Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lipca 2017

How Is Your Live Today?: Lightbulb Sun Tour 2000-2001, cz.4: Polska i reszta Europy.



Pierwsze dwa miesiące 2001 r. zespół miał wolne. Wilson kończył prawdopodobnie w tamtym czasie miksować "Arcadia Son" IEM. Również w styczniu 2001 r. oficjalnie zakończyły się nagrania "Returning Jesus" no-man, pozostało tylko ustalić tracklistę, co okazało się dosyć problematyczne (co nie zmienia faktu, że płyta zdążyła ukazać się w marcu). Warto również wspomnieć o tym, że na 2001 r. planowano wstępnie premierę pierwszego EP Blackfield, ale współpraca Stefana z Avivem okazała się być na tyle udana, że duet wstrzymał się z wydaniem mini-albumu i nagrał całą płytę (pt. Blackfield), która wyszła w 2004 r. Czy powstawały już w tym czasie nowe utwory Porcupine Tree? Na pewno w tamtym roku powstał utwór Vapour Trail Lullaby, który był pisany wstępnie z myślą o Jeżodrzewiu, a ostatecznie został podzielony na dwie części, z których pierwsza trafiła na debiut Blackfield (jako Lullaby), a druga na pierwsze solo Wilsona "Insurgentes" (jako Twilight Coda). Skrócone demo oryginału (6:25) zostało potem wrzucone przez Stefana na Myspace koło 2006 r. Pełniejsza (ale wciąż skrócona) wersja (9:18) została dołączona w 2010 r. do dvd z filmem Insurgentes. Pełne demo miało ponoć w okolicach 14-tu minut.

Właściwa trasa Lighbulb Sun rozpoczęła się w Walentynki w Bristolu. Porcupine Tree zagrali:

01. Lightbulb Sun
02. Shesmovedon
03. Up The Downstair
04. Don’t Hate Me
05. Even Less
06. Slave Called Shiver
07. Russia On Ice
08. Pure Narcotic
09. Where We Would Be
10. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
11. Four Chords That Made A Million
12. Hatesong
13. Waiting (Phase One)
14. Tinto Brass

15. Sleep Of No Dreaming
16. Signify

Setlista stanowiła jedną z wariacji repertuaru ubiegłorocznego i nie było pod tym względem żadnych niespodzianek.
Warto jednak zwrócić uwagę na to, że np. Waiting pojawiło się w tym roku prawdopodobnie tylko na trzech koncertach, Don’t Hate Me na sześciu, a 4 Chords na siedmiu. Te liczby mogą być inne, ale wytłumaczę to za chwilę. W trakcie Waiting, Wilson miał jakiś problem z gitarą lub efektami, w efekcie czego Chris przez pierwszą minutę grał kawałek solo ;) Stefan nazwał to „12” megamix”. Bosy oczywiście prezentował się w tamtym czasie w lennonkach i ciuchach o dwa rozmiary za małych. Zestaw z dnia następnego (15 lutego) w Leeds nie zmienił aż nadto w kwestii piosenek, ale PT przetasowali setlistę tak aby rozpoczynała się od sprawdzonego w tej roli duetu Even Less / Slave Called Shiver i tak już zostało.
Niestety luki w informacjach dotyczących pozostałych koncertów, które odbyły się w lutym nie pozwalają mi stwierdzić, że ta setlista faktycznie utrzymała się w tym czasie w niewzruszonej formie (stąd niepewność co do ilości wykonań Waiting i reszty), czy nie. Skłaniam się jednak ku temu pierwszemu, bo najbliższy występ z potwierdzoną setlistą (14-ty marca, Amsterdam)
jest bardzo podobny, tylko krótszy o dwa kawałki. To był ostatni do dziś raz kiedy zagrano Four Chords That Made A Million. Po lutowej części turnusu, Don’t Hate Me nie wróciło już w tej inkarnacji Porcupine Tree. Na kolejnym koncercie, zespół zaszalał i wstawił na pierwszy bis Voyage 34 (Phase 1), natomiast Sleep Of No Dreaming powędrowało do góry, a 4 Chords wypadło bezpowrotnie. Tak samo zagrali też noc później w Zoetemeer. 18-tego marca, Porcupine Tree przyjechali do Niemiec i koncertem w Kolonii rozpoczęli małą (dwukoncertową) „trasę” po tym kraju. Do Szwecji, PT przyjechali już z zestawem 13 piosenek, więc repertuar kurczył się coraz bardziej i trudno powiedzieć dlaczego (może poza faktem, że Voyage 34 jest dłuższy, ale bez przesady).
Dopiero kiedy Jeżodrzewie wrócili do Niemiec, to „zaszaleli” dodając na bis Radioactive Toy, kawałek który od 1999 r. wrócił tylko podczas krótkiego pobytu zespołu w Izraelu.
Na razie był to jednorazowy wybryk, chociaż od tego momentu znowu zaczynają pojawiać się dziury w informacjach (co jest zaskakujące, w porównaniu do całkiem kompletnej kolekcji setlist z lat 90-tych). Wiadomo, że 2-go kwietnia w Lipsku swój debiut w 2001 r. zaliczyło Stop Swimming. Wg. moich notatek, Radioactive Toy powróciło 30-tego marca w Karlsruhe i zastąpiło Signify w roli ostatniego bisu (więc set nadal był wyjątkowo krótki). Następnego dnia w Aschaffenburgu pojawił się oba utwory. Niestety repertuaru wszystkich koncertów do końca trasy po Niemczech możemy się jedynie domyślać. Następnym przystankiem była Polska, więc tutaj jest znacznie lepiej. Trasę po kraju „najlepszych fanów na świecie”, zespół rozpoczął koncertem w poznańskim CK Zamku. Setlista wyglądała tak:

01. Even Less
02. Slave Called Shiver
03. Shesmovedon
04. Up The Downstair
05. Lightbulb Sun
06. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
07. Russia On Ice
08. Pure Narcotic
09. Where We Would Be
10. Hatesong
11. Tinto Brass

12. Voyage 34 (Phase I)
13. Signify
14. Radioactive Toy

Ponoć ten ostatni utwór nie widniał na wydrukowanej setliście. Z tej mini trasy po Polsce słyszałem wiele legend, między innymi o fankach Chrisa, które przynosiły na koncerty bannery „we love Chris” i krzyczały jego imię przez cały występ.
Trzeba przyznać, że Chris miał u nas iście królewskie pożegnanie (o czym oczywiście nikt jeszcze wtedy nie wiedział).
Kolejny koncert odbył się 5-tego kwietnia w warszawskiej Proximie. Setlista pozostała w większej części bez zmian, ale zadziało się w bisach. Warszawiacy nie usłyszeli na zakończenie Radioactive Toy, natomiast na pierwszy bis zespół podarował im pierwsze od kilku wykonań z końcówki 2000 r. (które były pierwsze od 93 r.) Fadeaway. Grubo. Z tego co wiem, Stefan zgodził się zagrać ten utwór (w aranżacji na gitarę akustyczną i klawisze) na specjalną prośbę organizatora Piotra Kosińskiego. Mój znajomy zrobił wtedy z Wilsonem wywiad (a raczej robił za tłumacza). Zespół pozostał w Warszawie, ponieważ następnego dnia miał wystąpić w studiu im. Agnieszki Osieckiej, czyli w Trójce. Piotr Kaczkowski wspominał, że dużo trzeba było się nastarać i przez wiele formalności przebrnąć, aby ten koncert mógł się odbyć. Wydarzenie to przeszło do historii, a przez fanów PT na świecie znane jest pod hasłem „Warszawa” - czyli płyty z tym występem, która została wydana 3 lata później. Setlista prezentowała się w ten sposób:

01.Even Less
02. Slave Called Shiver
03. Shesmovedon
04. Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled
05. Russia On Ice
06. Where We Would Be
07. Hatesong
08. Stop Swimming
09. Tino Brass
10. Voyage 34 (Phase I)
11. Signify

12. Lightbulb Sun


Jak pewnie zauważyliście, tracklista „Warszawy” jest trochę inna. Lightbulb Sun, które w rzeczywistości było ostatnim bisem, zostało na płycie wciśnięte między Last Chance, a Russia On Ice, bo tak bardziej Stefanowi pasowało. Tinto Brass wyleciało całkowicie, bo Wilsonowi zależało żeby upchnąć wszystko na jednej płycie (i jednocześnie nie mieć problemów jak przy „Coma Divine”, o których pisałem przy okazji Signify Tour).
Utwór udostępniono potem za darmo na stronie zespołu. Powycinano również wszystko co Stefan mówił do publiczności z wyjątkiem introdukcji do Stop Swimming (która przeszła do historii jako definicja tego czym jest Steven Wilson ;)). Szkoda, bo było tam sporo śmieszków, ale rozumiem, że Bosy walczył o cenne miejsce na kompakcie. Koncert był oczywiście transmitowany na żywo, a przynajmniej jego lwia cześć. Słuchacze mogli uczestniczyć w tym wydarzeniu mniej więcej do końca Stop Swimming, albo Tinto Brass. Teoretycznie SW sygnalizuje, że zeszli z anteny po Tinto, ale bootlegi mówią czasami, coś innego. Mniejsza z tym. Pozostałe (a przynajmniej kilka z nich) utwory były odtworzone potem w audycjach Piotra Kosińskiego i Piotra Kaczkowskiego.
Na tamtym etapie, plany wydania tego koncertu nie był jeszcze jasne, ale wrócę do tego. Nagranie z transmisji zaczęło jednak szybko krążyć wśród fanów, aż w końcu (w jakiś sposób) trafiło na półki sklepowe w formie bootlegu! Był to jeden z głównych powodów, dla których Wilson ostatecznie przydepnął pedał gazu i wypuścił
to oficjalnie.
Tak, czy inaczej wracamy do kwietnia 2001 r. Po odegraniu setu w Trójce, zespół przyjechał do Łodzi. Nie byłem na tym koncercie, nie znałem jeszcze wtedy Porków, natomiast wiem czym był Klub Faraon, w którym owy występ się odbył. Faraon, to była tancbuda, w której na co dzień obywały się dyskoteki, techno-party, drumy i wszelkiego rodzaju dresiarskie imprezy.
Porcupine Tree pasowali tam jak pięść do nosa, ale niestety nie za bardzo było gdzie ich wtedy umieścić. Nie chce się już pakować w dyskusję z samym sobą, dlaczego nie Teatr Muzyczny, skoro już wcześniej grywali w Polsce w Filharmoniach. Widać takie były realia. Przy okazji tego koncertu, odbyła się konferencja prasowa, która miała miejsce w nieistniejącym już sklepie muzycznym Lady Peron na pl. Wolności (to takie info dla ludzi z Łodzi i okolic, którzy chcieliby łyknąć trochę historii miasta :D). Aha, niestety nie wiadomo co zespół zagrał. Jedyny dowód, że faktycznie byli w Łodzi, to info ze strony oraz parę zdjęć z konferencji, które przesłała mi znajoma (ale nie mogę ich opublikować). Następnym i ostatnim przystankiem na tej najdłuższej serii koncertów, jaką zespół zagrał w Polsce (aż 5 po rząd!), był krakowski Kinoteatr UPC (8-mego kwietnia). Setlista była niejako mieszanką koncertów w Poznaniu i Warszawie, zatem publiczność usłyszała zarówno super rzadkie Fadeaway (i było to ostatnie wykonanie z Wilsonem na wokalu, jeśli nie liczyć koncertu w Tel Avivie z 2003, który SW zagrał solo) oraz Radioactive Toy (na koniec).

                                                   

Po pobycie w Polsce, zespół miał prawie dwa tygodnie przerwy. Następnie, Porcupine Tree zagrali dwa koncerty w klubie Rodon w Atenach (20-go i 21-go kwietnia). Aż dziwne, że nie pokuszono się wtedy o jakieś nagrania (a może pokuszono, ale nic o tym nie wiadomo). Setlista pozostała niemal bez zmian. Jedyną zmianą z nocy na noc była wymiana Pure Narcotic i Signify z pierwszego koncertu, na Stop Swimming i Radioactive Toy podczas drugiego.
Niestety informacje tyczące się kolejnych koncertów (między innymi część trasy po Włoszech) są w strzępach i można się jedynie domyślać, że Porcupine Tree nie szaleli wtedy z setlistą (Fadeaway w Polsce każe się jednak wstrzymać z jakimikolwiek deklaracjami).

czwartek, 9 kwietnia 2015

Steven Wilson w Łodzi, 8.04.2015

No i po krzyku. Dosłownie. Zaraz za mną stała para obcokrajowców, która nie tylko darła się na cały regulator, ale śpiewała wszystko – teksty, riffy gitarowe, klawiszowe, „perkusję”… śpiewali WSZYSTKO i to w sposób, który zirytowałby nawet głuchego. Jeżeli coś mi się na tym koncercie nie podobało, to tylko to.
Steven Wilson wygląda coraz młodziej. Może to z powodu wysokiego miejsca na listach przebojów, ale wymodelował się na ten koncert do tego stopnia, że dałbym mu maksymalnie 25 lat. Piszczące naokoło mnie dziewczęta pewnie by nie zgadły, że mógłby być ich ojcem. Tak czy inaczej, poza zmianą repertuaru nie zmieniło się wiele. Ten kto był na poprzednich dwóch trasach (a nawet tylko na ostatniej lub tylko na pierwszej) może sobie spokojnie wyobrazić jak to mogło wyglądać tym razem. Jedyną różnicą był wielki ekran, który zamontowano z tyłu. Dzięki temu rzeczywiście coś było widać (kto był w Zabrzu w 2013 prawdopodobnie nie widział nic). Jestem z tych, którzy nie są fanami wizualizacji na koncertach, zdecydowanie bardziej wolę patrzeć na muzyków przy pracy. Doskonały klimat potrafią zrobić dobre światła, pod tym względem absolutne mistrzostwo osiągnęli Riverside (autentycznie najlepsze światła jakie widziałem na koncercie, a widziałem dużo).
Mówiąc to, muszę jednocześnie pochwalić filmy wyświetlane wczoraj w Łodzi.
Raz na jakiś czas na nie zerkałem (szczerze mówiąc nie miałem wyboru) i muszę przyznać, że to co widziałem podobało mi się. Kiedy Lasse Hoile nie próbuje być mroczny, to wyłazi cały jego talent i warsztat.
Powróciła słynna szmata, wprawdzie tylko na bis, ale powróciła. Uważam, że ten zabieg już się trochę zestarzał. SW obiecywał nowości, ale ostatecznie skończyło się tylko na wielkim ekranie. Wprawdzie nie wyobrażam sobie nic więcej (kto był na koncercie Hawkwind, wie, że można na prawdę przegiąć pałę pod tym względem), ale Wilson powinien się raczej skupić na muzyce. A co z muzyką?
HCE to album znacznie bardziej studyjny niż Raven, niektóre utwory odgrywane były nieco chwiejnie (np. tytułowy lub 3 Years Older). O dziwo najbardziej studyjny utwór – Perfect Life – wypadł bardzo przyzwoicie. Piosenki Porcupine Tree wydawały się być odarte z emocji. Rozczarowało mnie nawet Sleep Together, utwór, który bardzo lubię, i którego nie widziałem na koncercie PT. Może to przesyt Wilsonem (widziałem go na scenie 11 razy przez ostatnie 6 lat), a może po prostu agresor wywołany przez wydzierających się obcokrajowców. Podczas The Watchmaker i tytułowego z Ravena, byłem już myślami gdzie indziej. SW pokazał, że nie jest cyborgiem i sporo mówił do publiczności. Darował sobie opowieści w stylu tych o samotnym szwedzie, ale truł za to na temat ludzi filmujących występ telefonami. Prawdę mówiąc mógł to sobie darować. Zgadzam się z jego opinią, ale jeżeli komuś przeszkadza osoba zasłaniająca mu widok, to chyba potrafi sam zwrócić uwagę i nie potrzebuje do tego taty Wilsona. Dwukrotny komunikat ze strony Bosego był trochę wymuszony, to i tak jest walka z wiatrakami. Podobno Bosy był po Krakowie chory, momentami było to widać. Facet był trochę nakręcony, jakby zażył sporą ilość leków, ale też widać było, że się momentami oszczędzał. Może dzięki temu jego teatralna ekspresja była zdecydowanie bardziej stonowana niż dwa lata temu kiedy czołgał się po ziemi. Tak czy inaczej, koncert był bardzo dobry, profesjonalnie odegrany i dla kogoś kto widział SW po raz pierwszy (czy nawet drugi) było to z pewnością duże przeżycie. Dla mnie mniej, ale to o niczym nie świadczy z powodów opisanych wyżej. Bosy jest w formie i jeżeli jakimś cudem uda się go ściągnąć do Polski na jesieni, to na pewno się wybiorę.
Może wtedy zagra Sectarian i Insurgentes, które były na setliście z Krakowa, ale które trzymane są chyba na jakaś specjalną okazję. A czego ona wymaga żeby zaistnieć, to już tylko Stefan wie.


piątek, 19 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.4: Octane Twisted i bootlegi audio/video!




The Incident Tour to najbardziej rozpasana trasa Porcupine Tree, ale doczekała się tylko jednego dokumentującego ją wydawnictwa, a niewiele brakowało, że nie byłoby żadnego. W porównaniu z czterema albumami live (w tym jeden z dvd/blu-ray) z trasy Tour of a Blank Planet (również okazałej, ale jednak mniej), to naprawdę bieda. Octane Twisted został wydany już w momencie kiedy Steven Wilson wypiął się na Porcupine Tree i podporządkował wszystkie plany karierze solowej. Kiedy pojawił się pomysł wydania nagranego i czekającego w archiwum koncertu z Chicago (2010), Bosy szybko zawetował tę propozycję. Może nie chciał aby to wydawnictwo odwracało uwagę od jego solowej kariery, może (tak jak mówi) faktycznie nie był zadowolony z tego jak zespół zagrał tamtej nocy. Jakkolwiek by nie było, został przegłosowany przez resztę. Nie wiadomo czy przewaga była miażdżąca, ale tego nie sprecyzowano, podobnie jak tego, który członek PT nie lubi jazzu (chociaż i tak wiemy, że to Rysiek). Możemy być wdzięczni temu, że Porcupine Tree jest grupą demokratyczną. Wilson jednak nie pogodził się wewnętrznie z wydaniem tego koncertu i sabotował je jak tylko mógł. Po pierwsze twardo milaczał kiedy "OT" wychodziło, zero promocji z jego strony na fb, twitterze, itd (w miejscach gdzie zazwyczaj spamuje ostro). Po drugie, jeszcze nie zdarzyło się żeby jakieś wydawnictwo PT nie było zmiksowane przez SW. Tym razem musiał się za to wziąć Gavin Harisson, a przynajmniej za coś co opisane jest jako „wstępny mix”. „Ostateczny” należy do Wilsona, ale podejrzewam, że napisano tak tylko żeby fani nie marudzili. W rzeczywistości Wilson dostał pewnie mix Gavina, przesłuchał go i powiedział „ok”. Po czym można poznać, że Gawosz dłubał przy miksie? Np.: po tym jak ładnie uwypuklona jest sekcja rytmiczna. Wilson od lat spychał Colina gdzieś na tyły, natomiast słuchając Octane Twisted można się łysym basistą nacieszyć do woli, zwłaszcza w Stars Die. Na całość składa się spora część koncertu z Chicago, ale bez bisów ponieważ zbyt wiele utworów powtarzało się tam względem ostatnich live albumów PT. W zamian dołożono kilka perełek z koncertu w Royal Albert Hall dzięki czemu OT jest naprawdę fantastycznym zestawem. Na dvd dołączanym do limitowanej edycji znalazło się tylko wykonanie The Incident w całości (z Chicago). Dlaczego zespół nie pokusił się o wydanie jednego ze specjalnych koncertów? Odpowiedź jest prostsza niż może się wydawać, ale po kolei. Jeszcze przed tymi występami, ludzie wypytywali SW czy któryś z nich zostanie wydany. Stefan nie mógł się zdecydować. Jedni słyszeli, że „być może”, drudzy, że „raczej nie”, a większość, że „nie wie”. Zarówno w RCMH i RAH nie było kamer co już świadczyło o tym, że na pewno nie wyjdzie nic na dvd/bl. Pozostawała nadzieja, na live album, ale zespół długo milczał w tej kwestii. Odpowiedzi na pytania zaczęły się pojawiać dopiero w okolicach wydania Octane Twisted, a ich źródłem był Richard:

The problem with Radio City was there was a malfunction. Let’s say there was a human error whereby the show wasn’t recorded. Which is a shame. That was a great show. We recorded Albert Hall which wasn’t, for us, technically as good a show. There were some problems. You know, there are always some problems on stage that people don’t notice, but they do cause more hassles than people realize. It wasn’t quite as great for us, even though the occasion was wonderful. So, we had to sift through that a little bit. When we were thinking about possibly releasing it, we found out that Royal Albert Hall charges a huge amount of money to use anything recorded there. It really was prohibitive. We’re talking tens and tens and tens of thousands of Pounds. So, in the end, going back and forth with them again and again, we worked out a deal where we could use some tracks. We thought it would be nice to include some of the older material that we played at Royal Albert Hall onto the second disc of Octane Twisted.*

Niestety powtórzyła się sytuacja z Rzymu sprzed 13 lat kiedy pierwsza z trzech nocy została źle nagrana i niewiele z tego materiału nadawało się do użycia. Tutaj wyszło jeszcze gorzej. Z RAH zaś dostaliśmy tyle ile się dało żeby zespół nie zbankrutował. I tyle. Tylko tyle i aż tyle. Na szczęście tam gdzie ktoś zawalił, kto inny odwalał świetną robotę i dzięki temu mamy nie tylko bootleg audio z RCMH, ale tez kompletny bootleg video! Ale po kolei. Wspominałem już swego czasu o słynnych komunikatach odtwarzanych przed koncertami z głośników. Na niektórych bootlegach (ironicznie) zachowały się ich nagrania. W skrócie, nagrany głos mówił, że zespół doceni jeśli nikt nie będzie koncertu nagrywał w żaden sposób, oraz jeszcze bardziej doceni jeśli każdy z uczestników będzie się rozglądał za nagrywającymi i zwracał im uwagę aby przestali lub kablował ochronie. Brzmi śmiesznie? Raczej przerażająco. W opisie trasy Tour of a Blank Planet rozwodziłem się już nad tym jak wielu fanów ze zdziwieniem obserwowało przemianę SW z wyluzowanego faceta do drugiego Roberta Frippa, który stawia gnojenie bootlegerów ponad ogólną atmosferę na widowni. Smutne to.
Mimo to znalazło się wielu odważnych i dzięki temu brak oficjalnych wydawnictw nadrabia spora ilość niezłej jakości bootlegów. Zdecydowanie najlepszym (a na pewno jednym z najlepszych) nagraniem jakie posiadam jest Leeds (8.10.2009). Świetna jakość, bardzo przyjemny koncert. Nic dodać nic ująć, jest to absolutna podstawa jeśli chodzi o bootlegi z tej trasy. Biorąc pod uwagę jakość nagrania, mogę jeszcze polecić równie dobry Wettingen (25.11.2009) jednak problem z nim polega na tym, że jest to nagranie niekompletne (ale dla samego Stars Die warto się zaopatrzyć).
Niektóre koncerty były nagrywane przez kilka osób i dzięki temu mamy np. pierwszy koncert z Seattle (15.09.2009) w 3 wersjach (każda niezła). Polecam również Chicago (22.09.2009), Philadelphie (26.09.2009, słynne „ I Nearly Had An Incident in My Pants Getting This Recording”), Boston (27.09.2009), Mediolan (4.11.2009), Luksemburg (30.11.2009), oraz z 2010 – Houston (21.04.2010), Download Festival (13.06.2010), Pistoia (14.07.2010, średnia jakość, ale rewelacyjny występ), Łódź (17.07.2010) oraz oba koncerty specjalne, o których zaraz napisze parę słów. Przepraszam, że wygląda to jak spis powszechny, ale koncerty poza setlistą i jakością nie różnią się zbyt wiele od siebie. Jednym z wyjątków jest koncert z Tabernacle (27.04.2010), w trakcie którego Stefan zgubił kolczyk, który miał od dziecka i próbuje go znaleźć (nie wiadomo czy mu się udało). Różne sa tez kabaretowe wstawki w trakcie Trains. Polecam jeszcze bardzo popularny (ale słaby jakościowo) Nuremberg (30.10.2010). Z Wrocławia niestety nie ma pamiątki (a przynajmniej ja o takiej nie wiem), ale na osłodę mamy dobrej jakości Łódź.
Z europejskiej trasy jesiennej posiadam tylko jeden bootleg nagrany przez Sławka, który był w Halle (5.10.2010, dzięki Sławek!). Natomiast jeśli chodzi o wieczory specjalne:
Nagranie audio z Nowego Jorku (Radio City Music Hall, 24.09.2010) ma przyzwoitą jakość i jest kompletne. Większe wrażenie robi jednak wideo. Nie wiem jak komuś udało się nagrać cały koncert, ale udało i możemy się tylko cieszyć z tego powodu. Czasami nagrywający skupiał się trochę zbytnio na SW, ale i tak ogląda się z przyjemnością. Londyn (Royal Albert Hall, 14.10.2010) (tylko audio) jest trochę gorszej jakości, ale nadal słucha się przyjemnie, a nagranie jest kompletne. Do oglądania jest jeszcze dostępny Hammersmith Apollo (9.10.2009). Widać, że nagrywający przeżył ciężkie chwilę żebyśmy mogli dostać to nagranie. Facet regularnie musi nurkować pod publikę żeby nie zobaczyła go ochrona, niektóre fragmenty utworów są przez to wycięte (ale nie ma tego dużo), ale koncert jest z grubsza w całości. Wielki szacun dla autora za zachowanie zimnej krwi. Niby nie jestem zwolennikiem psucia sobie koncertu zabawą kamerą, ale kiedy już dostanie się taki bootleg do oglądania to się o tym zapomina ;)
I to by było na tyle. Jest z czego wybierać. Chętnie wymienię się bootlegami, a w razie potrzeby podzielę się „za nic” bo wiem, że nie każdy ma coś na wymianę.
Naturalnie wszystko za free. Przed świętami powinien pojawić się przynajmniej jeden tekst więc do przeczytania!

* polecam ten oto świetny wywiad z Richardem Barbierim
http://www.rocksquare.com/community/featuredartists/1548

                                                         

czwartek, 17 lipca 2014

The sun is shining. In Poland. 4 lata po koncercie Porcupine Tree w Łodzi.


Mijają cztery lata od ostatniego koncertu Porcupine Tree w Polsce. Był to wyjątkowo udany koncert, a wspomnienie o nim nadal jest żywe ponieważ trzy miesiące później zespół zakończył swoją aktywność na czas nieokreślony (co niestety trwa do dzisiaj) i nie mieliśmy już żadnej okazji aby zobaczyć tych pięciu facetów na scenie (przynajmniej razem). Od razu uprzedzam, że poniższy tekst nie jest spóźnioną o cztery lata relacją, raczej nostalgiczną podróżą, przy okazji której przyjrzę się też „suchym” okiem na to jak ten koncert prezentował się na tle całej trasy The Incident Tour. A prezentował się wyjątkowo i wiele osób może nie zdawać sobie sprawy z tego jak bardzo. Ja tamten dzień pamiętam jako prawdopodobnie najgorętszy dzień lata 2010. Nie znoszę upałów, ale jak na złość maszerowałem wtedy wbity w garnitur na obronę pracy dyplomowej. Zanim mój umysł zaczął przyjmować do wiadomości, że idę wieczorem na koncert PT było już popołudnie. Jako, że grali „u mnie” nie musiałem się martwić o podstawowe kwestie takie jak dojazd, ewentualny nocleg lub powrót w środku nocy. Z racji zawodowych miałem z przydziału fotopass (z którego prawdę mówiąc nie miałem zamiaru korzystać, a przynajmniej nie żeby dostać się do „fosy”). Sumując wspomniane elementy dotarłem na miejsce w ostatniej chwili i mogłem zapomnieć o pierwszym rzędzie. Z drugiej strony nie spalono mi niespodzianki w postaci Pure Narcotic, które część osób słyszała przez drzwi kiedy zespół odbywał próbę.
Zadowolony byłem z tego, że nie przewidziano supportu, zwłaszcza po występie Rose Kemp we Wrocławiu (może jestem zbyt surowy, ale tamten październikowy wieczór nie był właściwy dla tego koncertu). Ci którzy byli 17 lipca 2010 roku w łódzkiej Wytwórni (tudzież Toya Studios, sam już nie wiem jaka jest nazwa tego miejsca) pamiętają zapewne głównie brak tlenu, zakładam, że podobne wspomnienia ma zespół. O samym koncercie z mojego punktu widzenia nie będę się rozpisywał, ci którzy byli na pewno pamiętają co i jak, a tym którzy nie byli mój opis raczej w niczym nie pomoże (a w internecie jest wiele napisanych bardziej na czasie relacji). Oczywiście można długo wspominać magiczną sztuczkę Gavina, Stefana zapominającego co drugi tekst i serdeczną, niemal rodzinną atmosferę podczas Pure Narcotic, ale przecież to wiecie. Jeżeli nadal nie, to bardziej pomoże tutaj dobrej jakości bootleg, o którym napiszę później.

                                    

Co wyróżnia łódzki koncert na tle całej trasy? Może najpierw kilka słów o tym czym ten koncert różnił się od Wrocławskiego, który odbył się w październiku 2009 roku. Pamiętam, że będąc w Hali Orbita kręciłem nosem na setlistę, ale gdybym wiedział ile nadrobię w Łodzi to bym tak nie marudził. Jeżeli ktoś był na obu koncertach to powinien być zadowolony, zespół postarał się aby ilość dubli ograniczyć do minimum (w tym wypadku poza materiałem z nowej płyty powtórzyły się tylko Way Out Of Here, Russia on Ice i Trains). Nie można też zapomnieć o tym, że album The Incident był we Wrocławiu grany w całości. Z innych kwestii Łódź wygrywa praktycznie pod każdym względem. Hala Orbita jest jednak miejscem, które służy głównie widowiskom sportowym i było to słychać. Wydaje mi się, że nawet w Hali Wisły akustyka jest lepsza. Wytwórnia nadal pozostaje jedną z najlepiej nagłośnionych (o ile nie najlepszą ze wszystkich) sal w Polsce, w końcu muzyka od początku była priorytetem przy jej projektowaniu. PT na dużej wrocławskiej scenie robiło wrażenie, ale jednak intymność koncertu w Łodzi wygrywa. Porcupine Tree na wyciągnięcie ręki. Jedynym minusem było to, że z jakiegoś powodu zespół nie grał na podwyższeniu przez co stojący dalej mogli mieć problem z widocznością (a jako bywalec Tojki wiem, że to nie jest norma). Ostatnią kwestią jest wspomniany wrocławski support, nad którym nie chcę się już pastwić. Co dalej zatem? Dlaczego łódzki koncert był jednym z najciekawszych koncertów na tej trasie (a tak właśnie uważam)?
Bo Pure Narcotic? To prawda, utwór ten został zagrany tylko na czterech koncertach tej trasy (po ośmioletniej przerwie) w tym na dwóch koncertach specjalnych. Można zatem uznać, że kawałek pojawił się tylko na dwóch regularnych koncertach The Incident Tour co czyni go jeszcze większym rarytasem. Ja sam w natłoku myśli po zapowiedzi Bosego analizowałem o jakim utworze może mówić (chociaż liczba 8 i akustyk mówiły wiele), ale kiedy przed odliczaniem SW spojrzał na Ryśka nie było już wątpliwości. Marzyłem o zobaczeniu/usłyszeniu tej piosenki na żywo i nawet już w jej trakcie nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją w mieście Łodzi. Ci którzy byli w Wytwórni mogą się uważać za wybranych. Ale to nie wszystko. Co może być dla niektórych zaskoczeniem Dark Matter zagrano tylko trzykrotnie na tej trasie (i nie pojawił się on na koncertach specjalnych) w tym u nas (oraz w Izraelu i we Włoszech) i było to ostatnie wykonanie jak dotąd.

                                      

Buying New Soul
był grany rzadko w 2009, ale w 2010 pojawiał się jeszcze rzadziej. Po 5 wykonaniach w kwietniu/maju (raz w Meksyku, 3 razy w USA i raz w Kanadzie) utwór zniknął i powrócił w lipcu jedynie na jeden koncert – łódzki. Dostaliśmy zatem BNS jako jedyni w Europie (tamtego roku) i póki co jako ostatni w ogóle. Rodzynkiem jest to, że chyba po raz pierwszy utwór został pozbawiony wstępu z arpeggio i klawiszami Ryśka co oczywiście nie jest już takie fajne i można jedynie spekulować czy tak miało być czy też zespół był już zbyt zmęczony panującym na sali zaduchem i spontanicznie ciął gdzie się dało (jeśli nie fragmenty, to całe utwory o czym później). Warto zwrócić uwagę (chociaż ma to charakter drobnej ciekawostki), że jedynie dwukrotnie na całej trasie Buying New Soul i Russia On Ice znalazły się w tym samym secie. Zazwyczaj utwory te grane były wymiennie przed The Pills I'm Taking, wyjątek zrobiono tylko u nas i w Houston (21 kwietnia). Tym większą dla mnie niespodzianką było kiedy zaczęli grać ten utwór, obecność ROI zazwyczaj wykluczała BNS. Pozostała część łódzkiego setu była prezentem zwłaszcza dla tych, którym brakowało we Wrocławiu pewnych granych już w tamtym czasie utworów w tym wspomnianego Buying New Soul, oraz Normal i Bonnie The Cat. Mimo, że nie jest zbyt wielkim rarytasem (grany prędzej czy później na każdym turnusie) owacyjnie został przyjęty Hatesong, który moim zdaniem na tej trasie osiągnął absolutny szczyt wykonania. Niewiele brakowało, a można by do tego zestawu dołożyć nieobecne we Wrocławiu Halo (równie rzadko wykonywane na Incident Tour co Dark Matter). Niestety widniejący na wydrukowanej setliście utwór nie został zagrany ponieważ zespół nie dawał już rady ze względu na upał i panujący na sali brak tlenu.

                                      
                                      

Dementuję plotki jakoby klimatyzacja w Wytwórni była tamtego wieczoru wyłączona. Po prostu upał był zbyt wielki, a system klimatyzacyjny się nie sprawdził. Niecierpliwa osoba zajmująca miejsce przy konsolecie włączyła na chwilę sekwenser do Halo jeszcze w trakcie kabaretowego segmentu Trains, ale zespół na Trains zakończył. I do dziś mam Stefanowi za złe tekst „we have 2 votes for Stars Die and about 2000 for Trains”. Zupełnie niepotrzebny sarkazm zwłaszcza, że na utwór czekałem, a okazja do zagrania idealna bo nagłośnienie było rewelacyjne (a to podstawowy warunek aby zespół chciał zagrać Stars Die, podobnie było kiedyś ze Stop Swimming). Jak mogę się na Wilsonie „zemścić”? Mogę zwrócić uwagę na to, że Bosy był przez większość koncertu (najpewniej ze względu na upał) mocno roztargniony. Pokręcił finałowe linijki Pure Narcotic i kompletnie zapomniał tekstu na samym początku The Seance co głośno zauważył tocząc z siebie beke w najlepsze. Mimo wszystko cieszą takie momenty, bo chyba wszyscy mamy trochę dosyć wystudiowanej maniery Stefana (zwłaszcza na ostatniej solowej trasie gdzie wszystko zdawało się być wykalkulowane do granic możliwości poza brawurowym spacerem po wybiegu w Zabrzu). Zatem w skrócie:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing The Line
06. Hatesong
07. Pure Narcotic
08. Russia On Ice
09. The Pills I'm Taking (Anesthetize)
10. Dark Matter
....
11. Time Flies
12. Degree Zero of Liberty
13. Octane Twisted
14. The Seance
15. Circle of Manias
16. Buying New Soul
17. Way Out Of Here
18. Normal
19. Bonnie The Cat
......
20. Trains



Myślę, że po takim koncercie nawet brak nieszczęsnego Halo nikomu nie zepsuł wieczoru, a ja byłem już kompletnie spełniony kiedy wychodząc z Wytwórni zobaczyłem padający deszcz (wiem, że przyjezdni nie byli tak szczęśliwi z tego powodu). Jako, że dzień był pełen wrażeń, to zwinęliśmy się ze znajomymi od razu, a jak się okazało zespół wyszedł do ludzi, nawet Stefan, który chyba chciał w ten sposób przeprosić za sprint do busa we Wrocławiu. Czy można coś jeszcze napisać o tym koncercie?
Można napisać o bootlegu. Do tego roku miałem jedynie swoje nagranie, które jest tragicznej jakości (jako, że nie posiadałem wtedy jakiegokolwiek sensownego sprzętu), ale w ubiegłym miesiącu udało mi się w końcu pozyskać nagranie z innego źródła. Tym razem jakość jest dobra. Poza tym wszystko się zgadza, rejestracja jest kompletna i dostępna w „bezstratnej” jakości (jeżeli komuś na tym zależy). Jest to doskonała pamiątka i warto się w nią zaopatrzyć jeśli, parafrazując słowa Steve'a Hogartha, się na tym koncercie było, a zwłaszcza jeśli się nie było.
Jeżeli ktoś ma problem z uzyskaniem tego bootlegu w przestrzeni internetowej, to (żeby bezczelnie nie pisać wprost) są ludzie, którzy to nagranie mają i chętnie się podzielą, zwłaszcza przy okazji rocznicy. Być może mogłem poczekać z tym tekstem do przyszłego roku kiedy obchodzić będziemy pięciolecie występu w Łodzi, ale wspomniany bootleg zainspirował mnie do tego teraz, a nie zapominajmy, że w 2015 roku być może będziemy na tym etapie w trakcie kolejnej solowej trasy Wilsona, którą będę chciał śledzić, opisywać i (co wielce prawdopodobne) krytykować na bieżąco.

                                       

Kilka było na tej trasie tak fikuśnych koncertów i jeśli nie liczyć występów specjalnych to Łodzi może dorównać jedynie San Francisco (11.08.2010, będę pisał o tym koncercie) i ewentualnie kilka koncertów jesiennych (bo z oczywistych względów PT sypali wtedy starociami). Sto lat. Dziś wieczorem siadam sobie wygodnie i włączam bootleg z Łodzi. I będę dalej się zastanawiał jak Gavin zrobił tę sztuczkę.


                                        

filmik by Miłosz, sztuczka w 4:25. Spróbujcie to powtórzyć.
Pierwszy raz nie musiałem się posiłkować fotografiami "z zewnątrz",
chociaż tyle pokorzystałem z tego fotopassa.