Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2015

Steven Wilson i jego figle w Royal Albert Hall (28 & 29.09.2015 r.)

          
             


I po krzyku. Specjalne koncerty Stevena Wilsona za nami. Okazały się one być zdecydowanie mniej spektakularne niż np. bliźniaczy występ Porcupine Tree z 2010. Odnoszę wrażenie, że wtedy w tamtych 3 godzinach udało się upchnąć więcej niż teraz na dwóch koncertach. Nawet jeżeli fakty mówią inaczej, to takie po prostu odnosi się wrażenie.
Goście? Nikt kogo nie można by się spodziewać.
Ninet Tayeb była pewniakiem od samego początku, a obecność Mikaela Akerfeldta też nikogo nie powinna zaskoczyć (co najwyżej wykonany z nim utwór). Guthrie? Błagam.. Theo Travis? Bardzo wyczekiwany przeze mnie powrót do składu, ale też nie do końca wykorzystany o czym napiszę później. Gavin? Sporo osób (z tego co widzę w komentarzach na Wilsona fb) upatruje w tym rychłego powrotu Stefana do pracy z PT. Ja niestety wiem swoje, np. to, że Gavin jest jedynym członkiem zespołu, z którym Wilson utrzymuje jakikolwiek kontakt. Z Colinem i Richardem nie rozmawiał od jakiś czterech lat co wydaje się wiele mówić o tym jak bardzo brakuje Stefanowi towarzystwa starych kolegów. Tym samym gościnny udział Harrisona wydaje mi się tylko podkreślać fakt, że tak to teraz będzie wyglądało.
I tyle, nie ma co męczyć woła w tym temacie. Kwestię Davida Gilmoura chciałbym przemilczeć, ale nie jestem w stanie. Jakieś 70% komentarzy (na profilu Wiltona) przed występami w RAH tyczyło się udziału Gilmoura w tym wydarzeniu. Za każdym razem jak to widziałem, pukałem się w czoło. Z jakiej racji David Gilmour miałby zagrać na koncercie Stefana? Bo był na widowni w Troxy? Od wygodnego krzesła na sali, do wystąpienia na scenie jest długa droga, a to jest DAVID GILMOUR. Nawet Robert Fripp nigdy nie wyszedł gościnnie na scenę podczas występu SW (a znają się od prawie ćwierć wieku), nie wiem skąd pomysł żeby Gilmour miał coś takiego zrobić.
Bo Theo Travis gra w jego składzie? Bitch, please. Wystarczy zobaczyć jak często Gilmour pojawia się gościnnie na koncertach innych artystów (i jakich artystów) żeby zrozumieć jak nadmuchane to było życzenie. Czarów nie ma. Przejdźmy lepiej do tego co się działo w trakcie tych specjalnych występów (i trochę przed).

Zaczęło się od krótkiego filmiku z prób przed kolejnym legiem trasy i koncertami w RAH. Słychać na nim było nowy kawałek
My Book of Regrets (znany wcześniej jako Song X) oraz trzy utwory Porcupine Tree – Shesmovedon, Dark Matter i Open Car. Pisałem już parę miesięcy temu co sądzę o graniu pewnych utworów PT przez Stefana solo i zdania nie zmieniłem. Owa liczba rośnie i wcale mnie to nie cieszy zwłaszcza, że katalog solo jest bogaty, a z jakiegoś powodu Wilson omija pewne kawałki, o które fani błagają od lat (np. Collecting Space, Only Child czy grane, ale olane dawno temu Veneno Para Las Hadas). Nie będę marnował cennych linijek na lamenty, domyślam się, że fani PT, którzy zaczęli słuchać zespołu po 2010 cenią sobie takie „coverowanie” i w sumie nie można im się dziwić. Kiedy trasa ponownie ruszyła, utwory PT zaczęły powoli pojawiać się w setach, na niektórych koncertach można było usłyszeć nawet 6 utworów Jeżodrzewia. Poza wymienionymi (słyszalnymi na trailerze) utworami i tymi, które Wilson wykonywał już wcześniej (Sleep Together, Lazarus, How Is You Life Today?) pojawiły się również The Sound of Muzak (z okropną końcówką graną przez Holzmana na moogu) i Don't Hate Me, o którym plotkowałem jeszcze przed rozpoczęciem całej trasy. Ten ostatni utwór wyszedł średnio. Jego obecność w repertuarze miała wiele sensu kiedy w składzie miał być jeszcze Theo Travis. Bez niego pozostaje dla nas generyczne solo Holzmana na zużytym już brzmieniu „pękniętego” rhodesa.
Jeżeli chodzi o materiał solo, to powróciło (grane już dwa razy na tej trasie)
No Twilight Within The Courts of The Sun, Insurgentes oraz Drive Home. Bardzo cieszące mnie powroty. Ten pierwszy utwór otworzył parę koncertów (w tym drugi w RAH) w stylu trasy z 2011 (razem z intrem w postaci Cenotaph). Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale Wilson odkrył na koncertach przed RAH praktycznie wszystkie karty przewidziane na specjalne występy. Dosłownie wszystkie, o czym jeszcze napiszę.

Pierwszy specjalny koncert wyglądał tak:

01. First Regret
02. 3 Years Older
03. Hand Cannot Erase
04. Perfect Life
05. Routine
(z Ninet Tayeb)
06. Home Invasion
07. Regret #9
08. Ancestral
09. Happy Returns
10. Ascendant Here On...

11. Drag Ropes
(z Mikaelem Akerfeldtem)
12. Index
13. How Is Your Life Today?
14. Lazarus
15. My Book Of Regrets
16. Harmony Korine

17. The Watchmaker
18. Sleep Together

19. The Sound Of Muzak
20. The Raven That Refused To Sing


Jakiś czas przed tymi występami, SW zdradził, że pierwsza noc będzie zasadniczo lekko podrasowaną wersją regularnego koncertu z trasy HCE, a druga będzie podróżą w przeszłość.
Owe info trochę podkurwiło część ludzi i szczerze mówiąc się nie dziwię. Na tym etapie oba koncerty były wyprzedane (jakieś ogryzki wypuszczono do sprzedaży dopiero kilka dni przed pierwszym koncertem, prawdopodobnie ze zwrotów) i nie dało się już wybrać innej nocy (chyba, że szło się na oba koncerty). I tak pierwsza w istocie okazała się być lekko podciągniętą wersją standardowego koncertu trasy. Jednorazowo, materiał z HCE upchnięto w jeden set oddzielony od reszty przerwą (podobnie jak kiedyś Incydent). Co mnie zastanawia, to to dlaczego zabrakło Transience? Jeszcze przed startem całej trasy spodziewałem się, że zabraknie tego utworu z racji jego mało koncertowego charakteru, ale skoro już wykonuje się cały album, utwory w odpowiedniej kolejności i w postaci oddzielnego setu, to chyba można było się wysilić i zagrać ten 3 minutowy utwór? Może nie znam zaplecza, może były z nim jakieś koszmarne problemy, ale to już nie są lata 90-te kiedy nie dało się zagrać Stars Die ze względu na ograniczenia techniczne. Szczerze, Transience to kawałek na gitarę, wokal i trochę roboty z klawisza. Szkoda, że zmarnowano szansę na zaprezentowanie kompletnego HCE na żywo. To nie jedyna zmarnowana szansa tych specjalnych występów. Ninet Tayeb już wcześniej zapowiedziała swój udział (co było oczywiste) i wystąpiła w trakcie Routine. Nie wiem czy wokalistka dołączy do Stefana na koncertach w 2016, ale jeśli nie, to z pewnością można dorzucić jej występ do wielkich plusów RAHów (w sumie można tak czy inaczej). Drugi set pierwszej nocy rozpoczął się z grubej rury, SW w towarzystwie Mikaela zagrał Drag Ropes ze Storm Corrosion. Musze przyznać, że to jest coś. Ten projekt był kompletnie nieaktywny od czasu wydania jedynej płyty, a plany koncertowe zawsze były zbywane zarówno przez jednego jak i drugiego członka. Niestety, Wilson spalił niespodziankę grając Drag Ropes na próbie przed koncertem w szwajcarskim Fribourgu. Owa próba nie była oczywiście publiczna, ale umówmy się, często można usłyszeć co zespół tam gra, nawet stojąc przed drzwiami lokalu (jeżeli ktoś czekał w kolejce przez pierwszym solowym koncertem SW w Poznaniu w 2011, to pamięta jak zespół spalił między innymi Raidera II). Informacja szybko pojawiła się na setlist.fm i tym samym obecność Drag Ropes na koncercie w RAH nie była tak wielkim zaskoczeniem jak mogła być. Mówi się trudno. Niestety, to tyle jeśli chodzi o niespodzianki. Oczywiście jeżeli ktoś nie śledził wcześniej setlist, to mógł być zaskoczony przez How Is Your Life Today? i The Sound of Muzak oraz nowy kawałek solo My Book of Regrets z zaplanowanego na styczeń mini-albumu. Na koncercie obecna była HCE'owa modelka Karolina Grzybowska. Stefan zaprosił ją na koniec koncertu na scenę (razem z innymi) i nawet udało mu się powiedzieć Grzybouska. Brawo, Stefan! Ogólnie ludzie wypowiadali się bardzo pozytywnie po koncercie (oczywiście duża cześć osób zrobiłaby to nawet gdyby SW przez 2 godziny pierdział pachą), ale nie uwierzę, że nie śmieją się oni teraz przez łzy jak widzą setlistę z wczoraj.

01. No Twilight Within The Courts Of The Sun
02. Shesmovedon
03. Routine
(z Ninet)
04. Open Car
05. Don't Hate Me
06. Home Invasion
(z Govanem)
07. Regret #9
(z Govanem)
08. Drive Home
(z Govanem i Theo Travisem)
09. Sectarian
(z Theo)
10. Insurgentes
(z Theo)
11. No Part Of Me
(z Theo)
12. Raider II
(z Theo)

13. Dark Matter

14. Lazarus
(z Gavinem)
15. The Sound Of Muzak
(z Gavinem)


                                                      

Wilson cześć obietnic spełnił, a część nie. Pamiętam (ale nie przytoczę teraz konkretnego cytatu), że wspominał o pojawieniu się w RAH utworów, które nie były wcześniej wykonywane na żywo.
Poza Drag Ropes, to niczego takiego nie stwierdzono. Stefan obiecywał też, że koncerty będą bardzo różne od siebie pod względem repertuaru i tutaj już nie bujał.
Druga noc rozpoczęła się sentymentalną podróżą do 2011 kiedy No Twilight Within The Courts of The Sun wyłaniało się powoli z drone'owych dźwięków Cenotaph. Ten wstęp nadal robi wrażenie i uważam, że koncerty Wilsona z 2011 były zdecydowanie najlepsze z solowych.
Dalej setlista wygląda odrobinę chaotycznie, ale widać inaczej się nie dało. Pojawiło się Shesmoveon (z filmiku można było wywnioskować, że David Kilminster idealnie odtwarzał końcowe solo SW, przynajmniej nie powtórzono wpadki z Radioactive Toy), Routine z udziałem Ninete, oraz Open Car i Don't Hate Me. Po tym na scenę wbił Guthrie Govan i razem z nim zagrano trzy kawałki: Home Invasion, Regret #9 i Drive Home. Na tym ostatnim dołączył Theo Travis i z jego udziałem zagrano jeszcze Insurgentes, No Part of Me (nareszcie) oraz Raider II (w 'Ravenowej' krótkiej wersji). I tu rodzi się w mojej głowie pytanie – dlaczego, skoro i tak ostatecznie pojawił się na scenie, nie zaproszono Travisa do wykonania Don't Hate Me, kawałka który przez lata czarował ludzi właśnie ze względu na fantastyczne solówki (na flecie i saksofonie) zagrane na albumie przez Theo. Dlaczego pozostawiono improwizowaną cześć Holzmanowi i jego pikaniu gdy można było dokonać spektakularnego reunionu Travisa z tym numerem (po 16 latach). Nie dociera do mnie jak można było takiej szansy nie wykorzystać. Nie dociera i tyle.
Zespół zmył się ze sceny zaraz po wyciszeniu się jazgotu kończącego skróconą wersję Raidera II, po czym wrócił na jeden (na razie) bis w postaci Dark Matter. Dopiero drugi bis przyniósł ostatnią niespodziankę w postaci udziału Gavina Harrisona. W RAH wystąpiła zatem wczoraj dziwna hybryda Porcupine Tree z zespołem solo, która zagrała Lazarusa i The Sound of Muzak. Druga noc była zdecydowanie upominkiem dla fanów Porcupine Tree, którzy czekają na powrót tego zespołu, ale znalazło się też coś dla fanów pierwszych dwóch solówek Stefana (nie było tego wiele, ale było). Szkoda, mimo wszystko, że Wilson nie pokusił się o zagranie czegoś naprawdę hardcorowego. Mam tu na myśli wspomniane już wcześniej Collecting Space, ale również takie rzeczy jak Puncture Wound, Significant Other (ciekawe czy chociaż rozważał zaproszenie Clodagh Simonds na te koncerty, zresztą Ninete tez mogła zaśpiewać tę wokalizę), Salvaging, czy bardziej radykalnie – cokolwiek z Cover Version). Są też grane wcześniej solowe utwory, które aż proszę się o powrót do setlisty, np.: Reminder The Black Dog (przy premierze GfD, to był niemal 'przebój' wśród fanów), Veneno Para Las Hadas czy Like Dust I Have Cleared Form My Eye. To takie moje gadanie, ale myślę, że spokojnie SW mógł olać Index (grany non stop od zawsze) albo Harmony Korine i wrzucić coś innego z tych płyt.
Tak czy inaczej, dwa specjalne koncerty w RAH wypadły całkiem nieźle. Nie tak spektakularnie jak wiele osób zakładało i nie tak spektakularnie (wiem, że nadużywam tego słowa) jak tego typu występ Porcupine Tree z 2010 r.,
ale i tak nie można powiedzieć, że Stefan wziął kasę za nic. W przyszłym roku odbędą się w naszym kraju kolejne dwa solo koncerty – w Poznaniu i w Krakowie.
Mam oczywiście swoje rozterki z tym związane – czy chcę oglądać kawałki PT na takim koncercie czy nie? Don't Hate Me nie napawa mnie optymizmem, ale zobaczymy. Rzutem na taśmę udało mi się zobaczyć PT na żywo (w tym Dark Matter) więc nie czuję wewnętrznego parcia żeby te kawałki oglądać, ale jeśli ktoś nie miał okazji, to chyba jednak warto pojechać i zobaczyć. A może nie? Nie wiem ;)

czwartek, 9 kwietnia 2015

Steven Wilson w Łodzi, 8.04.2015

No i po krzyku. Dosłownie. Zaraz za mną stała para obcokrajowców, która nie tylko darła się na cały regulator, ale śpiewała wszystko – teksty, riffy gitarowe, klawiszowe, „perkusję”… śpiewali WSZYSTKO i to w sposób, który zirytowałby nawet głuchego. Jeżeli coś mi się na tym koncercie nie podobało, to tylko to.
Steven Wilson wygląda coraz młodziej. Może to z powodu wysokiego miejsca na listach przebojów, ale wymodelował się na ten koncert do tego stopnia, że dałbym mu maksymalnie 25 lat. Piszczące naokoło mnie dziewczęta pewnie by nie zgadły, że mógłby być ich ojcem. Tak czy inaczej, poza zmianą repertuaru nie zmieniło się wiele. Ten kto był na poprzednich dwóch trasach (a nawet tylko na ostatniej lub tylko na pierwszej) może sobie spokojnie wyobrazić jak to mogło wyglądać tym razem. Jedyną różnicą był wielki ekran, który zamontowano z tyłu. Dzięki temu rzeczywiście coś było widać (kto był w Zabrzu w 2013 prawdopodobnie nie widział nic). Jestem z tych, którzy nie są fanami wizualizacji na koncertach, zdecydowanie bardziej wolę patrzeć na muzyków przy pracy. Doskonały klimat potrafią zrobić dobre światła, pod tym względem absolutne mistrzostwo osiągnęli Riverside (autentycznie najlepsze światła jakie widziałem na koncercie, a widziałem dużo).
Mówiąc to, muszę jednocześnie pochwalić filmy wyświetlane wczoraj w Łodzi.
Raz na jakiś czas na nie zerkałem (szczerze mówiąc nie miałem wyboru) i muszę przyznać, że to co widziałem podobało mi się. Kiedy Lasse Hoile nie próbuje być mroczny, to wyłazi cały jego talent i warsztat.
Powróciła słynna szmata, wprawdzie tylko na bis, ale powróciła. Uważam, że ten zabieg już się trochę zestarzał. SW obiecywał nowości, ale ostatecznie skończyło się tylko na wielkim ekranie. Wprawdzie nie wyobrażam sobie nic więcej (kto był na koncercie Hawkwind, wie, że można na prawdę przegiąć pałę pod tym względem), ale Wilson powinien się raczej skupić na muzyce. A co z muzyką?
HCE to album znacznie bardziej studyjny niż Raven, niektóre utwory odgrywane były nieco chwiejnie (np. tytułowy lub 3 Years Older). O dziwo najbardziej studyjny utwór – Perfect Life – wypadł bardzo przyzwoicie. Piosenki Porcupine Tree wydawały się być odarte z emocji. Rozczarowało mnie nawet Sleep Together, utwór, który bardzo lubię, i którego nie widziałem na koncercie PT. Może to przesyt Wilsonem (widziałem go na scenie 11 razy przez ostatnie 6 lat), a może po prostu agresor wywołany przez wydzierających się obcokrajowców. Podczas The Watchmaker i tytułowego z Ravena, byłem już myślami gdzie indziej. SW pokazał, że nie jest cyborgiem i sporo mówił do publiczności. Darował sobie opowieści w stylu tych o samotnym szwedzie, ale truł za to na temat ludzi filmujących występ telefonami. Prawdę mówiąc mógł to sobie darować. Zgadzam się z jego opinią, ale jeżeli komuś przeszkadza osoba zasłaniająca mu widok, to chyba potrafi sam zwrócić uwagę i nie potrzebuje do tego taty Wilsona. Dwukrotny komunikat ze strony Bosego był trochę wymuszony, to i tak jest walka z wiatrakami. Podobno Bosy był po Krakowie chory, momentami było to widać. Facet był trochę nakręcony, jakby zażył sporą ilość leków, ale też widać było, że się momentami oszczędzał. Może dzięki temu jego teatralna ekspresja była zdecydowanie bardziej stonowana niż dwa lata temu kiedy czołgał się po ziemi. Tak czy inaczej, koncert był bardzo dobry, profesjonalnie odegrany i dla kogoś kto widział SW po raz pierwszy (czy nawet drugi) było to z pewnością duże przeżycie. Dla mnie mniej, ale to o niczym nie świadczy z powodów opisanych wyżej. Bosy jest w formie i jeżeli jakimś cudem uda się go ściągnąć do Polski na jesieni, to na pewno się wybiorę.
Może wtedy zagra Sectarian i Insurgentes, które były na setliście z Krakowa, ale które trzymane są chyba na jakaś specjalną okazję. A czego ona wymaga żeby zaistnieć, to już tylko Stefan wie.


czwartek, 12 marca 2015

Hand. Cannot. Erase Tour 2015: reakcja SWL na setlistę pierwszego koncertu.



I ruszyła... Hand. Cannot. Erase. Tour 2015.
Poprzednia trasa nauczyła mnie, że pierwszy koncert (i setlista) może być nieadekwatny do pozostałych. Ale ile można zmienić? Podejrzewam, że taki właśnie zestaw będzie dominował przez najbliższe miesiące, a zatem i z takim repertuarem przyjedzie Wilson do Polski. Jak to wygląda?

01. First Regret
02. 3 Years Older
03. Hand Cannot Erase
04. Perfect Life
05. Routine
06. Index
07. Home Invasion
08. Regret #9
09. Lazarus
10. Harmony Korine
11. Ancestral
12. Happy Returns
13. Ascendant Here On…
….......
14. The Watchmaker
15. Sleep Together
16. The Raven That Refused to Sing

Na razie mogę napisać tylko jak to wygląda powyżej bo utworów w wersjach koncertowych nie słyszałem, a występu nie widziałem (więc nie wiem czy była szmata czy nie).
O tym, że pojawi się nowa płyta było wiadomo. Tego, że Transience wypadnie można było się (niestety) domyślić. Natomiast Lazarusa do samego końca rzucałem sobie ze znajomym dla jaj. I wykrakaliśmy.
Ja, mam do obecności utworów PT w secie solowego SW podejście dosyć sceptyczne. Jeszcze w 2011 roku Bosy zapierał się, że solowe występy to nie „best of wszystkie projekty” i nie ma zamiaru grywać utworów PT. Propsowałem taką postawę (i nadal propsuję). Wprawdzie podczas koncertów w Ameryce Południowej, Wilson wychodził na niepisany bis i grał akustyczne wersje Trains, Even Less czy Lazarus, ale to było w ramach zadośćuczynienia dla tamtejszych fanów, których trasy PT nie rozpieszczały. W 2013 roku pojawiło się Radioactive Toy. Ok, to prawie solowy utwór o konkretnej symbolicznej wartości. Trains na jesieni 2013? Ok, jakoś broni tej decyzji koncepcja z żebrzącym muzykiem grającym przeboje. Było w tym coś z parodii, puszczenia oka do fanów. Ale Sleep Together?
No, nie wiem.
Nawet plotka o Don't Hate Me miała więcej sensu bo ten skład faktycznie mógł zrobić coś ciekawego z tamtym utworem (przynajmniej dopóki Theo Travis był w składzie). Ludzie, którzy uważają, że „SW to PT” będą zadowoleni. Reszta, która z większym szacunkiem podchodzi do roli pozostałych muzyków z Jeżodrzewia, będzie miała (albo już ma) mieszane uczucia. Ja mam. Nie widzę powodu grania takich rzeczy jak Sleep Together czy Lazarus na koncercie solo. Nie wiem co solo band może tutaj interesującego zdziałać (przekonamy się niedługo). Bosy wspominał coś, że to będzie kawałek/kawałki, który wpisze się w liryczny koncept nowej płyty. Nie jestem przekonany czy tak w istocie jest. Repertuar solowy jest na tyle bogaty (i już popularny), że Wilson spokojnie mógł zamiast tego dorzucić Drive Home i Reminder The Black Dog. Brakuje tu mocno porządnej niespodzianki z (tak w końcu wychwalanego) katalogu solo, a przecież w ubiegłym roku wyszła reedycja Cover Version. Nie wspomnę nawet o mitycznym Collecting Space, czy nawet Only Child. Wątpię żeby ktoś narzekał. Utwory PT wolę oglądać/słuchać na koncertach PT (nawet jeżeli będę musiał czekać 10 lat), a na koncertach solo, wolałbym więcej solo. Tak się składa, że z pierwszych dwóch albumów ostało się po jednym utworze. I to typy już srogo ograne. Trochę szkoda. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie na kolejnych występach. Jeżeli ktoś lubi Hand. Cannot. Erase., to połowę koncertu ma z górki (ja lubię więc już się cieszę na te konkretne kawałki). Jeżeli chodzi o resztę, to na ten moment jestem bardziej na nie niż na tak. Podkreślam, bazując tylko na utworach wypisanych na „kartce”. Trochę boję się wyobrazić sobie jak brzmi teraz Sleep Together... brrr. Natomiast plota o Don't Hate Me poszła do kosza, w zasadzie już jakiś czas temu kiedy okazało się, że Theo Travis nie gra na tej trasie. Zobaczymy co też będzie dalej. Jak to się mówi (bądź nie?), jeśli potem ma być lepiej, to żale należy wylać od razu. Ja swoje wylałem, jest 50/50. Czekam na jakieś bootlegi, a jak nie, to na koncerty w Polsce.

poniedziałek, 2 marca 2015

Wilson. Can. Demo.



Premiera Hand. Cannot. Erase. już za nami, wielu ludzi napisało już recenzje. Cześć z nich to czysta masturbacja nad twórczością Wilsona, inne zaś nieco trzeźwiej przyglądają się temu co na tej płycie jest ciekawe, a co nie. Ja nie będę się w to bawił. Zaproponuję za to coś czego raczej w internecie nie znajdziecie – recenzję, a raczej opis płyty nr 2, która zawiera dema z sesji nagraniowej do "H.C.E.". Czy można ją traktować jako album sam w sobie? To zależy od słuchacza.
Steven Wilson nigdy nie wstydził się dzielić demami utworów Porcupine Tree, dostawaliśmy je czasami w komplecie (Insignificance) lub na raty (dema ze Stupid Dream i Lightbulb Sun rozsiane na singlach). Niektóre wyciekały w niekontrolowany sposób (3 płyty z demami Stupid Dream oraz słynne Out Absentia). Bosy wrócił do zwyczaju dzielenia się demami przy okazji Grace for Drowning (większość ostrożnie rozsiewając po płycie bd) i już nieco śmielej przy Ravenie. Co do tego drugiego miałem jednak pewne zarzuty (pomijając to co sądzę o tej płycie). Jedynie Luminol i Drive Home z tego zestawu wydają się naprawdę interesujące (głównie z uwagi na solówkę Wilsona w tym drugim). Reszta albo nie różni się w znaczący sposób (The Holy Drinker i The Pin Drop) albo praktycznie niczym (The Watchmaker i tytułowy) od oryginałów. Liczyłem bardziej na coś co zasugeruje w jakiś sposób drogę jaką kompozycja przebyła od zakiełkowania pierwszego pomysłu do wersji ostatecznej. Może nie w takiej formie jak „So-DNA” Gabriela, ale choćby za pomocą umieszczenia wczesnych dem z samym (lub prawie samym) Wilsonem grającym do automatu perkusyjnego (jak w demach z Grace for Drowning). W przypadku Hand. Cannot. Erase. dostałem dokładnie to czego oczekiwałem. Wprawdzie w niektórych utworach słychać prawdziwą perkusję, ale większość to domowe zabawy Wilsona. Demo First Regret zawiera trochę drobnych, ale znaczących zmian (ta gitara!), natomiast 3 Years Older jest dokładnie tym co powinno znajdować w takiej kolekcji szkiców. Prawie innym utworem. Nie ma znaczenia czy lepszym, czy gorszym. Grunt, że czymś się różni. Po odarciu dema 3YO z dłużyzn można byłoby spokojnie uznać to za nowy kawałek Blackfield. Wilson ostatecznie wszystko przemieszał, cześć wywalił, część dołożył. Na uwagę z pewnością zasługuje obecność Theo Travisa (który w ostatecznym 3YO się nie pojawia) oraz solówki grane przez Wilsona, a nie Guthriego Govana. Z pewnością zadowoleni będą ci, którzy za tymi Stefanowymi solówkami tęsknią (tak jak ja) ponieważ na oryginalnym "H.C.E." znajduje się tylko jedna i bardzo krótka. Wśród dem będzie ich więcej (natomiast obecności Govana nie stwierdziłem w ogóle). Tytułowy utwór wyraźnie szczuplejszy muzycznie. Wilson śpiewa trochę inny tekst, a Ninete Tayeb nie robi mu chórków, co akurat w przypadku tego utworu uznaję za minus. Umieszczony w środku mellotron wydaje się być odrobinę nie na miejscu, podobnie jak dziwny pianinowy zjazd pod koniec, który na chwilę zatrzymuje cały utwór. Ale nadal jestem zadowolony bo przecież o to mi chodziło, o różnice. W demie Routine mamy okazję usłyszeć Wilsona śpiewającego refren (nic specjalnego) oraz solówkę w jego wykonaniu (tu już lepiej). Trochę upiorni wydają się niewiadomego (ale raczej cyfrowego) pochodzenia chórzyści. Całość jest trochę dłuższa. Następne demo to Key of Skeleton, tytuł którego na właściwym albumie nie ma. Niestety nie ma też się czym podniecać, mamy tu do czynienia z duchowym spadkobiercą Clock Song. Utwór jest instrumentalny, dziwny i mocno oderwany od wszystkiego co znamy pod hasłem Hand. Cannot. Erase.. Kilka osób powiedziało mi już, że kawałek kojarzy im się z filmami o Bondzie. Być może, ale w bardzo mizernym stylu (chociaż nadal brzmi to lepiej niż Birthday Party...).
Ancestral pojawia się tu jako szkic, który powstał podczas przerwy w trasie Stefana, w wakacje 2013 roku. Jak wiemy, na jesieni SW zaprezentował na żywo wersje, która w praktycznie niezmienionej formie została wydana na „H.C.E.”. Demo ewidentnie pokazuję nam jak to brzmiało w pierwszych tygodniach pracy nad nim. Na tym etapie SW nie do końca wiedział co chce zrobić z tym utworem. Refrenu praktycznie nie ma, natomiast powtarzana przez kilku Wilsonów fraza „come child” powraca jakiś czas później wciśnięta w środek zabawy w King Crimson powodując, że i tak chaotyczny utwór staje się jeszcze bardziej chaotyczny. Jest kilka elementów, które z radością wcieliłbym do wersji płytowej, ale generalnie demo Ancestral przytłacza bajzlem, który w nim panuje. W przypadku Happy Returns miałem nadzieję na mniej ospały wokal w stosunku do wersji albumowej (najlepiej taki jaki SW prezentował na koncertach) i do pewnego stopnia to życzenie się spełniło. Niestety reszta nie brzmi już tak dobrze, zwłaszcza toporny automat perkusyjny. W „refrenie” Bosy bardziej jodłuje swoje „diririridalalada”, słychać, że to jedna z pierwszych prób. Piosenka urywa się nagle po solówce Wilsona i... niespodzianka.
Last Regret okazuje się być dokończeniem Happy Returns, zarówno muzycznie jak i lirycznie. Podejrzewam, że SW zrezygnował z tego ponieważ w zbyt oczywisty sposób kończyło całą historię. Popieram jego decyzję aby wątek urwać, zwłaszcza, że ostatnia linijka i tak już dużo sugeruje. I to tyle. Tak prezentuje się wersja demo całkiem przyzwoitej płyty jaką jest Hand. Cannot. Erase.. Myślę, że raczej nikt nie zachwyci się tym zestawem na tyle, aby słuchać go częściej od podstawowej wersji albumu, ale z pewnością jest to interesująca kolekcja. Tym razem Stefan się postarał i zaprezentował naprawdę ciekawe rzeczy jak kompletnie odmienione 3 Years Older, urokliwe Last Regret i przede wszystkim możliwość usłyszenia solówek w jego wykonaniu co przez ostatnie kilka lat stało się dosyć przytłaczającą rzadkością. Oczywiście zestaw zawiera wyraźne braki w postaci Perfect Life, Home Invasion/Regret#9 i Transience, ale domyślam się powodów ich pominięcia. W kwestii Transience sprawa jest raczej oczywista, utwór został nagrany tylko z udziałem Stefana (zapewne w No Man's Land) i niewykluczone, że to co było oryginalnym demem trafiło ostatecznie na płytę. To samo można powiedzieć o Perfect Life, zapewne ostateczna wersja nie różni się zbytnio od szkicu (chyba, że Wilson sam zdemował mówiony fragment i teraz się wstydzi). Regret#9 to utwór, który mógł powstać w studiu z uwagi na jego improwizacyjny charakter, podobnie jak pierwsze 3 minuty Home Invasion. Zagadką pozostaje brak dema reszty tej drugiej pozycji, ale widocznie był jakiś powód. Ascendant Here On... jest zapewne wynikiem udziału chórzystów.
Przy okazji warto posłuchać instrumentali z blu-raya. Sporo muzycznych smaczków ginie pod wokalem Stefana, czasami nawet same wokale (jak te przepuszczone przez vocoder w Home Invasion). Jeżeli ktoś ma mooga albo gitarę to może sobie pograć do „instrumentala” Regret#9 ponieważ ścieżki z solówkami zostały usunięte. Z bonusów, na pewno warto zwrócić uwagę na Routine. Nie jestem wielkim fanem maniery wokalnej Ninete Tayeb, ale ostatni segment brzmi rewelacyjnie i to właśnie dzięki tej Pani. Uważam, że ten fragment powinien znaleźć się na płycie ponieważ Wilson nie dał rady zaśpiewać tego w tak ujmujący sposób. Ewentualnie można było się pokusić o duet, ale może to już było dla Stefana za dużo. Dla fanów Regret#9 na pewno upominkiem będzie alternatywna wersja z zupełnie innymi solówkami Holzmana i Govana. Cieszą takie dodatki, szkoda tylko, że nie pojawił się w tym zestawie żaden nowy utwór (bo umówmy się, Key of Skeleton nim nie jest). I to tyle. Jeśli chodzi o Stefana, to kolejny wpis o nim będzie się już tyczył nadchodzącej trasy... chociaż kto wie.