„In
Absentia” nie doczekała się nigdy oficjalnej rejestracji, ani
wydania, ani na video, ani na audio. Na szczęście dokumentacja
bootlegowa (i nie tylko) jest solidna.
Jeżeli chodzi o
wideo, to przede wszystkim zwracam Waszą uwagę na nagranie z
Baltimore (7.11.2002 r.). Koncert był transmitowany lub udostępniony
w późniejszym terminie, jako webcast. Jakość obrazu i
dźwięku jest profesjonalna, wprawdzie nieco skompresowana (webcast,
to webcast, zwłaszcza z 2002 roku), ale to nadal najciekawsze i
najpełniejsze nagranie z tej trasy. Oczywiście wideo to jest też
źródłem doskonałego bootlegu audio. Innym nagraniem wideo,
które powinniście mieć jest mini występ z telewizji MzH
(21.07.2003 r.) w Waszyngtonie. To typowy występ tv, krótki, ale bardzo przyzwoity
pod względem wykonania. Dla wszystkich fanów, którzy chcą
obejrzeć jak Wilson zjada swoje włosy, to pozycja
obowiązkowa!
Oprócz tego polecam pełen zapis koncertu
z Bochum (18.11.2003 r.), wprawdzie nagranie jest amatorskie, ale
bardzo przyzwoite pod względem jakości audio/video, a przede
wszystkim kompletne.
Jeżeli chodzi o profesjonalnej
jakości bootlegi audio, to oprócz ripów dwóch wyżej wymienionych
(Baltimore i MzH), absolutną podstawą jest koncert z San Francisco
(25.11.2002 r.). Nagranie pochodzi z konsolety i brzmi fenomenalnie.
Wykonania utworów również nie pozostawiają wiele do życzenia.
Z
amatorskich bootlegów na pewno muszę polecić start trasy w
Bostonie (22.07.2002 r.), nie ze względu na jakość, ale istotność
samego wydarzenia. Warto mieć ten koncert.
Równie
istotny jest pierwsze Baltimore (27.07.2002 r.), na którym uchowało
się jedno z dwóch wykonań Signify z Gavinem. Całkiem fajnie brzmi
bootleg z Wallingford (2.11.2002 r.).
Jeżeli chodzi o
marcowo-kwietniowe odnóże z 2003 r. to sporo nagrań jest bardzo
dobry, ale zdecydowanie przoduje tutaj Paryż (11.03.2003 r.).
Polskie koncerty (mam tylko Kraków i Warszawę) zostały
zarejestrowane bardzo przyzwoicie.
Jeżeli chodzi o trasę z
Opeth, to interesujący jest występ z Nowego Jorku (17.07.2003 r.)
podczas, którego Stefan każe śpiewać happy birthday, człowiekowi
odpowiedzialnemu za podpisanie z nimi nowej umowy. Warto posiadać
Portland (2.08.2003 r.) ze względu na kapitalną jakość oraz
Seattle (3.08.2003 r.) jeśli chcecie mieć koncert z Mikaelem
Akerfeldtem śpiewającym A Smart Kid.
Z listopadowej trasy mam
jedynie trzy bootlegi, wszystkie polecam, bo są świetne –
Barcelona (27.11.2003 r.), Paryż (29.11.2003 r.) i Londyn
(30.11.2003 r.).
I to by było na tyle jeśli chodzi o
nagrania z trasy In Absentia. Jest czego słuchać i jest co oglądać.
Od
tego momentu zespół miał 3 miesiące przerwy. Co wtedy
robił? Steven Wilson na pewno dopucowywał nowy album no-man
„Together We’re Stranger” (wydany 31-ego marca). Podejrzewam
też, że w wolnych chwilach powstawała jedna z wydanych w 2003 r.
płyt Bass Communion. Oprócz
tego dłubano nad remasterem i częściowym re-recordingiem „The
Sky Moves Sideways”. W styczniu, Gavin nagrał nowe partie perkusji
do Dislocated Day i The Moon Touches Your Shoulder, co jest dosyć
istotne w kontekście jeszcze dalszej części trasy.
24-tego
stycznia miało też miejsce niecodzienne wydarzenie. Steven Wilson
był w Tel Avivie (być może pracując nad debiutem Blackfield) i
zagrał koncert życzeń dla fanów. O tym występie pisałem więcej
trzy lata temu w tym tekście http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2014/04/steven-wilson-solo-przed-solo-2000-2010.html
Tutaj
dodam tylko, że podczas tamtego koncertu, Stefan zagrał sporo dawno
niegranych, lub ledwo granych utworów (Small Fish, Stars Die,
Fadeaway, Where We Would Be, Nine Cats, czy Feel So Low) oraz
premierowo (po namowach widowni) wykonał Trains. Niewykluczone, że
dzięki temu rozważono inkluzję tej piosenki do setu podczas trasy
Porcupine Tree.
Nie wspomniałem też, że na tej trasie
PT zmontowali sobie bardzo ciekawe intro, które łączyło w sobie
wiele charakterystycznych motywów z różnych utworów
zespołu.
Porcupine
Tree zgrupowali się zapewne w okolicach lutego żeby trochę się
odrdzewić przed trasą. Objazd Brytyjsko-Europejski rozpoczęto
3-ego marca w Dublinie, w klubie Temple Bar Music
Centre.
Zagrano:
01.
Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity
Eyelids
04. Even Less
05. Slave Called Shiver
06.
Wedding Nails
07. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It
Is Recycled
08. Hatesong
09. Prodigal
10. Waiting
(Phase One)
11. The Creator Has A Mastertape
12.
Heartattack In A Layby
13. Strip The Soul
14.
Dark Matter
15. Tinto Brass
Jak widać praktycznie nic się nie zmieniło
względem 2002 roku, ale tak było do czasu. Póki co
największym wydarzeniem był powrót rzadko granego Stop Swimming
(4-tego marca w Wolverhampton). Warto zwrócić uwagę, że
15-tego
marca w Barcelonie (w klubie Sala Bikini) miało miejsce srogie z
perspektywy czasu wydarzenie. Zagrano wtedy po raz pierwszy Trains.
Steven
Wilson wielokrotnie opowiadał, że zespół nie grał tego
wcześniej, bo utwór wychodził na próbach średnio i dopiero
zaangażowanie publiczności na koncertach wydobyło z niego pełny
potencjał. Hiszpanie mieli pierwszą okazję aby się przekonać.
Po
kilku koncertach Trains wymieniło Tinto Brass jako utwór kończący
koncerty, a ten drugi kończył właściwy set przed bisami.
Repertuar z 2002 r. plus Trains występował w różnych
konfiguracjach przez praktycznie całe marzec i kwiecień. Między 8,
a 10 kwietnia odbyły się trzy koncerty w Polsce (Kraków, Bydgoszcz
i Warszawa). Zespół zagrał wtedy:
Kraków, Hala Wisły,
8.04.2003 r.
01.
Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity
Eyelids
04. Even Less
05. Pure Narcotic
06. Wedding
Nails
07. Waiting (Phase One)
08. Hatesong
09. Russia
On Ice
10. Heartattack In A Layby
11. Tinto Brass
12.
Shesmovedon
13. Dark Matter
14. Trains
Bydgoszcz,
Filharmonia Pomorska, 9.04.2003 r.
01.
Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity
Eyelids
04. Even Less
05. Slave Called Shiver
06. Last
Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
07.
Wedding Nails
08. Waiting (Phase One)
09. Hatesong
10.
Russia On Ice
11. Heartattack In A Layby
12. Tinto
Brass
13. Shesmovedon
14. Dark Matter
15. Trains
Warszawa,
Proxima, 10.04.2003 r.
01.
Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity
Eyelids
04. Even Less
05. Buying New Soul
06. Wedding
Nails
07. Waiting (Phase One)
08. Hatesong
09. Russia
On Ice
10. Heartattack In A Layby
11. Strip The Soul
12.
Shesmovedon
13. Dark Matter
14. Trains
Jak widać, Porcupine Tree starali się w miarę
zróżnicować set w naszym kraju i każdy koncert był
inny.
Koncertem, który odbył się 18-tego kwietnia w
holenderskim Rijssen, Jeżodrzewie zamknęli pierwszą zaplanowaną
na ten rok Europejską część trasy. W maju i czerwcu mieli przerwę
i prawdopodobnie ćwiczyli materiał do grania na zaplanowaną na
lipiec i sierpień wspólną trasę z Opeth po Kanadzie i USA. Co
mógł jeszcze w tym czasie robić Bosy? Zaraz do tego
dojdę.
Pierwsze cztery występy po powrocie, PT zagrali
sami i już na pierwszym (8-mego lipca w Tampie, rodzinnym mieście
Wesa) zaprezentowali nowe pozycje w repertuarze. Set wyglądał
tak:
01.
The Creator Has A Mastertape
02. The Sound Of Muzak
03.
Gravity Eyelids
04. Even Less
05. Slave Called Shiver
06.
The Moon Touches Your Shoulder
07. Futile
08. Russia On
Ice
09. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is
Recycled
10. Blackest Eyes
11. Waiting (Phase One)
12.
Hatesong
13. Heartattack In A Layby
14. Strip The Soul
15.
Fadeaway
16. Tinto Brass
17. Trains
Jakie
są moje uwagi dotyczące tego setu?
Po pierwsze, Porcupine Tree
(tymczasowo) dorzucili utworów, jednocześnie nie skracając
setlisty, zatem mamy 17 kawałków. W tym znajduje się premierowe
wykonanie najnowszej kompozycji (Futile) oraz dwa dosyć zaskakujące
powroty (The Moon Touches Your Shoulder i Fadeaway).
Obecność
The Moon (pierwszy raz od 1998 r.) z perspektywy czasu można bardzo
łatwo uzasadnić tym, że Wilson akurat pracował nad remasterem
„The Sky Moves Sideways” (i to zapewne nadal robił w okresie
maj-czerwiec), który pojawił się w sklepach w listopadzie tamtego
roku. Kawałek był jednym z dwóch, do których Gavin dograł
prawdziwą perkusję. Mimo tego (i mimo możliwości jakie stworzyła
obecność drugiego gitarzysty), The Moon Touches Your Shoulder był
w 2003 r. wykonywany niemal dokładnie w ten sam sposób, co w latach
90-tych. Gavin zamienił tylko bębenki (których nie miał) na
miotełki, a końcówka ma nieco ostrzejszy charakter.
Zagadką
do dziś jest dla mnie Fadeaway. O ile jego obecność w secie na
Deadwing Tour (razem z Burning Sky) była podyktowana podobnymi
okolicznościami związanymi z nowym wydaniem „Up The Downstair”,
to na In Absentia była to kompletna niespodzianka.
Nie
słyszałem wersji, która ponoć była grana w 1993 r., ale
zakładając, że grali wtedy wersję z płyty, to wykonania z In
Absentia Tour są pierwszymi od 10 lat wykonaniami tego utworu w
pełnej wersji. No, ale oczywiście nie do końca. Niespodzianką w
niespodziance było, to że na za mikrofonem stanął John Wesley! W
ten sposób utwór był wykonywany już na wszystkich koncertach, na
których się pojawił (w latach 2003 i 2005).
Futile,
utwór wydany na promo singlu, który został wypuszczony z okazji
tej trasy, to najcięższa jak dotąd propozycja Porcupine Tree.
Idealnie nadawała się do setu, zwłaszcza w Ameryce.
Następny
koncert był krótki i specyficzny ponieważ odbył się w sklepie
muzycznym Floyd’s w Tallahassee (10-tego lipca), zagrano jedynie 10
utworów.
Następne dwa występy odbyły się w Atenach i
Portsmouth… ale w ich amerykańskich odpowiednikach ;) Lokalne
Ateny znajdują się w stanie Georgia i tam PT wylądowali 11-tego
lipca. Zagrano pełny set, ale mimo wszystko krótszy od tego z
Tampy (15 utworów, ale z zachowaniem repertuarowych
nowości).
Lokalne Portsmouth znajduje się w stanie New
Hampshire. Tam (w lokalu o pięknej nazwie Muddy River Smokehouse)
zespół zagrał specjalny koncert na zaproszenia. Jego konstrukcja i
przebieg też był niecodzienne. Cały set zaczął się od samego
Wilsona z gitarą akustyczną (jak w Tel Avivie pół roku
wcześniej), a
pozostali
członkowie zespołu po kolei do niego dołączali. Wyglądało to
tak:
01.
Even Less (sam Wilson)
02. The Sound Of Muzak (Wilson i Wes)
03.
Feel So Low (Wilson, Wes, Barbieri)
04. Waiting (Phase One)
(Wilson, Wes, Barbieri i Edwin)
05. A Smart Kid (Wilson, Wes,
Barbieri i Edwin)
06. Pure Narcotic (dołącza Gavin i od tego
momentu gra już cały zespół)
07. Fadeaway
08.
Shesmovedon
09. Trains
10. Futile
Odbyła
się tu cicha premiera nowego utworu w repertuarze – Feel So Low.
Kolejna piosenka, której nikt zapewne nie obstawiał, już na
Lightbulb Sun Tour była wykonywana dosyć rzadko. Można się tylko
cieszyć, że zespół jednak się zdecydował.
15-tego
lipca w kanadyjskim Toronto, rozpoczęła się wspólna trasa z
Opeth. Oba zespoły występowały na tych samych warunkach więc siłą
rzeczy oba sety były krótsze niż zwykle (Opeth grali wtedy
premierowo materiał z płyty Damnation), czyli po +/- 12
utworów.
Po dwóch koncertach w Kanadzie, zespół wrócił
do USA i tam zagrał resztę zaplanowanych występów. Setlista
zmieniała się często, zespół trzymał się cały czas tej samej
długości setu, ale dobierał różne utwory z aktualnego
repertuaru.
21-ego lipca PT zagrali w Waszyngtonie drugą
sesję dla radia XM, również wydaną potem na płycie oraz wystąpili w programie MhZ. Mini koncert nagrano i wyświetlono później w tv.
Ostatni
koncert trasy z Opeth odbył się 3-ego sierpnia w Seattle, w Showbox
Comedy and Supper Club. Jako, że było to zakończenie wspólnej
wycieczki, to Mikael Akerfeldt wszedł na scenę podczas setu
Porcupine Tree i zaśpiewał zamiast Stefanan w A Smart Kid (swoim
ulubiony utworze Jeżodrzewia).
W tym okresie PT zagrali
jeszcze jeden koncert na festiwalu Open Air w szwajcarskim Zofingen
(8-mego sierpnia), po czym udali się na kolejne wakacje. W tym
czasie Stefan dopinał pewnie ostatnie przygotowania do wydania nowej
wersji „The Sky Moves Sideways”, która wyszła w listopadzie,
akurat kiedy rozpoczynało się ostatnie odnóże trasy In
Absentia.
Zespół triumfalnie powrócił do Europy
koncertami, który odbył się 5-tego i 6-tego listopada w klubie
Spirit of 66 w belgijskim mieście Verviers.
5.11
01.
Wedding Nails
02. The Sound Of Muzak
03. Futile
04.
Gravity Eyelids
05. Blackest Eyes
06. Hatesong
07.
Fadeaway
08. Shesmovedon
09. The Creator Has A
Mastertape
10. Feel So Low
11. Russia On Ice
12.
Heartattack In A Layby
13. Strip The Soul
14. Tinto
Brass
15. Even Less
16. Trains
6.11
01.
Wedding Nails
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity
Eyelids
04. Blackest Eyes
05. Hatesong
06. Buying New
Soul
07. Prodigal (przerwane ze względu na awarię
zasilania)
08. The Creator Has A Mastertape
09. The Moon
Touches Your Shoulder
10. Futile
11. A Smart Kid
12.
Strip The Soul
13. Tinto Brass
14. Dark Matter
15.
Even Less
16. Trains
I
tak mniej więcej wyglądała reszta koncertów od strony repertuaru.
Z wyjątkiem odwołanego koncertu w Luksemburgu (7-my listopada 2003
r.), ostatnie odnóże In Absentia Tour potoczyło się sprawnie.
Zespół odwiedził też Holandię, Niemcy, Danię, Austrię,
Szwajcarię, Włochy, Francję i Hiszpanię, a cała trasa zakończyła
się w Anglii, w londyńskiej Astorii 30-tego listopada 2003 r.
Zagrano wtedy:
01.
Wedding Nails
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity
Eyelids
04. Shesmovedon
05. Hatesong
06. Fadeaway
07.
The Creator Has A Mastertape
08. The Moon Touches Your
Shoulder
09. Russia On Ice
10. Futile
11. Feel So
Low
12. Strip The Soul
13. Even Less
14.
Trains
15. Blackest Eyes
Większość
z tych utworów przetrwała do kolejnych tras (pojawiając się
częściej lub rzadziej), ale dla trójki była to ostatnia jak dotąd
trasa: The Creator Has A Mastertape, The Moon Touches Your Shoulder i
Feel So Low. Ten ostatni, w późniejszych latach pojawiał się
regularnie w setach Blackfield.
Czy coś jeszcze działo
się podczas tego ostatniego legu trasy? Blackest Eyes nie zawsze
było planowanym bisem (więc publiczność dokazywała), a koncert w
Berlinie (15-tego listopada) był dosyć pechowy dla Stevena Wilsona,
który pokręcił zwrotki Shesmovedon, po czym dwukrotnie zerwał
struny (podczas Hatesong i Strip The Soul). Tego samego wieczora (i
podczas kilku innych na tym odnóżu) Porcupine Tree byli
supportowani przez… Blackfield! Zespół, w swojej embrionalnej
formie duetu, zagrał wtedy swoje pierwsze w historii koncerty (po 4
utwory).
Czas podsumować te niecałe dwa lata w historii
tras Porcupine Tree. In Absentia Tour była pierwszą trasą pod
skrzydłami dużej wytwórni, pierwszą z Gavinem Harrisonem i Johnem
Wesleyem, pierwszą z cięższym brzmieniem i pierwszą tak dużą
pod względem szturmu na USA i okolice. Ten szturm się udał, bo z
trasy na trasę Jeżodrzewie zaczynali wypełniać coraz większe
sale, hale, itd. Trasa z 2002 i 2003 r. było bardzo udana i ciekawa
pod względem repertuaru. Być może nie był on tak rozpasany, jak
przy Tour Of A Blank Planet, czy The Incident Tour, ale z pewnością
był bardzo jednolity i doskonale wykonany przez, jak by nie patrzeć,
nowy skład.
Na trasie In Absentia, między 22 lipca 2002
r., a 30 listopada 2003 r. zagrano 27 utworów:
1
utwór z „Up The Downstair”
1 utwór z „The Sky Moves
Sideways”
3 utwory z „Signify”
6 utworów ze „Stupid
Dream”
5 utworów z „Lightbulb Sun”
1 utwór z
„Recordings”
9 utworów z „In Absentia”
1 utwór
niealbumowy (Futile)
Po
zakończeniu tego turnusu, Porcupine Tree zrobili sobie ponad rok
przerwy od koncertowania. 2004 r. był pierwszym rokiem od występów
w 1993 r. kiedy zespół nie zagrał ani jednego koncertu. W tym
czasie, Jeżodrzewie pracowali nad Deadwingiem i innymi projektami, a
Steven Wilson wydał z Avivem Geffenem debiutancki album Blackfield,
z którym panowie wyruszyli w trasę (o czym piszę tutaj:
http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2014/02/podroz-przez-czarne-pole-historia.html).
W
następnej części kilka słów o bootlegach z tej trasy!
Steven
Wilson dosyć szybko zorientował się, że na kolejną płytę
Porcupine Tree powstaje mu materiał inny niż na ostatnich płytach.
Na początku, trochę z rozpędu zaczął pisać utwory w stylu
„Lightbulb Sun” (np. Vapour Trail Lullaby), ale ewidentnie
ciągnęło go w innym kierunku. Współpraca z Opeth nad płytą
„Blackwater Park” otworzyła mu uszy na walory stylistyki
metalowej i w naturalny sposób tego typu kawałki Wilsona zaczęły
powstawać. Jednocześnie Stefan demował sobie materiał, który
miał pojawić się na pierwotnej wersji owocu współpracy z
Mikaelem Akerfeldtem z Opeth. Na tamtym etapie nie miało to nic
wspólnego ze Storm Corrosion. Wilson tworzył najbardziej metalowe
rzeczy jakie mu przychodziły do głowy, a jako że robił to
pierwszy raz, to niektóre do dziś wydają się być nieco
przerysowane. Jeden z lepszych napisanych w tym celu kawałków –
Cut Ribbon – pojawił się wiele lat później (i po wielu
dogrywkach) w 2011 r. jako exclusive dostępny w aplikacji SW na
iPhone’a. Reszta wyciekła w okolicach wydania „In Absentii”,
na słynnym bootlegu „Out Absentia”.
Jeżeli chodzi o nową
płytę PT, to Stefan był nieco bardziej ostrożny i, o ile ciężkie
motywy się na płycie pojawiają (nawet dosyć licznie jak na to, co
PT robili do tej pory), to „In Absentia” nie odbiega wcale tak
bardzo daleko od klimatów dwóch poprzednich albumów.
Opuszczenie
zespołu przez Chrisa Maitlanda oznaczało, że przynajmniej na czas
sesji w studiu potrzebne jest zastępstwo. Gavina Harrissonapolecił
Richard Barbieri, bo znali się od dawna. Gavin grał nawet kilka
utworów na płycie „Flame” duetu Bowness/Barbieri. Steven
Wilson, trochę zbyt przezornie, zaprosił perkusistę na
przesłuchanie, po czym go za to przepraszał. Gavin od razu dostał
tę robotę. „In Absentię” nagrywał jeszcze jako muzyk sesyjny,
ale pod koniec tych sesji, Wilson zaproponował mu członkostwo i
udział w trasie. Harrisson się zgodził i tak to było ;)
„In
Absentia” to pierwsza płyta PT wydana przez naprawdę grubego
wydawcę. Budżet albumu był większy i budżet trasy również się
rozrósł. Przede wszystkim zmieniła się nieco filozofia
rozplanowania koncertów. Stwierdzono, że nie ma co się patyczkować
i należy wrzucić Porcupine Tree od razu na głęboką wodę
rozpoczynając trasę w Stanach gdzie do tej pory zespół grał
śladowe ilości występów. Mało tego, trasę zaplanowano tak, że
Porcupine Tree zaczynali na równy miesiąc przed wydaniem płyty, a
więc czekało ich granie dla Amerykanów nie znających połowy
repertuaru. Nadzieja była w tym, że kupi się ich cięższym
brzmieniem (i tak się w istocie stało).
Na szczęście tych
przedpremierowych występów PT mieli zaplanowane tylko osiem.
Pierwszy koncert „In Absentia Tour” był jednym z
bardziej istotnych w ich karierze. Trafił nawet do mojego top 5
najbardziej niezwykłych występów zespołu (http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2017/04/top-5-najbardziej-niezwykych-i.html).
Był
to nie tylko pierwszy koncert pod wielką wytwórnią, pierwszy
koncert z tym materiałem i pierwszy koncert z Gavinem Harrissonem.
Był to też pierwszy występ z muzykiem towarzyszącym – Johnem
Wesleyem Dearthem III. Wilson poznał Wesa już wcześniej przez
Marillion, z którymi gitarzysta współpracował. Podczas nagrywania
„In Absentii”, Stefan nie mógł uzyskać odpowiednio ciężkiego
brzmienia w utworze Blackest Eyes. Zwrócił się o pomoc do
Wesa, który nagrał i zmiksował kilkanaście gitar. Rezultat był
dokładnie tym na czym Bosemu zależało. Od tego momentu droga
Wesleya do zostania koncertowym drugim gitarzystą PT była krótka.
Odświeżone Porcupine Tree w pięcioosobowym składzie i
nowym brzmieniem zadebiutowało 22 lipca 2002 r. w mikroskopijnym
lokalu Middle East w Bostonie.
Setlista wyglądała
tak
01.
The Creator Has A Mastertape
02. Waiting (Phase One)
03.
Shesmovedon
04. Buying New Soul
05. Even Less
06.
Slave Called Shiver
07. The Sound Of Muzak
08. Wedding
Nails
09. Pure Narcotic
10. Hatesong
11. Last Chance
To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
12. Stop
Swimming
13. Strip The Soul
14.
Dark Matter
15. Tinto Brass
Jak
widać było interesująco. Zaprezentowano premierowe cztery
kompozycje z „In Abentia” oraz niegrane dotąd Buying New Soul,
którego Amerykanie podejrzewam też nie znali. Oprócz tego setlista
bazowała głównie na poprzednich dwóch albumach, oraz dwóch
„starociach”, czyli Waiting oraz reanimowanym po 5 latach Dark
Matter. Koncert miał niemal charakter próby na żywo, lokal był
mało i niewiele osób się do niego zmieściło. Nie obyło się bez
kilku problemów technicznych (np. podczas Waiting), ale ostatecznie
chrzest bojowy nowego Porcupine Tree (i nowych utworów) można było
uznać za udany. Co ciekawe, nie zagrano jeszcze Blackest
Eyes.
Muzycznie można było wysłyszeć oczywiste
zmiany. Brak bębenków w Waiting (Gavin wybijał ten motyw na
werblu) oraz improwizacje na perkusji w Hatesong. Ponadto, wywalono z
Last Chance puszczane z taśmy banjo, a zamiast tego Stefan i Wes
grali razem na akustykach. Sam Wes, oprócz bycia drugim gitarzystą,
przejął też śpiewanie chórków, rolę którą do tej pory pełnił
w zespole Chris.
Wes grał czasami na tej trasie solowe
akustyczne występy jako support.
Kolejny koncert, który
odbył się 24 lipca w nowojorskim Bowery Ballroom, wyglądał bardzo
podobnie, ale przetasowano odrobinę repertuar, a Blackest Eyes
premierowo otworzyło występ zamiast The Creator Has A
Mastertape, który się nie pojawił.
Dwa
dni później w Philadelphi zespół ponownie pokombinował z setem.
Tym razem zarówno Blackest Eyes i The Creator pojawiły się w
zestawie, a na ostatni bis zagrano Signify, co jest istotne biorąc
pod uwagę, to że to jak dotąd pierwsze z dwóch wykonań tego
utworu z Gavinem Harrisonem w historii zespołu. Żeby nie było zbyt
kolorowo, to z setu wypadły Tinto Brass i Wedding Nails, więc grano
cały czas 15 utworów.
27-ego
lipca zespół zajechał do Baltimore gdzie wystąpił w klubie
Thunder Dome. Nastąpiły kolejne zmiany w secie. Wypadły Buying New
Soul i Stop Swimming, a w ich miejscu pojawiły się A Smart Kid oraz
Russia On Ice. Na ostatni bis zabrzmiało Signify i to było ostatnie
wykonanie tego kawałka do dziś. Nagranie Hatesong z tego koncertu pojawiło się na singlu "Futile" w 2003 r.
29-ego
lipca w Chicago w klubie Double Door (z pewnością znanym
wielbicielom industrial rocka), PT powróciło do pierwotnej setlisty
(minus Creator) i tak już zostało do końca trasy w USA (nie licząc
drobnych przetasowań i pojedynczych zmian na prezentowane już
wcześniej utwory).
Zespół zaliczył jeszcze pojedynczy
koncert w Atenach (5 września) gdzie zaprezentowali to samo.
27-ego
października zespół powrócił do USA, tym razem już po wydaniu
„In Absentia”. Na początku wrócili w charakterze supportu
zespołu YES. W South Bend, Porcupine Tree zagrali:
01.
Blackest Eyes
02.
The Sound Of Muzak
03.
Gravity Eyelids
04.
Shesmovedon
05.
Hatesong
06.
Heartattack In A Layby
07.
Tinto Brass
Jak
widać, premierowo wykonano dwie kompozycje: Gravity Eyelids i
Heartattack On A Layby.
Zespół
nie bawił się w sentymenty i najstarszym utworem w tym krótkim
secie było Tinto Brass (co generalnie będzie normą na tej trasie,
poza paroma wyjątkami, o których będzie później). Kilka dni
później w Nowym Jorku zaprezentowano wariant nr 2:
01.
Blackest Eyes
02. Gravity Eyelids
03. Prodigal
04. The
Sound Of Muzak
05. Even Less
06. Heartattack In A Layby
07.
Strip The Soul
08. Tinto Brass
Premierowo zagrano Prodigal. W środku tej
trasy PT zagrali przynajmniej jeden swój regularny koncert (podobnie
było podczas trasy z Dream Theater w 2000 r.).
Repertuar
był mieszanką tego, co grali wcześniej i utworów, które pojawiły
się podczas trasy z Yes. Koncert, który zagrano 7 listopada (w
Baltimore, w klubie Fletcher’s) był transmitowany (bądź
retransmitowany w późniejszym terminie) w formie webcasta.
12
listopada w Waszyngtonie, zespół zagrał słynną sesję w radiu
XM, która została potem wydana w dwóch częściach. Od 14
listopada Porcupine Tree kontynuowali już właściwą trasę, aż do
jej zakończenia tego odnóża 26-tego listopada w Kitting Factory w
Hollywood! Koncert w Portland (23-ego listopada) został odwołany,
bo ktoś w zespole się pochorował. Setlista w tym czasie stanowiła
wariację na temat granego do tej pory repertuaru (przy 14-15
utworach granych podczas koncertu).
To
był dla Porków rok pełen wyzwań, niepewności i ciężkiej
harówy, ale ostatecznie wszystko wypaliło. Trasa po USA się udała,
a album „In Absentia” stał się największym przebojem
komercyjnym zespołu. Do dziś wielu fanów wymienia ten album jako
ich ulubiony.
Prawie dokładnie rok temu
napisał na spontanie tekst pt.: „Guilty 'guilty pleasure'”, w
którym popadałem w zadumę nad postawą Stefana względem muzyki
popowej i formy piosenkowej. Zauważyłem wtedy, że Wilson
ewidentnie ma wciąż tego typu ciągoty (pomijając nawet
Blackfield), jest dobry w pisaniu piosenek, ale z jakiegoś powodu
ostatecznie się od tego dystansuje, jakby ze strachu. Jeżeli nie
czytaliście tamtego tekstu, to przeczytajcie go teraz zanim
będziecie kontynuować tę lekturę.
Nie mogłem wtedy
wiedzieć, że niecały rok później Stefan wyda na singlu
prawdopodobnie najbardziej popowy utwór od czasu Only Baby
no-man i w dodatku zrobi to solo. Piąty album Wilsona generalnie
kształtował się wtedy odrobinę inaczej. „4,5” miało niby
stanowić połowę drogi między „Hand. Cannot. Erase”, a nowym
solo, ale w rzeczywistości brzmi bardziej jak coś, co łączy HCE z
poprzednimi płytami, a nawet Porcupine Tree. Na upartego My Book
Of Regrets w skróconej wersji mógłby pasować do „To
The Bone”, ale tez nie do końca.
Złośliwi twierdzą,
że Stefan zrobił się nagle popowy, po podpisaniu kontraktu z Carolina International, ale moim zdaniem było raczej odwrotnie. Kształtował
się materiał taki, a nie inny i SW zdecydował, że jest to
właściwy moment, aby dołączyć do grona wykonawców
reprezentowanych przez dużą wytwórnię, która pozwoli tej muzyce
dotrzeć w świat i w pełni zrealizować jej komercyjny potencjał.
I absolutnie nie piszę tego w negatywnym tonie. Stefan dostał
budżetowy zastrzyk, co widać. Kiedy ostatni raz Bosy mógł sobie
pozwolić na tyle teledysków? I to nie semaforowych bajek, czy
animacji z kompa, ale prawdziwych klipów, w których się osobiście
pojawił?
Wiele osób zarzuca Wilsonowi sprzedajność,
ale zadajmy sobie pytanie, czy facet robi coś złego żeby rzucać w
jego kierunku takimi oskarżeniami? Ja tak nie uważam.
Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, to na Bosego wywalono w
ostatnich miesiącach stos gówna. Permanating podzielił
fanów. Dawno już nie widziałem tak jadowitych komentarzy,
zwłaszcza autorstwa progresywnych januszy, którzy ubliżali
Wilsonowi w tak agresywny i wymyślny sposób, że nie warto było
nawet wchodzić z nimi w dyskusję, bo czasami po prostu nie da się
przebić betonu pod tytułem „fan rocka progresywnego”. Jak
zwykle okazało się, że ci którzy powinni mieć muzyczne umysły
najbardziej otwarte, zatrzasnęli je przy pierwszych dźwiękach
nowego Stefana. Oczywiście, wcale nie uważam, że ta muzyka powinna
się każdemu podobać. Byłbym wielce zaskoczony gdyby tak było.
Śmieszy mnie po prostu, że te same osoby, które jeszcze parę lat
temu pisały, że „SW powinien nagrywać, to co on chce i nie
oglądać się na innych”, nagle wycofują pre-ordery i wypisują
rzeczy w stylu „jak mogłeś odwrócić się od swoich fanów i
muzyki, którą nagrywałeś? Sprzedałeś się.”. Mnie Stefan też
nie zawsze rozpieszczał. „To
The Bone” to też płyta bardziej przyzwoita niż bardzo dobra, ale
to jest moja opinia, a to jest Steven Wilson – muzyk, który
regularnie się zmienia. I zmienia się jego muzyka.
Tym
samym, cieszę się, że Wilson w końcu pokazał jaja i wyrwał się
z tej krępującej klatki, o której pisałem rok temu w „Guilty
'guilty pleasure'”. Pokazał, że jednak opinia i wymogi fanów nie
są w stanie go powstrzymać. Permanating nie jest może zbyt
oryginalny, bo jak sam przyznał Bosy, słychać tu bardzo mocno i
jednoznacznie wpływy Abby (w zwrotce), Electric Light Orchestra (w
pierwszym (?) refrenie) oraz (to już ode mnie) The Beatles i XTC (w
drugim refrenie), ale jest to niesamowity wręcz powiew świeżości
w jego dyskografii, coś czego autentycznie jeszcze nie robił. Jak
niektórzy zauważyli, jest to pierwszy kawałek Wilson, do którego
można tańczyć! Do tego ten teledysk z tancerkami bollywoodzkimi, w
którym SW się uśmiecha!
Innym utworem, który lekko
wstrząsnął środowiskiem fanów jest Song of I. Tym razem
Stefan składa hołd Prince’owi i robi to doskonale. Ponownie, jest
to kawałek w stylu w jakim do tej pory Wilson jeszcze nie grał
(może siłą rzeczy w Sign O The Times, ale to było cover). Trochę
elektroniki, trochę dziwacznej orkiestracji, trochę pseudo „r’n’b”.
Zwróćcie uwagę jak on tu śpiewa. Jeśli mowa o wokalach, to z
radością powitałem inny damski głos niż Ninete (która nadal
mnie irytuje i nic na to nie poradzę). Sophie Hunger ma miły,
delikatny i kobiecy głos. Bardzo mi się podoba ten wokalny
ping-pong w wykonaniu jej i Bosego, bardziej niż Parias, który
jest ok, ale czegoś mu brakuje. The Same Asylum As Before to
miły powrót do brzmień z „In Abentia”. Miłe dla nostalgii,
miłe dla ucha. Nie każdy taką „wtórność” polubi, ale mnie
zrobiło się miło kiedy pierwszy raz ten kawałek usłyszałem i
nadal mam do niego właśnie taki, pozytywny stosunek. Wspominam
głównie single, bo to one się an tej płycie najbardziej
wyróżniają. Stefan może nawet trochę przesadził wydając aż
tak dużo utworów przed premierą (5 kawałków), ale może chciał
wywołać trochę dymu i na pewno mu się to udało.
Bo „To
The Bone” nie jest wcale aż tak inne od np. „HCE”. Permanating to rodzynek na tej płycie i trochę szkoda, bo
jednak poza paroma kawałkami Stefan zagrał zachowawczo.
Ostatecznie, każdy fan solowego Wilsona powinien tu znaleźć coś
dla siebie. Są takie momenty na albumie (np. People Who Eat Darkness lub Detonation), które wydają mi się nagrane trochę na siłę,
brakuje w nich czegoś, co by mnie ruszyło (zarówno moje popowe,
jak i progresywne, eksperymentalne i psychodeliczne ciągoty). Dwa
utwory - Nowhere Now i Song of Unborn – mogłyby w takim kształcie
spokojnie trafić na płytę Blackfield, czego nie uważam za jakąś
wadę, ale zaskakuje mnie trochę taki miszmasz, bo SW do tej pory
starał się dystansować od pozostałych projektów, a na „To The
Bone” mamy nawiązania do przynajmniej dwóch innych niż
solo.
Mimo, że z płytą mam do czynienia od jakiegoś
czasu (możecie mnie nazwać piratem, nie wytrzymałem do premiery),
to nadal się z nią w pełni nie oswoiłem i nie potrafię jej do
końca ocenić. Cały czas mam wrażenie, że coś mi umyka, że
pewne utwory mają w sobie więcej niż słyszę. Może sam siebie
oszukuję, ale nauczyłem się nie oceniać pochopnie nowej muzyki i
mam na myśli zarówno ocenę negatywną, jak i pozytywną. Póki co
jestem jednak bardziej nastawiony na plus. Swoją drogą, też tak
macie, że wydaje Wam się jakby numery singlowe nie były z tej
płyty? Ten model promocji jednak trochę zakrzywia poznawanie
albumu.
Tak czy inaczej, może Steven przeczytał mój
zeszłoroczny wpis i pomyślał, że faktycznie mam rację ;)
Jakkolwiek nie było, dostaliśmy najbardziej piosenkowy album
Wilsona od czasu, sam już nie wiem, „In Absentia” (jeśli już
nie liczyć Blackfield)? Mnie pozostaje tylko dodać, że chciałbym
aby Wilson następnym razem poszedł już na maksa droga w stylu Permanating, a jeżeli się boi, to lepiej niech zrobi coś
zupełnie innego. „To The Bone”, to album dobry, ale bardzo
niesprecyzowany stylistycznie. Z drugiej strony, Wilson zawsze
wprowadzał takie nowinki w sposób ostrożny (tak jak elementy
metalu w PT) i możliwe, że tak to u niego po prostu jest.
Nawiązując jeszcze do tytułu wpisu, mam wrażenie, że
aktualnie za „guilty pleasure” będzie się uważało lubienie
tej płyty. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie patrząc na recenzje z polskich portali internetowych.
Rok
1990 przyniósł kolejne zmiany w brzmieniu, ale też długo
oczekiwane wybicie się zespołu. Zarejestrowany w lutym Heaven
Taste (zupełnie inny utwór niż instrumental nagrany z JBK) i
wczesna wersja Swirl z marca sugerują jeszcze kierunek obrany
na „Swagger”, ale szybko uległo to przepoczwarzeniu. Colours
powstało w wyniku eksperymentu. no-man dowiedzieli się, że Happy
Mondays (w tamtym czasie najgorętszy zespół w UK) noszą się z
zamiarem nagrania coveru tego utworu Donovana. Pomysł był prosty –
nagrać i wydać swoją wersję przed nimi i unieść się na fali
szumu jaki został już na około nagrania tej piosenki przez HM
wywołany. Stefan był wtedy pod wpływem nowego podejścia do muzyki
z jakim wyszli wykonawcy, między innymi, hip-hopowi (De La Soul,
NWA, itd.). Break-beaty zaczęły też już wtedy raczkować na
scenie brytyjskiego rocka, sami Happy Mondays się nimi bawili, a
przebój The Stone Roses Fool’s Gold (z którego no-man
ukradli bit do ostatecznej wersji Swirl) stanowił dowód na
to, że tego się właśnie teraz słucha. Colours w wersji
no-man był niemal zaprojektowany aby stać się hitem i jak się
okazało, zespół idealnie przewidział reakcję
przyczynowo-skutkową jaka nastąpiła wraz z wydaniem tego na
singlu. Wstępne zainteresowanie wywołało już samo to, że zespół
„znikąd” rzuca wyzwanie Happy Mondays, a publiczne, śmiałe
komentarze Tima w stylu „jesteśmy Rolls Roycem dla Skody The Stone
Roses” wszystko podgrzewały. Entuzjazmem wykazali się zwłaszcza
ci recenzenci, którzy nie pałali zbytnią miłością do grupy
Shauna Rydera, a kompletnie zakochali się w no-man (którzy przy
okazji tego singla ostatecznie skrócili nazwę). Do utworu powstał klip.
Colours
brzmiało ekscytująco, świeżo i nowocześnie. Na tym się jednak
nie skończyło, domino leciało dalej. Czerwcowy 7” YOLO singiel z
przebojowym coverem no-man wydali sami, ale nie trwało to długo
zanim zachęcony sukcesem piosenki, odezwał się jakiś wydawca.
Reedycję Colours na 12” winylu zaproponowało Probe Plus i
taka wersja pojawiła się w sklepach na jesieni (w znacznie większej
ilości egzemplarzy). W międzyczasie, no-man rozdawali na
koncertach kasety demo z najświeższym materiałem. Jedna z
takich kaset zawierała wczesnej wersje Heaven Taste, Days In The
Trees (już z perkusją, ale jeszcze nie break-beatem), Swirl i Love
Among The White Trash. Brzmienie tych dem było póki co bardziej
zbliżone do „Swaggera” niż „Colours”, ale Tim śpiewa już
zdecydowanie delikatniej. Również na tej kasecie znajduje się
prawdopodobnie pierwszy wydany remix no-man. Jest to podpisana „disco
mix” wersja Swirl, która co ciekawe, zawiera już break-beat
podwędzony z Fool’s Gold.
Domino płynie dalej. Na Colours zareagowała w końcu naprawdę gruba ryba – One
Little Indian. Ta „niezależna” wytwórnia mogła się wtedy
poszczycić takimi wykonawcami jak Bjork, czy bardzo popularnymi w
tamtym czasie The Shamen. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie ta
reakcja miała miejsce. Steven Wilson pamięta, że dorzucał na
szybko break-beaty do Days In The Trees i kilku innych utworów
tego samego dnia, którego był umówiony na rozmowę z szefostwem
OLI, bo nie miał nic innego w stylu Colours, a zdawał sobie
sprawę, że właśnie takie brzmienie interesuje wytwórnię.
Bootleg z koncertu, który odbył się 23-ego sierpnia w Manchesterze
zawiera już Days in The Trees w wersji niemal identycznej jak tej
wydanej na singlu niemal rok później. Swirl nadal jednak nie
zawiera żadnych powiązań z Fool’s Gold więc można
spekulować, że właśnie w tym czasie trwały wstępne rozmowy z
One Little Indian. Jak widać domino pędziło z zawrotną
prędkością. Umowa została podpisana jeszcze w 1990 r., a prace
nad singlem Days In The Trees ruszyły od razu. no-man zwrócili
się do The Shamen, aby ci zrobili dla nich remix. Zespół się
zgodził, a ich wersja Days In The Trees (pt.: Arthur
Askey) została ukończona w styczniu 1991 r. i z jakiegoś powodu
wydana później tylko na japońskiej wersji singla.
Jest rok 1991. no-man
cały czas pisali i demowali nowe utwory, jednocześnie pracując nad
różnymi niecodziennymi wersjami Days In The Trees, które
miały zostać wydane na planowanym singlu. W międzyczasie,
zespół stał się ulubieńcem publiczności klubu The Flag (który
zbierał entuzjastów muzyki elektronicznej (!)) i regularnie tam
koncertował prezentując premierowe kompozycje (między innymi
wczesne Kiss Me Stupid, Drink Judas, czy Housekeeping). Warto
wiedzieć, że przez bardzo krótki czas (a dokładniej na jeden
występ w czerwcu) no-man mieli koncertowego perkusistę, którym był
Kevin Van Doort. Richard Smith zwraca uwagę na to jak unikatowo w
tamtym czasie, podczas koncertów prezentowała się współpraca
między Wilsonem, a Benem Colemanem. Słychać to wyraźnie w
niewydanym Heaven Taste oraz pełnej wersji Tulip (o
której jeszcze wspomnę). Tego wzajemnego wygrywania melodii nie
uchwycono niestety na żadnym wydawnictwie no-man.
Wydany
w końcu w lipcu 1991 r. singiel „Days In The Trees” spowodował,
że domino ruszyło jeszcze szybciej. Recenzje były piorunująco
pochlebne. To właśnie przy okazji tego singla, padły słynne słowa
„najważniejszy brytyjski zespół od czasu The Smiths”. To
naprawdę było grube stwierdzenie i no-man byli dosłownie o krok od
spektakularnego przebicia się do świata zespołów zapełniających
hale widowiskowe i stadiony. Singiel zatrzymał się właśnie o ten
jeden krok przed i z dzisiejszej perspektywy można uznać, że
no-man wyszli na tym lepiej niż gorzej. Nie można jednak
powiedzieć, że Days In The Trees nie odniosło sukcesu.
Zachęcone nim no-man kontynuowali pisanie nowego materiału. W
okolicach sierpnia powstał utwór Heartcheat Pop. Przez jakiś
czas zespół nosił się z wydaniem go na singlu, ale pomysł
ostatecznie nie wszedł w życie, ale o tym za chwilę. Tutaj muszę
napisać parę zdań o zagadkowej „Master tape”, której cyfrowa
kopia wpadła mi w ręce rok temu. Amerykanin, z którym dokonałem
wymiany, dostał ją wiele lat temu w zestawie z oryginalnym
artworkiem do pierwszej kasety PT „Tarquin Seaweed Farm”, który
kupił od samego autora. Kaseta była ponoć podpisana „1991 master
tape”, ale utwory które się tam znalazły powstawały do samego
końca 1991 r. Obecne są, między innymi, gotowe covery: Torquise
Donovana oraz Road Nicka Drake’a. Oba pojawiły się na
składankach coverów tych artystów później w 1992 r. Oprócz tego
jest też niewydany do 1994 r. Desert Heart oraz niewydany do
2006 r. (na kompilacji „All The Blue Changes”) Walker,
wczesne Heaven’s Break i jedna z wersji Life Is
Elsewhere. Najciekawsze wydają się jednak pozostałe trzy
utwory.
Po pierwsze, pojawia się tu wczesne demo Break
Heaven (z innym wokalem, samplami i bez skrzypiec Bena), które
powstało prawdopodobnie w grudniu 1991 r. Po drugie, pełna wersja Tulip, o której swego czasu Tim pisał na swoim blogu. Wersja
ta ma ponad 8 minut, tytułową miniaturkę z płyty Speak jako
intro oraz długie zakończenie, w którym na tle elektronicznego
motywu, Tim i Ben toczą walkę na solówki. Po trzecie, jest tu
utwór, który nigdy nie pojawił się na żadnym wydawnictwie
no-man. Nazywa się See No Angels (co potwierdził sam Tim) i
utrzymany jest w stylistyce wczesnych zabaw zespołu z break-beatami
(z podwędzonym z kawałka Express Yourself N.W.A. bitem) i
jest bardzo dobry.
To był zestaw, którym SW chciał się wtedy
pochwalić. Można uznać, że ta kompilacja niewydanych jeszcze
wtedy utworów, to snapshot ówczesnej kondycji zespołu.
1992
r. rozpoczął się od przerobienia coveru Donovana Torquise
(który został wydany na kompilacji „Isles of Cricles” w
czerwcu) na (do pewnego stopnia) autorską propozycję no-man, czyli Ocean Song. W zasadzie, mamy tu do czynienia z hybrydą coveru
i oryginalnego utworu. Jak Tim wspomniał w udzielonym pod koniec
tego roku wywiadzie dla Mike'a Radcliffe'a, zespół uznał, że mają tu
materiał na „popowy klasyk” i stąd ta decyzja. Potwierdził
też, że Donovan zażądał jakieś 90% przychodów z Ocean
Song, kiedy utwór został wydany na singlu. Zespół musiał się
podekscytować perspektywami jakie tworzyła ich wersja, bo
postanowił odpuścić (lub One Little Indian ich do tego zmusiło)
proponowany wcześniej singiel Heartcheat Pop (ze stroną b w
postaci Iris Murdoch Cut Me Up). W styczniu no-man nagrali
pierwszą w karierze sesję dla BBC na Maida Vale, a w kwietniu
została wydana kompilacja pt. „Lovesights – An Entertainment”.
Wydanie to miało na celu podgrzać atmosferę wokół zespołu, do
czasu wydania kolejnego singla i albumu, nad którym no-man nadal
pracowali. Jak to Tim napisał „Lovesights miało usprawiedliwić
dużą ilość czasu i pieniędzy jakie przeznaczaliśmy na
nagrywanie naszej debiutanckiej płyty”.
Kompilacja zebrała
oba wydane wcześniej single (Drink Judas, strona b singla „Colours”,
został nagrany na nowo), niewydane Heartcheat Pop i jego potencjalne
strony b oraz Kiss Me Stupid – utwór, który no-man sprezentowali
magazynowi Volume One (która wydał go na dołączonej do pisma
kompilacji na CD). Zamiar się udał i zainteresowanie no-man nie
słabło.
Przez pierwsza połowę roku zespół nie koncertował
zbyt dużo, ponieważ postanowiono dokonać pewnych zmian w formie w
jakiej zespół występował na scenie. One Little Indian naciskali,
aby zespół spróbował dopełnić koncertowy skład, bo odtwarzanie
50% muzyki z taśmy nie wygląda zbyt dobrze. Poszukując sekcji
rytmicznej no-man, trochę dla jaj, postanowili zwrócić się do
najbardziej cenionych przez siebie muzyków, byłych członków Japan
oraz byłych członków Talk Talk. Ku ich zaskoczeniu, wypaliło!
Keith Aspden, były manager Talk Talk, zaczął się zajmować
no-man, a 3 byłych członków Japan: Steve Jansen (perkusja),
Richard Barbieri (syntezatory) i Mick Karn (bas), zgodziło się
dopełnić skład na scenie.
Singiel „Ocean Song” wydano we
wrześniu, a zaplanowana na 10 występów trasa z JBK rozpoczęła
się 28 września w Londynie. Brzmienie zespołu zmieniło się
znacznie ze względu na udział muzyków z zewnątrz i próbę
adaptacji aktualnego repertuaru zespołu na kompletny zestaw żywych
instrumentów. Trasa przebiegła gładko, chociaż niektóre koncerty
był delikatnie mówiąc mało oblegane. Informacja o tym, że trzech
członków Japan występuje razem na scenie po raz pierwszy od
dekady, napędziła trochę publiki, ale była tez przyczyną
zabawnych pomyłek. Wiele osób myślało, że to kolejna reaktywacja
Japan pod inną nazwą i myślała, że Tim, to David Sylvian!
W trakcie trasy (7-mego października) no-man zagrali krótką sesję dla radia
BBC. Dzięki trzeźwemu umysłowi Michaela Bearparka, całość
została zarejestrowana na taśmie dzięki czemu możemy dziś
usłyszeć tamten koncert na składance „Radio Sessions”
(wcześniej wydano go osobno pod tytułem „Hit The North”).
Niestety, mimo oczekiwaniom i rozpasanej (jak na no-man) trasie
promocyjnej, singiel Ocean Song okazał się klapą w porównaniu do
poprzednich dwóch. Również pierwsza wersja debiutanckiego albumu
(która zawierała między innymi Ocean Song i długą wersję Tulip)
została odrzucona przez One Little Indian jako niekomercyjna. No-man
zostali odesłani do studia żeby „uatrakcyjnić” płytę i
wycedzić lepszego singla (wycedzili Only Baby).
Rok 1993
okazał się być w końcu TYM rokiem. W styczniu wyszedł po cichu
singiel Sweetheart Raw, natomiast Only Baby zostało wydane w marcu,
jak główna zapowiedź pełnowymiarowego debiutu no-man. W kwietniu
wydano fanklubową kasetę pt.: „Speak” (zawierającą materiał
nagrany między 1988, a 1989 rokiem) oraz odbyły się przesłuchania
dla nowych koncertowych muzyków – perkusisty i basisty.
Ostatecznie wybór padł na Chrisa Maitlanda (perkusja) i Silasa
Maitlanda (bas). Panowie nie są spokrewnieni. 4-tego maja, po wielu
perturbacjach, wydano debiutancki album no-man „Loveblows and
Lovecries: A Confession”. I tu zakończymy tę część historii
zespołu. Póki co prześledziliśmy dłuższą niż się pewnie
wielu wydawało drogę no-man do momentu, w którym udało im się
wydać pierwszą płytę. Brzmienie zespołu zdążyło przejść
przez przynajmniej kilka faz zanim nagrano „Colours”, które
zdeterminowało kurs w jakim no-man podążali przez pewien czas.
Na
zakończenie, wielkie podziękowania dla Richarda Smitha (autora
filmu dokumentalnego o no-man pt.: „Returning”), który napisał
tekst „Live Among The White Trash”. Ten tekst był jednym z moich
głównych źródeł informacji! Niestety aktualnie trudno go znaleźć
w internecie więc sam go zahostuję, aby każdy fan zespołu mógł
się z nim zapoznać (a powinien!)