czwartek, 22 grudnia 2016

Karma


Do napisania tekstu o zespole Karma, zbieram się praktycznie od początku istnienia tego bloga. Odkładałem to wielokrotnie, ale w grudniu częściej mam ochotę (zarówno muzycznie jak i w kontekście bloga) na wczesny etap działalności Wilsona, a zatem przeniesiemy się najdalej jak to możliwe. A nawet jeszcze dalej.

                                     


Początki początków początków

Steven Wilson urodził się 3 listopada 1967 roku. Kiedy powstawały pierwsze nagrania Porcupine Tree
i no-man miał około 20 lat. Dla części fanów, to właśnie tu zaczyna się kariera Stefana natomiast niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że Bosy grał muzykę dużo wcześniej (Podobnie jak Tim Bowness, który zaczynał na początku lat 80-tych). Prawdopodobnie pierwszym zespołem, którego Wilson był członkiem był heavy metalowy Paradox, który powstał w 1981 roku kiedy Stefan miał około 14-tu lat. Niewiele o nim wiadomo. Raczej mało prawdopodobne jest, że zespół nagrał jakiekolwiek demo, natomiast zagrał przynajmniej jeden koncert, który odbył się w szkole, do której członkowie chodzili. Oto co Wilson miał do powiedzenia na temat Paradox oraz wspomnianego występu:

"It would be the school disco at my secondary school and it was with my heavy metal group, Paradox. That was '81, I would have been 12 or 13 years old. I was the singer/guitar player and we were really influenced by the New Wave Of British Heavy Metal. We played for our school friends before a disco and they patiently endured listening to us do our thing…"

http://www.musicradar.com/news/guitars/one-for-the-road-steven-wilson-640346

Podejrzewam, że działalność Paradoxu zakończyła się niedługo po tym koncercie. W 1982 roku Wilson nawiązał współpracę z innymi młodymi muzykami, która zaowocowała powstaniem dwóch projektów. Pierwszy – syntezatorowy Altamont, Steven współtworzył wraz z Simonem Vockingsem (więcej o
Altamont napiszę przy okazji osobnego tekstu). Drugi – Karma, był już pełnym rockowym składem, który powstał na fali zamiłowania członków zespołu do muzyki progresywnej, głównie wybijającego się właśnie Marillion.
W skład Karmy wchodzili wtedy: Steven Wilson (wokal i gitara), Tom Dussek (syntezatory i instrumenty klawiszowe), Pete Rowe (bas) i Mark (lub Marc) Gordon (perkusja). Był jeszcze Alan Duffy. Tematu Duffy’ego nie będę teraz za bardzo rozwijał, bo nadaje się on bardziej na „Mysteries of Steven Wilson”. Ponoć, facet był założycielem Imaginary Records. Pisał teksty, które idealnie nadawały się dla młodego, neo-prog’owego zespołu. Jak dokładnie doszło do zapoznania się Alana z Wilsonem, tego nikt nie wie. Ostatecznie zaoferował on młodemu Stefanowi swoje teksty, a Wilson je przyjął i korzystał z nich aż do końca lat 80tych (najpierw w Karmie, potem w Porcupine Tree). Alan Duffy nigdy nie był formalnym członkiem żadnego zespołu Stevena Wilsona, ale według tego co napisano na okładkach kaset demo, był autorem wszystkich tekstów Karmy na pierwszej kasecie. Uzbrojeni lirycznie w bajki o smokach i elfach oraz muzycznie w coś co przypominało hybrydę wczesnego Marillion i trochę starszych zespołów prog-rockowych, Karma zaczęli grać koncerty.
Trzeba pamiętać, że to były jeszcze dzieciaki, z bardzo ograniczonymi możliwościami (głównie transportowymi). Z tego też powodu występy odbywały się w granicach hrabstwa Hertfordshire (sam zespół pochodził z Hemel Hempstead). Rok później, zespół był już dosyć ograny, a repertuar dopieszczony. Podjęto decyzję o nagraniu dema.

The Joke’s On You

                                     


Rejestracji utworów dokonano w październiku 1983 r. w The Close, które musiało być lokalnym studiem nagraniowym. Wynik tych sesji szybko trafił do obiegu w postaci kasety „The Joke’s On You”.
Pojawiły się na niej cztery kompozycje (trzy na stronie A i jedna na stronie B). Dwa pierwsze utwory (Intruder D’or i Tigers In The Rain), to typowe neo-progresywne kawałki (jak wszystko na tej kasecie) z przytłaczającymi ilościami nachalnych partii klawiszowych.

                                                  

                                                  


Kolejne dwa nie odbiegają zbytnio od tego schematu, ale są zdecydowanie bardziej atrakcyjne dla fana Stevena Wilsona ze względu na powiązania z Porcupine Tree. Zarówno Small Fish, jak i Nine Cats zostały potem nagrane na nowo i wydane na albumach Jeżodrzewia (odpowiednio na "Up The Downstair" i "On The Sunday of Life"). Zaprezentowane tu wersje Karmy, to ich bombastyczne i przeholowane wcielenia.

                                                  


Small Fish z kasety „The Joke’s On You” jest o dobre 2 minuty dłuższe. Rozpoczyna się dziwnym space rockowym intrem, po którym Stefan śpiewa obie zwrotki piosenki i gra gitarowe solo znane z wersji Porcupine Tree. Następnie wchodzą dwa segmenty, z których Stefan później zrezygnował. Pierwszy to solo na klawiszach, a drugi zarezerwowany jest dla sekcji rytmicznej. Kiedy Wilson reanimował Small Fish na początku lat 90-tych, przerzucił swoje solo tak aby znalazło się między dwiema zwrotkami i tak powstała wersja, którą znamy najlepiej.
O ile w tym wypadku sprawa wydaje się jeszcze w miarę prosta, to wszystko komplikuje się przy Nine Cats.
Wersja Karmy jest 3,5 razy dłuższa niż ta, którą znamy z „On The Sunday Of Life”. Kiedy pierwszy raz się z nią zetknąłem, to zastanawiałem się jakim cudem Stefan zostawił ostatecznie tylko 4 minuty z ponad 14-tu? Odpowiedź jest prostsza niż się wydaje. Wersja Porcupine Tree ma piosenkowy, niemal ogniskowy charakter, zresztą co będę pisał, znacie ten utwór na pamięć. To bardziej psychodeliczne, niż progresywne ujęcie „Nine Cats”. 14-tominutowy kolos Karmy zajmuje całą stronę B kasety „The Joke’s On You” i prawdopodobnie miał być dla niej tym, czym dla „Meddle” było Echoes. Utwór otwiera wstęp na „pianinie” (w rzeczywistości syntezatorze z bardzo tanim brzmieniem pianina), po czym wchodzi gitara wołająca sobą „Steve Rothery”. Wchodzi Stefan.. i śpiewa fragmenty tekstu, które nie trafiły do Jeżodrzewiowej wersji „Nine Cats” (te będą dużo później). Kłamię, w pewnym momencie Stefan śpiewa „sekretną” zwrotkę znaną z akustycznej wersji z „Insignificance”, no ale to jeszcze inna wersja. W tle panuje względny spokój. Około 3:50 utworu pojawia się fragment tekstu użyty później w utworze The Nostalgia Factory. Pokazuje to ciekawą rzecz. Być może Alan Duffy był autorem wielu tekstów na „On The Sunday Of Life”, ale to Wilson poskładał je sobie do kupy, tak jak mu pasowało. Jest to też jednak dowód na to, że te teksty (jak można było się domyślić) nie mają żadnego znaczenia i sensu. Można jest rozsiać po całej płycie w dowolnej kolejności i niczego to nie zmieni.

                                                       
                                                                                          (Nine Cats wchodzi w 16:36)


Wracając do Nine Cats. Około 5 minuty kończy się to, co chociaż w minimalnym stopniu przypominało utwór w formie jaką znamy najlepiej. Od tego momentu wchodzą
typowe prog segmenty, które nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że umieszczono je w jednym utworze. Nie brzmi to źle, ale trudno nie ulec wrażeniu, że trochę to wszystko na siłę „uprogresywnione”. W końcu, po 5 minutach cudów z kosmosu, powraca główny motyw i pojawia się pierwsza zwrotka z wersji Porcupine Tree. Drugiej niestety nie uświadczymy, widocznie była na innej kartce od Duffy’ego, której Wilson akurat nie miał przy sobie (lol). Nie szukajcie na tej kasecie tytułowego utworu, nie ma czegoś takiego jak „The Joke’s On You” w wersji Karmy. Wilson podwędził tylko tytuł dla Porcupine Tree.
W podziękowaniach w książeczce znalazł się między innymi zesp
ół Solstice, którego utwór Wilson zmiksował parę lat temu.

The Last Man To Laugh

                                                        


Trudno powiedzieć, co Karma dokładnie porabiała między 1983 r., a 1985 r., poza graniem koncertów oczywiście. Na pewnym etapie, z zespołem musiał pożegnać się Pete Rowe, ponieważ nie widnieje od na liście płac drugiej kasety demo, wydanej w 1985 r. „The Last Man To Laugh”. Dołączył za to (wspomniany przy okazji Altamont) Si Vockings. Nie zastąpił on jednak Petera na basie, ale grał na klawiszach, zatem od tego momentu Karma miała dwóch klawiszowców. Zadziwiające jest to, że mimo tego „The Last Man To Laugh” wydaje się być mniej zdominowany przez syntezatory, niż „The Joke’s On You”. Na kasecie znajdują się dwie dłuższe kompozycje. Pierwsza pt.: Where Is The End If There Is No Beginning? (prawie 10 minut), to dosyć typowy noe-progresyny utwór.
Rozpoczyna się fragmentem śpiewanym przez nieznaną wokalistkę, później mikrofon przejmuje Wilson, który gra tutaj na gitarze, prawdopodobnie basie i na flecie.
Druga nazywa się A Peace Of Earth And Good Swill To All Pigs (Part 1 and 2) (ponad 20 minut) i niewiele więcej mogę o niej napisać. Najlepiej sami posłuchajcie. Z pewnością godny podziwu jest poziom technicznych umiejętności członków zespołu Karma. „The Last Man To Laugh” to bardzo ambitny materiał, którym niestety zespół nie był w stanie odcisnąć swojego piętna w zalewie neo-progresywnych zespołów.


                                     


Co ciekawe, wszystkie teksty na tę kasetę demo napisał Steven Wilson. Całość nagrano w „The Close”. W obiegu krąży obecnie krótsza wersja tego wydawnictwa, oryginał zawierał na drugi stronie utwór Counterparts, który był po prostu zbieraniną remiksów i odrzutów z sesji, które dały życie zawartości strony A.

Chesham 1985

W 1985 r., zespół mocno koncertował. Uchował się zapis z jednego z tych występów, co uważam za niezwykłe szczęście. Dzięki temu możemy zbadać, jak zespół prezentował się na scenie. Karma musiała tamtego wieczora grać w charakterze supportu, bo ich set (zakładając, że jest pełny) trwa niecałe pół godziny. Odbył się on w Chesham, w lipcu 1985 r.

1. Check In At The St Berenice Ward
2. A Piece Of Earth And Good Swill To All Pigs (Part 2)
3. Night Whispers


Jak widać, grane był
y między innymi dwa utwory, które nie pojawiły się na obu kasetach demo. Publiczność składała się z garstki młodych ludzi, prawdopodobnie kolegów i koleżanek członków Karmy. Zespół brzmi w zasadzie tak jak na płytach zatem można śmiało uznać, że ich umiejętności nie ograniczały się tylko do bezpiecznych zakątków studia The Close. Nowe utwory zdradzają ciągoty do odrobiny prostszych, bardziej piosenkowych form. Możemy sobie tylko wyobrażać jak Karma mogła się rozwinąć gdyby działała dalej. Wilson rzuca parę zdań do publiczności, a ta odwzajemnia się serdecznym aplauzem i samotnym okrzykiem „Nine Cats!”, co pokazuje, że nie byli to przypadkowi ludzie. Niestety to wszystko co oferuje nam to nagranie. W czasie swojego istnienia, Karma zagrała ponoć do 40-tu koncertów, a jako że nie wypuszczali się zbyt daleko, to byli pewnie jednym z tych popularnych lokalnych zespołów, na których koncerty chodziło się ze znajomymi po zajęciach.

Zakończenie

Niestety, rok później zespół zakończył działalność. Powodów nie znam, ale podejrzewam, że członkowie zespołu po prostu skończyli szkołę i rozeszli się w różne strony. Tom i Mark dołączyli do zespołu The Odd Eccentric, natomiast Steven Wilson już rok później poznał Tima Bownessa i razem z nim rozpoczął trwającą do dziś przygodę pt. no-man.

Jak można zatem podsumować działalność pierwszego większego zespołu, w którym działał Steven Wilson? Myślę, że jako ciekawostkę. Karma była ewidentnie odpowiedzią na istniejący już, konkretny styl (a nawet konkretny zespół – Marillion). Członkowie dawali tutaj upust swoim aktualnym fascynacjom muzycznym i dobrze się przy tym bawili. Czy myśleli poważnie o zespole, czy była to tylko przygoda będąca odskocznią od szkoły? Trudno powiedzieć. Takich zespołów było w Anglii pełno, istniały po kilka lat i znikały. Karma wypłynęła po latach przede wszystkim ze względu na udział Stevena Wilsona i to, że na pierwszej kasecie znalazły się dwa utwory nagrane później jako Porcupine Tree. Muzycznie jest to dosyć ciężki orzech do zgryzienia, ale ma w sobie młodzieńczą energię i naiwność, które są domeną głównie takich wczesnych zabaw muzyków. Koneserzy prog-rocka z pewnością znajdą coś ciekawego dla siebie na dwóch wydanych kasetach „The Joke’s On You” i „The Last Man To Laugh”, natomiast fani Stevena Wilsona mogą usłyszeć jak ich bohater radził sobie na samym początku kariery. I trzeba przyznać, że radził sobie całkiem nieźle jak na nastolatka.

Na zakończenie mała ciekawostka. Swego czasu na starym międzynarodowym forum Porcupine Tree, wypowiadał się użytkownik o nicku
melvynmonkey, który twierdził, że bywał na próbach Karmy i znał się z członkami zespołu. Wspominał, że mieszkał w tym samym domu co Tom Dussek, w którym regularnie odbywały się próby zespołu oraz różnego rodzaju jam sessions, na które wpadał czasami Colin Edwin. Z jego opowieści wynika, że znajomość tej grupki przetrwała do drugiej połowy lat 80-tych, kiedy to Wilson chwalił się stworzeniem nieistniejącego zespołu (Porcupine Tree). Możecie o tym poczytać tutaj:

http://archive.porcupinetreeforum.com/YaBB.pl?num=1319823457

Trudno mi ocenić, czy ten człowiek pisał prawdę, czy nie, zresztą dużo tego nie ma. Podejrzewam, że tak rzeczywiście mogło być. Ot kolejna ciekawostka w gąszczu ciekawostek. Jeszcze jedna? Steven utrzymał kontakt z Markiem Gordonem, który wiele lat później pomógł mu podrasować studio cyfrowym osprzętem.

poniedziałek, 28 listopada 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.5: Bootlegi.


Jak na względnie krótką trasę, to wybór bootlegów jest dosyć przyzwoity. Pierwsze dwa koncerty (Poznań 20.10.2011 r. i Kraków 21.10.2011 r.) nagrywałem sam i jak dotąd nie słyszałem żadnych innych rejestracji tych występów. Jakość tych bootlegów jest średnia, sprzęt był nowy, a ja cały czas eksperymentowałem z ustawieniami i wyszło jak wyszło. Inna sprawa, że miałem swoje 5 minut fejmu kiedy udostępniłem te nagrania na Demonoid, w końcu to były pierwsze solowe występy Stefana w ogóle i sporo osób czekało na te bootlegi jak dzieci na Wigilię. Jako, że nie ma żadnych substytutów, to nieskromnie polecam moje nagrania jako jedyną pamiątkę scenicznego debiutu Stefana solo na małej i dużej scenie. Jeżeli ktoś posiada alternatywne bootlegi, to proszę o kontakt.

        

Niemcy nie dali ciała. Z czterech koncertów jakie SW zagrał u nich w 2011 r, posiadam trzy bootlegi z dwóch koncertów (Monachium 23.10.2011 r. i Hamburg 28.11.2011 r., z czego Monachium nagrały dwie osoby). Każde z tych nagrań ma swoje wady i zalety, ale generalnie są miłe dla ucha.

                                              

Równie dobra jest rejestracja z koncertu w Londynie (31.10.2011 r.). Jest to ostatni koncert zagrany w oryginalnym składzie solo bandu (z Azizem Ibrahimem) więc warto go mieć.
Następne dwa bootlegi również są swego rodzaju rarytasami, bo to jedyne nagrania z Amerykańsko/Kanadyjskiej części trasy jakie posiadam (i być może jedyne dostępne w szerszym obiegu). W skrócie, to jedyne bootlegi, na których możemy usłyszeć Johna Wesleya. Każdy gitarzysta, który był członkiem zespołu Stefana miał trochę inne podejście do tych samych utworów i fajnie jest porównać, to jak te kawałki się ze względu na to zmieniały. Wes, tak jak pisałem już wcześniej, doskonale dawał radę. Do słuchania mamy Boston (13.11.2011 r.) i Montreal (15.11.2011 r.). Oba bootlegi są bardzo przyzwoitej jakości. Wiem, że te opisy wyglądają tak samo, ale taka była ta trasa. Na tym etapie zmian w setliście nie było, zachowanie Wilsona było praktycznie identyczne każdego wieczora, a jakość bootlegów wyjątkowo równa.

                                              

Rok 2012 przynosi pewne zmiany. Po pierwsze, mamy tu pierwszą transmisję radiową z koncertu SW. I to nie jakieś fragmenty, ale całość (ok, brakuje akustycznych kawałków PT). Radiowym rodzynkiem jest występ z Santiago (18.04.2012 r.). Niestety mimo że była to profesjonalna transmisja, to samo nagranie brzmi trochę mniej pro. Jest przesterowane, momentami ostro trzeszczy, przypomina trochę tego typu nagrania z lat 90tych. Nie ma jednak co marudzić, bo to jedyny broadcast z całej trasy i do czasu wydania dvd „Get All You Deserve”, to było jedyne pełne profesjonalne nagranie z solo koncertów, nie wspominając o obecności nowego kawałka (Luminol). Pozostały jeszcze dwa bootlegi, Tilburg (2.05.2012 r.) oraz drugi Londyn (15.05.2012 r.).
Zwłaszcza ten drugi wart jest uwagi, bo zawiera wykonanie utworu „Insurgentes”. Niektóre kawałki trochę się pozmieniały, nie tylko ze względu na kolejną zmianę na miejscu gitarzysty (Niko Tsonev), ale też ze względu na zdecydowanie śmielsze działania zespołu. Np. panowie zorientowali się, że solo Beggsa w „No Part Of Me” jest trudne do odtworzenia na żywo tak żeby ktokolwiek coś z tego usłyszał. Adam Holzman dołożył więc w tym miejscu solo na moogu. Pojawiło się jeszcze kilka naprawdę drobnych zmian, ale był one ograniczone ze względu na to, że każdy utwór był idealnie dopasowany do projekcji (co zawsze uważałem za koszmarnie ograniczające).

                                                          

I to tyle. Na jesieni 2012 r. otrzymaliśmy z tej trasy oficjalne dvd. Zawsze uważałem, że Stevena Wilsona lepiej się słucha niż ogląda (może z wyjątkiem „Anesthetize”, które jest doskonałe pod każdym względem). Niestety, najbardziej odczułem to oglądając „Get All You Deserve”. O ile muzyka jest świetna, to oglądanie Stefana machającego rękami jak pajac i czarującego dłońmi jak Harry Potter, nie stanowi dla mnie źródła przyjemności, raczej zażenowania. Z Wilsona zrobił się taki Piotr Rogucki angielskiego prog-rocka, niektórym to się pewnie podoba, ale ja wolałem kiedy miał łapy przyklejone do gitary i nie mógł sobie folgować. Szczytem było czołganie się po ziemi w trakcie „Index” w 2013 r., ale do tego dojdziemy przy okazji TEJ trasy (niecierpliwym polecam wideo Index z Lorelay z 2013 r.).

Tak czy inaczej, po przeczytaniu serii tekstów o „Grace For Drowning Tour” (An Evening With Steven Wilson), powinniście wiedzieć już całkiem sporo o tym jak to wyglądało i jakie pamiątki z tego zostały.

To była ciekawa trasa. Najkrótsza w Stefana solowej karierze, ale w tym czasie zdążył dwukrotnie zmienić gitarzystę, dorzucić Amerykę południową i niespodziewany drugi europejski leg.
Zagrał niewiele ponad 40 koncertów (obecnie kończy trasę, która zawiera ponad 150 dat), ale to fantastyczne koncerty. Jeżeli chodzi o solowe wyczyny Wilsona, to czeka nas teraz trasa Raven, ale to już w przyszłym roku. Na ten rok zaplanowałem jeszcze kilka tekstów, ale na razie chichosza.

piątek, 18 listopada 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.4: Reszta świata.


                                                  


Jak wypadła reszta trasy? Europejskie odnóże nie odznaczyło się żadną zmianą w żelaźnie przećwiczonej setliście. W zasadzie można założyć, że każdy z tych koncertów był identyczny, ale nie można mieć o to do Stefana pretensji, to była premierowa trasa solo i raczej każdy chciał zobaczyć to samo, bo widział to po raz pierwszy.
Z tego co mi wiadomo, to każdy koncert był rejestrowany. Po europejskim objeździe pojawiło się na soundcloudzie Bosego kilka nagrań z Londynu: Sectarian, No Part of Me, Index i Deform to Form A Star. Londyn (31.10.2011) był ostatnim przystankiem w Europie, na 8-mego listopada zespół był już zaklepany na rozpoczęcie amerykańskiego odnóża na Florydzie. Niestety stała się rzecz dosyć niespodziewana. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie, ale prawdopodobnie jeszcze w trakcie objazdu po Europie dotarła do solo bandu informacja, że Aziz nie dostanie wizy do USA.

                                             

Powody nie był tak oczywiste jak się wydaje. Aziz urodził się w Wielkiej Brytanii i nie było praktycznie żadnego powodu, aby nie dać mu wizy, zwłaszcza w momencie kiedy wiadomo było, że przyjeżdża tam jako muzyk, który ma zakontraktowane koncerty. Dodam jeszcze, że Aziz nie jest pierwszym z brzegu gitarzystą, odbywał już trasy z takimi zespołami jak Simply Red, czy The Stone Roses. Przykrym finałem całej sprawy było to, że Ibrahim otrzymał w końcu wizę, ale było to w momencie kiedy trasa właśnie startowała (o czym opowiadał swego czasu jego przyjaciel, Steve Hogarth z Marillion). Przepadek? Tym samym, Aziz został wyeliminowany (jak się okazało, na stałe) z pozycji gitarzysty w solo bandzie Stevena Wilsona. Kto zatem przybył na ratunek?
W tamtym czasie opcja była tylko jedna i na szczęście Stefan z niej skorzystał. Oczywiście zgłosił się do Johna „Wesa” Wesleya, który mimo tego, że był zajęty nagrywaniem nowej płyty (Disconnect), zgodził się. A czasu na opanowanie monstrualnego materiału miał niewiele. Tak sytuację opisał Wes kiedy wrócił do domu pod koniec listopada:

A couple of weeks ago, I received word that Aziz Ibrahim, the touring guitarist in the Steve Wilson solo band, had an issue with a work visa right before the start of the planned North American tour. I was then asked to step in for the Grace for Drowning North American tour. After some serious work learning an almost two hour set, I did the first show in Orlando, then hit Baltimore, had stunning gigs in NYC, Philly, Boston at the Berklee Performing Arts Center, Montreal, Toronto, and the big finale in Chicago at the Legendary Park West. The band was a simply stunning array of musicians — Marco Minneman (drums), Nick Beggs (bass), Theo Travis (saxophone & flute)  and Adam Holzman (keyboard) — it was an incredible set of shows.

                                               

                                       

Z tego co pamiętam, Wes miał niewiele ponad tydzień na nauczenie się wszystkiego i raptem jedną próbę z całym zespołem. Niewielu gitarzystów by się czegoś takiego podjęło, ale Wes dał radę. Wszystkie zaplanowane koncerty w USA i w Kanadzie odbyły się bez przeszkód. Setlista nie uległa zmianie, ale to raczej oczywiste. Jeszcze przed amerykańskim odnóżem, kiedy Stefan wyjaśniał na fb sytuację z odejściem Aziza i dołączeniem Wesa, zawarł również ciekawą informację.


now we can look into the possibility of touring again early next year in order to play some of the places we missed out this time around. On a less positive note, some of you may have heard that the guitar player in the band, Aziz Ibrahim, was refused a work visa to tour the US, but the good news is that my old buddy John Wesley has agreed to step in to cover for Aziz during the forthcoming USA and Canada shows.

Przed Poznaniem, Stefan absolutnie nie wychylał się z planami występów solo poza koncert w Chicago, który kończył trasę po USA i Kanadzie, ale już po Europie miał parcie, aby ciągnąć wóz dalej. Kiedy jednak wrócił do domu pod koniec listopada i podliczył hajs w portfelu, to okazało się, że piszczy tam biedą i nie ma jak opłacić kolejnych występów. Na tym etapie SW dopłacał do tego by móc grać solo koncerty. Obecnie na tym zarabia (lub jak twierdzi, wychodzi na zero, bo ciągle ładuje w swoje koncerty więcej kasy żeby były większe, głośniejsze, itd.), ale wtedy sytuacja przypominała tę, w której znalazło się Porcupine Tree w 2000 roku kiedy chcieli pojechać w trasę jako support Dream Theater (niezależnie od tego co się sądzi o DT, to propozycja była dosyć lukratywna), ale nie było ich stać. SW skompilował wtedy Recordings, dzięki sprzedaży którego udało się zebrać odpowiednią ilość kasy, a sama płyta do dziś jest zdaniem fanów jednym z najwybitniejszych dzieł PT. Takie patenty nie rdzewieją, zatem Stefan zrobił dokładnie to samo i zdecydował się wydać obszerne fragmenty koncertu w Londynie na płycie CD zatytułowanej Catalogue. Preserve. Amass. Oprócz dostępnych już wcześniej Index, Deform To Form A Star, No Part Of Me i Secatrian, Wilson dorzucił No Twilight…, Veneno Para Las Hadas i całego Raidera II. Całość (70 minut muzyki) została opatrzona ładną okładką, a wydawnictwo było limitowane do 3.000 sztuk. Sprzedaż rozpoczęła się w marcu 2012 r., oczywiście wszystkie kopie szybko się rozeszły, co tez napełniło Bosemu świnkę skarbonkę podpisaną „2012 solo tour”. Brawo, Stefan.
W kwietniu, z okazji Record Store Day, sprzedano jeszcze 2.000 wytłoczonych na tę okazję winyli Catalogue. Preserve. Amass. One też zniknęły z prędkością światła.

                                              

Wilson musiał wiedzieć, że zbiórka wypali, bo kolejne daty koncertów zostały zaplanowane już na kwiecień. Trzecie odnóże miało miejsce ponownie w Ameryce, ale nie tylko w USA. Setlsita nie uległa zasadniczo zmianie, pojawił się jednak jeden nowy solowy numer – Luminol (przez jakiś czas uznawany za Luminal, dopóki SW nie przeliterował tytułu w wywiadzie). Zmiana nastąpiła tez znowu na miejscu gitarzysty. Tym razem za wiosło chwycił Niko Tsonev, doskonały muzyk z Bułgarii.

                                     

Niestety wraz z koncertem w Hollywood, setlista zaczęła się kurczyć. Padło na mój ulubiony solowy kawałek Wilsona – Veneno Para Las Hadas. Najwyraźniej Amerykanie zbyt szeroko ziewali na wolniejszych kawałkach i coś trzeba było obciąć.
12-tego kwietnia, zespół zajechał do Meksyku (pierwszy raz Stefana w tych rejonach) i zagrał mini koncert w En Plaza Condesa.

01. Even Less
02. Deform To Form A Star
03. Postcard
04. No Twilight Within The Courts Of The Sun


Następnego dnia, zagrano już prawdziwy, pełny set w Teatro Metropolitan. Z okazji tego, że występ był filmowany z myślą o wydaniu dvd (pod tytułem Get All You Deserve we wrześniu 2012 r.), powróciło Veneno Para Las Hadas. Kolejne koncerty były pod względu setu dosyć dziwaczne. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem listę z Wenezueli (15tego kwietnia), to byłem trochę zmieszany.
Ponownie wypadło Venono, natomiast publiczność otrzymała po Get All You Deserve bis niespodziankę… w postaci dwóch utworów Porcupine Tree. Zagranych przez Stefana solo solo, na akustyku, był to Even Less i Trains.

                                                   

Po tym jak Wilson odgrażał się co do repertuaru w 2011 r., było to dosyć zaskakujące, ale ostatecznie zrozumiałe. Fani z tamtych rejonów nigdy nie mieli okazji zobaczyć Porcupine Tree przez całe 17 lat jakie ten zespół spędził w trasie. Bosy był zobligowany żeby dać tym ludziom chociaż cząstkę Jeżodrzewia. Koncert w Santiago, Chile (17-tego kwietnia) prezentował się tak samo, zaś następny (18-tego kwietnia), również w Santiago, zawierał dwie zmiany. Zamiast Even Less, na bis SW zagrał Lazarusa, a w głównym secie Veneno Para Las Hadas wymieniło Like Dust I Have Cleared From My Eye. Od tamtej pory, Veneno nie powróciło już na koncertach SW. Drugi koncert w Chile był transmitowany wtedy w lokalnym radiu, to pierwszy taki przypadek na trasie solowej Stefana. Pozostały koncerty w Argentynie i Brazylii wyglądało tak samo.
Występem, który odbył się 25-tego kwietnia w Szwecji Wilson oficjalnie rozpoczął czwarty leg pierwszej solowej trasy triumfalnie powracając do Europy. Set nie uległ żadnym zmianom, z wyjątkiem tego, że ekstra bis z utworami PT się ulotnił.
Trzeba było czekać do koncertu w Paryżu (4tego maja) aby objawiła się jedyna na tej trasie, w miarę spontaniczna zmiana (nie licząc mikro setu PT). Like Dust I Heave Cleared From My Eye wypadło, a w jego miejsce pojawiło się znienacka Insurgentes.

                                     


Planowo zmiana miała być jednorazowa (z jakiegoś powodu), ale wyszło tak dobrze, że Wislon postanowił grać ten utwór dalej. Like Dust I Heave Cleared From My Eye powróciło jeszcze tylko podczas występów we Włoszech i jak dotąd nie powróciło. Ostatni koncert całej trasy promującej Grace for Drowning odbył się w Londynie, w Shepard’s Bush Empire (w tym samym miejscu gdzie w 2011 r. nagrano Catalogue. Preserve, Amass i gdzie w 2001 roku Porcupine Tree nagrali nigdy nie wydany koncert, o którym pisałem w pierwszym wpisie tego bloga). Setlista składała się ze standardowego zestawu 13-tu utworów. W stosunku do początku w Poznaniu, wyleciało Veneno Para Las Hadas (poniekąd zastąpione przez Luminol) oraz Like Dust I Heave Cleared From My Eye (zastąpione przez Insurgentes). Tak tez zakończyła się pierwsza solowa trasa Stevena Wilsona, trasa która miała trwać tylko dwa miesiące, która miała być tylko na chwilę pomiędzy jednym, a drugim turnusem Porcupine Tree, a której kontynuacje ciągną się ostatecznie niemal nieprzerwanie po dziś dzień. Mimo skromnego (w porównaniu do kolejnych tras) repertuaru, była to moim zdaniem najciekawsza solowa trasa Stefana.

Między październikiem 2011, a majem 2012, Steven Wilson zagrał 18 utworów:

6 utworów z "Insurgentes"
8 utworów z "Grace for Drowning"
1 utwór z "The Raven That Refused To Sing (and other stories)"
3 utwory Porcupine Tree (Lazarus, Trains oraz Even Less)


W następnej części będzie o bootlegach z tej trasy, trochę ich było!

piątek, 21 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.3: Kraków.



Koncert w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy, był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć. Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat, czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię. Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).

         

Kiedy staliśmy pod sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby publiczność.
Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.

         

Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.

Stefan trochę się wyluzował, zagadywał publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty, jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych, które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że tamte koncerty były najlepsze.


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.


                   
                                                                                                                                
                                                              

Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.

I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D
Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszował w internecie i myślami był na kolejnym koncercie.

Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.

Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.



                                                 

czwartek, 20 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.2: Poznań.




Turnus rozpoczynał się dwoma koncertami w Polsce. To były pierwsze koncerty na trasie, ale też pierwsze koncerty solowe Stefana w ogóle. Spekulacje dotyczące setlisty nie miały końca, mimo że pula utworów była ograniczona do Insurgentes i Grace for Drowning (typowano też utwory z CV).
Największym pytaniem jakie się wtedy nasuwało na myśl było – czy zagra Raidera II?
Wszystko związane z tymi koncertami było owiane tajemnicą, co było naprawdę odświeżające w przypadku SW. Bosy wcześniej zapowiedział, że odgrywany będzie tylko materiał solo, żadnego Porcupine Tree, Blackfield, itd., co cieszyło.

20tego października pojawiłem się w Poznaniu gotowy na niespodziewane. Niestety Stefan (nieświadomie) spalił kilka niespodzianek ludziom, którzy przyszli godzinę wcześniej aby zająć dobre miejsca pod sceną. Nie było nas dużo, ale słyszeliśmy obszerny fragment próby, w tym Raidera II i Get All You Deserve. Koło wejścia kręcił się Nick Beggs. Kiedy wpuszczono ludzi do środka, można było zaobserwować pierwsze „atrakcje” wieczoru.
Słynna szmata wisiała już dumnie zasłaniając scenę. Eskulap to mały klub (przynajmniej w porównaniu z Halą Wisły), a spod sceny już kompletnie nie widziałem tego, że na szmacie wyświetlany jest film. Koncert był niejako reklamowany jako rozgrzewkowy, wszystko było nowe zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Z głośników leciało Bass Communion, utwór z Cenotaph, którego jeszcze nikt nie znał (płyta miała być dostępna na trasie, ale spóźniono się z wydaniem).


        

Muszę przyznać, że trik działał, atmosfera była rzeczywiście mistyczna, a oczekiwania puchły coraz bardziej. W końcu na scenę zaczęli wchodzić muzycy. Najpierw Marco Minneman, który zaczął wybijać rytm No Twilight In The Court of The Sun. Dopiero kiedy Nick Beggs wszedł i zaczął grać swój motyw, poznałem co to za utwór. Następnie, w odpowiednich odstępach, pojawili się Adam Holzman, Aziz Ibrahim i Theo Travis. Na końcu wyszedł Steven Wilson.
Przyznam, że kiedy jeszcze dwa lata wcześniej wyobrażałem sobie ewentualne koncerty Stefana, to zawsze wyobrażałem sobie jak gra ten utwór. I dalej poszło już z górki. Koncert był rzeczywiście pełen ciekawych, świeżych jak na Wilsona elementów. Zniekształcony głos podczas zapowiedzi Index, robił wrażenie (na kolejnej trasie już dużo mniej, zwłaszcza, że Bosy za bardzo się rozgadywał tym niskim głosem i wychodziło śmiesznie, a nie klimatycznie). Pamiętam, że nie do końca byłem pewien, czy to co słyszałem faktycznie słyszałem, czy nie. Wszystko było zaskoczeniem. Po kilku kawałkach zacząłem się zastanawiać, czy ta szmata będzie wisiała przez cały koncert. Chwilę później już jej nie było, spadła w trakcie Sectariana (co stało się potem tradycją, również trochę zbyt wymaglowaną by robiła takie same wrażenie). Aziz Ibrahim miał na palcach migające lasery, co wyglądało dosyć fajnie (zwłaszcza kiedy jeszcze wisiała szmata).

                                    
                                    

Projekcje Lasse’go nie były zbyt dobrze widoczne (jednak Eskulapowa scena jest mikroskopijna w porównaniu, do tych, na których Stefan grał w przyszłości), ale były w porządku. Nie przekraczały pewnej granicy (tak jak zbyt absorbujące filmy z trasy HCE), były dobrym dopełnieniem tego co działo się na scenie i nie odwracały uwagi od muzyków.
Skład robił wtedy wrażenie. Zwłaszcza muszę tutaj wyróżnić dwie osoby. Po pierwsze, Theo Travis, który wniósł do koncertu z udziałem Stefana nieobecne dotychczas instrumentarium (nie licząc jednego gościnnego występu w 1997 r.), zrobił olbrzymią różnicę w brzmieniu. Do dziś uważam, że to najlepszy muzyk jakiego Stefan kiedykolwiek miał u siebie w solo bandzie.

                                     

Drugą osobą jest Aziz Ibrahim. Niech mi nikt nie próbuje wcisnąć, że Guthrie Govan jest lepszym gitarzystą. Aziz okazał się mieć niesamowite wręcz wyczucie, a oryginalne, pobrzmiewające bliskim wschodem wstawki (np. solo w Abandonerze) dodały tylko kolorytu. Tym bardziej przykro mi, że pożegnał się on ze składem w dosyć kretyńskich okolicznościach (o czym będzie później).

                                                   

Raider II został zagrany. Już samo to wydawało się wtedy czymś trudnym do osiągnięcia. No i zakończenie – Get All You Deserve – nie tyle ze względu na sam utwór, ale ten moment kiedy SW zniknął na chwilę ze sceny i wrócił w masce przeciwgazowej. Niby nic, niby pierdoła, ale był to akcent, o który by się Stefana wcześniej nie podejrzewało. Niestety z solowej trasy na solową trasę takich smaczków jest coraz mniej.

                                                    

Oczywiście, nie było tak teatralnie jak niektórzy sobie wyobrażali, ale właśnie. Czego tak naprawdę oczekiwaliśmy? Trudno powiedzieć, ale kiedy człowiek zaczyna sobie wymyślać, to nikt nie jest w stanie tym wyobrażeniom sprostać. Żadna strona nie jest tu winna.

Przyznam, że nawet cieszę się, że Stefana aż tak nie poniosło, bo łatwo tu było przekroczyć granicę kiczu. Po tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki Get All You Deserve, pojawiły się „napisy końcowe”, w których wymieni zostali wszyscy obecni na scenie muzycy. Z głośników powoli zaczęło sączyć się Bass Communion (tym razem Litany) i w takiej, nadal elektryzującej atmosferze opuszczaliśmy Eskulap. Do dziś uważam ten i Krakowski koncert za najlepsze solowe występy jakie Stefan u nas zagrał. Oczywiście, nie obyło się w Poznaniu bez wpadek, w końcu to był warm-up show. Muzykom zdarzały się pomyłki, a podczas Veneno Para Las Hadas Wilsonowi wysiadł laptop, który trzeba było zresetować, co przedłużyło środkową część utworu o jakąś minutę. Bosy wpadł w panikę, miotał się przy kompie jak oparzony i machał tylko ręką do pozostałych muzyków, aby grali dalej kończącą się właśnie sekcję. To są rzeczy, które dla nas były super (ostatecznie utwór był grany dłużej, a nic innego złego się nie stało), ale Stefan ewidentnie zesrał się w majty.
W tym wszystkim było jednak coś wyjątkowego. To był pierwszy solowy koncert Wilsona, atmosfera na scenie była z początku dosyć napięta, ale publiczność pokazała Stevenowi, że to wszystko działa, że jest dobrze. I nerwy puściły.
Wilson wielokrotnie wspominał potem ten koncert z wielką nostalgią. To był dla niego definitywny moment kiedy zrozumiał, że to wszystko wypaliło, a w perspektywie może wypalić jeszcze więcej.
Kwestia jest słodko gorzka, ponieważ był to też moment, w którym Wilson zrozumiał, że nie potrzebuje już Porcupine Tree. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale oklaskując gorąco Stefana w Eskulapie, ścinaliśmy Jeżodrzewie. Oczywiście piszę to pół żartem pół serio, ale ostatecznie stało się jak się stało.


                                                    


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Jutro będzie parę słów o Krakowie!

piątek, 14 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.1: Koncert zmyślony.



Chciałabym żeby Stefan pojechał w trasę ze swoimi solowymi utworami” - powiedziała mi znajoma na koncercie Porcupine Tree we Wrocławiu w 2009 r. Wtedy, to była naprawdę ekscytująca perspektywa.

Insurgentes podobało się praktycznie wszystkim, a formuła koncertowa PT wydawała się wtedy już lekko zmęczona. Różnie sobie w tamtym czasie wyobrażałem potencjalne solowe koncerty SW. Głównie tworzył mi się obraz małych, intymnych koncertów, w małych salach, na siedząco, itd. To co w 2009 r. wydawało się ekscytujące, dziś jest już dawno spowszedniałą codziennością, której sporo osób ma już trochę dosyć. Zanim jednak część z nas zaczęła rzygać solowym Wilsonem był moment, w którym wszyscy oczekiwali mitycznej solowej trasy. Pierwsze wzmianki na ten temat zaczęły pojawiać się jeszcze w 2010 r., który z punktu widzenia wydawniczego był dla fanów Wilsona rokiem wznowień (Recordings, IEM, itd.).

                                                 

Jedyną nowością okazał się być utwór Home in Negative, który miło nastrajał na zbliżający się drugi solowy album Stefana. Pod koniec roku było wiadomo, że w 2011 r. wyjdą dwie nowe płyty z udziałem SW – Blackfield III (później ochrzczone Welcome To My DNA) oraz wspomniana druga solówka. O ile trasa związana z tym pierwszym wydarzeniem była wtedy dosyć oczywista (co jest ironiczne z dzisiejszej perspektywy), to o ewentualnej trasie promującej drugie solo mówiono bardzo nieśmiało. Stefan trochę przedwcześnie puścił info o wstępnych planach w świat (jeszcze w okolicach specjalnych koncertów Porcupine Tree), a potem zaczął się z tego wycofywać twierdząc, że chęci chęciami, ale nie wie w jaki sposób mógłby taki turnus sfinansować.
Jeszcze w kwietniu 2011 r. podczas trasy Blackfield, SW nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy to się uda (mimo, że solowy album miał już tytuł i datę wydania).
W końcu, na początku lipca, oficjalnie ogłoszono, że trasa się odbędzie, ujawniono skład zespołu oraz opublikowano wstępną listę koncertów. Na tym etapie, pierwszy solowy zespół Stevena Wilsona składał się z: Marco Minnemana na perkusji, Nicka Beggsa na basie, Aziza Ibrahima na gitarze, Gary’ego Husbanda na klawiszach i Theo Travisa na klarnecie, flecie i saksofonie.
Jak widać na obrazku, trasa rozpoczynała się w Krakowie 21szego października 2011 r.

                                       


26tego sierpnia Stefanowe strony ogłosiły: „Ticket sales for the show in Krakow, Poland have been going so well that an additional "warm up" show has been added the night before in Poznan at Klub Eskulap. Tickets will be on sale from Monday„. Stefan utyskiwał też, że nie może niestety pojechać wszędzie gdzie by chciał, bo go nie stać na 6cio miesięczną trasę. Stoi to w dosyć jaskrawym kontraście, z kończącą się za kilka miesięcy Hand Cannot Erase Tour, która trwa od kwietnia 2015 roku.

W międzyczasie, doszło do małego wyłamu w składzie. Z powodów zdrowotnych musiał się wycofać Gary Husband. Adam Holzman wspomina, że pod koniec sierpnia zadzwonił do niego znajomy dając cynk, że Wilson w panice szuka klawiszowca na trasę. Holzman, fan Porcupine Tree, od razu skontaktował się ze Stefanem będąc gotowym rzucić wszystko żeby być w składzie solo bandu. SW zatrudnił go przez telefon. Ponoć zadecydowało to, że za Adama poręczył Jordan Rudess. O zmianie w składzie, SW poinformował na Facebook’u dopiero 15tego października więc niecały tydzień przed rozpoczęciem trasy.

Zanim przejdę do faktycznego startu Grace for Drowning Tour, lub jak to wtedy reklamowano An Evening With Steven Wilson, muszę napisać parę słów, o tym co się przed tym wydarzeniem działo w świecie fanów. A trzeba zaznaczyć, że wokół trasy (oczywiście zanim się rozpoczęła) narosło więcej mitów niż w kwestii Terumi. Sam Stefan podsycał atmosferę i napędzał wyobraźnię fanów enigmatycznymi wypowiedziami na fejsie, w stylu:

To present the kind of show we are planning, we do need the whole stage for the whole evening - can't tell you much more at the moment

Wilson wspominał również tu i tam, że nie będzie supportu ze względu na to, że „spektakl” rozpocznie się jeszcze przed właściwym koncertem, jak i będzie trwał już po występie. Oświadczył też, że muzyka Bass Communion będzie odgrywała ważną rolę podczas koncertów, i że będą to pierwsze jego występy, podczas których wykorzystany będzie system kwadrofoniczny.
Ok, z obecnej perspektywy nie można Stefanowi zarzucić, że mówił o czymś, co ostatecznie nie zostało zrealizowane. Rzecz w tym, że wyobraźnia fanów (w tym moja) poszła znacznie dalej. Nie tylko ja wyobrażałem sobie jakieś specjalne atrakcje zahaczające o koncerty Hawkwind.
Mit rósł za mitem, trasa nabierała mistycznego charakteru, jakbyśmy nie wiadomo czego mieli na niej doświadczyć. Teraz już wiemy co to było, i że ten obraz został mocno zakrzywiony i wyolbrzymiony. Ale po kolej. W kolejnym 'odcinku' napiszę o koncercie w Poznaniu. Tekst zostanie opublikowany w piątą rocznicę tego występu (a następnego dnia będzie Kraków).

czwartek, 11 sierpnia 2016

Guilty 'guilty pleasure'.




Podczas niedawnego live q+a, Stefan przyznał, że nie umie pisać dobrych popowych piosenek. Kłamał.

Być może nie z premedytacją, ale poprzedzający tę wypowiedź wywód, w którym Wilson tłumaczył się z prób podbicia świata muzyki popularnej pierwszą płytą no-man, dobitnie pokazuje, że Stefan ma problem z wzięciem na klatę tego, że był w stanie osiągnąć sukces na tym polu. To temat, który był już podejmowany przeze mnie w przeszłości, ale nigdy w formie większej niż pojedynczy akapit.
Od dawna zastanawia mnie, co sprawia, że tak bezpośredni i silny w swoich przekonaniach muzyk, robi się cały czerwony kiedy ktoś zaczyna przypisywać mu talent do pisania piosenek. Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że wielu słuchaczy opiera swoje wyobrażenie ‘piosenki’ na zawartości playlisty komercyjnych stacji radiowych.
Wpływ środowiska bywa okrutny, ale nie chce mi się wierzyć, że Wilson nagle zaczął się przejmować opinią innych. To on sam nie do końca potrafi się zdecydować, czy czuje się komfortowo jako wykonawca popowy.
Część fanów tak zwanej muzyki progresywnej wielokrotnie utyskiwała nad TĄ stroną twórczości Wilsona. Dla tej grupy dyskografia no-man zaczyna się od Returning Jesus, a takie rzeczy jak Blackfield, w ogóle nie są traktowane poważnie. Wiele osób uważa, że Wilson traci czas pisząc krótkie melodyjne piosenki, a wszystko to co nie jest wielosegmentowym, kompleksowym, długim i w 70% instrumentalnym utworem, nie jest warte uwagi. Umyślnie przejaskrawiam ten obraz, chociaż takie opinie słyszałem przechadzając się wśród ludzi na prog festiwalach. Tymczasem opinia samego twórcy wydaje się cały czas balansować na linii „tak – nie”. Wilson nieraz przyznawał, że uwielbia formułę piosenkową, a muzyka pop nie jest mu obca. Wielokrotnie wypowiadane słowa uznania dla, między innymi, Abby, zawsze wypowiadane były z szerokim uśmiechem na twarzy.
Po wydaniu Grace For Drowning, SW przyznał, że kiedyś nie zdecydowałby się na takie, lekko kiczowate rozwiązania jak chórek na końcu Postcard, ale dorósł do tego żeby się tym nie przejmować.
Czasami jednak coś się Stefanowi przełącza, i zaczyna się on dystansować od swoich przygód z popem. Oczywiście zwrotu "pop" używam w tym tekście bardziej w charakterze skrótu myślowego, ale nie warto bać się tego słowa. To, że Trains, czy większość piosenek Blackfield, nie było hitami w Radiu Zet, to jedynie kwestia przypadku.
Wprawdzie Wilson, we wspomnianym q+a, przyznał, że cieszy, że nie udało mu się wylansować na początku lat 90-tych, bo nie wiadomo jak by to wpłynęło na kształt jego kariery, ale z drugiej strony, cały czas próbuje coś na tym polu zwojować. Po premierze HCE, wyjaśniał umieszczenie radiowych wersji dwóch utworów na bonusowej płycie decyzją wydawcy, ale nie jestem co do tego przekonany. Myślę, że Wilsonowi nadal zależy, aby zostać docenionym jako twórca dobrych piosenek. Propsy od brodatych fanów prog rocka, to IMO trochę mało w przypadku tego konkretnego wykonawcy. Wydana w ubiegłym roku na winylu kompilacja Transience, zalicza aktualnie reedycję na cd. Reklamowana jest wprost jako zestaw bardziej przystępnych solowych kawałków.
Wnioskuję z tego, że Stefan traktuje swoje luźniejsze muzyczne wycieczki jako formę guilty pleasure. Na tyle ‘pleasure’, że umieszcza takie utwory na płytach, ale wciąż ‘guilty’, czego wynikiem są później pełne skrępowania wypowiedzi, gdzie SW tłumaczy się z tego, dlaczego utwór ma refren i z jakiego powodu nie przekroczył 5 minut długości. Wieczne zasłanianie się Abbą, też robi się zabawne. Trochę tak jakby Wilson panikował, że jeszcze ktoś uzna jego piosenki za niezbity dowód członkostwa w fan-clubie Ke$hy.
Przebywam aktualnie na urlopie, zewsząd zalewają mnie dźwięki lepszej i gorszej muzyki komercyjnej. To dzisiejsza muzyka popularna, a przynajmniej jej najpopularniejszy odłam. Czy to taka siara? Nie mam zamiaru nikogo oceniać, ale ja sam nie mam ‘guilty pleasures’, nie kryję się z tym, że czasem dryfuję w tę luźniejszą stronę. Niektórym trudno czasem odróżnić pop i krótką formę, od muzyki słabej i nagrywanej pod linijkę wydajności finansowej. Niektórym uszy puchną już przy Lightbulb Sun. Mimo to (wracając do początku tekstu), Wilson nie ma racji. Jest autorem doskonałych piosenek popowych, świetnie operuje melodią, ma talent do chwytania słuchacza za ucho. Wielu fanów nie umie/nie chce tego oblicza Wilsona docenić, panuje przekonanie, że to facet od poważnego ‘prog-rocka’ (to pojęcie uległo wypaczeniu już dawno temu). To prawda, że Stefan sam założył na siebie to chomąto kiedy wydał „Ravena”, ale jako artysta, który nie uznaje kompromisów, powinien umieć sobie z tym poradzić. Tymczasem Bosy nadal ma problem z tym żeby zaakceptować, to że tutaj nie ma się czego wstydzić. A przynajmniej nie bardziej niż prób papugowania zespołów, których słuchał jako nastolatek.
Proponuje zatem, aby włączyć sobie np.: Blackfield i docenić, to jak dobry piosenkopisarzem jest Steven Wilson. Taka moja rada na lato.

poniedziałek, 21 marca 2016

TOP10 najrzadszych koncertowych wykonań kompozycji Porcupine Tree.



Są w repertuarze koncertowym Porcupine Tree takie utwory jak Trains, Blackest Eyes, Lazarus, itd., kawałki, których prawdopodobieństwo obecności w secie wynosiło czasem więcej 100%. Po drugiej stronie długiej listy znajdują się wyjątki, które z różnych powodów pojawiały się w setach rzadko, lub na krótko. Czasami zdarzało się, że nawet popularniejsze utwory ogrywano w unikalnych wersjach. Pomyślałem, że zrobię zestawienie top10 najrzadszych koncertowych wykonań kompozycji Porcupine Tree. Brałem pod uwagę różne czynniki, począwszy od ilości wykonań, po dostępność nagrań, a na wyjątkowości konkretnych odegrań kończąc.
Skupiam się tym razem tylko na PT żeby nie robić śmietnika wrzucając do wora wszystkie koncerty z udziałem Wilsona, ale być może zrobię kiedyś takie zestawienia dla innych zespołów, w których grał.
Zacznę od utworów, które się w moim topie nie zmieściły, ale o których należy wspomnieć. Są to między innymi Small Fish i Black Dahlia (oba wykonane tylko dwukrotnie na specjalnych koncertach w Nowym Jorku i Londynie w 2010 roku), This Is No Rehearsal (grany tylko w drugiej połowie 1997 i na mikro trasie w 1998), czy też The Nostalgia Factory i Linton Samuel Dawson (grane tylko raz w 1993, oraz na trasach w 1996 roku, ten pierwszy jeszcze raz w 1997). Kawałki, te nie wylądowały na głównej liście przede wszystkim z uwagi na to, że bootlegi z tymi wykonaniami są bardzo łatwo dostępne (może z wyjątkiem rzekomych wykonań z 1993 roku). Jest jeszcze pojedyncze wykonanie Thank U Alanis Morissette, które SW zagrał ze względu na awarię sprzętu, ale postanowiłem nie uwzględniać coverów.
Postanowiłem też nie uwzględniać dwóch rzadkich wykonań Shesmovedon z Tour of A Blank Planet, ponieważ są one unikatowe jedynie w kontekście tej jednej trasy. Odegrane wtedy wersje nie różniły się wiele od tego co zespół prezentował wcześniej na czterech trasach z rzędu. Ciekawa sprawa jest natomiast z Always Never, które niby grane było często w latach 93-97, a tak naprawdę wcale nie. Pełną wersję zespół grał jedynie między 1993, a kilkoma pierwszymi koncertami w 1995 roku (jakieś kilkanaście wykonań w tym okresie). Kolejne kilkadziesiąt zawierało tylko drugą połowę utworu, dolepioną do The Moon Touches Your Shoulder. Always Never znajduje się tuż za listą, na miejscu 11. Które utwory dostały się zatem do mojego top10?


10. Glass Arm Shattering (wykonania z Deadwing Tour 2005)

Zakładam, że wiele osób zdziwi się obecnością Glass Arm Shattering, ale utwór ten wcale nie był stałym punktem programu podczas Deadwing Tour. Wręcz przeciwnie.
O ile wraz ze startem trasy, kawałek był grany niemal co noc, to wytrzymał w secie raptem 8 koncertów i na zawsze pożegnał się ze sceną. Co się stało? Można gdybać, ale najprawdopodobniej utwór zwyczajnie się nie sprawdził na koncertach. Wprawdzie słuchając wersji na żywo trudno mi się do czegoś przyczepić, ale należy pamiętać, że inaczej to wygląda z perspektywy publiczności, a inaczej z perspektywy zespołu. W tym wypadku, Glass Arm Shattering dostał bilet na ławkę rezerwowych, co oczywiście nie wyklucza, że kiedyś jeszcze się nam objawi. Dostępność tych wykonań jest umiarkowana, jakość bootlegów raczej słabsza, a oficjalna wersja nigdy nie została wydana.


                                  


9. Feel So Low (z Avivem Geffenem)

Wersję nagraną (a później wykonywaną na koncertach) z Blackfield dobrze znamy, ale tu mówimy o Porcupine Tree. Feel So Low nie był utworem często granym na koncertach. W zasadzie zespół nie grał go w ogóle do czasu koncertów w Izraelu (w 2000) gdzie wystąpili na zaproszenie Aviva Geffena. To prawdopodobnie on namówił Wilsona żeby to zagrali (to był jego ulubiony utwór), a na dodatek wystąpił razem z zespołem podczas tych pierwszych wykonań. Istnieje dobrej jakości bootleg z transmisji radiowej z koncertu w Tel Avivie, zatem (mimo, że nieoficjalnie) można tę unikalną wersję usłyszeć w miarę porządnie. Potem Porcupine Tree zagrali kawałek parę razy na Lightbulb Sun Tour i co najmniej kilkanaście podczas trasy In Absentia Tour w 2003. Od tamtej pory cisza.

                                  

8. Fadeaway

Fadeaway było stałym punktem programu na trasach w 2003 i 2005 roku. Rzecz w tym, że wokal w tym utworze został powierzony w tym czasie Wesowi i trudno nie oprzeć się wrażeniu, że słuchamy coveru. Taka wersja jest szeroko dostępna (głównie na XM II), ale przecież zespół grał Fadeaway wcześniej. I te wykonania można policzyć na palcach jednej ręki.
Podobno utwór został wykonany raz w 1993 na debiutanckim koncercie PT. Nie wiem jak to zabrzmiało bo nie słyszałem żadnego bootlegu z tego występu (chociaż dwa lata temu, Wilson udostępnił z niego Voyage 34 i Burning Sky więc może doczekamy się i reszty). Następne wykonania pojawiły się dopiero w 1999 roku kiedy zespół zagrał nieco improwizowaną wersję (na gitarę i keyboard) przy dwóch (co najmniej) okazjach (np. w Londynie, z okazji ostatniego koncertu PT w XX wieku). Ostatni raz Fadeaway z Wilsonem na wokalu odegrano na koncertach w Polsce w 2001 roku i to na życzenie organizatora - Piotra Kosińskiego. Gdyby nie poprosił o to Wilsona, to zapewne nic by z tego nie wyszło. Z jakiegoś powodu zespół zdecydował się wskrzesić pełną wersję jako stały punkt programu na części trasy In Absentia w 2003 i w 2005 roku na Deadwing Tour kiedy grali muzycznie jeszcze wierniejszą oryginałowi wersję (głównie z uwagi na re-edycje/re-recording Up The Downstair). W ten sposób pociągnęli kilkadziesiąt wykonań, ale tak jak pisałem wcześniej, wszystkie śpiewał Wes. Nie czepiam się jego interpretacji, ale stwierdzam fakt, że utwór ten w wykonaniu Wilsona został zagrany raptem kilka razy przez całe lata 90-te. Żadne z tych wykonań nie zostało oficjalnie wydane (bo zarejestrowane tak), ale istnieją bootlegi i to całkiem niezłej jakości.

                                  

7. Moonloop (wykonanie z Union Chapel w Londynie, 1997)

Moonloop był wykonywany regularnie między 1994, a 1998 rokiem. Wtedy był to tak stały punkt programu, jak w późniejszych latach Trains. Pod koniec 1997 roku, Porcupine Tree zaczęli powoli odsuwać go od setu czyniąc różnego rodzaju miksy z innymi utworami (np. Ambulance Chasing + sama koda Moonloop, albo część improwizowana przechodząca płynnie w Signify). Jedno z takich niezwykłych wykonań (w londyńskim Union Chapel w 1997 roku) zbiegło się z faktem, że na tym konkretnym koncercie wystąpił gość specjalny, między innymi właśnie w Moonloopie. Gościem był Theo Travis, który wykonał z PT dwa utwory (ten drugi zasiadł na miejscu wyżej). Uzbrojony we flet i saksofon Travis sprawił, że tamta wersja Moonloopa jest absolutnie unikatowa. Gościnne występy innych muzyków na koncertach Porcupine Tree to bardzo rzadka rzecz i mam na myśli całe 20 lat koncertowania tego zespołu. Theo świetnie wpasował się w improwizowaną partię Moonloopa i sprawił, że zabrzmiała ona naprawdę spontanicznie. Na szczęście ktoś to niezwykłe wydarzenie nagrał. Jakość jest niestety słaba, ale nie śmiem marudzić.

                                  


6. Ambulance Chasing (wykonanie z Union Chapel w Londynie, 1997)

Ambulance Chasing wylądował wyżej od wspomnianego przed chwilą Moonloopa głównie ze względu na to, że utwór ten w jakiejkolwiek wersji był grany przez krótki okres czasu (na raptem 20-stu koncertach). W tym wypadku, Theo Travis zagrał również w ostatecznej wersji studyjnej (która pojawiła się w końcu na Recordings, ale na tamtym etapie była mocnym kandydatem na utwór albumowy, a nawet tytułowy nowej płyty) co dodaje smaczku temu jednemu wykonaniu z nim w składzie. Muzyk dużo tu improwizuje (zarówno na flecie jak i na saksofonie) co działa również na resztę zespołu, która pozwala sobie zaszaleć. Podobnie jak w przypadku Moonloopa z tego koncertu, powstała wersja wyjątkowa. Uwieczniono ją na średniej jakości bootlegu.

                                  


5. Stars Die


Możecie się dziwić co Stars Die robi tak wysoko, ale zaraz wytłumaczę dlaczego tak jest. Czasami nagrywając lub wykonując utwór chwyta się pewne momentum, które jest później bardzo trudne lub niemożliwe do odtworzenia. Stars Die jest tego dobrym przykładem. Przez wiele lat Porcupine Tree nie podjęli się wykonania tego utworu w pełnej wersji. Z różnych powodów.
W koncertowym składzie był tylko jeden gitarzysta (w studyjnym nagraniu są 3 gitary, czasami grające naraz), nie mówiąc nawet o partiach granych na flecie. Ponadto Wilson uparcie twierdził, że nie jest w stanie zaśpiewać tego na żywo ponieważ utwór charakteryzuje się eterycznym, niemal szeptanym wokalem na tle pełnego zestawu instrumentów. Coś takiego bardzo trudno jest odtworzyć poza studiem. Ze Stars Die nie dało się iść na kompromis taki jak z The Moon Touches Your Shoulder czy Waiting. Przynajmniej nie w tamtym czasie. Kiedy w końcu udało się opracować satysfakcjonującą wersję koncertową graną przez cały zespół, był już rok 2008. I mimo że te wykonania są wspaniałe (wersja z Octane Twisted to prawdziwy pokaz geniuszu nowej aranżacji), to jednak Wilsonowi głos się zmienił, skład zespołu się zmienił, minęło sporo czasu, itd.
Do czego zmierzam? Steven pokusił się kilka razy o akustyczne wykonanie Stars Die w czasach kiedy wspomniane momentum jeszcze się nad nim unosiło. Było ich kilka na krzyż, a jedno z nich SW odegrał na antenie Radia Rock w Rzymie w 1995, w towarzystwie Chrisa Maitlanda. Jest to zatem jedyne (bądź jedno z niewielu) wykonanie z Chrisem robiącym chórki i grającym na bębenku. I chyba najbliższe duchowo względem studyjnego oryginału. Całe szczęście, że transmisję ktoś nagrał i dzięki temu dostępne jest niezłej jakości uwiecznienie tej wersji w audio.

                                  


4. Stranger By The Minute

Stranger By The Minute przechodził dwie fazy obecności w repertuarze koncertowym Porcupine Tree. Najbardziej popularne wykonania pochodzą z dwóch koncertów specjalnych w 2010 roku, kiedy zespół zaprezentował pół-akustyczną, ale pełnozespołową wersję. To jednak nie był debiut tego kawałka. Kilka razy w 1999 roku, Steven Wilson zdecydował się zagrać ten utwór akustycznie (sam z gitarą) podczas koncertów PT. Tak się złożyło, że Stranger By The Minute wyszło akurat na singlu i, co Stefan podkreślał, było to dosyć dziwne z ich strony żeby nie grać kawałka wybranego do promocji. Zespół miał ewidentnie problem z ogarnięciem dobrej koncertowej aranżacji (podobnie jak w przypadku Stars Die) więc Wilson musiał zagrać sam. I zagrał. Przynajmniej na czterech koncertach w 1999 roku i te wykonania są uwiecznione na bootlegach (niezłej jakości). Co ciekawsze, na pewno istnieje oficjalne nagranie takiej wersji ponieważ jeden z koncertów, na których SBTM się pojawiło został na 100% zarejestrowany. Koncertowa wersja Tinto Brass z singla Pure Narcotic pochodzi właśnie z tego występu (z Southampton, 24.04.1999). Może kiedyś się doczekamy wydania całości.

                                  


3. Every Home Is Wired

Jedyny piosenkowy utwór z Signify, z którym Porcupine Tree tak się ociągali i ostatecznie nigdy w pełni nie zagrali. Pomijając fakt, że druga część wersji studyjnej, to dolepiona improwizacja z kosmosu, nawet akustyczne wykonania okazały się rzadkością. Tak naprawdę mówimy tutaj o dwóch koncertowych prezentacjach na dwóch (z trzech) koncertach w Rzymie w marcu 1997 kiedy zespół nagrywał materiał na Coma Divine. Muzycznie trudno tutaj o obfity opis, SW gra to sam na gitarze akustycznej, a Chris Maitland robi chórki. I tyle. Całe dwa wykonania w historii koncertów Porcupine Tree. Ja posiadam jedno z koncertu z 26-tego marca i jest ono przycięte, a jego brzmienie łagodnie mówiąc nie zachwyca. Oprócz tego jest nagranie z próby przed koncertem i o dziwo jest doskonałej jakości (ale nie mogę tego policzyć jako publiczne wykonanie koncertowe).

                                  


2. Cryogenics

Długo się zastanawiałem nad obsadzeniem dwóch pierwszych miejsc, ale ostatecznie Cryogenics wylądowało na drugi miejscu, głównie ze względu na to, że wykonań było więcej niż Voyage 34 (Phase II), a dostępność i kompletność nagrań jest zadziwiająco duża. O kompozycji tej pisałem już bardzo dużo w cz.3 tekstu o Signify Tour i w tekście o The Sky Moves Sideways Tour, ale w skrócie – jest to nieco bardziej uporządkowana wersja improwizacji Mesmer III z Metanoi, zawierająca pewne nowe elementy. Istnieją dwie formy Cryogenics. Pierwsza, tak zwana długa, została zaprezentowana raz w 1995 roku w Northampton 11.10.1995 roku.

                                  

Zawierała nawet bardzo krótki, instrumentalny cytat z utworu Wake As Gun. Całość trwała ok. 5 minut. Druga wersja – krótka – została przygotowana z myślą o koncertach we Włoszech w pierwszej połowie 1997 roku i miała uświetnić koncerty rejestrowane na potrzeby wydania Coma Divine (dla którego Cryogenics miało być ekskluziwem). Porcupine Tree wykonali kawałek na wszystkich włoskich koncertach. Usunięto wstawkę z Wake As Gun i kilka innych elementów, a całość przechodziła niemal płynnie w Dark Matter. Ostatecznie SW uznał, że średnio im to wyszło i na Coma Divine nic się nie pojawiło. Co takiego jest w tym utworze, że znalazł się tak wysoko na liście? A to, że jest to jedyny przypadek kiedy Porcupine Tree wykonywali na koncertach utwór, który nigdy nie doczekał się wersji studyjnej (powiedzmy, że nie liczymy Mesmer III bo to mimo wszystko daleki krewny). Wbrew temu co uważa Stefan, Cryogenics to nie było takie barachło, zwłaszcza w pełnej wersji z 1995 roku. I może nie był to też najlepszy utwór napisany w tamtym czasie, ale z pewnością wart jest poznania. Na szczęście wykonanie z 1995 roku oraz większość (o ile nie wszystkie) z 1997 zostały zarejestrowane i są (mniej lub bardziej) dostępne w internecie. Wprawdzie jakość nie zrywa papy z dachu, ale podobnie jak w przypadku koncertu z Union Chapel, nie ma co się pastwić bo mogło nie być nic.

                                  


1. Voyage 34 (Phase II)

Król królów, mój oficjalny nr 1 jeśli chodzi o koncertowe rarytasy Porcupine Tree. I to w pełni zasłużony tytuł. Samo to, że przez lata uznawałem jego istnienie za żart, już o czymś mówi. Pierwsza faza Voyage 34 była stałym punktem programu w latach 1993 – 2001, ale druga pojawiła się w secie tylko trzy razy w ogóle. Długo nie byłem w stanie zweryfikować tego, czy tak rzeczywiście było, czy to się w ogóle wydarzyło. Niby była wzmianka na oficjalnej stronie PT, ale można tam znaleźć wiele błędów, literówek, a nawet dwa różne koncerty z taką samą datą. Brałem to „źródło” z pewną dozą rezerwy, ale jednak brałem. Kwestia rozwiązała się parę lat temu kiedy wpadły mi w ręce odpowiednie bootlegi (oraz informacje).
Voyage 34 (Phase II) miało swój debiut na koncercie, który zdobyłby prawdopodobnie pierwsze miejsce w kategorii „najbardziej enigmatyczny koncert Porcupine Tree” (możliwe, że taka lista powstanie). Występ ten odbył się w klubie Tic-Toc w Coventry, 11-tego grudnia 1993 roku. Był to jedyny koncert, który PT zagrali w niepełnym składzie (i jedyny koncert zagrany jako trio). Zabrakło Richarda Barbieri, który tego dnia był „niedostępny”. Trudno mi sobie wyobrazić jak to wyglądało (a raczej brzmiało) i dlaczego akurat ten dzień wybrali sobie na premierę drugiej fazy V34? Niestety na takie pytania trudno odpowiedzieć jeżeli brakuje nie tylko materiału audio/video, ale zwykłej relacji fana z tamtego dnia. Jedynie sucha informacja na stronie PT o nieobecności Ryśka, świadczy o tym, że był to koncert inny niż wszystkie. Bootlegu nie tylko nie posiadam, nie słyszałem/czytałem nigdy o istnieniu takowego. SW na pewno ma nagranie z konsolety w swoim zbiorze, ale czy z punktu widzenia zespołu jest to koncert, którego rejestracja powinna opuścić archiwum? Wątpię.
Na ponowne odegranie fazy drugiej nie trzeba było długo czekać, natomiast trzeba było być Holendrem, który akurat 7-mego stycznia 1994 r. zdecydował się być w klubie De Pul w mieście Uden.

                                  


Porcupine Tree odegrali wtedy obie fazy Voyage 34 obok siebie i istnieje z tego wydarzenia bootleg. Niestety słabej jakości, a co najważniejsze, urywa się po kilku minutach od wejścia drugiej fazy. Prawdopodobnie nagrywającemu skończyła się kaseta. Wiemy jednak mniej więcej jak zespół ogarniał wtedy temat tej kompozycji na żywo, a przede wszystkim to, że naprawdę to grali.
Ostatni raz jak dotąd miał miejsce podczas jednego ze słynnych koncertów w Rzymie, kiedy nagrywano Coma Divine. 26-tego marca 1997 roku, w klubie Frontiera, publiczność usłyszała fazę II na zakończenie drugiego z trzech występów, które się w tym czasie odbyły. Nagranie z publiczności istnieje, ale jest jeszcze gorszej jakości niż to z 1994 roku i urywa się jeszcze szybciej (ale cały bootleg jest mocno poszatkowany).


                                  


Tym samym wygląda to jak badanie archeologiczne. Dostajemy jakieś strzępy informacji, pewne namacalne (w tym wypadku słyszalne) dowody na istnienie tego i owego, ale reszty musimy domyślać się z kontekstu, bądź z kosmosu.

Warto jednak pamiętać, że te koncerty były profesjonalnie nagrywane (nie tylko na pamiątkę, jak większość pozostałych) i takie wielościeżkowe nagranie Voyage 34 (Phase II) istnieje i czeka na wydanie. Już wtedy, w 1997 roku, Steven Wilson zasugerował, że kiedyś mogą to wydać. Podejrzewam, że w końcu się tego doczekamy, w ten lub inny sposób.

To by było na tyle jeśli chodzi o top10 najrzadszych koncertowych wykonań kompozycji Porcupine Tree. Mam nadzieję, że pewnym osobom nie odebrałem przyjemności odkrywania tych skarbów samemu, ale podejrzewam, że większość z Was z ulgą przyjęła do wiadomości, że nie będzie musiała przeszukiwać całego internetu w poszukiwaniu materiału audio. Zebranie tych utworów zajęło mi całe lata, ale dzięki temu mogę teraz podzielić się tym wszystkim z innymi. Do następnego tekstu!