Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blackfiled. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blackfiled. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2016

Guilty 'guilty pleasure'.




Podczas niedawnego live q+a, Stefan przyznał, że nie umie pisać dobrych popowych piosenek. Kłamał.

Być może nie z premedytacją, ale poprzedzający tę wypowiedź wywód, w którym Wilson tłumaczył się z prób podbicia świata muzyki popularnej pierwszą płytą no-man, dobitnie pokazuje, że Stefan ma problem z wzięciem na klatę tego, że był w stanie osiągnąć sukces na tym polu. To temat, który był już podejmowany przeze mnie w przeszłości, ale nigdy w formie większej niż pojedynczy akapit.
Od dawna zastanawia mnie, co sprawia, że tak bezpośredni i silny w swoich przekonaniach muzyk, robi się cały czerwony kiedy ktoś zaczyna przypisywać mu talent do pisania piosenek. Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że wielu słuchaczy opiera swoje wyobrażenie ‘piosenki’ na zawartości playlisty komercyjnych stacji radiowych.
Wpływ środowiska bywa okrutny, ale nie chce mi się wierzyć, że Wilson nagle zaczął się przejmować opinią innych. To on sam nie do końca potrafi się zdecydować, czy czuje się komfortowo jako wykonawca popowy.
Część fanów tak zwanej muzyki progresywnej wielokrotnie utyskiwała nad TĄ stroną twórczości Wilsona. Dla tej grupy dyskografia no-man zaczyna się od Returning Jesus, a takie rzeczy jak Blackfield, w ogóle nie są traktowane poważnie. Wiele osób uważa, że Wilson traci czas pisząc krótkie melodyjne piosenki, a wszystko to co nie jest wielosegmentowym, kompleksowym, długim i w 70% instrumentalnym utworem, nie jest warte uwagi. Umyślnie przejaskrawiam ten obraz, chociaż takie opinie słyszałem przechadzając się wśród ludzi na prog festiwalach. Tymczasem opinia samego twórcy wydaje się cały czas balansować na linii „tak – nie”. Wilson nieraz przyznawał, że uwielbia formułę piosenkową, a muzyka pop nie jest mu obca. Wielokrotnie wypowiadane słowa uznania dla, między innymi, Abby, zawsze wypowiadane były z szerokim uśmiechem na twarzy.
Po wydaniu Grace For Drowning, SW przyznał, że kiedyś nie zdecydowałby się na takie, lekko kiczowate rozwiązania jak chórek na końcu Postcard, ale dorósł do tego żeby się tym nie przejmować.
Czasami jednak coś się Stefanowi przełącza, i zaczyna się on dystansować od swoich przygód z popem. Oczywiście zwrotu "pop" używam w tym tekście bardziej w charakterze skrótu myślowego, ale nie warto bać się tego słowa. To, że Trains, czy większość piosenek Blackfield, nie było hitami w Radiu Zet, to jedynie kwestia przypadku.
Wprawdzie Wilson, we wspomnianym q+a, przyznał, że cieszy, że nie udało mu się wylansować na początku lat 90-tych, bo nie wiadomo jak by to wpłynęło na kształt jego kariery, ale z drugiej strony, cały czas próbuje coś na tym polu zwojować. Po premierze HCE, wyjaśniał umieszczenie radiowych wersji dwóch utworów na bonusowej płycie decyzją wydawcy, ale nie jestem co do tego przekonany. Myślę, że Wilsonowi nadal zależy, aby zostać docenionym jako twórca dobrych piosenek. Propsy od brodatych fanów prog rocka, to IMO trochę mało w przypadku tego konkretnego wykonawcy. Wydana w ubiegłym roku na winylu kompilacja Transience, zalicza aktualnie reedycję na cd. Reklamowana jest wprost jako zestaw bardziej przystępnych solowych kawałków.
Wnioskuję z tego, że Stefan traktuje swoje luźniejsze muzyczne wycieczki jako formę guilty pleasure. Na tyle ‘pleasure’, że umieszcza takie utwory na płytach, ale wciąż ‘guilty’, czego wynikiem są później pełne skrępowania wypowiedzi, gdzie SW tłumaczy się z tego, dlaczego utwór ma refren i z jakiego powodu nie przekroczył 5 minut długości. Wieczne zasłanianie się Abbą, też robi się zabawne. Trochę tak jakby Wilson panikował, że jeszcze ktoś uzna jego piosenki za niezbity dowód członkostwa w fan-clubie Ke$hy.
Przebywam aktualnie na urlopie, zewsząd zalewają mnie dźwięki lepszej i gorszej muzyki komercyjnej. To dzisiejsza muzyka popularna, a przynajmniej jej najpopularniejszy odłam. Czy to taka siara? Nie mam zamiaru nikogo oceniać, ale ja sam nie mam ‘guilty pleasures’, nie kryję się z tym, że czasem dryfuję w tę luźniejszą stronę. Niektórym trudno czasem odróżnić pop i krótką formę, od muzyki słabej i nagrywanej pod linijkę wydajności finansowej. Niektórym uszy puchną już przy Lightbulb Sun. Mimo to (wracając do początku tekstu), Wilson nie ma racji. Jest autorem doskonałych piosenek popowych, świetnie operuje melodią, ma talent do chwytania słuchacza za ucho. Wielu fanów nie umie/nie chce tego oblicza Wilsona docenić, panuje przekonanie, że to facet od poważnego ‘prog-rocka’ (to pojęcie uległo wypaczeniu już dawno temu). To prawda, że Stefan sam założył na siebie to chomąto kiedy wydał „Ravena”, ale jako artysta, który nie uznaje kompromisów, powinien umieć sobie z tym poradzić. Tymczasem Bosy nadal ma problem z tym żeby zaakceptować, to że tutaj nie ma się czego wstydzić. A przynajmniej nie bardziej niż prób papugowania zespołów, których słuchał jako nastolatek.
Proponuje zatem, aby włączyć sobie np.: Blackfield i docenić, to jak dobry piosenkopisarzem jest Steven Wilson. Taka moja rada na lato.

sobota, 19 kwietnia 2014

Steven Wilson - solo przed solo (2000 - 2010)


           

Steven Wilson tu i tam. W zasadzie niemal wszędzie. Tak w skrócie można określić bytność Bosego w minionym już 2013 roku. Najeździł się, naudzielał wywiadów i odebrał kilka prestiżowych (w pewnych kręgach) nagród. Nie jest to obraz, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, a na pewno nikt nie był w okolicach 2000 roku, kiedy Steven Wilson po cichu rozpoczął działalność na własną rękę. Oczywiście, wiadomo jak ironicznie się to w przypadku Bosego układało, ale przyjmijmy, że pisząc „na własną rękę” mam na myśli występy pod własnym nazwiskiem, a nie kolejną wymyślną nazwą.
Postanowienia „nowowiekowe” zakładały zapewne, że Wilson wyda w końcu coś, co odważy się podpisać jako 'Steven Wilson'. Zanim jednak poczynił pierwsze nieśmiałe kroki w tym kierunku, postanowił wystąpić solo przed publicznością. 27 lutego 2000 roku Wilson po raz pierwszy w życiu wylądował sam na scenie „jako on”. Miało to miejsce w holenderskim Delft i było częścią uświetnienia premiery składanki „Tonefloating”. Repertuar, który zaprezentował wtedy Bosy miał dokładnie taki charakter, przed którym 11 lat później Wilson bronił się jak mógł, czyli trochę tego, trochę tamtego. Nie zmienia to faktu, że dobór utworów był wyjątkowo zaskakujący.

01. Where We Would Be
02. Fadeaway
03. The Needle and the Damage Done (Neil Young)
04. Pure Narcotic
05. Small Fish
06. Shell Of A Fighter
07. A Smart Kid
08. Cure for Optimism
09. Stranger By The Minute
10. The Days Before You Came (ABBA)


7 utworów Porcupine Tree, 2 covery, 1 utwór no-man. Co ciekawe, jeden z utworów Porcupine Tree miał wtedy bardzo niepewny status i - de facto, wtedy w 2000 roku - został zaprezentowany jako coś solowego.
Mowa o Cure for Optimism, które tamtego wieczora zaliczyło swoją pierwszą i jak do tej pory ostatnią publiczną prezentację. Steven opowiedział zebranym fanom jak to reszta zespołu odrzuciła ten utwór podczas dobierania materiału na „Lightbulb Sun”. Kończąc wypowiedź, zażartował, że być może będzie to kolejna cegiełka do pierwszego solowego albumu Stevena Wilsona. Śmiechy i tak dalej, ale wtedy taka perspektywa rzeczywiście wydawała się dosyć nierealna. Cure for Optimism stał się ostatecznie utworem Porcupine Tree, kiedy wydano go na „Recordings” (2001), a Stefanowi udało się  obejść blokadę jaką poczyniła reszta zespołu względem tej kompozycji. Co do reszty materiału, dwa utwory zdecydowanie wyróżniają się na tle reszty. Po pierwsze Shell of a fighter. Jedyne wykonanie piosenki no-man z Wilsonem śpiewającym partie Tima oraz jedno z rzadkich w tamtym czasie wykonań piosenki no-man przez jakiegokolwiek członka zespołu. Z perspektywy czasu wydaje się to być wydarzeniem na miarę wykonania Grendela przez Fisha, nigdy więcej Wilson nie zaśpiewał piosenki no-man przy jakiejkolwiek okazji. Drugą perłą tego wieczoru było pierwsze wykonanie Small Fish na żywo. Od tamtej pory utwór pojawił się jeszcze podczas mini występów Wilsona oraz dwukrotnie na koncercie Porcupine Tree, ale wtedy, w 2000 roku, była to wielka niespodzianka. Poza tym, kilka mało zaskakujących utworów Porcupine Tree i kilka rzadziej granych jak Stranger By The Minute, którego historia przypomina trochę tę ze Small Fish z tym wyjątkiem, że Wilson wykonał ją wcześniej dwukrotnie na trasie „Stupid Dream Tour” (również akustycznie). Covery być może nie tak oczywiste (przynajmniej wtedy), ale w przypadku Needle and the Damage Done była to jednorazowa przygoda. Koncert warty zapamiętania, nietypowy pod wieloma względami, unikatowy i przede wszystkim to ten pierwszy, chociaż sam Wilson zapewne nie brałby go nawet pod uwagę (zwłaszcza na obecnym etapie kariery).
Tymczasem w 2000 roku SW postanowił raz jeszcze wystąpić „solo” i wpadł na Popkomm do niemieckiej Kolonii (18 sierpnia 2000). Tym razem obyło się bez większych niespodzianek:

01. Stranger By The Minute
02. Shesmovedon
03. Pure Narcotic
04. Where We Would Be
05. The Day Before You Came (ABBA)


Resztę tego, jak i kolejnego i większość jeszcze następnego roku, SW spędził w trasie z Jeżodrzewiem. W tym czasie poznał izraelską gwiazdę pop, Aviva Geffena, który okazał się wielkim fanem Porcupine Tree, a jako że był u siebie osobą wpływową to zaprosił zespół na koncert do Tel Avivu. Geffen wystąpił wtedy razem z PT dośpiewując w Russia on Ice i Feel So Low. Reszta jest oczywiście historią.
Zanim jednak wydana została pierwsza płyta Blackfield, Steven wpadł do Tel Avivu na coś, co ostatecznie okazało się być koncertem życzeń. Grupa szczęśliwych Izraelczyków znalazła się 24. stycznia 2003 w klubie Jah-Pan aby zobaczyć występ Stevena Wilsona solo. W zasadzie było to po prostu spotkanie Bosego z fanami, ponieważ po występie (a praktycznie w jego trakcie) odpowiadał on na pytania przez pół godziny. Wilson uzbrojony był tego wieczora w teksty z całej dyskografii Porcupine Tree, a fani mogli teoretycznie prosić o wszystko (w praktyce Stefan dobierał to, co mu pasowało i sam przyznał, że w przypadku np.: This Long Silence nie pomoże nawet kartka z tekstem). Występ miał serdeczny, niemal rodzinny charakter, brakowało tylko rozpalonego ogniska.
Jest to jedyny tego typu koncert Wilsona, jaki kiedykolwiek miał miejsce. Można niemal powiedzieć, że był to koncert Porcupine Tree, bo tylko piosenki zespołu były grane tego wieczora (a Wilson nieraz już grywał samotnie jako PT krótkie sesje dla rozgłośni radiowych), ale całe spotkanie kręciło się przede wszystkim wokół osoby Wilsona więc oficjalnie był to koncert Stevena Wilsona. Powstająca spontanicznie w trakcie występu setlista zawierała kilka wyjątkowych niespodzianek.

01. Even Less
02. A Smart Kid
03. Small Fish
04. Fadeaway
05. Gravity Eyelids
06. Where We Would Be
07. Shesmovedon
08. Trains
09. Nine Cats
10. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
11. Pure Narcotic
12. Disappear
13. Blackest Eyes
14. Feel So Low (z Avivem Geffenem)
15. Buying New Soul
16. Waiting (Phase One)
17. Stars Die



                                                      



                                     

Przed Stars Die Wilson udzielił długiego wywiadu, podczas którego fani zadawali pytania. Zestaw utworów robi z biegiem lat coraz większe wrażenie, zwłaszcza jedyne wykonanie Disappear w jakiejkolwiek innej formie niż studyjna. Ironicznie, Trains było wtedy rarytasem nigdy dotąd nie granym na żywo. Była to prośba jednego z fanów, a Wilson spontanicznie zdecydował się spróbować. Jak się okazało, albumowa tonacja Trains była dla Stefana zabójcza i późniejsze wykonania tego utworu (już z PT) miały tę tonację obniżoną. Small Fish pojawiło się ponownie i co zabawne, SW próbował usilnie wmówić publiczności, że gra to na żywo po raz pierwszy w życiu (nie pierwszy i nie ostatni raz pamięć płatała mu figle). Z tych naprawdę wyjątkowych utworów pojawiły się jeszcze Fadeaway (ostatni raz kiedy Wilson sam to zaśpiewał), Buying New Soul, Where We Would Be (jak dotąd ostatnie wykonanie), Nine Cats (również ostatnie wykonanie), Stars Die i rzadkie wykonanie Feel So Low z Aviem Geffenem śpiewającym zwrotkę po hebrajsku. Co ciekawe, kilka propozycji samego Stefana było dość chybionych, np.: Blackest Eyes, podczas którego Wilson tłumaczył się z braku kilkunastu łomoczących gitar i solówki. W trakcie rozmowy fani zadali parę ciekawych i istotnych pytań, polecam posłuchać samemu, bo w przeciwieństwie do regularnych wywiadów z Wilsonem, można tu dowiedzieć się czegoś interesującego. Tak jak już napisałem wcześniej, jako że było to oficjalnie spotkanie ze Stevenem Wilsonem, uznaję, że był to koncert Stevena Wilsona i umieszczam go w tym tekście. Generalnie jednak był to swego rodzaju występ Porcupine Tree w formie, którą przybierało niejednokrotnie (np.: w zestawie SW + Chris Maitland, albo SW + John Wesley, ewentualnie sam SW), o takich inkarnacjach Jeżodrzewia będę pisał przy okazji innego wpisu.
Jak się okazało, nie trzeba było długo czekać na kolejny solowy występ Stefana. Wbrew legendzie, idea tego rodzaju koncertów nie została wymuszona faktem, że wszyscy muzycy Blackfield (z wyjątkiem Geffena) nie dostali wiz na zaplanowaną trasę po USA. Wilson supportował własny zespół już w 2004 roku. Na 10 września został zaplanowany „debiutancki” koncert Blackfield, co też nie do końca jest prawdą, ponieważ Aviv i Steven zagrali już kilka akustycznych setów przed występami Porcupine Tree w 2003 roku oraz parę mini-koncertów w 2004. Tak czy inaczej, żeby całe wydarzenie uświetnić (i upewnić się, że nie będzie frekwencyjnej wtopy) zaproszono Anathemę. Zespół braci Cavanagh zagrał akustyczny set z udziałem kwartetu smyczkowego. Między występami Anathemy i Blackfield, Steven Wilson wcisnął się na krótki set, który wstrząsnął społecznością fanów. Na scenie oprócz Bosego pojawił się Ben Coleman, czyli skrzypek, który od 1989 do 1994 roku był członkiem no-man. Był to pierwszy wspólny publiczny występ obu muzyków od czasu koncertów no-man w 1994. I chociaż nie został zagrany żaden utwór tego zespołu, to pojawienie się na scenie Bena było niczym grom z jasnego nieba. Setlista tego niezwykłego mini-koncertu wyglądała tak:

01. Even Less (z Benem Colemanem)
02. A Smart Kid (z Benem Colemanem)
03. How Is Your Life Today?
04. Moment I Lost
05. Trains (z Benem Colemanem)
06. The Day Before You Came (ABBA)


Udział Bena w odegraniu trzech znanych utworów Porcupine Tree nadał im niezwykłą świeżość i jedyny w swoim rodzaju charakter. Styl Colemana jest  unikatowy, zatem miłe wspomnienia z czasów kiedy grał on w zespole no-man powróciły. Inną niespodzianką tego wieczoru był Stefan grający na pianinie, co prawdopodobnie zrobił publicznie po raz pierwszy (i nie ukrywał swojego zdenerwowania w związku z tym). Zadebiutował nie tylko Wilson-pianista, ale też dwa utwory – How Is Your Life Today? Porcupine Tree oraz Moment I Lost. Ten drugi jest o tyle ważny, że jest to pierwszy oryginalny utwór Stevena, który został wydany pod jego nazwiskiem. Pojawił się na pierwszym „Cover Version”, który swoją premierę miał w marcu 2003 roku. SW wybrał zakradanie się tylnymi drzwiami zamiast wywalać te od frontu - widać, że nie miał jeszcze dość śmiałości aby wydać pełny album jako 'Steven Wilson'. Moment I Lost jest pierwszym i jedynym oryginalnym utworem  SW z serii CV jaki kiedykolwiek został zagrany na żywo. Oprócz tego, cover Abby Days Before You Came został wydany miesiąc później na „Cover Version II”.
Występ miał mieć jednorazowy charakter, ale życie dało powód aby SW zagrał jeszcze kilka takich mini-koncertów. Tak jak już wspominałem, Blackfield mieli zaklepaną trasę po USA na marzec 2005 roku. Niestety (co zwłaszcza w tamtym czasie było do przewidzenia) trzech izraelskich muzyków towarzyszących nie dostało wiz (Aviv Geffen jako celebryta nie miał z tym takich problemów). Trzeba było działać szybko i na szczęście duetowi udało się znaleźć tymczasowe rozwiązanie. Z pomocą przybył Jordan Ruddes z Dream Theater, który zgodził się towarzyszyć Stevenowi i Avivowi na pianinie. W takim trzyosobowym składzie Blackfield zagrało serię pół-akustycznych koncertów, które zrobiły wśród fanów furorę. Zanim jednak muzycy polecieli do Ameryki, nikt nie był do końca pewny, czy taki prowizoryczny skład spełni oczekiwania publiczności, która kupiła bilety na „pełen” występ Blackfield. Aby fani nie wyszli z koncertów niespełnieni, Wilson zdecydował się ponownie wystąpić w roli supportu własnego zespołu.
Na pierwszych koncertach set wyglądał tak:

01. Even Less
02. A Smart Kid
03. Moment I Lost
04. How Is Your Life Today?
05. The Day Before You Came (ABBA)


Wilson szybko jednak zaczął wprowadzać zmiany i począwszy od koncertu w Philadelphii (12 marca 2005) miejsce Moment I Lost i A Smart Kid zajęły Christenings (które wtedy było jeszcze zapowiadane jako nowy utwór Porcupine Tree) i Lullaby (utwór Blackfield, który rozpoczął życie jako solowa piosenka Stefana pt.: Vapour Trail Lullaby). Tak też wyglądała krótka trasa Blackfield po USA, w kwietniu Wilson wrócił na scenę już w towarzystwie Porcupine Tree.
Ostatnim istotnym solowym występem przed Grace for Drowning Tour był mini koncert podczas wydarzenia zorganizowanego by uczcić pięciolecie Burning Shed w dniu 16. czerwca 2006 roku. no-man zagrali wtedy pierwszy raz od 1993, ale lista wykonawców była długa (niestety Ben Coleman musiał odwołać swój występ w ostatniej chwili). Pojawił się również Bosy solo i zagrał:

01. Thank U (Alanis)
02. Even Less
03. The Sky Moves Sideways
04. Trains
05. Stars Die / Never Let Go (Camel)
06. Blackfield
07. Once
08. Cloudy Now


Przed rozpoczęciem Thank U Wilson wziął udział w improwizacji z projektem Fear Falls Burning, który właśnie kończył swój set. Zresztą, tak to wyglądało: koncerty przechodziły jedne w drugie, a set Stefana płynnie przepoczwarzył się w słynny reunion no-man. Kilka ciekawostek w secie jak np. nieznany jeszcze wtedy Once (ogólnie ilość utworów Blackfied zadziwiająco duża). Stars Die zawiera fragment Camelowego Never Let Go, Steven przyznał się, że stąd właśnie ściągnął riff gitarowy (poniżej link do tego wykonania).

                                                        

Od tamtej pory nie było już wielu okazji aby zobaczyć Wilsona grającego małe akustyczne solowe sety w intymnej atmosferze. Wyjątkiem jest między innymi skromny występ w meksykańskim sklepie muzycznym HARD737, gdzie Steven promował wydany właśnie solowy debiut „Insurgentes”. Bosy zagrał też kilka pojedynczych utworów na życzenie stacji radiowych (np. Harmony Korine). Podobnie jak w przypadku studyjnych działań, te małe solowe koncerty rozsiane między 2000 a 2009 rokiem były bardziej solowe niż regularne trasy, jakie Wilson odbywa wraz solo-bandem od 2011 roku. Miały w sobie dużo uroku, a ci, którzy doświadczyli takiego występu mogą uważać się za wybranych, ponieważ ich ilość można policzyć na palcach obu rąk. Koncerty z pełnym składem muzyków stanowią już inną historię, której przyjrzę się przy okazji jednego z kolejnych tekstów.

                                                        

                                                        

wtorek, 25 marca 2014

Podróż przez czarne pole - historia koncertów Blackfield, cz.4: bootlegi

Opis koncertowej działalności Blackfield nie byłby kompletny, gdybym nie poleciał na koniec odpowiedniego materiału audio dla tych, którzy nie mieli tego szczęścia żeby zobaczyć i usłyszeć zespół na żywo. Myślę, że o oficjalnym wydawnictwie Live in NYC nie muszę wiele pisać. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana (i nie tylko) i bardzo dobre podsumowanie trasy „Blackfield II”. Jeżeli to za mało (a to jedyna oficjalna koncertówka BF) to czeka kraina bootlegów, nie tak obfita jak w przypadku Porcupine Tree, ale to raczej oczywiste.

         

Z absolutnie pierwszych wspólnych występów Aviva i Wilsona pod tym szyldem istnieje kilka nagrań z czego ja posiadam jedno (z Berlina, 15.11.2003) i mogę spokojnie je polecić, przynajmniej w charakterze poznawczym. Jakość jest wprawdzie średnia (ktoś stał chyba na samym końcu wyjątkowo długiego obiektu), ale koncert jest pół-akustyczny więc można posłuchać bez grymasu. Set był krótki, aranżacje dosyć niecodzienne, a do tego Aviv śpiewa Summer i Hello. Takie były początki Blackfield. Jeżeli kogoś interesuje jak to brzmiało to odsyłam do opisanego bootlegu, jeśli nie, to przechodzimy dalej. Właściwy start zespołu został odpowiednio wypromowany w Izraelu i dzięki temu możemy się cieszyć materiałem video nagranym przez izraelską telewizję. 45 minut występu zostało utrwalone i stanowi doskonałą pamiątkę z tej trasy, w komplecie mamy zarówno Feel So Low jak i nie wydane jeszcze wtedy Epidemic.

                                        

Pisząc o video mogę jednocześnie pisać o audio (bo w takiej formie również ten bootleg istnieje) chociaż jak na nagranie z tv, dźwięk jest nieco przytłumiony i o ile przy oglądaniu video nie będzie to drażnić, to przy samym słuchaniu może męczyć. Znacznie lepiej brzmiące (choć tylko 3-utworowe) jest nagranie z występu w studiu telewizyjnym (również izraelskim). Dostępne nagrania partyzanckie z trasy w 2004 są dosyć średnie. Najlepiej wypada Karlsruhe (08.12).

                                                         

Poza nim, mogę polecić nagranie z Holandii (01.12.2004), ale głównie dlatego że nie ma lepszego wyboru. Niestety bootleg z krakowskiej Rotundy brzmi jeszcze gorzej i ratuje go jedynie wartość historyczna i sentymentalna. Nieco lepiej jest jeśli chodzi o występy w USA z 2005. Po pierwsze, Blackfield wpadli wtedy na sesję do radia XM (co zrobiło też Porcupine Tree w 2003 roku). Wyniki tej wizyty nie zostały wydane oficjalnie, ale na szczęście znalazł się ktoś, kto całą audycję nagrał. Panowie gają pełny set przewidziany na pół-akustyczną trasę po USA. Na bootlegu znajdują się również bonusy z pierwszej płyty (dwa dema, Feel So Low, remiks Hello i kilka nagrań z koncertów), którymi ktoś dopchał płytę. Nagrania z publiczności też cieszą ucho, zwłaszcza to z Nowego Jorku (10.03.2005). Są czyste, wyraźne i ciepłe.

                                                         

Teoretycznie trasa „Blackfield II” jest dosyć dobrze udokumentowana na Live NYC, ale z pewnych powodów warto zainteresować się też bootlegami.
Przede wszystkim polecam nagranie z Londynu (16.02.2007), na którym znajduje się nieszczęsne This Killer, z niewiadomych powodów usunięte przed amerykańską trasą. Bootleg jest bardzo dobrej jakości i słucha się go z przyjemnością. Pochwalić mogę również (na szczęście) pamiątkę dźwiękową z Warszawy, która w odróżnieniu od Krakowa nie była już nagrywana ziemniakopodobnym urządzeniem.
DNA Tour” może poszczycić się mianem najsumienniej zarejestrowanej trasy BF, co cieszy, biorąc pod uwagę częste zmiany w secie. Najpopularniejszym bootlegiem z 2011 jest chyba Antwerpia (28.04), co nie dziwi, ponieważ jakość jest bardzo dobra, a w secie znajduje się rarytas tego turnusu: Far Away.

                                                        

Jeśli chodzi o kwestie jakościowe to równie gorąco polecam Moskwę (30.06 – ostatni pełny występ tej trasy, zawiera między innymi 1,000 People) oraz Monachium (17.04). Znacznie słabiej brzmi niestety Kraków (15.04), ale on ma wartość sentymentalną. Nieszczególnie brzmi też Philadelphia (19.05), ale to jedyny znany mi amerykański przedstawiciel trasy DNA.
Na szarym końcu mamy dwa nagrania z ciepłej jeszcze (i jak się okazało niedokończonej) trasy BF IV. Tutaj prym wiedzie bootleg z Tel Avivu, który został udostępniony na YouTube (i ciekawe jak długo tam jeszcze poleży).

                                                         

Nagranie charakterystyczne, doskonale słyszalna gitara, ledwo słyszalny wokal. Drugie nagranie pochodzi z Krakowa, brzmi trochę gorzej niż izraelskie, ale póki co to jedyna rejestracja pełnego setu z tego krótkiego objazdu (zobaczymy co wyniknie z majowej wizyty w USA - oficjalne nagranie, dobry bootleg czy w ogóle nic).
I to by było to. Mając przedstawione przeze mnie pozycje można spokojnie uznać, że to co najważniejsze znajduje się w kolekcji (przynajmniej na dzień dzisiejszy).
Tak jak wspominałem, po majowym (ostatnim z ostatnich) koncercie Blackfield dopiszę parę słów w poprzednim poście, dam oczywiście znać kiedy to się stanie.
W międzyczasie, wraz z ostatnim dniem marca rozpoczniemy badanie Deadwing Tour.

czwartek, 13 marca 2014

Podróż przez czarne pole - historia koncertów Blackfield, cz.3: The end of the band?



Stefan miał już jesień żelaznie zaklepaną na premierę drugiego solowego albumu i na trasę promocyjną (nad którą przez długi czas wisiał znak zapytania), tak więc do końca 2011 roku o BF już się nie mówiło. Aviv powrócił do Izraela na przymusowe wakacje, a przynajmniej tak to wyglądało. W rzeczywistości Geffen doznał twardego zderzenia z rzeczywistością, kiedy zaproponował Wilsonowi (będącemu na fali zaskakująco udanej solowej trasy) szybkie nagranie czwartego wspólnego albumu i uzyskał negatywną odpowiedź. Na tamtym etapie SW miał w planach promowanie solówki oraz pracę nad nową płytą Porcupine Tree (co ostatecznie również zostało zepchnięte na dalszy plan) i jedynym wyjściem z sytuacji było zaproponowanie nowej formuły dla Blackfiled. Prawdopodobnie w porywie optymistycznego (lub rozpaczliwego) impulsu Aviv obwieścił w styczniu 2012 roku, że nowa płyta „Blackfield IV” zostanie wydana w maju. Jak wiemy nie stało się to ani w maju 2012, ani nawet w maju następnego roku, ale dopiero w sierpniu 2013. SW szybko jednak na te zapowiedzi zareagował sugerując, że jego aktywność w Blackfiled zostanie zdegradowana do statusu gościa. Jak to się wszystko potoczyło większość z Was dobrze wie, ponieważ sprawa jest dosyć świeża. Dodam tylko, że w 2012 Aviv skupił się ostatecznie na wydaniu i promowaniu kolejnej solowej płyty nagranej po hebrajsku - „Psifas”. Nas jednak interesuje najbardziej mikro trasa promocyjna „Blackfiled IV”, która pobiła pewne rekordy i to niestety we wrażliwych miejscach. Zanim jednak doczekaliśmy się jakichkolwiek występów BF minęło ponad pół roku. Aviv zrozumiał zapewne, że trasa Blackfield nie może odbyć się bez udziału Wilsona, a że ten miał czas dopiero w lutym następnego roku, to trzeba było poczekać. W międzyczasie jednak jakoś trzeba było tę 'czwórkę' promować, zatem (poza krótkim akustycznym setem Aviva dla greckich rozgłośni Red FM i Athens Rock! w lipcu) dosyć nieoczekiwanie Blackfield w składzie Aviv + Wilson (który akurat miał przerwę między częściami swojego Raven Tour) oraz niemieccy pozoranci, pojawiło się w studiu berlińskiej telewizji ARD Sat 1, żeby wykonać nową kompozycję Jupiter. Z playbacku. Wywołało to pewien naiwny szum wśród fanów Stefana, którzy nie mogli uwierzyć, że Bosy 'zagrał' z playbacku. Owszem, zagrał. Nic w tym szokującego, nic wielkiego. Prawda jest taka, że w swoim czasie no-man tez zmuszeni byli wystąpić w TV z playbackiem, po prostu mało kto o tym teraz pamięta lub wie. Zresztą, BF nie robili z tego wielkiej tajemnicy, a dokoptowana na szybko lokalna sekcja rytmiczna nie próbowała nawet udawać, że wie, co się naokoło nich dzieje. Uroczo medialny uśmiech Stefana na końcu to kropka nad i.

                                                          

Po tym występie obaj panowie wzięli udział w wywiadzie, co zagmatwało całą kwestię dotyczącą tego, czy Wilson jest integralną częścią Blackfield, czy nie. Aviv sam w tamtym czasie twierdził, że nic się nie zmieniło i że wkład Stefana nadal jest bardzo duży. Trudno powiedzieć czy Geffen chciał wierzyć w taki stan rzeczy, czy tylko tuszował nieuniknione, ale kiedy w końcu zaczęły pojawiać się konkretne daty koncertów (a zwłaszcza kiedy lista została zamknięta) było wiadomo, że nic nie jest już tak jak dawniej. Po pierwsze: na luty 2014 roku zaplanowano rekordowo małą ilość występów (nawet jak na Blackfield) – całe siedem. Jeden w Izraelu i sześć w Europie. Amerykanie mogli się pożegnać z jakąkolwiek szansą zobaczenia zespołu na żywo, mimo że Aviv w 2013 twierdził, że lutowa trasa obejmie również USA*. Co więcej, SW oznajmił, że będą to absolutnie ostatnie koncerty Blackfield z jego udziałem (ze względu na obowiązki związane z karierą solową) więc jest to dla niego szansa aby podziękować fanom i się pożegnać. W pewnym momencie Wilson straszył nawet, że nie jest pewien czy wystąpi na wszystkich planowanych koncertach, ale ostatecznie pojawił się wszędzie. Kolejny rekord? Z pewnością długość nazwy zespołu, ponieważ na niektórych plakatach (i biletach) tego mikro tourneé mogliśmy zamiast „Blackfield” zobaczyć hasło „Blackfield featuring Aviv Geffen with special guest Steven Wilson”. O ile brnięcia Wilsona w karierę solową postanowiłem tu nie komentować, to akurat to muszę. Bo jaki był sens umieszczania tego typu pretensjonalnego komunikatu reklamując trasę, która jakby nie patrzeć była pożegnalną trasą Blackfield, a jej repertuar opierał się głównie na dwóch pierwszych płytach? Na to pytanie odpowiedzi nie dostaniemy, a bezsensowność tego typu zagrania podkreślało nawet zachowanie obu muzyków na scenie (nawet Wilson mówił o sobie tak, jakby mieli nazajutrz wejść z Avivem do studia). Kolejny rekord pobity: w robieniu zamieszania.

               

Jeśli jednak odłożymy te elementy na bok to zostaje nam najważniejsze, czyli setlista oraz faktyczna forma Blackfield (jak zwał tak zwał) podczas występów. Trasa rozpoczęła się 'w domu' w Tel Avivie, gdzie po raz drugi już repertuar został odchudzony o „Cloudy Now”.
Zestaw na trasę był stały:

01. Miss U
02. Pills
03. Blackfield
04. Faking
05. My Gift Of Silence
06. Pain
07. DNA
08. Go to Hell
09. Jupiter
10. Dissolving With the Night
11. Where Is My Love?
12. 1,000 People
13. Someday
14. Once
15. Summer
16. Oxygen
17. Hello
…...
18. Glow
19. End of the World
20. Cloudy Now (z wyjątkiem Tel Avivu)
   

           

                                                         

Począwszy od koncertu w Paryżu (6 lutego) Faking zamieniło się miejscami z Miss U, co zdecydowanie wyszło setliście na lepsze. Muszę przyznać, że zestaw utworów bliski jest ideałowi. Oczywiście, nie da się wszystkim dogodzić. Zawsze komuś będzie któregoś utworu brakowało, ale siląc się na obiektywizm przyznaję, że lepszej setlisty na pożegnanie nie dało się ułożyć. Tak jak zapowiadano, lwia część setlisty opanowana była przez pierwsze dwa albumy, ale nie zapomniano też o przyzwoitej liczbie przedstawicieli „DNA" i „BF IV”. Wprawdzie z tej najnowszej i teoretycznie promowanej płyty grano tylko trzy utwory to jednak trudno się dziwić biorąc pod uwagę ilość Wilsona w Wilsonie. Znalazło się miejsce na utwory nietypowe i raczej przez nikogo nie typowane na przykład: Dissolving With The Night czy DNA, a w prezencie dla fanów Blackfield przywróciło kilka dawno nie granych rzeczy, jak ulubiony utwór Aviva - My Gift Of Silence, Someday czy Summer. Zwłaszcza ten pierwszy wymagał od Stefana wyjątkowo dużo wysiłku, bo został napisany w zbyt wysokiej dla niego tonacji (o czym sam Wilson opowiadał). Ostatecznie jednak sam go napisał więc tylko do siebie może mieć pretensje. W podobną pułapkę wpadł podczas solowego koncertu życzeń w Tel Avive w 2003 kiedy rzucił się na Trains.
Jeśli chodzi o nastroje to było odwrotnie niż na trasie DNA. Tym razem to Wilson dokazywał, wyraźnie zadowolony z małych rozmiarów trasy cieszył się każdym utworem i reakcjami publiczności. Aviv za to wyglądał momentami jak na stypie (co jako metafora działa tutaj aż za dobrze), nieformalny koniec Blackfield wyraźnie go przytłaczał. Tak się składa, że krakowski koncert był tym ostatnim z ostatnich* i chociaż nie można z całą pewnością położyć krzyżyka na dalszych koncertowych (i studyjnych) planach BF, to z pewnością nie zobaczymy tej nazwy przez jakiś czas.

           
           
                                                        

Po występie Aviv wyszedł podpisywać płyty sam, co niejako wpisuje się w schemat, którym Wilson naznaczył już no-man dystansując swoją osobę od wszelkiej działalności medialnej. Biorąc pod uwagę, że zarówno ten jak i przyszły rok zaklepany jest na wydanie i promowanie czwartego albumu solowego, będzie wystarczająco kolorowo jeśli SW zainteresuje się w 2016 Porcupine Tree lub no-man, które czekają w kolejce znacznie dłużej. Tym samym, Aviv zamiast w czarnym polu wylądował w czarnej dupie i nic nie wskazuje na to aby ta sytuacja miała się zmienić. Wprawdzie istnieje potencjał w gościnnym udziale różnych wokalistów, ale czas pokaże czy Geffen zdecyduje się przekształcić zespół w multikolaboracyjny typowo studyjny projekt (bo trudno mi sobie wyobrazić, że jedzie z tymi wszystkim ludźmi w trasę). Sam życzę mu wszystkiego dobrego i rozumiem niełatwą sytuację, bo jednak w Izraelu Aviv osiągnął już chyba wszystko co dało się osiągnąć, a jego ambicje sięgają dalej niż bycia więźniem lokalnej popularności. Pozostaje (śladem Tima Bownessa) próbować z kolejną (w tym wypadku drugą anglojęzyczną) płytą solową i liczyć, że Bosy nabierze jeszcze ochoty na Blackfield. Póki co, Aviv dołączył do elitarnego grona muzyków, którzy czekają na jakąkolwiek przerwę w hurtowej produkcji kolejnych solowych płyt Wilsona. Końca nie widać.

*Ps.: w chwili gdy oddawałem tekst do korekty (9.03) Wilson obwieścił, że pierwszego maja zagra kolejny ostatni koncert z Blackfield, tym razem w Nowym Jorku. Tym samym BF zrobili mnie w konia. Jako, że „machina” już ruszyła i seria tekstów o zespole nie może zostać przerwana to jakoś po majówce dokonam edycji i uwzględnię ten ostatni koncert. Chyba, że do tego czasu dołożą jeszcze kilka ostatnich koncertów na jesień. Wtedy oficjalnie uznam to za faka wymierzonego w moją stronę.
W następnym wpisie polecę najciekawsze dostępne bootlegi Blackfield, jak na rozmiary opisnanych przeze mnie tras pamiątek jest całkiem sporo.

                                          

niedziela, 2 marca 2014

Podróż przez czarne pole - historia koncertów Blackfield, cz.2: wzdłuż DNA


Zanim dzięki magicznemu wehikułowi przeskoczymy z 2007 do 2011 roku, zatrzymamy się na chwilę w 2009. W styczniu, zanim Wilson zaczął promować swój solowy debiut (wtedy tylko medialnie) i zakończył pracę nad ostatnim jak dotąd albumem Jeżodrzewia, odbyła się mała seria koncertów, która teoretycznie była europejską solową trasą Aviva Geffena, ale w praktyce była mikro trasą Blackfield. Aviv świętował premierę pierwszej anglojęzycznej (i wydanej na całym świecie) płyty firmowanej swoim nazwiskiem, a jeśli już wyrywać się z Izraela, to na całego! Stąd też wziął się pomysł na małe tournee po Europie, a jako że Aviv nie był do końca pewny tego, czy jego nazwisko ma poza Izraelem wystarczającą moc, zaprosił Stevena Wilsona. Skład tych występów był zatem składem Blackfield w czystej postaci, a setlista składała się w połowie z kompozycji wydanych jako Blackfield.    


            

                                                         

01. Black & White
02. It's All Right
03. Miss U
04. October
05. Now or Never
06. Once
07. Berlin
08. Glow
09. The Forest In My Heart
10. Silence
11. Blackfield
12. Pain
13. Where Is My Love?
14. The One
15. End of The World
….......
16. Heroes
17. Cloudy Now


Warto zwrócić uwagę na to, że Cloudy Now odgrywane było w wersji z solowej płyty Aviva (i z nim na wokalu). Trasa (bardzo krótka) dotarła też do nas i Aviv wystąpił w krakowskiej Rotundzie (16 stycznia). Ja niestety nie miałem okazji być na tym koncercie (mimo, że planowałem), ale znajomy widział ich w Berlinie i potwierdził, że zasadniczo był to koncert Blackfield z dodatkowymi solowymi utworami Aviva. Co więcej, dostałem od tego znajomego koszulkę z Avivem (którą miałem na wszystkich koncertach BF, na których byłem), były ponoć rozdawane za darmo. Niestety, mimo że nie była wielkim fiaskiem, pierwsza solowa trasa Geffena poza Izraelem nie wypromowała go wystarczająco. Aviv miał wrócić do Polski na jesieni by zagrać w warszawskiej Proximie (11 listopada 2009), ale koncert został odwołany. W oficjalnym oświadczeniu organizatora nie było słowa na temat powodu odwołania tego występu, można się tylko domyślać, że bez magicznego bonusa w postaci obecności Stefana nie udało się sprzedać biletów (chociaż większość zaplanowanych koncertów jesiennych w Europie się odbyła). Można było również przeczytać, że „Muzyk powróci do naszego kraju w przyszłym roku, prawdopodobnie na serię koncertów, jednak ich szczegóły nie są jeszcze znane.„.
Niestety, jak czas pokazał, Aviv wrócił dopiero w 2011 grając pod znacznie bardziej wabiącym szyldem. Możemy zatem rozpocząć opowieść o ostatniej pełnowymiarowej trasie Blackfield w jakiej fani mieli okazję uczestniczyć. Na etapie zapowiedzi Blackfield III (które ostatecznie objawiło się jako „Welcome to My DNA”) nie było jeszcze powodów aby sądzić, że Stefan powoli oddala się od tego projektu. Alarmujący był w prawdzie fakt, że był on autorem tylko jednej kompozycji na całej płycie, ale tłumaczono to wyczerpującą pracą nad drugim solowym albumem. Nie było wtedy mowy o tym, że Aviv przejmuje (chcąc nie chcąc) powoli kontrolę nad BF, a płyta ma pokazać jego muzyczny świat. Piszę o tym, ponieważ aktualnie obaj panowie próbują dorobić taką ideologię do tego albumu, ale wtedy w 2011 Aviv z pewnością nie był świadomy tego, że za jakiś czas zostanie z Blackfield sam. Na tamten moment Geffen planował poświęcić dla zespołu cały rok, udzielił niekończącej się ilości wywiadów, a trasa promocyjna miała przyćmić wcześniejsze dwie (co pod wieloma względami się udało).
Welcome to My DNA Tour rozpoczęło się w prima aprilis w Tel Avivie.
Rozgrzewkowy koncert wyglądał tak:


01. Blood
02. Blackfield
03. Glass House
04. Go to Hell
05. On the Plane
06. Pain
07. DNA
08. Waving
09. Rising of the Tide
10. Glow
11 Once
12. The Hole in Me
13. Miss U
14. Zigota
15. Oxygen
16. Where Is My Love?
17. Dissolving with the Night
….......
18. Hello
19. End of the World
 

           
                                                        


Ciekawostką jest to, że zarówno na tej jak i następnej trasie Izraelczycy nie usłyszeli na bis tradycyjnego Cloudy Now. Być może Aviv nie chciał dolewać oliwy do ognia.
Tak czy inaczej niecały tydzień później w Lemington Spa trasa wystartowała już pełną parą, a fani usłyszeli komplet 20-tu utworów (razem z Cloudy Now). Z oczywistych względów kręgosłupem setlisty był materiał z „Welcome to my DNA”, ale co istotne, owy set miał w trakcie trasy przejść liczne zmiany, w przeciwieństwie do poprzednich objazdów, których zestaw utworów był raczej żelazny. Do pierwszej 'mutacji' doszło podczas berlińskiego koncertu (13 kwietnia), kiedy między Zigote, a Oxygen Blackfield dołożyli (jednocześnie niczego nie usuwając) Epidemic. Taka poszerzona setlista pojawiła się u nas na koncertach w Warszawie (14 kwietnia) i Krakowie (15 kwietnia). Na obu występach byłem i mogę napisać parę słów o tym, jak to się wszystko prezentowało (chociaż zdaję sobie sprawę, że wielu z Was też tam było). Rozmach był nie tylko słyszalny, ale i widoczny, a to za sprawą Aviva, który wchodził na scenę w marynarce naszpikowanej diodami led migającymi na czerwono. Blood okazał się zaskakująco dobrym utworem na rozpoczęcie występu, a utwory z DNA obroniły się w wersjach na żywo. Co niestety było widoczne, to zachowanie Wilsona świadczące o tym, że myślami był już w No Mans Land, gdzie czekały rozgrzebane utwory na drugie solo. Od Stefana uderzało znudzenie, nieobecność i chęć bycia gdzieś indziej. Różne małe drobiazgi tylko podkreślały to wrażenie, zwłaszcza głupia pomyłka podczas solówki w Pain w Krakowie. Mimo to koncerty wypadły bardzo dobrze i zespół ruszył dalej.

                      
                     
                                                          

W Mińsku (17 kwietnia) doszło do kolejnej zmiany, setlistę opuściło Glow, a lukę wypełniło 1,000 People. W Karlsruhe (23 kwietnia) po raz ostatni na jakiś czas zagrano Rising of The Tide. Niestety we Frankfurcie (24 kwietnia) z setem pożegnał się On The Plane, a w jego miejscu wylądował nieco zużyty, ale zawsze gorąco przyjmowany Open Mind. Tego wieczora jeszcze raz (ostatni) powróciło Glow. Tym samym publiczność w Bochum (25 kwietnia) otrzymała krótszy set (20 utworów). W Kolonii (26 kwietnia) wyrównano ilość utworów do 21, na bis zadebiutował Far Away (z Avivem śpiewającym pierwszą zwrotkę). Co ciekawe, utwór ten był próbowany już od jakiegoś czasu. Czekając na wejście pod Progresją słyszałem jak zespół gra tę piosenkę i liczyłem nawet, że będzie to niespodzianka w polskim secie. Niestety tak się nie stało. Okres między koncertami u nas, a występem w Antwerpii (28 kwietnia) był wyraźnie gorący, zespół nie mógł się zdecydować które utwory i w jakiej kolejności chce grać, co owocowało takimi dzikimi zmianami z nocy na noc. Jeśli chodzi o zestaw kawałków granych na całej trasie to listę można tutaj zamknąć. Od tego momentu nie pojawiło się już nic nowego (co najwyżej różne utwory wymieniały się ze sobą). Jak na Blackfield (z trzema albumami na koncie) zmiany były i tak spore. Jeśli wierzyć źródłom, najdłuższy zestaw na trasie (22 utwory) otrzymali Paryżanie (29 kwietnia) i to oni też ostatni mieli okazję usłyszeć Rising Of The Tide. Koncertem we Francji Blackfield zakończyli oficjalnie tę część trasy mając przed sobą objazd po USA i Kanadzie.
18 maja w Waszyngtonie zespół pojawił się na scenie dla obywateli Stanów, setlista pozostała jednak taka sama. Pisałem wcześniej o tym, jak to SW sprawiał wrażenie znudzonego i zmęczonego tą trasą. Niestety życie dało mu kolejny powód żeby chcieć być gdzieś indziej. 24 maja Wilson podał do wiadomości, że zmarł jego ojciec i w wyniku tego część koncertów w USA/Kanadzie zostanie odwołana. Występy, które miały się odbyć między 24-tym a 30-stym maja (Toronto, Cleveland, Detroit, Chicago i Vancouver) zostały anulowane (z początku mówiło się o przełożeniu ich na inny termin, ale ostatecznie nigdy się nie odbyły). Pierwszy koncert, który Blackfield zagrali po przerwie odbył się w Seattle (31 maja), z setlistą pożegnał się Far Away.
3 czerwca w San Francisco do zespołu dołączył Jordan Ruddes i zagrał w Cloudy Now. Następnego wieczoru w Los Angeles Blackfield zagrali swój ostatni koncert w USA na tej trasie (a jak się okazało być może w ogóle). Po tym nastąpiła seria dosyć losowych wypadów tu i tam. Blackfield zagrali między innymi skrócone sety na festiwalach w Grecji, Czechach i Finlandii.                                                   
                                                                                                                                                                    
                                                   


Pełny set został odegrany tylko w Moskwie (30 czerwca) i był to też pierwszy koncert, na którym w roli klawiszowca wystąpił Gidi Herz, zastępując Erana Mitelmana (który miał w tym czasie inne zobowiązania). Po występie na słynnym Ilosaarirock (17 lipca) Blackfiled oficjalnie zakończyło „Welcome to my DNA Tour”, a tym samym całą promocję płyty. Od tego momentu dzieje Blackfield nabrały nieoczekiwanego rozpędu. W następnym wpisie przyjrzymy się ostatniej jak dotąd trasie zespołu - koncertach, które odbył się w lutym tego roku.
    


                                                         

piątek, 21 lutego 2014

Podróż przez czarne pole - historia koncertów Blackfield, cz.1

W chwili gdy piszę te słowa, dzielą mnie 4 dni od wydarzenia reklamowanego jako absolutnie ostatni koncert Blackfield w składzie ze Stevenem Wilsonem. Jako wielki fan zespołu czuję smutek w związku z tym, ale z drugiej strony znam Wilsona na tyle, że jeśli krowa nie zmienia zdania, to Wilson jest jej przeciwległym biegunem. Przyszłość Blackfield nie jest wyryta w kamieniu, teraźniejszość daje nam ostatnią na jakiś czas okazję aby zespół zobaczyć na żywo, natomiast przeszłości mam zamiar przyjrzeć się w tym tekście. Przeszłości występów Blackfield na żywo.




Niektórzy mogą nie wiedzieć o tym, że zarodek Blackfield utworzył się podczas krótkiej wizyty Porcupine Tree w Izraelu w 2000 roku. Aviv Geffen - fan zespołu zaprosił grupę na koncert do Tel Avivu. Wilson i Geffen zaprzyjaźnili się i po niedługim czasie Aviv odwiedził Bosego w Anglii. Przywiózł wtedy ze sobą utwór pt.: Open Mind, reszta jest już historią. Duet nie spieszył się z pracą nad debiutem, na co też nie pozwalały do końca trasa Porcupine Tree (świeżo po podpisaniu umowy z dużym wydawcą) oraz działalność Aviva w Izraelu. Ostatecznie nowo powstały projekt Wilsona ujawnił się w 2003 roku podczas niemieckich koncertów Jeżodrzewia. Set tych mini-występów był akustyczny i krótki:

01. Summer
02. Pain
03. Cloudy Now
04. Hello


Przy czym Summer i Pain nie zawsze były grane, a w ich miejscu pojawiało się Open Mind. W ten sposób Blackfield dało o sobie znać. Debiutancka płyta została wydana rok później. Jako że 2004 rok był dla Wilsona wolny od Porcupine Tree (jeśli chodzi o koncerty, w studiu powstawał Deadwing), zaplanowano pierwszą poważną trasę koncertową Blackfield, która miała objąć miasta europejskie i w 2005 roku amerykańskie. Zaczęło się jednak od kilku mini występów w telewizji. Podczas niektórych z nich za perkusją zasiadł Chris Maitland, który zagrał również w kilku utworach na płycie. Po paru promocyjnych występach w Izraelu, zespół miał zadebiutować w Europie, póki co jednym występem w Londynie, w klubie Mean Fiddler (10 września 2004). Aby wydarzenie uświetnić zaproszono Anathemę, która zagrała tego wieczoru akustyczny set z udziałem kwartetu smyczkowego. Niespodzianką był krótki solowy występ Stevena Wilsona, o którym więcej napiszę przy okazji opisywania jego pre-2011 działalności solowej. Blackfield zadebiutował w pełnym składzie, który na tamten czas przedstawiał się tak: Wilson i Aviv + Seffy Efrati (bas), Tomer Z (perkusja) i Daniel Salomon (keyboard). W praktyce zatem występował zespół The Mistakes (stały skład koncertowy Aviva) plus Steven Wilson. Podobny patent zastosowano przy montowaniu koncertowego składu no-man w 2008 kiedy Wilson dołączył do 'Tim Bowness Bandu'. Blackfield dysponowali materiałem z jednej płyty, więc setlista była dosyć krótka:

01. Blackfield
02. Open Mind
03. The Hole In Me
04. Glow
05. Pain
06. Lullaby
07. Summer
08. Where Is My Love?
09. Cloudy Now
10. Scars
11. Hello
...
12. Feel So Low


Jak można zauważyć, posiłkowano się dwoma utworami, które nie pochodzą z pierwszej płyty. Where is my Love? w wersji demo pojawił się wprawdzie jako bonus dołączony do niektórych wydań płyty, a Blackfieldowa wersja Feel So Low była dodana do wydania winylowego. Blackfiled ruszyli w trasę po Europie, która trwała od listopada do grudnia 2004. Setlista prezentowała się mniej więc w ten sposób:

01. Blackfield
02. The Hole In Me
03. Open Mind
04. Glow
05. Pain
06. Lullaby
07. Epidemic
08. Waiting (Phase One)
09. Summer
10. Where Is My Love?
11. Cloudy Now
12. Scars
13. Hello

14. Feel So Low
15. Pain
16. Blackfield


Zespół stosował starą jak świat zagrywkę grając na bis wykonane już wcześniej najpopularniejsze utwory. Poza tym w setliście pojawiła się świeżynka pt.: Epidemic.
Na wydanie jej trzeba było czekać do 2007 roku, chyba że dotarło się do solowej płyty Aviva pt.: Im Hazman (2006), na której oprócz Epidemic (Magifa) znalazły się też 1,000 People (Alfei Anashim) oraz Glow (Zoharim).
Do tego pojawiły się dwie piosenki Porcupine Tree. W trakcie trwania trasy różne utwory wymieniały się miejscami, niektóre z tych powtarzanych się zmieniały, np. Cloudy Now zamiast Blackfield.


                                         

W Polsce SW i Aviv zagrali tego roku dwukrotnie, w Krakowie (13 grudnia 2004) i w Bydgoszczy (14 grudnia 2004). Aviv wspominał o polskich korzeniach (co też robi za każdym razem kiedy u nas występuje, z tego co pamiętam, jego rodzina pochodzi z Makowa) oraz o tym, że był z polską dziewczyną, która go rzuciła. Najwyraźniej jest jeden z powodów, dla których Wilson i Geffen tak się rozumieją, obaj dostali kosza od polskich dziewczyn. Z pobytu Blackfield w Krakowie pozostała bardzo ciekawa pamiątka przygotowana przez izraelską telewizję:


                                                           


Można było bez trudu zauważyć, że koncerty Blackfield różniły się znacznie od tych, do których przyzwyczaiło nas Porcupine Tree. Aviv jako urodzony showman skakał po scenie, a czasami zdarzało mu się biegać z gołym torsem, co z czasem stało się legendarne. Jego wykonania charakteryzowały się również dużym natężeniem emocjonalnym, co stało w kontrze do dosyć nieprzeniknionej postawy Wilsona.
Trasa dobiegła końca, a na rok 2005 zaplanowano kilka koncertów po USA, co jak na debiutujący zespół było dosyć niezwykłe. Niestety sytuacja zaczęła się komplikować. W 2004 roku Stany Zjednoczone były jeszcze na świeżo po atakach z 11 września 2001 czego wynikiem był brak zgody na udzielenie wiz Seffyemu, Tomerowi i Danielowi. Aviv Geffen jako celebryta nie miał z tym problemów, rdzeń zespołu został zatem nienaruszony i można było jeszcze próbować coś z tej trasy ukręcić. I ukręcono.
Nieraz już Steven Wilson musiał ratować się pomocą kolegów z Ameryki, nie inaczej było tym razem. Jordan Ruddes z Dream Theater zgodził się opanować materiał i zasiąść za klawiszami. Z jego pomocą, uzbrojony w gitary duet Blackfield miał przedstawić fanom z USA pół-akustyczny show. Okazało się, że trasa w tej formie odniosła spory sukces, a Aviv i Steven wrócili do domu z tarczą.

01. Blackfield
02. Glow
03. The Hole In Me
04. Pain
05. Summer
06. Thank U
07. Epidemic
08. Miss U
09. Cloudy Now
10. Fel So Low
11. Hello
…...
12. Pain


                                                       

                                     

Podczas tego mini objazdu zadebiutował nowy utwór Miss U, a swoją koncertową premierę miał cover utworu Thank U, który pojawił się na pierwszej edycji Cover Version Stevena Wilsona. Jako że zespół zdawał sobie sprawę z tego, że przed trasą zapowiadane były koncert z całym zespołem, Blackfield chcieli ułaskawić fanów dodatkowym supportem w postaci Stevena Wilsona grającego krótkie solowe sety. Piszę o tym, dlatego że podczas kilku jego mini występów swoją premierę miał inny utwór Blackfield – Christenings. Rzecz w tym, że był to utwór planowany na płytę Porcupine Tree „Deadwing” (choć zapewne na tamtym etapie było już wiadomo, że na nią nie trafi) i tak też Wilson tę piosenkę zapowiadał. Ostatecznie trafiła ona na „Blackfield II”. Do końca roku Blackfield zagrało jeszcze przy kilku okazjach jako support Porcupine Tree, zespół był w komplecie i prezentował zestaw ekspresowy:

01. Blackfield
02. Open Mind
03. The Hole In Me
04. Glow
05. Pain
06. Epidemic
07. Hello
08. Cloudy Now


W 2006 roku Steven Wilson miał trochę wolnego, odbył tylko krótką trasę z Jeżodrzewiem (promując DVD „Arriving Somewhere...”), a resztę roku poświęcił na pisanie. Między lutym a czerwcem Aviv i Wilson nagrywali w studiu to, co ostatecznie zostało wydane na początku 2007 roku jako „Blackfield II” (wcześniej tytuł miał brzmieć "Epidemic"). Premiera, wstępnie zaplanowana na późną wiosnę 2006, przesuwała się jeszcze kilka razy, ostatecznie album pojawił się w sklepach prawie rok od momentu, kiedy panowie weszli do studia. Jako że terminy goniły (głównie Stefana, który na resztę 2007 roku miał zaplanowaną trasę promującą „Fear of a Blank Planet”), Blackfield zaczęli koncertować równo z premierą BFII i zaczęli oczywiście od Europy. W tym miejscu należy zwrócić uwagę na małą zmianę składu, jaka nastąpiła w 2007 roku. Daniela Salomona zastąpił Eran Mitelman. Z ową zmianą wiąże się wiele plotek, głównie mówiących o tym, że Salomon (wieloletni współpracownik Geffena) został z zespołu wyrzucony. Aviv udzielając w tamtym czasie wywiadów niejednokrotnie wypowiadał się na jego temat ostrymi słowami. Mitelman jest obecny na płycie w utworze My Gift Of Silence i od tamtej pory stał się stałym członkiem Blackfield (oraz The Mistakes). Setlista na europejskie odnóże trasy wyglądała tak:

01. Once
02. Miss U
03. Blackfield
04. Christenings
05. The Hole In Me
06. 1,000 People
07. Pain
08. Glow
09. Thank U
10. Epidemic
11. Some Day
12. This Killer
13. Open Mind
14. My Gift Of Silence
15. Where Is My Love?
16. End Of The World
….
17. Hello
18. Once
19. Cloudy Now

                                        

Jak można zauważyć, sporo materiału z pierwszej płyty pominięto, zniknęły też covery Porcupine Tree i ustąpiły miejsca granemu już w 2005 Thank U. Once odgrywane było dwukrotnie każdego wieczoru. Innego rodzaju zmiany doczekało się Glow, które począwszy od tej trasy było grane solo przez Aviva siedzącego za klawiszem. Bardzo rzadkie występy (prawdopodobnie tylko trzy) zaliczyło Scars, natomiast This Killer z niewiadomych powodów szybko opuścił setlistę w trakcie europejskiej trasy. Zespół zagrał u nas koncert w warszawskiej Proximie (22 lutego 2007) przedstawiając wyżej wymienioną setlistę (ale w nieco innej kolejności utworów). Na marzec Blackfield mieli zaplanowaną rundę po USA i tym razem całemu zespołowi udało się otrzymać wizy. Aby to uczcić, w nowojorskim Bowery Ballroom zostało nakręcone pierwsze (i póki co ostatnie) DVD koncertowe grupy. Setlista po Stanach była niemal identyczna jak w Europie, wyjątkiem było usunięcie This Killer i dwukrotne wykonanie rarytasu Scars. Wydany po trasie „Live in NYC” to chyba najlepsza pocztówka Blackfield z okresu 2004 – 2007. Następne lata przyniosły pewne zmiany, które nie tylko odbiły się na kształcie samego zespołu, ale także i charakterze koncertów. O trasach promujących płyty „Welcome To My DNA” i „Blackfield IV” napiszę w następnej notce.