piątek, 18 sierpnia 2017

Guilty 'guilty pleasure', cz.2?


Prawie dokładnie rok temu napisał na spontanie tekst pt.: „Guilty 'guilty pleasure'”, w którym popadałem w zadumę nad postawą Stefana względem muzyki popowej i formy piosenkowej. Zauważyłem wtedy, że Wilson ewidentnie ma wciąż tego typu ciągoty (pomijając nawet Blackfield), jest dobry w pisaniu piosenek, ale z jakiegoś powodu ostatecznie się od tego dystansuje, jakby ze strachu. Jeżeli nie czytaliście tamtego tekstu, to przeczytajcie go teraz zanim będziecie kontynuować tę lekturę.

http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2016/08/guilty-guilty-pleasure.html

Nie mogłem wtedy wiedzieć, że niecały rok później Stefan wyda na singlu prawdopodobnie najbardziej popowy utwór od czasu Only Baby no-man i w dodatku zrobi to solo. Piąty album Wilsona generalnie kształtował się wtedy odrobinę inaczej. „4,5” miało niby stanowić połowę drogi między „Hand. Cannot. Erase”, a nowym solo, ale w rzeczywistości brzmi bardziej jak coś, co łączy HCE z poprzednimi płytami, a nawet Porcupine Tree. Na upartego My Book Of Regrets w skróconej wersji mógłby pasować do „To The Bone”, ale tez nie do końca.

Złośliwi twierdzą, że Stefan zrobił się nagle popowy, po podpisaniu kontraktu z Carolina International, ale moim zdaniem było raczej odwrotnie. Kształtował się materiał taki, a nie inny i SW zdecydował, że jest to właściwy moment, aby dołączyć do grona wykonawców reprezentowanych przez dużą wytwórnię, która pozwoli tej muzyce dotrzeć w świat i w pełni zrealizować jej komercyjny potencjał. I absolutnie nie piszę tego w negatywnym tonie. Stefan dostał budżetowy zastrzyk, co widać. Kiedy ostatni raz Bosy mógł sobie pozwolić na tyle teledysków? I to nie semaforowych bajek, czy animacji z kompa, ale prawdziwych klipów, w których się osobiście pojawił?

Wiele osób zarzuca Wilsonowi sprzedajność, ale zadajmy sobie pytanie, czy facet robi coś złego żeby rzucać w jego kierunku takimi oskarżeniami? Ja tak nie uważam.

Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, to na Bosego wywalono w ostatnich miesiącach stos gówna. Permanating podzielił fanów. Dawno już nie widziałem tak jadowitych komentarzy, zwłaszcza autorstwa progresywnych januszy, którzy ubliżali Wilsonowi w tak agresywny i wymyślny sposób, że nie warto było nawet wchodzić z nimi w dyskusję, bo czasami po prostu nie da się przebić betonu pod tytułem „fan rocka progresywnego”. Jak zwykle okazało się, że ci którzy powinni mieć muzyczne umysły najbardziej otwarte, zatrzasnęli je przy pierwszych dźwiękach nowego Stefana. Oczywiście, wcale nie uważam, że ta muzyka powinna się każdemu podobać. Byłbym wielce zaskoczony gdyby tak było. Śmieszy mnie po prostu, że te same osoby, które jeszcze parę lat temu pisały, że „SW powinien nagrywać, to co on chce i nie oglądać się na innych”, nagle wycofują pre-ordery i wypisują rzeczy w stylu „jak mogłeś odwrócić się od swoich fanów i muzyki, którą nagrywałeś? Sprzedałeś się.”. Mnie Stefan też nie zawsze rozpieszczał. „To The Bone” to też płyta bardziej przyzwoita niż bardzo dobra, ale to jest moja opinia, a to jest Steven Wilson – muzyk, który regularnie się zmienia. I zmienia się jego muzyka.

Tym samym, cieszę się, że Wilson w końcu pokazał jaja i wyrwał się z tej krępującej klatki, o której pisałem rok temu w „Guilty 'guilty pleasure'”. Pokazał, że jednak opinia i wymogi fanów nie są w stanie go powstrzymać. Permanating nie jest może zbyt oryginalny, bo jak sam przyznał Bosy, słychać tu bardzo mocno i jednoznacznie wpływy Abby (w zwrotce), Electric Light Orchestra (w pierwszym (?) refrenie) oraz (to już ode mnie) The Beatles i XTC (w drugim refrenie), ale jest to niesamowity wręcz powiew świeżości w jego dyskografii, coś czego autentycznie jeszcze nie robił. Jak niektórzy zauważyli, jest to pierwszy kawałek Wilson, do którego można tańczyć! Do tego ten teledysk z tancerkami bollywoodzkimi, w którym SW się uśmiecha!

Innym utworem, który lekko wstrząsnął środowiskiem fanów jest Song of I. Tym razem Stefan składa hołd Prince’owi i robi to doskonale. Ponownie, jest to kawałek w stylu w jakim do tej pory Wilson jeszcze nie grał (może siłą rzeczy w Sign O The Times, ale to było cover). Trochę elektroniki, trochę dziwacznej orkiestracji, trochę pseudo „r’n’b”. Zwróćcie uwagę jak on tu śpiewa. Jeśli mowa o wokalach, to z radością powitałem inny damski głos niż Ninete (która nadal mnie irytuje i nic na to nie poradzę). Sophie Hunger ma miły, delikatny i kobiecy głos. Bardzo mi się podoba ten wokalny ping-pong w wykonaniu jej i Bosego, bardziej niż Parias, który jest ok, ale czegoś mu brakuje. The Same Asylum As Before to miły powrót do brzmień z „In Abentia”. Miłe dla nostalgii, miłe dla ucha. Nie każdy taką „wtórność” polubi, ale mnie zrobiło się miło kiedy pierwszy raz ten kawałek usłyszałem i nadal mam do niego właśnie taki, pozytywny stosunek. Wspominam głównie single, bo to one się an tej płycie najbardziej wyróżniają. Stefan może nawet trochę przesadził wydając aż tak dużo utworów przed premierą (5 kawałków), ale może chciał wywołać trochę dymu i na pewno mu się to udało.
Bo „To The Bone” nie jest wcale aż tak inne od np. „HCE”. Permanating to rodzynek na tej płycie i trochę szkoda, bo jednak poza paroma kawałkami Stefan zagrał zachowawczo. Ostatecznie, każdy fan solowego Wilsona powinien tu znaleźć coś dla siebie. Są takie momenty na albumie (np. People Who Eat Darkness lub Detonation), które wydają mi się nagrane trochę na siłę, brakuje w nich czegoś, co by mnie ruszyło (zarówno moje popowe, jak i progresywne, eksperymentalne i psychodeliczne ciągoty). Dwa utwory - Nowhere Now i Song of Unborn – mogłyby w takim kształcie spokojnie trafić na płytę Blackfield, czego nie uważam za jakąś wadę, ale zaskakuje mnie trochę taki miszmasz, bo SW do tej pory starał się dystansować od pozostałych projektów, a na „To The Bone” mamy nawiązania do przynajmniej dwóch innych niż solo.

Mimo, że z płytą mam do czynienia od jakiegoś czasu (możecie mnie nazwać piratem, nie wytrzymałem do premiery), to nadal się z nią w pełni nie oswoiłem i nie potrafię jej do końca ocenić. Cały czas mam wrażenie, że coś mi umyka, że pewne utwory mają w sobie więcej niż słyszę. Może sam siebie oszukuję, ale nauczyłem się nie oceniać pochopnie nowej muzyki i mam na myśli zarówno ocenę negatywną, jak i pozytywną. Póki co jestem jednak bardziej nastawiony na plus. Swoją drogą, też tak macie, że wydaje Wam się jakby numery singlowe nie były z tej płyty? Ten model promocji jednak trochę zakrzywia poznawanie albumu.

Tak czy inaczej, może Steven przeczytał mój zeszłoroczny wpis i pomyślał, że faktycznie mam rację ;) Jakkolwiek nie było, dostaliśmy najbardziej piosenkowy album Wilsona od czasu, sam już nie wiem, „In Absentia” (jeśli już nie liczyć Blackfield)? Mnie pozostaje tylko dodać, że chciałbym aby Wilson następnym razem poszedł już na maksa droga w stylu Permanating, a jeżeli się boi, to lepiej niech zrobi coś zupełnie innego. „To The Bone”, to album dobry, ale bardzo niesprecyzowany stylistycznie. Z drugiej strony, Wilson zawsze wprowadzał takie nowinki w sposób ostrożny (tak jak elementy metalu w PT) i możliwe, że tak to u niego po prostu jest.

Nawiązując jeszcze do tytułu wpisu, mam wrażenie, że aktualnie za „guilty pleasure” będzie się uważało lubienie tej płyty. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie patrząc na recenzje z polskich portali internetowych.

                                   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz