Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.5: Bootlegi.


Jak na względnie krótką trasę, to wybór bootlegów jest dosyć przyzwoity. Pierwsze dwa koncerty (Poznań 20.10.2011 r. i Kraków 21.10.2011 r.) nagrywałem sam i jak dotąd nie słyszałem żadnych innych rejestracji tych występów. Jakość tych bootlegów jest średnia, sprzęt był nowy, a ja cały czas eksperymentowałem z ustawieniami i wyszło jak wyszło. Inna sprawa, że miałem swoje 5 minut fejmu kiedy udostępniłem te nagrania na Demonoid, w końcu to były pierwsze solowe występy Stefana w ogóle i sporo osób czekało na te bootlegi jak dzieci na Wigilię. Jako, że nie ma żadnych substytutów, to nieskromnie polecam moje nagrania jako jedyną pamiątkę scenicznego debiutu Stefana solo na małej i dużej scenie. Jeżeli ktoś posiada alternatywne bootlegi, to proszę o kontakt.

        

Niemcy nie dali ciała. Z czterech koncertów jakie SW zagrał u nich w 2011 r, posiadam trzy bootlegi z dwóch koncertów (Monachium 23.10.2011 r. i Hamburg 28.11.2011 r., z czego Monachium nagrały dwie osoby). Każde z tych nagrań ma swoje wady i zalety, ale generalnie są miłe dla ucha.

                                              

Równie dobra jest rejestracja z koncertu w Londynie (31.10.2011 r.). Jest to ostatni koncert zagrany w oryginalnym składzie solo bandu (z Azizem Ibrahimem) więc warto go mieć.
Następne dwa bootlegi również są swego rodzaju rarytasami, bo to jedyne nagrania z Amerykańsko/Kanadyjskiej części trasy jakie posiadam (i być może jedyne dostępne w szerszym obiegu). W skrócie, to jedyne bootlegi, na których możemy usłyszeć Johna Wesleya. Każdy gitarzysta, który był członkiem zespołu Stefana miał trochę inne podejście do tych samych utworów i fajnie jest porównać, to jak te kawałki się ze względu na to zmieniały. Wes, tak jak pisałem już wcześniej, doskonale dawał radę. Do słuchania mamy Boston (13.11.2011 r.) i Montreal (15.11.2011 r.). Oba bootlegi są bardzo przyzwoitej jakości. Wiem, że te opisy wyglądają tak samo, ale taka była ta trasa. Na tym etapie zmian w setliście nie było, zachowanie Wilsona było praktycznie identyczne każdego wieczora, a jakość bootlegów wyjątkowo równa.

                                              

Rok 2012 przynosi pewne zmiany. Po pierwsze, mamy tu pierwszą transmisję radiową z koncertu SW. I to nie jakieś fragmenty, ale całość (ok, brakuje akustycznych kawałków PT). Radiowym rodzynkiem jest występ z Santiago (18.04.2012 r.). Niestety mimo że była to profesjonalna transmisja, to samo nagranie brzmi trochę mniej pro. Jest przesterowane, momentami ostro trzeszczy, przypomina trochę tego typu nagrania z lat 90tych. Nie ma jednak co marudzić, bo to jedyny broadcast z całej trasy i do czasu wydania dvd „Get All You Deserve”, to było jedyne pełne profesjonalne nagranie z solo koncertów, nie wspominając o obecności nowego kawałka (Luminol). Pozostały jeszcze dwa bootlegi, Tilburg (2.05.2012 r.) oraz drugi Londyn (15.05.2012 r.).
Zwłaszcza ten drugi wart jest uwagi, bo zawiera wykonanie utworu „Insurgentes”. Niektóre kawałki trochę się pozmieniały, nie tylko ze względu na kolejną zmianę na miejscu gitarzysty (Niko Tsonev), ale też ze względu na zdecydowanie śmielsze działania zespołu. Np. panowie zorientowali się, że solo Beggsa w „No Part Of Me” jest trudne do odtworzenia na żywo tak żeby ktokolwiek coś z tego usłyszał. Adam Holzman dołożył więc w tym miejscu solo na moogu. Pojawiło się jeszcze kilka naprawdę drobnych zmian, ale był one ograniczone ze względu na to, że każdy utwór był idealnie dopasowany do projekcji (co zawsze uważałem za koszmarnie ograniczające).

                                                          

I to tyle. Na jesieni 2012 r. otrzymaliśmy z tej trasy oficjalne dvd. Zawsze uważałem, że Stevena Wilsona lepiej się słucha niż ogląda (może z wyjątkiem „Anesthetize”, które jest doskonałe pod każdym względem). Niestety, najbardziej odczułem to oglądając „Get All You Deserve”. O ile muzyka jest świetna, to oglądanie Stefana machającego rękami jak pajac i czarującego dłońmi jak Harry Potter, nie stanowi dla mnie źródła przyjemności, raczej zażenowania. Z Wilsona zrobił się taki Piotr Rogucki angielskiego prog-rocka, niektórym to się pewnie podoba, ale ja wolałem kiedy miał łapy przyklejone do gitary i nie mógł sobie folgować. Szczytem było czołganie się po ziemi w trakcie „Index” w 2013 r., ale do tego dojdziemy przy okazji TEJ trasy (niecierpliwym polecam wideo Index z Lorelay z 2013 r.).

Tak czy inaczej, po przeczytaniu serii tekstów o „Grace For Drowning Tour” (An Evening With Steven Wilson), powinniście wiedzieć już całkiem sporo o tym jak to wyglądało i jakie pamiątki z tego zostały.

To była ciekawa trasa. Najkrótsza w Stefana solowej karierze, ale w tym czasie zdążył dwukrotnie zmienić gitarzystę, dorzucić Amerykę południową i niespodziewany drugi europejski leg.
Zagrał niewiele ponad 40 koncertów (obecnie kończy trasę, która zawiera ponad 150 dat), ale to fantastyczne koncerty. Jeżeli chodzi o solowe wyczyny Wilsona, to czeka nas teraz trasa Raven, ale to już w przyszłym roku. Na ten rok zaplanowałem jeszcze kilka tekstów, ale na razie chichosza.

piątek, 18 listopada 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.4: Reszta świata.


                                                  


Jak wypadła reszta trasy? Europejskie odnóże nie odznaczyło się żadną zmianą w żelaźnie przećwiczonej setliście. W zasadzie można założyć, że każdy z tych koncertów był identyczny, ale nie można mieć o to do Stefana pretensji, to była premierowa trasa solo i raczej każdy chciał zobaczyć to samo, bo widział to po raz pierwszy.
Z tego co mi wiadomo, to każdy koncert był rejestrowany. Po europejskim objeździe pojawiło się na soundcloudzie Bosego kilka nagrań z Londynu: Sectarian, No Part of Me, Index i Deform to Form A Star. Londyn (31.10.2011) był ostatnim przystankiem w Europie, na 8-mego listopada zespół był już zaklepany na rozpoczęcie amerykańskiego odnóża na Florydzie. Niestety stała się rzecz dosyć niespodziewana. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie, ale prawdopodobnie jeszcze w trakcie objazdu po Europie dotarła do solo bandu informacja, że Aziz nie dostanie wizy do USA.

                                             

Powody nie był tak oczywiste jak się wydaje. Aziz urodził się w Wielkiej Brytanii i nie było praktycznie żadnego powodu, aby nie dać mu wizy, zwłaszcza w momencie kiedy wiadomo było, że przyjeżdża tam jako muzyk, który ma zakontraktowane koncerty. Dodam jeszcze, że Aziz nie jest pierwszym z brzegu gitarzystą, odbywał już trasy z takimi zespołami jak Simply Red, czy The Stone Roses. Przykrym finałem całej sprawy było to, że Ibrahim otrzymał w końcu wizę, ale było to w momencie kiedy trasa właśnie startowała (o czym opowiadał swego czasu jego przyjaciel, Steve Hogarth z Marillion). Przepadek? Tym samym, Aziz został wyeliminowany (jak się okazało, na stałe) z pozycji gitarzysty w solo bandzie Stevena Wilsona. Kto zatem przybył na ratunek?
W tamtym czasie opcja była tylko jedna i na szczęście Stefan z niej skorzystał. Oczywiście zgłosił się do Johna „Wesa” Wesleya, który mimo tego, że był zajęty nagrywaniem nowej płyty (Disconnect), zgodził się. A czasu na opanowanie monstrualnego materiału miał niewiele. Tak sytuację opisał Wes kiedy wrócił do domu pod koniec listopada:

A couple of weeks ago, I received word that Aziz Ibrahim, the touring guitarist in the Steve Wilson solo band, had an issue with a work visa right before the start of the planned North American tour. I was then asked to step in for the Grace for Drowning North American tour. After some serious work learning an almost two hour set, I did the first show in Orlando, then hit Baltimore, had stunning gigs in NYC, Philly, Boston at the Berklee Performing Arts Center, Montreal, Toronto, and the big finale in Chicago at the Legendary Park West. The band was a simply stunning array of musicians — Marco Minneman (drums), Nick Beggs (bass), Theo Travis (saxophone & flute)  and Adam Holzman (keyboard) — it was an incredible set of shows.

                                               

                                       

Z tego co pamiętam, Wes miał niewiele ponad tydzień na nauczenie się wszystkiego i raptem jedną próbę z całym zespołem. Niewielu gitarzystów by się czegoś takiego podjęło, ale Wes dał radę. Wszystkie zaplanowane koncerty w USA i w Kanadzie odbyły się bez przeszkód. Setlista nie uległa zmianie, ale to raczej oczywiste. Jeszcze przed amerykańskim odnóżem, kiedy Stefan wyjaśniał na fb sytuację z odejściem Aziza i dołączeniem Wesa, zawarł również ciekawą informację.


now we can look into the possibility of touring again early next year in order to play some of the places we missed out this time around. On a less positive note, some of you may have heard that the guitar player in the band, Aziz Ibrahim, was refused a work visa to tour the US, but the good news is that my old buddy John Wesley has agreed to step in to cover for Aziz during the forthcoming USA and Canada shows.

Przed Poznaniem, Stefan absolutnie nie wychylał się z planami występów solo poza koncert w Chicago, który kończył trasę po USA i Kanadzie, ale już po Europie miał parcie, aby ciągnąć wóz dalej. Kiedy jednak wrócił do domu pod koniec listopada i podliczył hajs w portfelu, to okazało się, że piszczy tam biedą i nie ma jak opłacić kolejnych występów. Na tym etapie SW dopłacał do tego by móc grać solo koncerty. Obecnie na tym zarabia (lub jak twierdzi, wychodzi na zero, bo ciągle ładuje w swoje koncerty więcej kasy żeby były większe, głośniejsze, itd.), ale wtedy sytuacja przypominała tę, w której znalazło się Porcupine Tree w 2000 roku kiedy chcieli pojechać w trasę jako support Dream Theater (niezależnie od tego co się sądzi o DT, to propozycja była dosyć lukratywna), ale nie było ich stać. SW skompilował wtedy Recordings, dzięki sprzedaży którego udało się zebrać odpowiednią ilość kasy, a sama płyta do dziś jest zdaniem fanów jednym z najwybitniejszych dzieł PT. Takie patenty nie rdzewieją, zatem Stefan zrobił dokładnie to samo i zdecydował się wydać obszerne fragmenty koncertu w Londynie na płycie CD zatytułowanej Catalogue. Preserve. Amass. Oprócz dostępnych już wcześniej Index, Deform To Form A Star, No Part Of Me i Secatrian, Wilson dorzucił No Twilight…, Veneno Para Las Hadas i całego Raidera II. Całość (70 minut muzyki) została opatrzona ładną okładką, a wydawnictwo było limitowane do 3.000 sztuk. Sprzedaż rozpoczęła się w marcu 2012 r., oczywiście wszystkie kopie szybko się rozeszły, co tez napełniło Bosemu świnkę skarbonkę podpisaną „2012 solo tour”. Brawo, Stefan.
W kwietniu, z okazji Record Store Day, sprzedano jeszcze 2.000 wytłoczonych na tę okazję winyli Catalogue. Preserve. Amass. One też zniknęły z prędkością światła.

                                              

Wilson musiał wiedzieć, że zbiórka wypali, bo kolejne daty koncertów zostały zaplanowane już na kwiecień. Trzecie odnóże miało miejsce ponownie w Ameryce, ale nie tylko w USA. Setlsita nie uległa zasadniczo zmianie, pojawił się jednak jeden nowy solowy numer – Luminol (przez jakiś czas uznawany za Luminal, dopóki SW nie przeliterował tytułu w wywiadzie). Zmiana nastąpiła tez znowu na miejscu gitarzysty. Tym razem za wiosło chwycił Niko Tsonev, doskonały muzyk z Bułgarii.

                                     

Niestety wraz z koncertem w Hollywood, setlista zaczęła się kurczyć. Padło na mój ulubiony solowy kawałek Wilsona – Veneno Para Las Hadas. Najwyraźniej Amerykanie zbyt szeroko ziewali na wolniejszych kawałkach i coś trzeba było obciąć.
12-tego kwietnia, zespół zajechał do Meksyku (pierwszy raz Stefana w tych rejonach) i zagrał mini koncert w En Plaza Condesa.

01. Even Less
02. Deform To Form A Star
03. Postcard
04. No Twilight Within The Courts Of The Sun


Następnego dnia, zagrano już prawdziwy, pełny set w Teatro Metropolitan. Z okazji tego, że występ był filmowany z myślą o wydaniu dvd (pod tytułem Get All You Deserve we wrześniu 2012 r.), powróciło Veneno Para Las Hadas. Kolejne koncerty były pod względu setu dosyć dziwaczne. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem listę z Wenezueli (15tego kwietnia), to byłem trochę zmieszany.
Ponownie wypadło Venono, natomiast publiczność otrzymała po Get All You Deserve bis niespodziankę… w postaci dwóch utworów Porcupine Tree. Zagranych przez Stefana solo solo, na akustyku, był to Even Less i Trains.

                                                   

Po tym jak Wilson odgrażał się co do repertuaru w 2011 r., było to dosyć zaskakujące, ale ostatecznie zrozumiałe. Fani z tamtych rejonów nigdy nie mieli okazji zobaczyć Porcupine Tree przez całe 17 lat jakie ten zespół spędził w trasie. Bosy był zobligowany żeby dać tym ludziom chociaż cząstkę Jeżodrzewia. Koncert w Santiago, Chile (17-tego kwietnia) prezentował się tak samo, zaś następny (18-tego kwietnia), również w Santiago, zawierał dwie zmiany. Zamiast Even Less, na bis SW zagrał Lazarusa, a w głównym secie Veneno Para Las Hadas wymieniło Like Dust I Have Cleared From My Eye. Od tamtej pory, Veneno nie powróciło już na koncertach SW. Drugi koncert w Chile był transmitowany wtedy w lokalnym radiu, to pierwszy taki przypadek na trasie solowej Stefana. Pozostały koncerty w Argentynie i Brazylii wyglądało tak samo.
Występem, który odbył się 25-tego kwietnia w Szwecji Wilson oficjalnie rozpoczął czwarty leg pierwszej solowej trasy triumfalnie powracając do Europy. Set nie uległ żadnym zmianom, z wyjątkiem tego, że ekstra bis z utworami PT się ulotnił.
Trzeba było czekać do koncertu w Paryżu (4tego maja) aby objawiła się jedyna na tej trasie, w miarę spontaniczna zmiana (nie licząc mikro setu PT). Like Dust I Heave Cleared From My Eye wypadło, a w jego miejsce pojawiło się znienacka Insurgentes.

                                     


Planowo zmiana miała być jednorazowa (z jakiegoś powodu), ale wyszło tak dobrze, że Wislon postanowił grać ten utwór dalej. Like Dust I Heave Cleared From My Eye powróciło jeszcze tylko podczas występów we Włoszech i jak dotąd nie powróciło. Ostatni koncert całej trasy promującej Grace for Drowning odbył się w Londynie, w Shepard’s Bush Empire (w tym samym miejscu gdzie w 2011 r. nagrano Catalogue. Preserve, Amass i gdzie w 2001 roku Porcupine Tree nagrali nigdy nie wydany koncert, o którym pisałem w pierwszym wpisie tego bloga). Setlista składała się ze standardowego zestawu 13-tu utworów. W stosunku do początku w Poznaniu, wyleciało Veneno Para Las Hadas (poniekąd zastąpione przez Luminol) oraz Like Dust I Heave Cleared From My Eye (zastąpione przez Insurgentes). Tak tez zakończyła się pierwsza solowa trasa Stevena Wilsona, trasa która miała trwać tylko dwa miesiące, która miała być tylko na chwilę pomiędzy jednym, a drugim turnusem Porcupine Tree, a której kontynuacje ciągną się ostatecznie niemal nieprzerwanie po dziś dzień. Mimo skromnego (w porównaniu do kolejnych tras) repertuaru, była to moim zdaniem najciekawsza solowa trasa Stefana.

Między październikiem 2011, a majem 2012, Steven Wilson zagrał 18 utworów:

6 utworów z "Insurgentes"
8 utworów z "Grace for Drowning"
1 utwór z "The Raven That Refused To Sing (and other stories)"
3 utwory Porcupine Tree (Lazarus, Trains oraz Even Less)


W następnej części będzie o bootlegach z tej trasy, trochę ich było!

piątek, 21 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.3: Kraków.



Koncert w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy, był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć. Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat, czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię. Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).

         

Kiedy staliśmy pod sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby publiczność.
Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.

         

Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.

Stefan trochę się wyluzował, zagadywał publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty, jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych, które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że tamte koncerty były najlepsze.


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.


                   
                                                                                                                                
                                                              

Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.

I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D
Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszował w internecie i myślami był na kolejnym koncercie.

Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.

Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.



                                                 

czwartek, 20 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.2: Poznań.




Turnus rozpoczynał się dwoma koncertami w Polsce. To były pierwsze koncerty na trasie, ale też pierwsze koncerty solowe Stefana w ogóle. Spekulacje dotyczące setlisty nie miały końca, mimo że pula utworów była ograniczona do Insurgentes i Grace for Drowning (typowano też utwory z CV).
Największym pytaniem jakie się wtedy nasuwało na myśl było – czy zagra Raidera II?
Wszystko związane z tymi koncertami było owiane tajemnicą, co było naprawdę odświeżające w przypadku SW. Bosy wcześniej zapowiedział, że odgrywany będzie tylko materiał solo, żadnego Porcupine Tree, Blackfield, itd., co cieszyło.

20tego października pojawiłem się w Poznaniu gotowy na niespodziewane. Niestety Stefan (nieświadomie) spalił kilka niespodzianek ludziom, którzy przyszli godzinę wcześniej aby zająć dobre miejsca pod sceną. Nie było nas dużo, ale słyszeliśmy obszerny fragment próby, w tym Raidera II i Get All You Deserve. Koło wejścia kręcił się Nick Beggs. Kiedy wpuszczono ludzi do środka, można było zaobserwować pierwsze „atrakcje” wieczoru.
Słynna szmata wisiała już dumnie zasłaniając scenę. Eskulap to mały klub (przynajmniej w porównaniu z Halą Wisły), a spod sceny już kompletnie nie widziałem tego, że na szmacie wyświetlany jest film. Koncert był niejako reklamowany jako rozgrzewkowy, wszystko było nowe zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Z głośników leciało Bass Communion, utwór z Cenotaph, którego jeszcze nikt nie znał (płyta miała być dostępna na trasie, ale spóźniono się z wydaniem).


        

Muszę przyznać, że trik działał, atmosfera była rzeczywiście mistyczna, a oczekiwania puchły coraz bardziej. W końcu na scenę zaczęli wchodzić muzycy. Najpierw Marco Minneman, który zaczął wybijać rytm No Twilight In The Court of The Sun. Dopiero kiedy Nick Beggs wszedł i zaczął grać swój motyw, poznałem co to za utwór. Następnie, w odpowiednich odstępach, pojawili się Adam Holzman, Aziz Ibrahim i Theo Travis. Na końcu wyszedł Steven Wilson.
Przyznam, że kiedy jeszcze dwa lata wcześniej wyobrażałem sobie ewentualne koncerty Stefana, to zawsze wyobrażałem sobie jak gra ten utwór. I dalej poszło już z górki. Koncert był rzeczywiście pełen ciekawych, świeżych jak na Wilsona elementów. Zniekształcony głos podczas zapowiedzi Index, robił wrażenie (na kolejnej trasie już dużo mniej, zwłaszcza, że Bosy za bardzo się rozgadywał tym niskim głosem i wychodziło śmiesznie, a nie klimatycznie). Pamiętam, że nie do końca byłem pewien, czy to co słyszałem faktycznie słyszałem, czy nie. Wszystko było zaskoczeniem. Po kilku kawałkach zacząłem się zastanawiać, czy ta szmata będzie wisiała przez cały koncert. Chwilę później już jej nie było, spadła w trakcie Sectariana (co stało się potem tradycją, również trochę zbyt wymaglowaną by robiła takie same wrażenie). Aziz Ibrahim miał na palcach migające lasery, co wyglądało dosyć fajnie (zwłaszcza kiedy jeszcze wisiała szmata).

                                    
                                    

Projekcje Lasse’go nie były zbyt dobrze widoczne (jednak Eskulapowa scena jest mikroskopijna w porównaniu, do tych, na których Stefan grał w przyszłości), ale były w porządku. Nie przekraczały pewnej granicy (tak jak zbyt absorbujące filmy z trasy HCE), były dobrym dopełnieniem tego co działo się na scenie i nie odwracały uwagi od muzyków.
Skład robił wtedy wrażenie. Zwłaszcza muszę tutaj wyróżnić dwie osoby. Po pierwsze, Theo Travis, który wniósł do koncertu z udziałem Stefana nieobecne dotychczas instrumentarium (nie licząc jednego gościnnego występu w 1997 r.), zrobił olbrzymią różnicę w brzmieniu. Do dziś uważam, że to najlepszy muzyk jakiego Stefan kiedykolwiek miał u siebie w solo bandzie.

                                     

Drugą osobą jest Aziz Ibrahim. Niech mi nikt nie próbuje wcisnąć, że Guthrie Govan jest lepszym gitarzystą. Aziz okazał się mieć niesamowite wręcz wyczucie, a oryginalne, pobrzmiewające bliskim wschodem wstawki (np. solo w Abandonerze) dodały tylko kolorytu. Tym bardziej przykro mi, że pożegnał się on ze składem w dosyć kretyńskich okolicznościach (o czym będzie później).

                                                   

Raider II został zagrany. Już samo to wydawało się wtedy czymś trudnym do osiągnięcia. No i zakończenie – Get All You Deserve – nie tyle ze względu na sam utwór, ale ten moment kiedy SW zniknął na chwilę ze sceny i wrócił w masce przeciwgazowej. Niby nic, niby pierdoła, ale był to akcent, o który by się Stefana wcześniej nie podejrzewało. Niestety z solowej trasy na solową trasę takich smaczków jest coraz mniej.

                                                    

Oczywiście, nie było tak teatralnie jak niektórzy sobie wyobrażali, ale właśnie. Czego tak naprawdę oczekiwaliśmy? Trudno powiedzieć, ale kiedy człowiek zaczyna sobie wymyślać, to nikt nie jest w stanie tym wyobrażeniom sprostać. Żadna strona nie jest tu winna.

Przyznam, że nawet cieszę się, że Stefana aż tak nie poniosło, bo łatwo tu było przekroczyć granicę kiczu. Po tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki Get All You Deserve, pojawiły się „napisy końcowe”, w których wymieni zostali wszyscy obecni na scenie muzycy. Z głośników powoli zaczęło sączyć się Bass Communion (tym razem Litany) i w takiej, nadal elektryzującej atmosferze opuszczaliśmy Eskulap. Do dziś uważam ten i Krakowski koncert za najlepsze solowe występy jakie Stefan u nas zagrał. Oczywiście, nie obyło się w Poznaniu bez wpadek, w końcu to był warm-up show. Muzykom zdarzały się pomyłki, a podczas Veneno Para Las Hadas Wilsonowi wysiadł laptop, który trzeba było zresetować, co przedłużyło środkową część utworu o jakąś minutę. Bosy wpadł w panikę, miotał się przy kompie jak oparzony i machał tylko ręką do pozostałych muzyków, aby grali dalej kończącą się właśnie sekcję. To są rzeczy, które dla nas były super (ostatecznie utwór był grany dłużej, a nic innego złego się nie stało), ale Stefan ewidentnie zesrał się w majty.
W tym wszystkim było jednak coś wyjątkowego. To był pierwszy solowy koncert Wilsona, atmosfera na scenie była z początku dosyć napięta, ale publiczność pokazała Stevenowi, że to wszystko działa, że jest dobrze. I nerwy puściły.
Wilson wielokrotnie wspominał potem ten koncert z wielką nostalgią. To był dla niego definitywny moment kiedy zrozumiał, że to wszystko wypaliło, a w perspektywie może wypalić jeszcze więcej.
Kwestia jest słodko gorzka, ponieważ był to też moment, w którym Wilson zrozumiał, że nie potrzebuje już Porcupine Tree. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale oklaskując gorąco Stefana w Eskulapie, ścinaliśmy Jeżodrzewie. Oczywiście piszę to pół żartem pół serio, ale ostatecznie stało się jak się stało.


                                                    


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Jutro będzie parę słów o Krakowie!

piątek, 14 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.1: Koncert zmyślony.



Chciałabym żeby Stefan pojechał w trasę ze swoimi solowymi utworami” - powiedziała mi znajoma na koncercie Porcupine Tree we Wrocławiu w 2009 r. Wtedy, to była naprawdę ekscytująca perspektywa.

Insurgentes podobało się praktycznie wszystkim, a formuła koncertowa PT wydawała się wtedy już lekko zmęczona. Różnie sobie w tamtym czasie wyobrażałem potencjalne solowe koncerty SW. Głównie tworzył mi się obraz małych, intymnych koncertów, w małych salach, na siedząco, itd. To co w 2009 r. wydawało się ekscytujące, dziś jest już dawno spowszedniałą codziennością, której sporo osób ma już trochę dosyć. Zanim jednak część z nas zaczęła rzygać solowym Wilsonem był moment, w którym wszyscy oczekiwali mitycznej solowej trasy. Pierwsze wzmianki na ten temat zaczęły pojawiać się jeszcze w 2010 r., który z punktu widzenia wydawniczego był dla fanów Wilsona rokiem wznowień (Recordings, IEM, itd.).

                                                 

Jedyną nowością okazał się być utwór Home in Negative, który miło nastrajał na zbliżający się drugi solowy album Stefana. Pod koniec roku było wiadomo, że w 2011 r. wyjdą dwie nowe płyty z udziałem SW – Blackfield III (później ochrzczone Welcome To My DNA) oraz wspomniana druga solówka. O ile trasa związana z tym pierwszym wydarzeniem była wtedy dosyć oczywista (co jest ironiczne z dzisiejszej perspektywy), to o ewentualnej trasie promującej drugie solo mówiono bardzo nieśmiało. Stefan trochę przedwcześnie puścił info o wstępnych planach w świat (jeszcze w okolicach specjalnych koncertów Porcupine Tree), a potem zaczął się z tego wycofywać twierdząc, że chęci chęciami, ale nie wie w jaki sposób mógłby taki turnus sfinansować.
Jeszcze w kwietniu 2011 r. podczas trasy Blackfield, SW nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy to się uda (mimo, że solowy album miał już tytuł i datę wydania).
W końcu, na początku lipca, oficjalnie ogłoszono, że trasa się odbędzie, ujawniono skład zespołu oraz opublikowano wstępną listę koncertów. Na tym etapie, pierwszy solowy zespół Stevena Wilsona składał się z: Marco Minnemana na perkusji, Nicka Beggsa na basie, Aziza Ibrahima na gitarze, Gary’ego Husbanda na klawiszach i Theo Travisa na klarnecie, flecie i saksofonie.
Jak widać na obrazku, trasa rozpoczynała się w Krakowie 21szego października 2011 r.

                                       


26tego sierpnia Stefanowe strony ogłosiły: „Ticket sales for the show in Krakow, Poland have been going so well that an additional "warm up" show has been added the night before in Poznan at Klub Eskulap. Tickets will be on sale from Monday„. Stefan utyskiwał też, że nie może niestety pojechać wszędzie gdzie by chciał, bo go nie stać na 6cio miesięczną trasę. Stoi to w dosyć jaskrawym kontraście, z kończącą się za kilka miesięcy Hand Cannot Erase Tour, która trwa od kwietnia 2015 roku.

W międzyczasie, doszło do małego wyłamu w składzie. Z powodów zdrowotnych musiał się wycofać Gary Husband. Adam Holzman wspomina, że pod koniec sierpnia zadzwonił do niego znajomy dając cynk, że Wilson w panice szuka klawiszowca na trasę. Holzman, fan Porcupine Tree, od razu skontaktował się ze Stefanem będąc gotowym rzucić wszystko żeby być w składzie solo bandu. SW zatrudnił go przez telefon. Ponoć zadecydowało to, że za Adama poręczył Jordan Rudess. O zmianie w składzie, SW poinformował na Facebook’u dopiero 15tego października więc niecały tydzień przed rozpoczęciem trasy.

Zanim przejdę do faktycznego startu Grace for Drowning Tour, lub jak to wtedy reklamowano An Evening With Steven Wilson, muszę napisać parę słów, o tym co się przed tym wydarzeniem działo w świecie fanów. A trzeba zaznaczyć, że wokół trasy (oczywiście zanim się rozpoczęła) narosło więcej mitów niż w kwestii Terumi. Sam Stefan podsycał atmosferę i napędzał wyobraźnię fanów enigmatycznymi wypowiedziami na fejsie, w stylu:

To present the kind of show we are planning, we do need the whole stage for the whole evening - can't tell you much more at the moment

Wilson wspominał również tu i tam, że nie będzie supportu ze względu na to, że „spektakl” rozpocznie się jeszcze przed właściwym koncertem, jak i będzie trwał już po występie. Oświadczył też, że muzyka Bass Communion będzie odgrywała ważną rolę podczas koncertów, i że będą to pierwsze jego występy, podczas których wykorzystany będzie system kwadrofoniczny.
Ok, z obecnej perspektywy nie można Stefanowi zarzucić, że mówił o czymś, co ostatecznie nie zostało zrealizowane. Rzecz w tym, że wyobraźnia fanów (w tym moja) poszła znacznie dalej. Nie tylko ja wyobrażałem sobie jakieś specjalne atrakcje zahaczające o koncerty Hawkwind.
Mit rósł za mitem, trasa nabierała mistycznego charakteru, jakbyśmy nie wiadomo czego mieli na niej doświadczyć. Teraz już wiemy co to było, i że ten obraz został mocno zakrzywiony i wyolbrzymiony. Ale po kolej. W kolejnym 'odcinku' napiszę o koncercie w Poznaniu. Tekst zostanie opublikowany w piątą rocznicę tego występu (a następnego dnia będzie Kraków).

wtorek, 25 marca 2014

Podróż przez czarne pole - historia koncertów Blackfield, cz.4: bootlegi

Opis koncertowej działalności Blackfield nie byłby kompletny, gdybym nie poleciał na koniec odpowiedniego materiału audio dla tych, którzy nie mieli tego szczęścia żeby zobaczyć i usłyszeć zespół na żywo. Myślę, że o oficjalnym wydawnictwie Live in NYC nie muszę wiele pisać. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana (i nie tylko) i bardzo dobre podsumowanie trasy „Blackfield II”. Jeżeli to za mało (a to jedyna oficjalna koncertówka BF) to czeka kraina bootlegów, nie tak obfita jak w przypadku Porcupine Tree, ale to raczej oczywiste.

         

Z absolutnie pierwszych wspólnych występów Aviva i Wilsona pod tym szyldem istnieje kilka nagrań z czego ja posiadam jedno (z Berlina, 15.11.2003) i mogę spokojnie je polecić, przynajmniej w charakterze poznawczym. Jakość jest wprawdzie średnia (ktoś stał chyba na samym końcu wyjątkowo długiego obiektu), ale koncert jest pół-akustyczny więc można posłuchać bez grymasu. Set był krótki, aranżacje dosyć niecodzienne, a do tego Aviv śpiewa Summer i Hello. Takie były początki Blackfield. Jeżeli kogoś interesuje jak to brzmiało to odsyłam do opisanego bootlegu, jeśli nie, to przechodzimy dalej. Właściwy start zespołu został odpowiednio wypromowany w Izraelu i dzięki temu możemy się cieszyć materiałem video nagranym przez izraelską telewizję. 45 minut występu zostało utrwalone i stanowi doskonałą pamiątkę z tej trasy, w komplecie mamy zarówno Feel So Low jak i nie wydane jeszcze wtedy Epidemic.

                                        

Pisząc o video mogę jednocześnie pisać o audio (bo w takiej formie również ten bootleg istnieje) chociaż jak na nagranie z tv, dźwięk jest nieco przytłumiony i o ile przy oglądaniu video nie będzie to drażnić, to przy samym słuchaniu może męczyć. Znacznie lepiej brzmiące (choć tylko 3-utworowe) jest nagranie z występu w studiu telewizyjnym (również izraelskim). Dostępne nagrania partyzanckie z trasy w 2004 są dosyć średnie. Najlepiej wypada Karlsruhe (08.12).

                                                         

Poza nim, mogę polecić nagranie z Holandii (01.12.2004), ale głównie dlatego że nie ma lepszego wyboru. Niestety bootleg z krakowskiej Rotundy brzmi jeszcze gorzej i ratuje go jedynie wartość historyczna i sentymentalna. Nieco lepiej jest jeśli chodzi o występy w USA z 2005. Po pierwsze, Blackfield wpadli wtedy na sesję do radia XM (co zrobiło też Porcupine Tree w 2003 roku). Wyniki tej wizyty nie zostały wydane oficjalnie, ale na szczęście znalazł się ktoś, kto całą audycję nagrał. Panowie gają pełny set przewidziany na pół-akustyczną trasę po USA. Na bootlegu znajdują się również bonusy z pierwszej płyty (dwa dema, Feel So Low, remiks Hello i kilka nagrań z koncertów), którymi ktoś dopchał płytę. Nagrania z publiczności też cieszą ucho, zwłaszcza to z Nowego Jorku (10.03.2005). Są czyste, wyraźne i ciepłe.

                                                         

Teoretycznie trasa „Blackfield II” jest dosyć dobrze udokumentowana na Live NYC, ale z pewnych powodów warto zainteresować się też bootlegami.
Przede wszystkim polecam nagranie z Londynu (16.02.2007), na którym znajduje się nieszczęsne This Killer, z niewiadomych powodów usunięte przed amerykańską trasą. Bootleg jest bardzo dobrej jakości i słucha się go z przyjemnością. Pochwalić mogę również (na szczęście) pamiątkę dźwiękową z Warszawy, która w odróżnieniu od Krakowa nie była już nagrywana ziemniakopodobnym urządzeniem.
DNA Tour” może poszczycić się mianem najsumienniej zarejestrowanej trasy BF, co cieszy, biorąc pod uwagę częste zmiany w secie. Najpopularniejszym bootlegiem z 2011 jest chyba Antwerpia (28.04), co nie dziwi, ponieważ jakość jest bardzo dobra, a w secie znajduje się rarytas tego turnusu: Far Away.

                                                        

Jeśli chodzi o kwestie jakościowe to równie gorąco polecam Moskwę (30.06 – ostatni pełny występ tej trasy, zawiera między innymi 1,000 People) oraz Monachium (17.04). Znacznie słabiej brzmi niestety Kraków (15.04), ale on ma wartość sentymentalną. Nieszczególnie brzmi też Philadelphia (19.05), ale to jedyny znany mi amerykański przedstawiciel trasy DNA.
Na szarym końcu mamy dwa nagrania z ciepłej jeszcze (i jak się okazało niedokończonej) trasy BF IV. Tutaj prym wiedzie bootleg z Tel Avivu, który został udostępniony na YouTube (i ciekawe jak długo tam jeszcze poleży).

                                                         

Nagranie charakterystyczne, doskonale słyszalna gitara, ledwo słyszalny wokal. Drugie nagranie pochodzi z Krakowa, brzmi trochę gorzej niż izraelskie, ale póki co to jedyna rejestracja pełnego setu z tego krótkiego objazdu (zobaczymy co wyniknie z majowej wizyty w USA - oficjalne nagranie, dobry bootleg czy w ogóle nic).
I to by było to. Mając przedstawione przeze mnie pozycje można spokojnie uznać, że to co najważniejsze znajduje się w kolekcji (przynajmniej na dzień dzisiejszy).
Tak jak wspominałem, po majowym (ostatnim z ostatnich) koncercie Blackfield dopiszę parę słów w poprzednim poście, dam oczywiście znać kiedy to się stanie.
W międzyczasie, wraz z ostatnim dniem marca rozpoczniemy badanie Deadwing Tour.

niedziela, 2 marca 2014

Podróż przez czarne pole - historia koncertów Blackfield, cz.2: wzdłuż DNA


Zanim dzięki magicznemu wehikułowi przeskoczymy z 2007 do 2011 roku, zatrzymamy się na chwilę w 2009. W styczniu, zanim Wilson zaczął promować swój solowy debiut (wtedy tylko medialnie) i zakończył pracę nad ostatnim jak dotąd albumem Jeżodrzewia, odbyła się mała seria koncertów, która teoretycznie była europejską solową trasą Aviva Geffena, ale w praktyce była mikro trasą Blackfield. Aviv świętował premierę pierwszej anglojęzycznej (i wydanej na całym świecie) płyty firmowanej swoim nazwiskiem, a jeśli już wyrywać się z Izraela, to na całego! Stąd też wziął się pomysł na małe tournee po Europie, a jako że Aviv nie był do końca pewny tego, czy jego nazwisko ma poza Izraelem wystarczającą moc, zaprosił Stevena Wilsona. Skład tych występów był zatem składem Blackfield w czystej postaci, a setlista składała się w połowie z kompozycji wydanych jako Blackfield.    


            

                                                         

01. Black & White
02. It's All Right
03. Miss U
04. October
05. Now or Never
06. Once
07. Berlin
08. Glow
09. The Forest In My Heart
10. Silence
11. Blackfield
12. Pain
13. Where Is My Love?
14. The One
15. End of The World
….......
16. Heroes
17. Cloudy Now


Warto zwrócić uwagę na to, że Cloudy Now odgrywane było w wersji z solowej płyty Aviva (i z nim na wokalu). Trasa (bardzo krótka) dotarła też do nas i Aviv wystąpił w krakowskiej Rotundzie (16 stycznia). Ja niestety nie miałem okazji być na tym koncercie (mimo, że planowałem), ale znajomy widział ich w Berlinie i potwierdził, że zasadniczo był to koncert Blackfield z dodatkowymi solowymi utworami Aviva. Co więcej, dostałem od tego znajomego koszulkę z Avivem (którą miałem na wszystkich koncertach BF, na których byłem), były ponoć rozdawane za darmo. Niestety, mimo że nie była wielkim fiaskiem, pierwsza solowa trasa Geffena poza Izraelem nie wypromowała go wystarczająco. Aviv miał wrócić do Polski na jesieni by zagrać w warszawskiej Proximie (11 listopada 2009), ale koncert został odwołany. W oficjalnym oświadczeniu organizatora nie było słowa na temat powodu odwołania tego występu, można się tylko domyślać, że bez magicznego bonusa w postaci obecności Stefana nie udało się sprzedać biletów (chociaż większość zaplanowanych koncertów jesiennych w Europie się odbyła). Można było również przeczytać, że „Muzyk powróci do naszego kraju w przyszłym roku, prawdopodobnie na serię koncertów, jednak ich szczegóły nie są jeszcze znane.„.
Niestety, jak czas pokazał, Aviv wrócił dopiero w 2011 grając pod znacznie bardziej wabiącym szyldem. Możemy zatem rozpocząć opowieść o ostatniej pełnowymiarowej trasie Blackfield w jakiej fani mieli okazję uczestniczyć. Na etapie zapowiedzi Blackfield III (które ostatecznie objawiło się jako „Welcome to My DNA”) nie było jeszcze powodów aby sądzić, że Stefan powoli oddala się od tego projektu. Alarmujący był w prawdzie fakt, że był on autorem tylko jednej kompozycji na całej płycie, ale tłumaczono to wyczerpującą pracą nad drugim solowym albumem. Nie było wtedy mowy o tym, że Aviv przejmuje (chcąc nie chcąc) powoli kontrolę nad BF, a płyta ma pokazać jego muzyczny świat. Piszę o tym, ponieważ aktualnie obaj panowie próbują dorobić taką ideologię do tego albumu, ale wtedy w 2011 Aviv z pewnością nie był świadomy tego, że za jakiś czas zostanie z Blackfield sam. Na tamten moment Geffen planował poświęcić dla zespołu cały rok, udzielił niekończącej się ilości wywiadów, a trasa promocyjna miała przyćmić wcześniejsze dwie (co pod wieloma względami się udało).
Welcome to My DNA Tour rozpoczęło się w prima aprilis w Tel Avivie.
Rozgrzewkowy koncert wyglądał tak:


01. Blood
02. Blackfield
03. Glass House
04. Go to Hell
05. On the Plane
06. Pain
07. DNA
08. Waving
09. Rising of the Tide
10. Glow
11 Once
12. The Hole in Me
13. Miss U
14. Zigota
15. Oxygen
16. Where Is My Love?
17. Dissolving with the Night
….......
18. Hello
19. End of the World
 

           
                                                        


Ciekawostką jest to, że zarówno na tej jak i następnej trasie Izraelczycy nie usłyszeli na bis tradycyjnego Cloudy Now. Być może Aviv nie chciał dolewać oliwy do ognia.
Tak czy inaczej niecały tydzień później w Lemington Spa trasa wystartowała już pełną parą, a fani usłyszeli komplet 20-tu utworów (razem z Cloudy Now). Z oczywistych względów kręgosłupem setlisty był materiał z „Welcome to my DNA”, ale co istotne, owy set miał w trakcie trasy przejść liczne zmiany, w przeciwieństwie do poprzednich objazdów, których zestaw utworów był raczej żelazny. Do pierwszej 'mutacji' doszło podczas berlińskiego koncertu (13 kwietnia), kiedy między Zigote, a Oxygen Blackfield dołożyli (jednocześnie niczego nie usuwając) Epidemic. Taka poszerzona setlista pojawiła się u nas na koncertach w Warszawie (14 kwietnia) i Krakowie (15 kwietnia). Na obu występach byłem i mogę napisać parę słów o tym, jak to się wszystko prezentowało (chociaż zdaję sobie sprawę, że wielu z Was też tam było). Rozmach był nie tylko słyszalny, ale i widoczny, a to za sprawą Aviva, który wchodził na scenę w marynarce naszpikowanej diodami led migającymi na czerwono. Blood okazał się zaskakująco dobrym utworem na rozpoczęcie występu, a utwory z DNA obroniły się w wersjach na żywo. Co niestety było widoczne, to zachowanie Wilsona świadczące o tym, że myślami był już w No Mans Land, gdzie czekały rozgrzebane utwory na drugie solo. Od Stefana uderzało znudzenie, nieobecność i chęć bycia gdzieś indziej. Różne małe drobiazgi tylko podkreślały to wrażenie, zwłaszcza głupia pomyłka podczas solówki w Pain w Krakowie. Mimo to koncerty wypadły bardzo dobrze i zespół ruszył dalej.

                      
                     
                                                          

W Mińsku (17 kwietnia) doszło do kolejnej zmiany, setlistę opuściło Glow, a lukę wypełniło 1,000 People. W Karlsruhe (23 kwietnia) po raz ostatni na jakiś czas zagrano Rising of The Tide. Niestety we Frankfurcie (24 kwietnia) z setem pożegnał się On The Plane, a w jego miejscu wylądował nieco zużyty, ale zawsze gorąco przyjmowany Open Mind. Tego wieczora jeszcze raz (ostatni) powróciło Glow. Tym samym publiczność w Bochum (25 kwietnia) otrzymała krótszy set (20 utworów). W Kolonii (26 kwietnia) wyrównano ilość utworów do 21, na bis zadebiutował Far Away (z Avivem śpiewającym pierwszą zwrotkę). Co ciekawe, utwór ten był próbowany już od jakiegoś czasu. Czekając na wejście pod Progresją słyszałem jak zespół gra tę piosenkę i liczyłem nawet, że będzie to niespodzianka w polskim secie. Niestety tak się nie stało. Okres między koncertami u nas, a występem w Antwerpii (28 kwietnia) był wyraźnie gorący, zespół nie mógł się zdecydować które utwory i w jakiej kolejności chce grać, co owocowało takimi dzikimi zmianami z nocy na noc. Jeśli chodzi o zestaw kawałków granych na całej trasie to listę można tutaj zamknąć. Od tego momentu nie pojawiło się już nic nowego (co najwyżej różne utwory wymieniały się ze sobą). Jak na Blackfield (z trzema albumami na koncie) zmiany były i tak spore. Jeśli wierzyć źródłom, najdłuższy zestaw na trasie (22 utwory) otrzymali Paryżanie (29 kwietnia) i to oni też ostatni mieli okazję usłyszeć Rising Of The Tide. Koncertem we Francji Blackfield zakończyli oficjalnie tę część trasy mając przed sobą objazd po USA i Kanadzie.
18 maja w Waszyngtonie zespół pojawił się na scenie dla obywateli Stanów, setlista pozostała jednak taka sama. Pisałem wcześniej o tym, jak to SW sprawiał wrażenie znudzonego i zmęczonego tą trasą. Niestety życie dało mu kolejny powód żeby chcieć być gdzieś indziej. 24 maja Wilson podał do wiadomości, że zmarł jego ojciec i w wyniku tego część koncertów w USA/Kanadzie zostanie odwołana. Występy, które miały się odbyć między 24-tym a 30-stym maja (Toronto, Cleveland, Detroit, Chicago i Vancouver) zostały anulowane (z początku mówiło się o przełożeniu ich na inny termin, ale ostatecznie nigdy się nie odbyły). Pierwszy koncert, który Blackfield zagrali po przerwie odbył się w Seattle (31 maja), z setlistą pożegnał się Far Away.
3 czerwca w San Francisco do zespołu dołączył Jordan Ruddes i zagrał w Cloudy Now. Następnego wieczoru w Los Angeles Blackfield zagrali swój ostatni koncert w USA na tej trasie (a jak się okazało być może w ogóle). Po tym nastąpiła seria dosyć losowych wypadów tu i tam. Blackfield zagrali między innymi skrócone sety na festiwalach w Grecji, Czechach i Finlandii.                                                   
                                                                                                                                                                    
                                                   


Pełny set został odegrany tylko w Moskwie (30 czerwca) i był to też pierwszy koncert, na którym w roli klawiszowca wystąpił Gidi Herz, zastępując Erana Mitelmana (który miał w tym czasie inne zobowiązania). Po występie na słynnym Ilosaarirock (17 lipca) Blackfiled oficjalnie zakończyło „Welcome to my DNA Tour”, a tym samym całą promocję płyty. Od tego momentu dzieje Blackfield nabrały nieoczekiwanego rozpędu. W następnym wpisie przyjrzymy się ostatniej jak dotąd trasie zespołu - koncertach, które odbył się w lutym tego roku.