce. To były pierwsze
koncerty na trasie, ale też pierwsze koncerty solowe Stefana w
ogóle. Spekulacje dotyczące setlisty nie miały końca, mimo że
pula utworów była ograniczona do Insurgentes i Grace for Drowning
(typowano też utwory z CV).
Największym pytaniem jakie się
wtedy nasuwało na myśl było – czy zagra Raidera II? Wszystko
związane z tymi koncertami było owiane tajemnicą, co było
naprawdę odświeżające w przypadku SW. Bosy wcześniej
zapowiedział, że odgrywany będzie tylko materiał solo, żadnego
Porcupine Tree, Blackfield, itd., co cieszyło.
20tego
października pojawiłem się w Poznaniu gotowy na niespodziewane.
Niestety Stefan (nieświadomie) spalił kilka niespodzianek ludziom,
którzy przyszli godzinę wcześniej aby zająć dobre miejsca pod
sceną. Nie było nas dużo, ale słyszeliśmy obszerny fragment
próby, w tym Raidera II i Get All You Deserve. Koło wejścia kręcił
się Nick Beggs. Kiedy wpuszczono ludzi do środka, można było
zaobserwować pierwsze „atrakcje” wieczoru.
Słynna szmata
wisiała już dumnie zasłaniając scenę. Eskulap to mały klub
(przynajmniej w porównaniu z Halą Wisły), a spod sceny już
kompletnie nie widziałem tego, że na szmacie wyświetlany jest
film. Koncert był niejako reklamowany jako rozgrzewkowy, wszystko
było nowe zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Z głośników
leciało Bass Communion, utwór z Cenotaph, którego jeszcze nikt nie
znał (płyta miała być dostępna na trasie, ale spóźniono się z
wydaniem).
Muszę przyznać, że trik działał, atmosfera była
rzeczywiście mistyczna, a oczekiwania puchły coraz bardziej. W
końcu na scenę zaczęli wchodzić muzycy. Najpierw Marco Minneman,
który zaczął wybijać rytm No Twilight In The Court of The Sun.
Dopiero kiedy Nick Beggs wszedł i zaczął grać swój motyw,
poznałem co to za utwór. Następnie, w odpowiednich odstępach,
pojawili się Adam Holzman, Aziz Ibrahim i Theo Travis. Na końcu
wyszedł Steven Wilson.
Przyznam, że kiedy jeszcze dwa lata
wcześniej wyobrażałem sobie ewentualne koncerty Stefana, to zawsze
wyobrażałem sobie jak gra ten utwór. I dalej poszło już z górki.
Koncert był rzeczywiście pełen ciekawych, świeżych jak na Wilsona elementów. Zniekształcony głos podczas zapowiedzi
Index, robił wrażenie (na kolejnej trasie już dużo mniej,
zwłaszcza, że Bosy za bardzo się rozgadywał tym niskim głosem i
wychodziło śmiesznie, a nie klimatycznie). Pamiętam, że nie do
końca byłem pewien, czy to co słyszałem faktycznie słyszałem, czy
nie. Wszystko było zaskoczeniem. Po kilku kawałkach zacząłem się
zastanawiać, czy ta szmata będzie wisiała przez cały koncert.
Chwilę później już jej nie było, spadła w trakcie Sectariana
(co stało się potem tradycją, również trochę zbyt wymaglowaną
by robiła takie same wrażenie). Aziz Ibrahim miał na palcach
migające lasery, co wyglądało dosyć fajnie (zwłaszcza kiedy
jeszcze wisiała szmata).
Projekcje Lasse’go nie były zbyt
dobrze widoczne (jednak Eskulapowa scena jest mikroskopijna w
porównaniu, do tych, na których Stefan grał w przyszłości), ale
były w porządku. Nie przekraczały pewnej granicy (tak jak zbyt absorbujące filmy z trasy HCE), były
dobrym dopełnieniem tego co działo się na scenie i nie odwracały
uwagi od muzyków.
Skład robił wtedy wrażenie. Zwłaszcza
muszę tutaj wyróżnić dwie osoby. Po pierwsze, Theo Travis, który
wniósł do koncertu z udziałem Stefana nieobecne dotychczas
instrumentarium (nie licząc jednego gościnnego występu w 1997 r.),
zrobił olbrzymią różnicę w brzmieniu. Do dziś uważam, że to
najlepszy muzyk jakiego Stefan kiedykolwiek miał u siebie w solo
bandzie.
Drugą osobą jest Aziz Ibrahim. Niech mi nikt nie
próbuje wcisnąć, że Guthrie Govan jest lepszym gitarzystą. Aziz
okazał się mieć niesamowite wręcz wyczucie, a oryginalne,
pobrzmiewające bliskim wschodem wstawki (np. solo w Abandonerze)
dodały tylko kolorytu. Tym bardziej przykro mi, że pożegnał się
on ze składem w dosyć kretyńskich okolicznościach (o czym będzie
później).
Raider II został zagrany. Już samo to wydawało
się wtedy czymś trudnym do osiągnięcia. No i zakończenie – Get
All You Deserve – nie tyle ze względu na sam utwór, ale ten
moment kiedy SW zniknął na chwilę ze sceny i wrócił w masce
przeciwgazowej. Niby nic, niby pierdoła, ale był to akcent, o który
by się Stefana wcześniej nie podejrzewało. Niestety z solowej
trasy na solową trasę takich smaczków jest coraz mniej.
Oczywiście, nie było tak teatralnie jak niektórzy sobie
wyobrażali, ale właśnie. Czego tak naprawdę oczekiwaliśmy?
Trudno powiedzieć, ale kiedy człowiek zaczyna sobie wymyślać, to
nikt nie jest w stanie tym wyobrażeniom sprostać. Żadna strona nie
jest tu winna.
Przyznam, że nawet cieszę się, że Stefana aż
tak nie poniosło, bo łatwo tu było przekroczyć granicę kiczu. Po
tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki Get All You Deserve, pojawiły
się „napisy końcowe”, w których wymieni zostali wszyscy obecni
na scenie muzycy. Z głośników powoli zaczęło sączyć się Bass
Communion (tym razem Litany) i w takiej, nadal elektryzującej
atmosferze opuszczaliśmy Eskulap. Do dziś uważam ten i Krakowski
koncert za najlepsze solowe występy jakie Stefan u nas zagrał.
Oczywiście, nie obyło się w Poznaniu bez wpadek, w końcu to był
warm-up show. Muzykom zdarzały się pomyłki, a podczas Veneno Para
Las Hadas Wilsonowi wysiadł laptop, który trzeba było zresetować,
co przedłużyło środkową część utworu o jakąś minutę. Bosy
wpadł w panikę, miotał się przy kompie jak oparzony i machał
tylko ręką do pozostałych muzyków, aby grali dalej kończącą
się właśnie sekcję. To są rzeczy, które dla nas były super
(ostatecznie utwór był grany dłużej, a nic innego złego się nie
stało), ale Stefan ewidentnie zesrał się w majty.
W tym
wszystkim było jednak coś wyjątkowego. To był pierwszy solowy
koncert Wilsona, atmosfera na scenie była z początku dosyć
napięta, ale publiczność pokazała Stevenowi, że to wszystko
działa, że jest dobrze. I nerwy puściły.
Wilson
wielokrotnie wspominał potem ten koncert z wielką nostalgią. To
był dla niego definitywny moment kiedy zrozumiał, że to wszystko
wypaliło, a w perspektywie może wypalić jeszcze więcej.
Kwestia
jest słodko gorzka, ponieważ był to też moment, w którym Wilson
zrozumiał, że nie potrzebuje już Porcupine Tree. Wtedy tego nie
wiedzieliśmy, ale oklaskując gorąco Stefana w Eskulapie,
ścinaliśmy Jeżodrzewie. Oczywiście piszę to pół żartem pół
serio, ale ostatecznie stało się jak się stało.
Setlista
01.
No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03.
Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06.
Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08.
Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No
Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II
…
13.
Get All You Deserve