Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 grudnia 2017

Strip The Tour: In Absentia Tour 2002-2003, cz. 2: Trains



Od tego momentu zespół miał 3 miesiące przerwy. Co wtedy robił?
Steven Wilson na pewno dopucowywał nowy album no-manTogether We’re Stranger” (wydany 31-ego marca). Podejrzewam też, że w wolnych chwilach powstawała jedna z wydanych w 2003 r. płyt Bass Communion.
Oprócz tego dłubano nad remasterem i częściowym re-recordingiem „The Sky Moves Sideways”. W styczniu, Gavin nagrał nowe partie perkusji do Dislocated Day i The Moon Touches Your Shoulder, co jest dosyć istotne w kontekście jeszcze dalszej części trasy.

24-tego stycznia miało też miejsce niecodzienne wydarzenie. Steven Wilson był w Tel Avivie (być może pracując nad debiutem Blackfield) i zagrał koncert życzeń dla fanów. O tym występie pisałem więcej trzy lata temu w tym tekście
http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2014/04/steven-wilson-solo-przed-solo-2000-2010.html
Tutaj dodam tylko, że podczas tamtego koncertu, Stefan zagrał sporo dawno niegranych, lub ledwo granych utworów (Small Fish, Stars Die, Fadeaway, Where We Would Be, Nine Cats, czy Feel So Low) oraz premierowo (po namowach widowni) wykonał Trains. Niewykluczone, że dzięki temu rozważono inkluzję tej piosenki do setu podczas trasy Porcupine Tree.

Nie wspomniałem też, że na tej trasie PT zmontowali sobie bardzo ciekawe intro, które łączyło w sobie wiele charakterystycznych motywów z różnych utworów zespołu.


                                            

Porcupine Tree zgrupowali się zapewne w okolicach lutego żeby trochę się odrdzewić przed trasą. Objazd Brytyjsko-Europejski rozpoczęto 3-ego marca w Dublinie, w klubie Temple Bar Music Centre.

Zagrano:

01. Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Even Less
05. Slave Called Shiver
06. Wedding Nails
07. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
08. Hatesong
09. Prodigal
10. Waiting (Phase One)
11. The Creator Has A Mastertape
12. Heartattack In A Layby
13. Strip The Soul


14. Dark Matter
15. Tinto Brass

Jak widać praktycznie nic się nie zmieniło względem 2002 roku, ale tak było do czasu. Póki co największym wydarzeniem był powrót rzadko granego Stop Swimming (4-tego marca w Wolverhampton). Warto zwrócić uwagę, że

15-tego marca w Barcelonie (w klubie Sala Bikini) miało miejsce srogie z perspektywy czasu wydarzenie. Zagrano wtedy po raz pierwszy Trains.

Steven Wilson wielokrotnie opowiadał, że zespół nie grał tego wcześniej, bo utwór wychodził na próbach średnio i dopiero zaangażowanie publiczności na koncertach wydobyło z niego pełny potencjał. Hiszpanie mieli pierwszą okazję aby się przekonać.

Po kilku koncertach Trains wymieniło Tinto Brass jako utwór kończący koncerty, a ten drugi kończył właściwy set przed bisami.

Repertuar z 2002 r. plus Trains występował w różnych konfiguracjach przez praktycznie całe marzec i kwiecień. Między 8, a 10 kwietnia odbyły się trzy koncerty w Polsce (Kraków, Bydgoszcz i Warszawa). Zespół zagrał wtedy:

Kraków, Hala Wisły, 8.04.2003 r.


01. Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Even Less
05. Pure Narcotic
06. Wedding Nails
07. Waiting (Phase One)
08. Hatesong
09. Russia On Ice
10. Heartattack In A Layby
11. Tinto Brass

12. Shesmovedon
13. Dark Matter
14. Trains


Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 9.04.2003 r.


01. Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Even Less
05. Slave Called Shiver
06. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
07. Wedding Nails
08. Waiting (Phase One)
09. Hatesong
10. Russia On Ice
11. Heartattack In A Layby
12. Tinto Brass

13. Shesmovedon
14. Dark Matter
15. Trains


Warszawa, Proxima, 10.04.2003 r.

01. Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Even Less
05. Buying New Soul
06. Wedding Nails
07. Waiting (Phase One)
08. Hatesong
09. Russia On Ice
10. Heartattack In A Layby
11. Strip The Soul

12. Shesmovedon
13. Dark Matter

14. Trains

Jak widać, Porcupine Tree starali się w miarę zróżnicować set w naszym kraju i każdy koncert był inny.

                                                    


Koncertem, który odbył się 18-tego kwietnia w holenderskim Rijssen, Jeżodrzewie zamknęli pierwszą zaplanowaną na ten rok Europejską część trasy. W maju i czerwcu mieli przerwę i prawdopodobnie ćwiczyli materiał do grania na zaplanowaną na lipiec i sierpień wspólną trasę z Opeth po Kanadzie i USA. Co mógł jeszcze w tym czasie robić Bosy? Zaraz do tego dojdę.

Pierwsze cztery występy po powrocie, PT zagrali sami i już na pierwszym (8-mego lipca w Tampie, rodzinnym mieście Wesa) zaprezentowali nowe pozycje w repertuarze. Set wyglądał tak:


01. The Creator Has A Mastertape
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Even Less
05. Slave Called Shiver
06. The Moon Touches Your Shoulder
07. Futile
08. Russia On Ice
09. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
10. Blackest Eyes
11. Waiting (Phase One)
12. Hatesong
13. Heartattack In A Layby
14. Strip The Soul

15. Fadeaway
16. Tinto Brass
17. Trains



Jakie są moje uwagi dotyczące tego setu?
Po pierwsze, Porcupine Tree (tymczasowo) dorzucili utworów, jednocześnie nie skracając setlisty, zatem mamy 17 kawałków. W tym znajduje się premierowe wykonanie najnowszej kompozycji (Futile) oraz dwa dosyć zaskakujące powroty (The Moon Touches Your Shoulder i Fadeaway).
Obecność The Moon (pierwszy raz od 1998 r.) z perspektywy czasu można bardzo łatwo uzasadnić tym, że Wilson akurat pracował nad remasterem „The Sky Moves Sideways” (i to zapewne nadal robił w okresie maj-czerwiec), który pojawił się w sklepach w listopadzie tamtego roku. Kawałek był jednym z dwóch, do których Gavin dograł prawdziwą perkusję. Mimo tego (i mimo możliwości jakie stworzyła obecność drugiego gitarzysty), The Moon Touches Your Shoulder był w 2003 r. wykonywany niemal dokładnie w ten sam sposób, co w latach 90-tych. Gavin zamienił tylko bębenki (których nie miał) na miotełki, a końcówka ma nieco ostrzejszy charakter.
Zagadką do dziś jest dla mnie Fadeaway. O ile jego obecność w secie na Deadwing Tour (razem z Burning Sky) była podyktowana podobnymi okolicznościami związanymi z nowym wydaniem „Up The Downstair”, to na In Absentia była to kompletna niespodzianka.
Nie słyszałem wersji, która ponoć była grana w 1993 r., ale zakładając, że grali wtedy wersję z płyty, to wykonania z In Absentia Tour są pierwszymi od 10 lat wykonaniami tego utworu w pełnej wersji. No, ale oczywiście nie do końca. Niespodzianką w niespodziance było, to że na za mikrofonem stanął John Wesley! W ten sposób utwór był wykonywany już na wszystkich koncertach, na których się pojawił (w latach 2003 i 2005).


                                              

Futile, utwór wydany na promo singlu, który został wypuszczony z okazji tej trasy, to najcięższa jak dotąd propozycja Porcupine Tree. Idealnie nadawała się do setu, zwłaszcza w Ameryce.

Następny koncert był krótki i specyficzny ponieważ odbył się w sklepie muzycznym Floyd’s w Tallahassee (10-tego lipca), zagrano jedynie 10 utworów.

Następne dwa występy odbyły się w Atenach i Portsmouth… ale w ich amerykańskich odpowiednikach ;) Lokalne Ateny znajdują się w stanie Georgia i tam PT wylądowali 11-tego lipca. Zagrano pełny set, ale mimo wszystko krótszy od tego z Tampy (15 utworów, ale z zachowaniem repertuarowych nowości).

Lokalne Portsmouth znajduje się w stanie New Hampshire. Tam (w lokalu o pięknej nazwie Muddy River Smokehouse) zespół zagrał specjalny koncert na zaproszenia. Jego konstrukcja i przebieg też był niecodzienne. Cały set zaczął się od samego Wilsona z gitarą akustyczną (jak w Tel Avivie pół roku wcześniej), a

pozostali członkowie zespołu po kolei do niego dołączali. Wyglądało to tak:

01. Even Less (sam Wilson)
02. The Sound Of Muzak (Wilson i Wes)
03. Feel So Low (Wilson, Wes, Barbieri)
04. Waiting (Phase One) (Wilson, Wes, Barbieri i Edwin)
05. A Smart Kid (Wilson, Wes, Barbieri i Edwin)
06. Pure Narcotic (dołącza Gavin i od tego momentu gra już cały zespół)
07. Fadeaway
08. Shesmovedon
09. Trains

10. Futile


Odbyła się tu cicha premiera nowego utworu w repertuarze – Feel So Low. Kolejna piosenka, której nikt zapewne nie obstawiał, już na Lightbulb Sun Tour była wykonywana dosyć rzadko. Można się tylko cieszyć, że zespół jednak się zdecydował.


                                                     
                                    

15-tego lipca w kanadyjskim Toronto, rozpoczęła się wspólna trasa z Opeth. Oba zespoły występowały na tych samych warunkach więc siłą rzeczy oba sety były krótsze niż zwykle (Opeth grali wtedy premierowo materiał z płyty Damnation), czyli po +/- 12 utworów.

Po dwóch koncertach w Kanadzie, zespół wrócił do USA i tam zagrał resztę zaplanowanych występów. Setlista zmieniała się często, zespół trzymał się cały czas tej samej długości setu, ale dobierał różne utwory z aktualnego repertuaru.

21-ego lipca PT zagrali w Waszyngtonie drugą sesję dla radia XM, również wydaną potem na płycie oraz wystąpili w programie MhZ. Mini koncert nagrano i wyświetlono później w tv.


                                                 

Ostatni koncert trasy z Opeth odbył się 3-ego sierpnia w Seattle, w Showbox Comedy and Supper Club. Jako, że było to zakończenie wspólnej wycieczki, to Mikael Akerfeldt wszedł na scenę podczas setu Porcupine Tree i zaśpiewał zamiast Stefanan w A Smart Kid (swoim ulubiony utworze Jeżodrzewia).


                                   

W tym okresie PT zagrali jeszcze jeden koncert na festiwalu Open Air w szwajcarskim Zofingen (8-mego sierpnia), po czym udali się na kolejne wakacje. W tym czasie Stefan dopinał pewnie ostatnie przygotowania do wydania nowej wersji „The Sky Moves Sideways”, która wyszła w listopadzie, akurat kiedy rozpoczynało się ostatnie odnóże trasy In Absentia.

Zespół triumfalnie powrócił do Europy koncertami, który odbył się 5-tego i 6-tego listopada w klubie Spirit of 66 w belgijskim mieście Verviers.

5.11

01. Wedding Nails
02. The Sound Of Muzak
03. Futile
04. Gravity Eyelids
05. Blackest Eyes
06. Hatesong
07. Fadeaway
08. Shesmovedon
09. The Creator Has A Mastertape
10. Feel So Low
11. Russia On Ice
12. Heartattack In A Layby
13. Strip The Soul
14. Tinto Brass

15. Even Less
16. Trains


6.11

01. Wedding Nails
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Blackest Eyes
05. Hatesong
06. Buying New Soul
07. Prodigal (przerwane ze względu na awarię zasilania)
08. The Creator Has A Mastertape
09. The Moon Touches Your Shoulder
10. Futile
11. A Smart Kid
12. Strip The Soul
13. Tinto Brass

14. Dark Matter
15. Even Less
16. Trains



I tak mniej więcej wyglądała reszta koncertów od strony repertuaru. Z wyjątkiem odwołanego koncertu w Luksemburgu (7-my listopada 2003 r.), ostatnie odnóże In Absentia Tour potoczyło się sprawnie. Zespół odwiedził też Holandię, Niemcy, Danię, Austrię, Szwajcarię, Włochy, Francję i Hiszpanię, a cała trasa zakończyła się w Anglii, w londyńskiej Astorii 30-tego listopada 2003 r. Zagrano wtedy:

01. Wedding Nails
02. The Sound Of Muzak
03. Gravity Eyelids
04. Shesmovedon
05. Hatesong
06. Fadeaway
07. The Creator Has A Mastertape
08. The Moon Touches Your Shoulder
09. Russia On Ice
10. Futile
11. Feel So Low
12. Strip The Soul

13. Even Less
14. Trains
15. Blackest Eyes



Większość z tych utworów przetrwała do kolejnych tras (pojawiając się częściej lub rzadziej), ale dla trójki była to ostatnia jak dotąd trasa: The Creator Has A Mastertape, The Moon Touches Your Shoulder i Feel So Low. Ten ostatni, w późniejszych latach pojawiał się regularnie w setach Blackfield.


                                                     
                                                     
                                                     
                                                     
                                 

Czy coś jeszcze działo się podczas tego ostatniego legu trasy? Blackest Eyes nie zawsze było planowanym bisem (więc publiczność dokazywała), a koncert w Berlinie (15-tego listopada) był dosyć pechowy dla Stevena Wilsona, który pokręcił zwrotki Shesmovedon, po czym dwukrotnie zerwał struny (podczas Hatesong i Strip The Soul). Tego samego wieczora (i podczas kilku innych na tym odnóżu) Porcupine Tree byli supportowani przez… Blackfield! Zespół, w swojej embrionalnej formie duetu, zagrał wtedy swoje pierwsze w historii koncerty (po 4 utwory).

Czas podsumować te niecałe dwa lata w historii tras Porcupine Tree. In Absentia Tour była pierwszą trasą pod skrzydłami dużej wytwórni, pierwszą z Gavinem Harrisonem i Johnem Wesleyem, pierwszą z cięższym brzmieniem i pierwszą tak dużą pod względem szturmu na USA i okolice. Ten szturm się udał, bo z trasy na trasę Jeżodrzewie zaczynali wypełniać coraz większe sale, hale, itd. Trasa z 2002 i 2003 r. było bardzo udana i ciekawa pod względem repertuaru. Być może nie był on tak rozpasany, jak przy Tour Of A Blank Planet, czy The Incident Tour, ale z pewnością był bardzo jednolity i doskonale wykonany przez, jak by nie patrzeć, nowy skład.

                                                     

Na trasie In Absentia, między 22 lipca 2002 r., a 30 listopada 2003 r. zagrano 27 utworów:


1 utwór z „Up The Downstair”
1 utwór z „The Sky Moves Sideways”
3 utwory z „Signify”
6 utworów ze „Stupid Dream”
5 utworów z „Lightbulb Sun”
1 utwór z „Recordings”
9 utworów z „In Absentia”
1 utwór niealbumowy (Futile)


Po zakończeniu tego turnusu, Porcupine Tree zrobili sobie ponad rok przerwy od koncertowania. 2004 r. był pierwszym rokiem od występów w 1993 r. kiedy zespół nie zagrał ani jednego koncertu. W tym czasie, Jeżodrzewie pracowali nad Deadwingiem i innymi projektami, a Steven Wilson wydał z Avivem Geffenem debiutancki album Blackfield, z którym panowie wyruszyli w trasę (o czym piszę tutaj: http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2014/02/podroz-przez-czarne-pole-historia.html).

W następnej części kilka słów o bootlegach z tej trasy!



poniedziałek, 17 lipca 2017

How Is Your Live Today?: Lightbulb Sun Tour 2000-2001, cz.4: Polska i reszta Europy.



Pierwsze dwa miesiące 2001 r. zespół miał wolne. Wilson kończył prawdopodobnie w tamtym czasie miksować "Arcadia Son" IEM. Również w styczniu 2001 r. oficjalnie zakończyły się nagrania "Returning Jesus" no-man, pozostało tylko ustalić tracklistę, co okazało się dosyć problematyczne (co nie zmienia faktu, że płyta zdążyła ukazać się w marcu). Warto również wspomnieć o tym, że na 2001 r. planowano wstępnie premierę pierwszego EP Blackfield, ale współpraca Stefana z Avivem okazała się być na tyle udana, że duet wstrzymał się z wydaniem mini-albumu i nagrał całą płytę (pt. Blackfield), która wyszła w 2004 r. Czy powstawały już w tym czasie nowe utwory Porcupine Tree? Na pewno w tamtym roku powstał utwór Vapour Trail Lullaby, który był pisany wstępnie z myślą o Jeżodrzewiu, a ostatecznie został podzielony na dwie części, z których pierwsza trafiła na debiut Blackfield (jako Lullaby), a druga na pierwsze solo Wilsona "Insurgentes" (jako Twilight Coda). Skrócone demo oryginału (6:25) zostało potem wrzucone przez Stefana na Myspace koło 2006 r. Pełniejsza (ale wciąż skrócona) wersja (9:18) została dołączona w 2010 r. do dvd z filmem Insurgentes. Pełne demo miało ponoć w okolicach 14-tu minut.

Właściwa trasa Lighbulb Sun rozpoczęła się w Walentynki w Bristolu. Porcupine Tree zagrali:

01. Lightbulb Sun
02. Shesmovedon
03. Up The Downstair
04. Don’t Hate Me
05. Even Less
06. Slave Called Shiver
07. Russia On Ice
08. Pure Narcotic
09. Where We Would Be
10. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
11. Four Chords That Made A Million
12. Hatesong
13. Waiting (Phase One)
14. Tinto Brass

15. Sleep Of No Dreaming
16. Signify

Setlista stanowiła jedną z wariacji repertuaru ubiegłorocznego i nie było pod tym względem żadnych niespodzianek.
Warto jednak zwrócić uwagę na to, że np. Waiting pojawiło się w tym roku prawdopodobnie tylko na trzech koncertach, Don’t Hate Me na sześciu, a 4 Chords na siedmiu. Te liczby mogą być inne, ale wytłumaczę to za chwilę. W trakcie Waiting, Wilson miał jakiś problem z gitarą lub efektami, w efekcie czego Chris przez pierwszą minutę grał kawałek solo ;) Stefan nazwał to „12” megamix”. Bosy oczywiście prezentował się w tamtym czasie w lennonkach i ciuchach o dwa rozmiary za małych. Zestaw z dnia następnego (15 lutego) w Leeds nie zmienił aż nadto w kwestii piosenek, ale PT przetasowali setlistę tak aby rozpoczynała się od sprawdzonego w tej roli duetu Even Less / Slave Called Shiver i tak już zostało.
Niestety luki w informacjach dotyczących pozostałych koncertów, które odbyły się w lutym nie pozwalają mi stwierdzić, że ta setlista faktycznie utrzymała się w tym czasie w niewzruszonej formie (stąd niepewność co do ilości wykonań Waiting i reszty), czy nie. Skłaniam się jednak ku temu pierwszemu, bo najbliższy występ z potwierdzoną setlistą (14-ty marca, Amsterdam)
jest bardzo podobny, tylko krótszy o dwa kawałki. To był ostatni do dziś raz kiedy zagrano Four Chords That Made A Million. Po lutowej części turnusu, Don’t Hate Me nie wróciło już w tej inkarnacji Porcupine Tree. Na kolejnym koncercie, zespół zaszalał i wstawił na pierwszy bis Voyage 34 (Phase 1), natomiast Sleep Of No Dreaming powędrowało do góry, a 4 Chords wypadło bezpowrotnie. Tak samo zagrali też noc później w Zoetemeer. 18-tego marca, Porcupine Tree przyjechali do Niemiec i koncertem w Kolonii rozpoczęli małą (dwukoncertową) „trasę” po tym kraju. Do Szwecji, PT przyjechali już z zestawem 13 piosenek, więc repertuar kurczył się coraz bardziej i trudno powiedzieć dlaczego (może poza faktem, że Voyage 34 jest dłuższy, ale bez przesady).
Dopiero kiedy Jeżodrzewie wrócili do Niemiec, to „zaszaleli” dodając na bis Radioactive Toy, kawałek który od 1999 r. wrócił tylko podczas krótkiego pobytu zespołu w Izraelu.
Na razie był to jednorazowy wybryk, chociaż od tego momentu znowu zaczynają pojawiać się dziury w informacjach (co jest zaskakujące, w porównaniu do całkiem kompletnej kolekcji setlist z lat 90-tych). Wiadomo, że 2-go kwietnia w Lipsku swój debiut w 2001 r. zaliczyło Stop Swimming. Wg. moich notatek, Radioactive Toy powróciło 30-tego marca w Karlsruhe i zastąpiło Signify w roli ostatniego bisu (więc set nadal był wyjątkowo krótki). Następnego dnia w Aschaffenburgu pojawił się oba utwory. Niestety repertuaru wszystkich koncertów do końca trasy po Niemczech możemy się jedynie domyślać. Następnym przystankiem była Polska, więc tutaj jest znacznie lepiej. Trasę po kraju „najlepszych fanów na świecie”, zespół rozpoczął koncertem w poznańskim CK Zamku. Setlista wyglądała tak:

01. Even Less
02. Slave Called Shiver
03. Shesmovedon
04. Up The Downstair
05. Lightbulb Sun
06. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
07. Russia On Ice
08. Pure Narcotic
09. Where We Would Be
10. Hatesong
11. Tinto Brass

12. Voyage 34 (Phase I)
13. Signify
14. Radioactive Toy

Ponoć ten ostatni utwór nie widniał na wydrukowanej setliście. Z tej mini trasy po Polsce słyszałem wiele legend, między innymi o fankach Chrisa, które przynosiły na koncerty bannery „we love Chris” i krzyczały jego imię przez cały występ.
Trzeba przyznać, że Chris miał u nas iście królewskie pożegnanie (o czym oczywiście nikt jeszcze wtedy nie wiedział).
Kolejny koncert odbył się 5-tego kwietnia w warszawskiej Proximie. Setlista pozostała w większej części bez zmian, ale zadziało się w bisach. Warszawiacy nie usłyszeli na zakończenie Radioactive Toy, natomiast na pierwszy bis zespół podarował im pierwsze od kilku wykonań z końcówki 2000 r. (które były pierwsze od 93 r.) Fadeaway. Grubo. Z tego co wiem, Stefan zgodził się zagrać ten utwór (w aranżacji na gitarę akustyczną i klawisze) na specjalną prośbę organizatora Piotra Kosińskiego. Mój znajomy zrobił wtedy z Wilsonem wywiad (a raczej robił za tłumacza). Zespół pozostał w Warszawie, ponieważ następnego dnia miał wystąpić w studiu im. Agnieszki Osieckiej, czyli w Trójce. Piotr Kaczkowski wspominał, że dużo trzeba było się nastarać i przez wiele formalności przebrnąć, aby ten koncert mógł się odbyć. Wydarzenie to przeszło do historii, a przez fanów PT na świecie znane jest pod hasłem „Warszawa” - czyli płyty z tym występem, która została wydana 3 lata później. Setlista prezentowała się w ten sposób:

01.Even Less
02. Slave Called Shiver
03. Shesmovedon
04. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
05. Russia On Ice
06. Where We Would Be
07. Hatesong
08. Stop Swimming
09. Tino Brass
10. Voyage 34 (Phase I)
11. Signify

12. Lightbulb Sun


Jak pewnie zauważyliście, tracklista „Warszawy” jest trochę inna. Lightbulb Sun, które w rzeczywistości było ostatnim bisem, zostało na płycie wciśnięte między Last Chance, a Russia On Ice, bo tak bardziej Stefanowi pasowało. Tinto Brass wyleciało całkowicie, bo Wilsonowi zależało żeby upchnąć wszystko na jednej płycie (i jednocześnie nie mieć problemów jak przy „Coma Divine”, o których pisałem przy okazji Signify Tour).
Utwór udostępniono potem za darmo na stronie zespołu. Powycinano również wszystko co Stefan mówił do publiczności z wyjątkiem introdukcji do Stop Swimming (która przeszła do historii jako definicja tego czym jest Steven Wilson ;)). Szkoda, bo było tam sporo śmieszków, ale rozumiem, że Bosy walczył o cenne miejsce na kompakcie. Koncert był oczywiście transmitowany na żywo, a przynajmniej jego lwia cześć. Słuchacze mogli uczestniczyć w tym wydarzeniu mniej więcej do końca Stop Swimming, albo Tinto Brass. Teoretycznie SW sygnalizuje, że zeszli z anteny po Tinto, ale bootlegi mówią czasami, coś innego. Mniejsza z tym. Pozostałe (a przynajmniej kilka z nich) utwory były odtworzone potem w audycjach Piotra Kosińskiego i Piotra Kaczkowskiego.
Na tamtym etapie, plany wydania tego koncertu nie był jeszcze jasne, ale wrócę do tego. Nagranie z transmisji zaczęło jednak szybko krążyć wśród fanów, aż w końcu (w jakiś sposób) trafiło na półki sklepowe w formie bootlegu! Był to jeden z głównych powodów, dla których Wilson ostatecznie przydepnął pedał gazu i wypuścił
to oficjalnie.
Tak, czy inaczej wracamy do kwietnia 2001 r. Po odegraniu setu w Trójce, zespół przyjechał do Łodzi. Nie byłem na tym koncercie, nie znałem jeszcze wtedy Porków, natomiast wiem czym był Klub Faraon, w którym owy występ się odbył. Faraon, to była tancbuda, w której na co dzień obywały się dyskoteki, techno-party, drumy i wszelkiego rodzaju dresiarskie imprezy.
Porcupine Tree pasowali tam jak pięść do nosa, ale niestety nie za bardzo było gdzie ich wtedy umieścić. Nie chce się już pakować w dyskusję z samym sobą, dlaczego nie Teatr Muzyczny, skoro już wcześniej grywali w Polsce w Filharmoniach. Widać takie były realia. Przy okazji tego koncertu, odbyła się konferencja prasowa, która miała miejsce w nieistniejącym już sklepie muzycznym Lady Peron na pl. Wolności (to takie info dla ludzi z Łodzi i okolic, którzy chcieliby łyknąć trochę historii miasta :D). Aha, niestety nie wiadomo co zespół zagrał. Jedyny dowód, że faktycznie byli w Łodzi, to info ze strony oraz parę zdjęć z konferencji, które przesłała mi znajoma (ale nie mogę ich opublikować). Następnym i ostatnim przystankiem na tej najdłuższej serii koncertów, jaką zespół zagrał w Polsce (aż 5 po rząd!), był krakowski Kinoteatr UPC (8-mego kwietnia). Setlista była niejako mieszanką koncertów w Poznaniu i Warszawie, zatem publiczność usłyszała zarówno super rzadkie Fadeaway (i było to ostatnie wykonanie z Wilsonem na wokalu, jeśli nie liczyć koncertu w Tel Avivie z 2003, który SW zagrał solo) oraz Radioactive Toy (na koniec).

                                                   

Po pobycie w Polsce, zespół miał prawie dwa tygodnie przerwy. Następnie, Porcupine Tree zagrali dwa koncerty w klubie Rodon w Atenach (20-go i 21-go kwietnia). Aż dziwne, że nie pokuszono się wtedy o jakieś nagrania (a może pokuszono, ale nic o tym nie wiadomo). Setlista pozostała niemal bez zmian. Jedyną zmianą z nocy na noc była wymiana Pure Narcotic i Signify z pierwszego koncertu, na Stop Swimming i Radioactive Toy podczas drugiego.
Niestety informacje tyczące się kolejnych koncertów (między innymi część trasy po Włoszech) są w strzępach i można się jedynie domyślać, że Porcupine Tree nie szaleli wtedy z setlistą (Fadeaway w Polsce każe się jednak wstrzymać z jakimikolwiek deklaracjami).

wtorek, 4 kwietnia 2017

Gigs from Another Star: Stupid Dream Tour 1999, cz. 2: Europa i USA.


                                                


Jako, że nie było na co czekać, Porcupine Tree rozpoczęli trasę zaraz po wydaniu płyty. Turnus wystartował w prawdopodobnie najbardziej zaskakującym miejscu z możliwych… we Włoszech :> Zespół zagrał wtedy dwa koncerty w Rzymie (24-tego i 25-tego marca 1999 r.) i muszę przyznać, że te występy do dziś są dla mnie małą zagadką, ale o tym za chwilę.
Pierwszy koncert na trasie miał taką setlistę:

01. Even Less
02. Piano Lessons
03. Waiting (Phase One)
04. Up The Downstair
05. Don‘t Hate Me
06. Signify
07. Pure Narcotic
08. A Smart Kid
09. Voyage 34 (Phase I)
10. Slave Called Shiver
11. Tinto Brass
12. The Sky Moves Sideways (Phase One)


13. Dislocated Day
14. Radioactive Toy


Widać, że PT rzeczywiście odcinają się od przeszłości. Z 14 zagranych kawałków, dokładnie połowa pochodzi z nowej płyty (wszystkie oprócz Even Less zagrane po raz pierwszy na żywo), po dwa utwory z Signify i The Sky Moves Sideways oraz po jednym z wcześniejszych wydawnictw.
Mimo, że nie mam bootlegu z tego koncertu, to wnioskuję, że Even Less zagrane zostało w wersji albumowej z przejściem do Piano Lessons, tak jak na praktycznie całej trasie. Dlaczego o tym wspominam? Zaraz wyjaśnię, ale najpierw chcę zaprezentować setlistę z drugiej nocy w Rzymie:

01. Tinto Brass
02. Piano Lessons
03. Waiting (Phase One)
04. Up The Downstair
05. Baby Dream In A Cellophane
06. A Smart Kid
07. Even Less
08. Slave Called Shiver
09. The Sky Moves Sideways
10. Stop Swimming
11. Voyage 34 (Phase I)

12. Dislocated Day
13. Radioactive Toy


Po pierwsze, setlista została trochę przetasowana, wypadły Signify, Don’t Hate Me i Pure Narcotic, a na ich miejsce weszły Baby Dream In A Cellophane i Stop Swimming (oba premierowo). Tylko pozornie zestaw jest uboższy i tutaj dochodzimy do sedna sprawy ponieważ, po drugie, na tym koncercie zagrano pełną wersję Even Less oraz (co jeszcze bardziej zagadkowe) pełną wersję Radioactive Toy (razem z improwizacją w środku). Ten zabieg wydaje się szokujący zwłaszcza w kontekście „Stupid Dream Tour” - najnudniejszej trasy PT pod względem zmian w setliście.
Co dziwniejsze, więcej się to nie powtórzyło. Wprawdzie taka setlista (z Tinto Brass na początku) pojawiała się co jakiś czas w trakcie pierwszego europejskiego odnóża, ale zarówno Even Less, jak i Radioactive Toy były grane w swoich krótkich wersjach. Z takim setem posiadam tylko bootleg z Southampton (24 kwietnia), ale raczej nie wydaje mi się żeby PT powtórzyli drugi Rzym gdziekolwiek indziej. Przez jakiś czas myślałem, że to jakiś fake. Radioactive Toy nie było grane w długiej wersji już od ostatnich koncertów 1997 r. To było po prostu do nich niepodobne. Ja wiem, że to Włochy (lol), ale po prostu było to bardzo dziwne. Dwa lata temu wpadł mi jednak w ręce wywiad audio przeprowadzony z Porcupine Tree (w składzie Chris, Colin i Richard) między tymi rzymskimi koncertami. Rozmowa schodzi w pewnym momencie na długą wersję Even Less, Włoch przeprowadzający wywiad pyta, czy zagrają dziś taką wersję, na co reszta odpowiada, że jak najbardziej. I tak się stało. Jeden raz.
Włoskie Radio Rock, które od wielu lat dzielnie promowało zespół w kraju, ponownie zaprosiło Porcupine Tree na małą akustyczną sesję (jak w 1995 roku), podczas której zagrano Pure Narcotic oraz udzielono krótkiego wywiadu.
 

                                                 

Kolejne koncerty odbyły się (podobnie jak w 1996 r.) w Grecji. Zespół zagrał trzy razy, dwukrotnie w Atenach w klubie Rodon oraz w Thessaloniki w Mylosie. Niestety nie znam setlisty z pierwszej ateńskiej nocy, ale kolejnej (setlista z Even Less na początku) zagrano już Nine Cats. Tym samym można powiedzieć, że od koncertu w Atenach zespół zaczął grać Nine Cats, nie ma tylko pewności, od którego. Wbrew pozorom nie był to utwór grany regularnie.
Tydzień po powrocie z Grecji, Porcupine Tree rozpoczęli serię koncertów w Wielkiej Brytanii. Warto zwrócić uwagę na to, że podczas „domowych” występów Jeżodrzewie było supportowane przez Tima Bownessa (z no-man) i jego zespół Samuel Smiles. Setlista PT nie przechodziła w tym czasie żadnych rewolucji z wyjątkiem ostatniego koncertu w UK, który odbył się 24-tego kwietnia w Southampton. To tutaj Stefan po raz pierwszy wykonał akustyczną wersję Stranger By The Minute (pierwszy z czterech w tej aranżacji i ostatnich w ogóle do 2010 r.). Z tego co można usłyszeć w trakcie zapowiedzi, prawdopodobnie była to złożona wcześniej prośba fanów, którą SW postanowił spełnić. Do tego Stefan skarży się, że ktoś mu noc wcześniej ukradł kartkę z tekstem do Nine Cats, na co ktoś z publiczności odzywa się, że to on. To był generalnie bardzo udany koncert, a nagrane wtedy Tinto Brass wylądowało na singlu Pure Narcotic.

                                                   

Przełom kwietnia i maja, Porcupine Tree spędzili grając dwa koncerty w Belgii, po czym po tygodniu przerwy ruszyli w odwiedziny do europejskich krajów, które (obok Włoch) były najbardziej im przychylne. 7-mego i 8-mego maja Jeżodrzewie zagrali w holenderskich Utrechcie i Den Bosch, a po przystanku w domu (10-tego maja w Londynie) przyjechali do Polski na 4 (!!) koncerty.
Między 12-tym, a 15-tym maja, zespół zagrał odpowiednio w: Warszawie (Klub Stodoła), Krakowie (Kinoteatr Związkowiec), Lublinie (Centrum Kultury) i Bydgoszczy (Filharmonia Pomorska).

                                                  

Zmiany w setlistach były raczej skromne, chociaż podobno w Lublinie, zamiast Nine Cats Stefan zagrał Stars Die. Nie posiadam dowodów (np. w postaci bootlegu), że to faktycznie miało miejsce, ale z drugiej strony nie takie rzeczy już się na tej trasie działy. W Krakowie odśpiewano Chrisowi sto lat na urodziny. Po solidnej dawce dobrej energii jaką Porcupine Tree otrzymali od Polaków, przyszedł czas na mityczne USA.
Zespół zagrał jeszcze 23-go maja w kanadyjskim Quebecku, a już następnego dnia w Burlington rozpoczęli amerykańskie odnóże „Stupid Dream Tour”. O setliście nie ma co za bardzo pisać, bo niewiele się działo. Zespół grał raczej bezpiecznie i amerykanie nie mieli okazji usłyszeć np. Stop Swimming, które grane było baaardzo rzadko (w Polsce tylko w Bydgoszczy).

                                                  

                                                 

Co innego było w tym objeździe ciekawe. Model promocji w USA był trochę inny niż w Europie i z tego względu Porcupine Tree zagrali kilka akustycznych koncertów w sklepach muzycznych. Zazwyczaj wyglądały one tak, że Stefan siadał sobie z akustykiem, obok był Chris dośpiewujący chórki (lub nadający rytm butelką wody) i grali taki zestaw:

01. Pure Narcotic
02. A Smart Kid
03. Baby Dream In A Cellophane
04. Waiting (Phase One)
05. Nine Cats


Te występy były na tyle popularne, że 4-tego czerwca w Chicago, zagrano aż dwa, a do tego trzeci (już pełny) koncert wieczorem. W Los Angeles Stefanowi pękła struna (już wtedy mu pękały ;)) i zabawa skończyła się po 3 kawałkach.

Jeżeli chodzi o regularne koncerty, to warto wspomnieć o występie na festiwalu Progfest w San Francisco. Z różnych powodów, zespół wszedł na scenę ze sporym opóźnieniem i z tego względu Stefan zadedykował publiczności Waiting. Nagranie wideo z tego wieczoru możecie obejrzeć tutaj:

https://www.youtube.com/playlist?list=PLD9CC67E18AB60AED

Trasa po USA, mimo że krótka, okazała się być sukcesem dla zespołu. Po powrocie, Porcupine Tree zagrali jeszcze trzy koncerty: w Paryżu (12 czerwca) oraz na dwóch festiwalach we Włoszech, w Vigevano (11 lipca) (z którego pochodzi świetny bootleg) oraz Rzymie (23 lipca).
W taki też sposób zakończyła się pierwsza cześć Stupid Dream Tour, która przeszła do historii jako najnudniejsza trasa Porcupine Tree pod względem zmian w setliście. Jednocześnie te kilka drobnych alteracji, które zaszły można zaliczyć do bardzo ciekawych (Stranger By The Minute, długie wersje Radioactive Toy i Even Less). To jednak nie koniec. Na jesień zaplanowane były kolejne koncerty i nie obyło się bez niespodzianek. O tym już w kolejnym odcinku!

piątek, 21 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.3: Kraków.



Koncert w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy, był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć. Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat, czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię. Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).

         

Kiedy staliśmy pod sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby publiczność.
Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.

         

Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.

Stefan trochę się wyluzował, zagadywał publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty, jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych, które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że tamte koncerty były najlepsze.


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.


                   
                                                                                                                                
                                                              

Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.

I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D
Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszował w internecie i myślami był na kolejnym koncercie.

Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.

Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.



                                                 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Michael Bearpark - wywiad dla SWL (2015)



Michale Bearpark znany nam jest jako niezwykły gitarzysta i kompozytor, ale oprócz muzyki jest też naukowcem z tytułem profesora! Przez lata występował w różnych zespołach z Timem Bownessem takich jak Plenty, After The Stranger, Samuel Smiles czy jako członek koncertowego składu no-man (niewiele brakowało, a zostałby nim już na początku lat 90-tych). Niezwykle bystry, inteligentny człowiek, który ma dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia!

Wywiad przeprowadzony został mailowo 22 czerwca 2015 r.

1. Powiedz mi jakiego sprzętu używałeś na trasie no-man w 2012 roku.


Na koncertach no-man, Steven Wilson używał tego samego sprzętu, którego używa zazwyczaj Mój nie pokonuje takich dystansów. Do nagrywania lub małych koncertowych z atmosferyczną improwizowaną muzyką (w których zazwyczaj biorę udział) wymagania są inne i miałem trochę kłopotów żeby dostosować się do no-man. W rezultacie, używam małego wzmacniacza Hughes & Kettner (TubeMeister 18) odkąd go wypuścili w 2011 roku. Dobrze znosi podróże, jest prosty w użyciu, ma jasne czyste brzmienia, ale też ciepły przester, wiele mniejszych wzmacniaczy potrafi tylko jedną z tych rzeczy. Same w sobie, dźwięki bywają czasem zbyt jasne, zbyt ciepłe, ale sprawdzają się w kontekście zespołu, przy odpowiedniej głośności, prawie jak odpowiednio zaaplikowane na nagraniu EQ i dynamika procesowa.


Jego rozmiar rozbawił jednak firmę, która zbudowała nam kufry transportowe.
Nie używałem zbyt dużo przesteru ze wzmacniacza, jestem przyzwyczajony do używania efektów, które są z nim w interakcji i od 2011 r. polegam w tej kwestii na Fulltone Plimsoul, które zawiera magiczną kombinację niezwykle długiego utrzymywania dźwięku i rozpiętość dynamiki. W przeciwieństwie do Stevena używam sporo pokręteł głośności i tonu przy gitarze aby ukształtować ton przesteru, jak i pudełka głośności aby kontrolować atak.

Efekty echa w 2012 r. pochodziły głównie z Bossa DD-7 (z cichą i stabilną emulacją analogowego echa), razem z Line 6 M5, którego wybrałem ponieważ może przechowywać ustawienia z odpowiednią długością echa oraz innych modulowanych dźwięków (doskonale emuluje chorus/detune Rolanda Dimension D). Przy dwóch gitarach w zespole istotne jest, aby mieć kontrastujące podejście by uniknąć powielania i walki o przestrzeń.

W 2012 r. używałem gitary elektrycznej PRS Mira. Częściowo zainspirowana Gibsonem SG i Les Paulem Juniorem, jest lekka i łatwa w grze, ma dużą paletę świetnych tonów i nigdy się nie rozstraja. To druga strona PRS: świetna gitara w tradycyjnym stylu, która jednocześnie stawia tej tradycji wyzwania, acz bez błyskotek, na których punkcie mają obsesję kolekcjonerzy. Odkąd moja Mira prawie nie przepadła w trakcie przeładunku innego zespołu, podróżuje z gitarą Yamaha, ale Mira nadal jest moim głównym instrumentem.


2. Czy próbowaliście jakieś piosenki, które ostatecznie nie trafiły do setlisty?

W 2011 roku, no-man zagrali pojedynczy koncert w Lemington Spa. W ostatniej chwili zdecydowaliśmy się go nagrać i tak powstało Love And Endings. Wyszło tak dobrze że stało się to niemal problemem kiedy zaczynaliśmy przygotowania w 2012 r.. Próbując stworzyć dłuższy set, wiedzieliśmy, że musimy przebić wszystko czego się do tej pory nauczyliśmy. Jednak po krótkim okresie dezorientacji, zadziałało. Zarówno Tim jak i Steven są mistrzami sekwencji, ułożenia setlisty tak aby koncert miał ręce i nogi, prawie jak album. Jeżeli coś do sekwencji nie pasuje, wypada, nawet jeśli samo w sobie brzmi dobrze. Set był próbowany w całości tak długo, aż zabrzmiał dobrze

Steven nie był zainteresowany graniem utworów z pierwszych dwóch płyt, z czasów kiedy ten materiał był faktycznie grany na żywo. Na pewnym etapie odkopaliśmy oryginalną taśmę DAT z podkładem do między innymi Heaven's Break, aby jej użyć. Póki co jednak to się nie stało.

Tim bardzo chciał zagrać Housewives Hooked On Heroin z albumu Wild Opera, ale podczas prób odnieśliśmy wrażenie, że kawałek zbytnio polega na produkcji studyjnej i nikt nie palił się do pracy nad jego aranżacją. Mimo to Tim nie chciał odpuścić i w formie żartu proponował go po każdym naszym koncercie. Zgodziliśmy się za jego plecami, że jeśli znowu zapyta, to zagramy, a po porzuceniu utworu na wczesnym etapie prób, nie graliśmy go ani razu. Z jednej strony, jest to prosty zestaw akordów, ale z drugiej, jest w konkretny sposób zaaranżowany. Jakimś cudem udało nam się odtworzyć wystarczająco dużo w tym chaosie. Aplauz był olbrzymi i przypomniał mi jak bardzo spontaniczność i unikalne doświadczenie na koncercie są doceniane przez publiczność.

Dopiero podczas prób do mini-trasy Tima w 2014 odkryliśmy czego temu utworowi było trzeba – fuzzowego solo, które wypłynęło podczas jednej z nocnych sesji w domu kiedy byłem zbyt zmęczony by myśleć. Teraz myślę, że udało nam się popchnąć oryginał w dobrym kierunku i świetnie będzie móc to nagrać na zbliżającej się trasie.


3. Który utwór z setu był Twoim ulubionym i najbardziej satysfakcjonującym, a który wręcz przeciwnie?

Myślę, że wszyscy z nas czuli, że Close Your Eyes jest tym najważniejszym utworem. Nowa aranżacja na 2012 r. pozostawiła kluczowe elementy wersji studyjnej, a jednocześnie popchnęła utwór w świeżym kierunku. Lighthouse zawsze był doskonały, podstawy tego kawałka są proste, ale zawiłość tkwi jak są one zestawione i kontrolowane. To wyzwanie utrzymać dynamikę w odpowiedni sposób. Od szeptu do krzyku i z powrotem.

Rdzeniem Wherever There Is Light są dwie gitary, które grając tę samą melodię stają się jednością. Zagrałbym to obudzony w środku nocy, a "Maestro" Steve Bingham sprawia swoją partią, że całość staje się jeszcze bardziej wyjątkowa.

Czy coś sprawiało kłopoty? Jeśli tak, to były to różne utwory dla każdego z nas. Dla mnie był to Day In The Trees ponieważ akustyczna gitara rytmiczna i rytm perkusji powinny płynąć w ten sam sposób. Kilka godzin zajęło mi aby odkryć w końcu co robiłem źle. Basowy bęben Andy'ego nie był tam gdzie myślałem, że jest.

4. Jak wyglądało życie w trasie z zespołem no-man? Co lubisz robić w jej trakcie i czy lubisz podróżować w ten sposób?

Będąc w towarzystwie interesujących, inteligentnych i doświadczonych ludzi mówiących o tym co kochają (w tym o muzyce), czego tu nie lubić? Każdy miał swoją przestrzeń, nie obowiązywała żadna hierarchia i było wiele tematów do obgadania. W 2012 r. busowy konkurs to: wymień artystę, który zaliczył największy upadek w karierze, oraz tego, który poszybował najwyżej. Walka była zacięta, wszyscy wykazali się kreatywnością. To wymagało odwagi by rzucić jakimś typem i trzymać się go zacięcie mimo że reszta go zupełnie nie rozumiała! W kontraście ze Spinal Tap (filmie rockumentalnym, z którego ciągle rzucało się cytatami) doskonały jest balans między głupotą, a przebiegłością.

Na trasie w 2012 r. było trochę czasu aby pozwiedzać i zobaczyć co się zmieniło. Zwłaszcza w Krakowie, w którym ostatni raz byłem ponad 20 lat temu, pociągiem z Monachium, z kopią scenariuszy „Dekalogów” Kieślowskiego w ręku (z pewnością nie wyobrażałem sobie wtedy, że powrócę dwa razy starszy aby zagrać koncert!).


Mieliśmy rewelacyjnego tour managera – Tima Carleya, który przywykł do niańczenia znacznie bardziej wymagających zespołów (nasz wynik w tradycjach trasowych i ekscesach jest niski) więc podróż była niezwykle relaksująca, co zaskoczyło niektórych ludzi, których spotkałem na koncertach.



5. Koncert w Krakowie był pierwszym koncertem najdłuższej trasy no-man od 1993 roku. Wiele faworytów publiczności było grane po raz pierwszy. Jakie są Twoje wspomnienia w związku z tamtym występem? Jaka była atmosfera za kulisami przed i po koncercie?

Mam wiele dobrych wspomnień z tamtego czasu. Jednak chyba nie doceniłem w pełni tego jak ważna jest ta muzyka dla niektórych ludzi.
Po powrocie z miasta, mieliśmy kilka technicznych problemów, sprzęt źle zniósł podróż, więc te przyziemne (acz ważne) sprawy zajęły to skutecznie moją głowę. Myślałem o tym jeszcze kiedy poszedłem za kulisy po stroik i zobaczyłem, że pusta jeszcze nie dawno sala jest pełna wyczekujących i podekscytowanych ludzi.


Tim dobrze to opisał na swoim blogu
Pamiętam dobrze ostatni bis Back When You Were Beautiful, który przekształcił się w coś w rodzaju hymnu, urósł znacznie w stosunku do tego jak to brzmiało na próbach. Napisany w czasach kiedy no-man był zespołem czysto studyjnym, oddalonym od grania koncertów jak się tylko dało najbardziej, z perspektywą tego typu występu istniejącą tylko w wyobraźni, wykonanie tego utworu na żywo było czymś co przypominało fragment snu, który utkwił w głowie po przebudzeniu się. Realny i nierealny naraz.

Relacja Tima z graniem na żywo bywa ambiwalentna, ale w trakcie koncertu jak i po nim (w trakcie spotkania z fanami) był w swoim żywiole. Wyszedłem z nim po występie jako wsparcie! Świetnie było spotkać się z ludźmi, których znałem przez internet od jakiegoś czasu i innych, którzy odnaleźli w tej muzyce coś specjalnego.


6. Czy pracujesz teraz nad jakimś projektem muzycznym? Opowiedz mi o obecnej działalności duetu Darkroom.

Nowy album Tima Stupid Things That Mean The World wychodzi 17-tego lipca i zagramy kilka koncertów promocyjnych. Razem z Timem zagra Colin Edwin na basie, Andy Booker, na perkusji oraz Stephen Bennet na klawiszach i ja na gitarze. Będziemy na Ino-Rocku w Polsce i cieszymy się na myśl o powrocie z nowymi piosenkami, ale też ze starszymi i tymi no-man.
Tutaj jest przykład tego jak zabrzmi nowa płyta.



W tym utworze, dwa nieokrojone podejścia mojej przesterowanej gitary (nagranych jedno po drugim) przepoczwarzyło ten instrumental w coś zaaranżowanego. Następnie Bruce Soord (z Pineapple Thief) pchnął całość w jeszcze bardziej intensywne rejony. Tak jak przy okazji każdego utworu na płycie, jest z tym związana historia. Uśmiecham się kiedy myślę o całej muzyce, której wtedy słuchaliśmy i staraliśmy się aby nic z niej nie znalazło się w tym co robimy.
Na koncertach w Wielkiej Brytanii, supportem Tima będzie Improvizone (http://www.improvizone.com), zespół skupiający się wokół Andrew Bookera, który stworzył aby rozwijać swoje umiejętności improwizacyjne i aby odkrywać nowe dźwięki perkusji elektronicznej, w czasach gdy błędnie założył, że już nigdy nie zagra na akustycznym zestawie (odkąd dołączył do Sanguine Hum, to się zmieniło i Improvizone jest na wstrzymaniu). Andy jest niezwykłym perkusyjnym wynalazcą i muzykiem, to kolejny znak jak „pokręcony” jest zespół Tima. Andy potrafi rozwiązać każdy problem z aranżacją lub harmonią gdy reszta z nas, polegających na intuicji, rozkłada ręce.

Darkroom to moja kolaboracja z Andrew Ostlerem (Os'em). Zaczęliśy jako trio z Timem, ale on zdecydował się zająć czym innym po dwóch płytach co zmieniło trochę to jak graliśmy. Od początku byliśmy jednak związani z Burning Shed i wydaliśmy podwójny album w 2013 r. Gravity Dirty Works, również na pięknym winylu i w formie cyfrowej.



Tytuł, to nawiązanie do mojego naukowego zaplecza i dobra metafora starzenia się, i o ile instrumentalna muzyka może o czymkolwiek opowiadać, to są to nieskończenie ambiwalentne pomysły, które zgłębiamy.
Bardziej emocjonalne niż atletyczne, łączy improwizacje i cierpliwe składanie tego w kompozycję oraz obsesję dźwiękiem i kolorem, tak aby chciało się tego słuchać ponownie.

W czerwcu tego roku, Darkroom wypuściło The Rest Is Noise



kolekcję nagrań z naszych Londyńskich koncertów sprzed roku. Pomimo tego, że trwa ponad cztery godziny, dla mnie nadal jest to album. Utwory ułożone są w odpowiednim szyku
i kończyliśmy ten materiał w taką samą dbałością myśląc o słuchaczach, którzy chcą się zatopić w czymś wyjątkowym i immersyjnym.
Z myślą o tych, którzy nisko cenią sobie wydania istniejące tylko w formie cyfrowej, zaprosiliśmy do współpracy Brazylijskiego fotografa, który opatrzył każdy utwór osobnym zdjęciem. Opowiadamy o tym procesie tutaj: https://www.mixcloud.com/Resonance/clear-spot-12th-june-2015-sonic-imperfections/.



7. Niedawno miałem okazję posłuchać w końcu płyty „Another Beauty Blooms” zespoły After The Stranger, w którym udzielałeś się wraz z Timem. To świetna płyta! Czy pamiętasz coś z jej nagrywania?

Serio?! Myślę, że wiele się zmieniło przez ostatnie 30 lat :)
Oczywiście, ten album ma specjalne miejsce w moim sercu ze względu na możliwości jakie stworzył: spotkanie z Timem, po tym jak usłyszał kasetę z moimi gitarowymi instrumentalami nagranymi w domu, czy skupienie się na muzyce zespołowej, co było znacznie ambitniejsze od wszystkiego z czym do tej pory byłem związany. Jednak zaraz po tym jak skończyliśmy nagrywać pojawiły się wątpliwości. Muzyka nie reprezentowała dobrze błyskawicznie rozwijającego się brzmienia zespołu, a jednocześnie zaistniała współpraca z Brianem Hulse'm, która zaowocowała powstaniem grupy Plenty (i jednej z piosenek, które pojawią się na nowej płycie Tima).

Znalazłem kopię Another Beauty Blooms w sklepie z używanymi płytami w Londynie kiedy byłem tam z Timem i pękaliśmy ze śmiechu. Wytłoczono chyba tylko 300 kopii ze względu na problemy z maszyną do umieszczania naklejek, które wydrukowaliśmy. Ale bez tej płyty, Tim prawdopodobnie nie spotkałby Stevena, a nasza przyszłość wyglądałaby inaczej do stopnia, którego nie da się teraz ogarnąć wyobraźnią.

Album nagraliśmy na ośmiościeżkowej kasecie w tym samym studiu, w którym Geoff Mann nagrywał swoje solowe płyty. Była to piwnica pod stacją kolejową Knutsford, wszystko tam było pokryte niebieskim dywanem. Studio miało jednak doskonały plate reverb, który pokochałem na zawsze. To był mój pierwszy wybór jeśli chodzi o głos Tima i w zasadzie wszystko inne. Inni zwracali mi uwagę na to, że obecnie istnieje znacznie więcej opcji, ale nie jestem przekonany czy zawsze są najlepszym rozwiązaniem.

To ujmujące, że kogoś jeszcze ta muzyka obchodzi. Słuchając tego ponownie, usłyszę ziarenka tego co próbowałem osiągnąć i docenię tkwiącą w tym ambicję. Pozostali muzycy byli znacznie bardziej doświadczeni niż ja co jest dobrym sposobem aby szybko samemu się dokształcić. Przypomina mi to o wyjątkowym czasie , ale ciesze się, że moja muzyczna kariera nie skończyła się na tamtym etapie. Wpadnij zobaczyć nas grających piosenki ze Stupid Things That Mean The World lub sprawdź nowe płyty Darkroom. Nie wyobrażał bym sobie robienie takiej muzyki pod koniec lat 80-tych, a przecież tyle jeszcze jest do odkrycia!



.................................................
wersja oryginalna
.................................................


1. Please, tell me something about the gear you've been playing on the tour.

For the no-man tours, Steven Wilson used the same gear he normally travels the world with. Mine doesn't travel the same distance - for recording and the more atmospheric improvised music live which are central for me, the demands are different - and I had some problems to fix for no-man. As a result I've been using a small Hughes & Kettner amplifier (TubeMeister 18) since it came out in 2011. It's a good traveller, simple to use, and has both bright clean and warm distortion channels - many small amps do just one of these well. On its own, the sounds are almost too bright or too warm, but they're consistently good in a band context, at a sane volume; almost like some channel EQ and dynamics processing has been applied in recording. The amp's small size made the company that built flight cases for the tour laugh though!

I don't use a lot of amplifier distortion: I'm used to getting drive from pedals that interact with an amplifier, and from around 2011 I've mainly relied on the Fulltone Plimsoul for this, which has a magic combination of extreme singing sustain and dynamic range… unlike Steven I use guitar volume and tone controls extensively to shape distortion tones, as well as a volume pedal afterwards for controlling note attack.

Delay pedals in 2012 would have been mainly a Boss DD-7 (with a quiet and stable analog delay emulation I used a lot), together with a Line 6 M5, chosen because it can store presets with specific delay times, and also cover other modulation sounds (it has an excellent emulation of the Roland Dimension D static chorus/detune sound, for example). With two guitars in the band, it's important to have contrasting approaches so there's no duplication and fighting for space.

In 2012 I used a PRS Mira electric guitar. Partly inspired by Gibson's SG and Les Paul Junior, it's light and easy to play, has a variety of great tones and consistently stays in tune. It's the other side of PRS: a great guitar that's traditional while challenging tradition, but without any of the bling that collectors obsess over. Since my Mira almost disappeared with another band loading out after a show in 2013, I've mainly been travelling with a Yamaha guitar since, and my tones have moved on, but the Mira is still the reference instrument for me.


2. Were there any no-man songs that were rehearsed but ultimately not played?

In 2011 no-man played a one-off Burning Shed show in Leamington Spa in the UK. At the last minute, we decided to record this, and it became the live album Love And Endings. This came out so well that it almost became a problem starting up again in 2012: in developing a longer set for a tour, we knew we'd have to break up what we'd learned before! But after some initial confusion it worked out. Both Tim & Steven are masters of sequencing: following some initial preparation, a live show's put together with a flow just like an album - and if a song doesn't fit the sequence for whatever reason, it's out, even if it's good on its own. The set's then rehearsed through as a whole until it's right, so the connections between songs build alongside any practical cues.

Steven wasn't interested in playing any of the early no-man material from the first two albums, from back when much of it was actually played live. At some point we unearthed the original DAT backing track for Heaven's Break among others, thinking to feature this, but it's not made it in yet.

Tim was very keen on the song Housewives Hooked on Heroin from Wild Opera, but there was a feeling in the 2012 rehearsals that it relied too much on studio production, and no-one else was that excited. Still, Tim wouldn't let it go, and kept suggesting it as a joke after we finished playing each night. Several of us agreed to do it as an extra encore if he mentioned it again, and so back on we went in Zoetermeer in the Netherlands, wondering if any of the band was going to stop during the walk on stage - bearing in mind we'd dropped the song early on in rehearsal, and hadn't played it at all since. While it's a simple chord sequence, there's an arrangement, but somehow we managed to recreate enough of this in all of the chaos, and the huge applause that followed reminded me just how much spontaneity and a unique live experience are appreciated.

(It took rehearsing for Tim's Abandoned Dancehall Dreams live shows in 2014 to discover what that song really needed: a driving octave fuzz solo, that emerged in a late night session at home when I was too tired to think. Now I think we've improved on the original, and it'd be great to record it if it stays in the set for this year's shows).


3. Was there any particular song in the setlist you found most interesting and rewarding to play live? Also, was there any 'troublemaker' in the set?

I think we all felt that Close Your Eyes was a highlight - a new arrangement for 2012 that distilled the essential elements from the recording, set off in a different direction and developed fresh every time. Lighthouse was always a highlight: the basic ideas are simple, but complexity comes from how they're put together and controlled. It's a challenge to get those dynamics right; from a whisper to a scream and back again.

Wherever There Is Light… the core is a hypnotic two-guitar pattern, where both instruments should fuse in tune and become one. I can play it in my sleep: it's waking up and thinking about it that gets in the way! Particularly when listening to 'The Maestro' Steve Bingham develop the violin melody line that he's made his own, which is always a highlight for me.

Was any song a troublemaker? If there was, it wasn't the same song for everyone. I found Days In The Trees caused me some problems, because the acoustic rhythm guitar and the drums should merge together seamlessly, and it took me several hours listening on the bus one day to finally figure out what I wasn't getting quite right: Andy's bass drum consistently wasn't where I thought it was.



4. Tell me something about no-man's 'tour bus life'. What kinds of things do you like to do on tour to pass the time? Do you enjoy traveling on tour?

Being with interesting, intelligent and experienced people talking about what they love - which includes music - what's not to like? Everyone has their space, there's mostly no obvious heirarchy, and there's lots to talk about or switch off and listen to. In 2012 the tour bus competition was: name the artist whose creative zenith was highest and whose career nadir was lowest. There was some strong competition for this measure of outstanding creativity - it's far from negative: a willingness to take risks and be true to your vision wherever it goes, even if others can't work it out, rather than staying safe in a narrow range. Contrasting with Spinal Tap (the rockumentary that's predictably quoted extensively on tour) there's more than a fine line between stupid and clever.

In 2012 there was time to look around, and see what's changed - in Kraków, for example, since the last time I'd visited was by train from Munich well over 20 years ago, along with my copy of Kieślowski's Dekalog screenplays. (For sure, I wasn't imagining being back almost twice as old to play a concert!) We had a good tour manager (Tim Carley) who's used to dealing with bands that are far more demanding (we apparently score low on touring band traditions and excess), so the journey was mostly zen-like calm, which surprised a couple of people I met along the way who'd followed us to several shows.


5. The show in Kraków (Poland) was the first show of the longest no-man tour since 1993. Many fan favorites were played for the very first time. What are your memories of that show? What was the atmosphere backstage before and after the gig?

I've lots of good memories from around that show! I don't think I'd fully appreciated how much the music would mean to some of the audience though. Walking to the venue after having spent some time in the old town centre, we first had practical problems to sort out - gear that hadn't coped well with the journey - so my head was partly taken up by this critical but mundane stuff. And I was still mainly thinking about this when I went backstage to get a guitar tuner, and saw the hall I remembered as empty now red-lit and full, buzzing with anticipation.
Tim's summarised the concert itself so well in his tour diary:


http://timbowness.co.uk/no-man-2012-tour-diary/

I've included his link as I hardly remember the concert itself - it was all in the now! But I remember the final encore Back When You Were Beautiful transforming itself into something like a hymn, far beyond what it had ever sounded like in rehearsal. Written when no-man were a studio-based duo furthest from playing live, with a concert like this some unimagined future, it's like some small fragment of a dream remembered on waking up for me; both real and unreal.
Tim has an ambivalent relationship with playing live, but he was in his element both during the show and after, signing CDs and LPs for many who'd waited patiently. I went out after the show with him as backup! It was great to meet people I'd known online for some time, and others who'd found something special in the music.


6. Is there any musical project you're working on at the moment? Can you tell me more about Darkroom's recent activity?

Tim's new solo album Stupid Things That Mean The World is out on July 17th and we'll be playing a series of concerts to support this. Performing alongside Tim will be Colin Edwin on bass and Andrew Booker on drums (a magical combination with so much untapped potential), together with Stephen Bennet on keyboards and me on guitar. We're in Poland for Ino-Rock on August 29th, and looking forward to being back with new songs, as well as others from Tim's solo catalogue and no-man.

Here's an example from the new album:
On this track, two unedited takes of my echoed distorted guitar - recorded one after another - transformed this scattered instrumental into an arrangement, that Bruce Soord from Pineapple Thief then pushed to the next level of intensity. As with all of the songs on the album, there's a story behind it. I smile and think of all the music we used to listen to, and avoid - both make an appearance here.

In the UK, Tim's support will be from Improvizone, the collective centred around Andrew Booker that he formed to develop his improvisation skills and explore new sounds with electronic drums - back when he was mistakenly convinced he wouldn't be playing a full acoustic kit any more. (Since joining Sanguine Hum, that's all changed and Improvizone has been on hold, but you can explore the best of what was recorded at www.improvizone.com). Andy is an outstanding drum scientist and musician: in another sign of how 'wrong' Tim's band is, Andy can normally solve any harmony or arrangement problems that those of us who rely more on intuition sometimes get stuck with.

Darkroom is my duo collaboration with Andrew Ostler (Os). We started as a trio with Tim, but he moved on after the second album and our focus changed. But we've been part of the Burning Shed label since the beginning, releasing a double album 'Gravity's Dirty Work' in 2013 on CD and gorgeous double vinyl there:

as well as a high-resolution download. The title is a reference to my scientific background as well as a metaphor for ageing - and in as much as instrumental music can be 'about' anything, those are the endlessly ambivalent ideas we explore. It's more emotional than athletic, and combines open improvisation with careful editing composition and obsession with sound and colour, such that it's worth hearing over again and has some lasting value.

In June this year, Darkroom released The Rest Is Noise,

a collection of recordings based on our London concerts from the past year. Although it's almost four hours long, for me it's still 'an album': tracks are in order for a reason, and they've been finished with the same attention to detail and thinking of listeners who are both critical and want to get lost in something immersive and unique. For someone that thinks downloads have little value, we worked with a Brazilian photographer to find a unique image for each track, as well as an overall album icon. We talk a little about the process here… https://www.mixcloud.com/Resonance/clear-spot-12th-june-2015-sonic-imperfections/



7. Recently, I've finally got the chance to listen to "Another Beauty Blooms" by After the Stranger, your and Tim's old band. It's a great album. Do you remember anything about making this record?

Really!? I think I've moved on in the last 30 years :)

Of course, that album has a special place for me because of the opportunities it created: meeting Tim after he heard a cassette of simple guitar instrumentals I recorded at home; focussing on a band recording that was far more ambitious than anything I'd been involved in before. But almost immediately after we finished it there were doubts - the sound wasn't representative of the rapid evolution of the band, and the collaboration with Brian Hulse that became Plenty developed (and one of those songs features on Tim's current album).

I found a copy of Another Beauty Blooms in a second hand record shop in London once with Tim, and we couldn't stop laughing… there can only have been about 300 made because of problems at the pressing plant with the labels we'd printed. But without this album as an entry ticket Tim most likely wouldn't have met Steven, and our futures would have been different in a way that's hard to imagine now.

The album was recorded on 8-track tape, in the same studio that Geoff Mann recorded his solo albums - a basement underneath Knutsford railway station, every small surface covered in blue carpet. But the studio had a real plate reverb, a sound I've loved ever since. It'd be my first choice for Tim's voice and almost anything else - others remind me there are so many more options now, but I'm not convinced that's always a good thing.

It's touching that anyone still cares about that music. If I listen again, I'll hear some of the seeds of what I was trying to do, and can appreciate the ambition. The other players were all far more capable and experienced than me, which is a great way to develop as a musician fast. It reminds me of a special time - but I'm glad my musical career didn't finish there. Come see us play the songs from Stupid Things That Mean The World, or check out the most recent Darkroom albums - I couldn't imagine making those back then, and there's still so much more to discover.