poniedziałek, 30 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 6




Close Your Eyes

Wiem, że wiele osób uważa Close Your Eyes za szczytowe osiągnięcie no-man i czekało na wykonanie koncertowe. no-man spełnili to życzenie. Jako, że jest to dosyć kompleksowy utwór (przynajmniej jak na no-man), to zespół nie silił się na jakieś wyraźne zmiany w aranżacji. Niczego to nie zmieniło, wykonanie było rewelacyjne. Tim dał radę wokalnie, zwłaszcza słynny zaśpiew na koniec zrobił wrażenie na żywo. Andy Booker zwrócił mi uwagę, że zabrał ze sobą elektroniczny zestaw SPD-S między innymi po to by imitować z jego pomocą dźwięki bongosów z Close Your Eyes.

                                                       

Wherever There Is Light


Niewiele się zmieniło w stosunku do poprzednich tras no-man, natomiast nadal wrażenie robi partia skrzypcowa Steve'a Binghama (w oryginale grana na flecie przez Theo Travisa) nadając utworowi lekko folkowego klimatu. Między innymi dlatego jest to nadal ulubiony utwór Steve'a z setu. Pod koniec zawsze mógł zaimprowizować solo.
Mike Bearpark: Rdzeniem tego utworu są dwie gitary, które grając tę samą melodię stają się jednością. Zagrałbym to obudzony w środku nocy, a "Maestro" Bingham sprawia swoją partią, że całość staje się jeszcze bardziej wyjątkowa.


                                                          

                                                          


Day In The Trees

Powrót Days in The Trees w 2008 roku był mocno oczekiwany, ale granej wtedy wersji czegoś brakowało. I nie mówię tu tylko o całym wyciętym ze środka segmencie, ale też aranżacja wydawała mi się zbyt luźna. Być może kawałek jest tak silnie osadzony w swojej breakbeatowo-klawiszowej estetyce, że trudno przejść z innymi wersjami do porządku dziennego. Wykonania z 2012 roku były podobne w brzmieniu, ale odzyskaliśmy przynajmniej brakujący środek, który wspaniale buduje atmosferę przed finałem. Z tego choćby względu wykonania prezentowały się doskonale.
Mike Bearpark: Days In The Trees sprawiło mi odrobinę problemu ponieważ akustyczna gitara powinna w nim podążać za rytmem perkusji. Spędziłem pół dnia w autobusie próbując ustalić co robię źle i w końcu doszedłem do tego, że basowy bęben Andy'ego jest w zupełnie innym miejscu niż myślałem.

                                                     

                                                     


Mixtaped


Mixtaped, jak to kiedyś Tim sam zauważył, to utwór, który za każdym razem wykonywany jest w nieco inny sposób (co zauważalne jest głównie dla wykonujących). Ten niepozorny kawałek ze Schoolyard Ghosts stał się jednym z gwoździ programu począwszy od trasy z 2008 r. Mimo tego, że poszczególne wykonania różnią się od siebie, to improwizacyjna natura utworu sprawia, że bardzo trudno te różnice wychwycić. Z pewnością jednak słychać różnicę między wersją z 2008 r. a wersjami z lat 2011 i 2012. Oczywiście ze względu na perkusję!
Pete Morgan: Mixtaped, to mój faworyt ponieważ daje on doskonałe możliwości zabawy dynamiką za każdym razem gdy go gramy.

                                                 


Things Change


Things Change odkąd miało swoja premierę na koncercie no-man w 2008 roku, zawsze było dosyć podobne do oryginalnej wersji z płyty. Z kilkoma różnicami. Zawsze uważałem, że Steve Bingham jest doskonałym muzykiem i fantastycznym dodatkiem do składu koncertowego no-man. I o ile nie mogę mu niczego zarzucić we wszystkich pozostałych utworach, tak przy Things Change zawsze czuję niedosyt. Steve'owi brakuje tego bluesowego feelingu, który jest tak charakterystyczny dla stylu Bena Colemana. I kiedy Ben grał Things Change w Londynie w 2008 r. (podczas jedynego jak dotąd reunionu z Timem i Stevenem jako no-man od 1993 r.), to wszystko było na swoim miejscu. Andy Booker marudził wprawdzie, że Coleman nauczył się idealnie swojej partii z płyty więc trzeba było dokładnie odliczać ile zostało do końca. Bingham zawsze improwizuje, co oczywiście ma swoje wyraźne plusy, ale jednak słychać, że jest to muzyk, który głównie zajmował się muzyką klasyczną. Mimo to jednak nie powiem nigdy, że jego solo w Things Change jest słabe, z resztą on sam przyznał, że uwielbia grać ten kawałek bo pozwala mu on aby naprawdę "zarzucić grzywą". Po prostu utwór ten jest definitywnym piętnem jakie Ben odcisnął na muzyce no-man i jego wykonanie zawsze będzie dla mnie najlepsze.
Stephen Bennett: Jedynym utworem, który sprawił mi problem był Things Change podczas koncertu w Londynie. Giancarlo (Erra, z nosound) pożyczył mój stołek i odstawił go koło moich instrumentów kiedy akurat był w pobliżu sceny. Stołek wytrzymał prawie cały set, ale kiedy zacząłem organowe intro do Things Change, nagle opadł o dobre pół metra. Cały utwór zagrałem kucając w pokraczny sposób, widać to na filmikach na You Tubie!


                                                   


Back When You Were Beautiful


Jeżeli miałbym wybrać najważniejszy utwór w secie koncertowym no-man z trasy 2012, to na pewno byłby to Back When You Were Beautiful. Mógłbym napisać cały osobny tekst rozpływając się nad tym w jak niesamowity sposób udało się zespołowi stworzyć aranżację odpowiednią do grania na żywo, nie tracą jednocześnie ducha oryginalnej wersji. A droga do uzyskania takowej była długa i kręta. Andrew Booker: Na pewnym etapie na próbach, zanim Steven do nas dołączył, miałem wykorzystać pady perkusyjne i skopiować melodię graną na banjo używając do tego tego brzmienia przypominającego bicie dzwona kościelnego! Możemy być wdzięczni, że Steven przejął tę partię. Ostatecznie muskałem bębny marakasami, a w trakcie refrenu uderzałem w talerze. Wyszło całkiem nieźle.
Michael Bearpark: Ostatni bis Back When You Were Beautiful przekształcił się w coś w rodzaju hymnu, urósł znacznie w stosunku do tego jak to brzmiało na próbach. Napisany w czasach kiedy no-man był zespołem czysto studyjnym, oddalonym od grania koncertów jak się tylko dało najbardziej, z perspektywą tego typu występu istniejącą tylko w wyobraźni, wykonanie tego utworu na żywo było czymś co przypominało fragment snu, który utkwił w głowie po przebudzeniu się. Realny i nierealny naraz.


Watching Over Me

Niestety nie słyszałem Watching Over Me z tej trasy, ani na żywo, ani na bootlegu. Można chyba jednak założyć, że wersja była podobna do tej z 2008 r.


Housewives Hooked On Heroin

Historia zagrania 
Housewives Hooked On Heroin obrosła już niemałą legendą, ale kiedy pierwszy raz zobaczyłem setlistę z tego koncertu (chyba tego samego wieczora), to nie mogłem uwierzyć w to co widzę. I zastanawiałem się dlaczego Holendrzy otrzymali taki rarytas jako dodatkowy bis (a nie zamiennik jak w wypadku Watching Over Me). Okazało się, że był to czysty spontan w wykonaniu no-man.
Mike Bearpark: Tim bardzo chciał zagrać Housewives Hooked On Heroin z albumu Wild Opera, ale podczas prób odnieśliśmy wrażenie, że kawałek zbytnio polega na produkcji studyjnej i nikt nie palił się do pracy nad jego aranżacją. Mimo to Tim nie chciał odpuścić i w formie żartu proponował go po każdym naszym koncercie.
Stephen Bennet: W tym utworze wychodzi ze mniej mój wewnętrzny Barbieri! Housewives Hooked On Heroin odpadł szybko w trakcie prób, ale na trasie Tim cały czas robił sobie jaja i proponował granie go na bis. Pewnego razu Steven wziął nas na bok i powiedział 'jak Tim zapyta czy gramy Housewives na bis, to mówimy tak'. Tim zapytał, więc my się zgodziliśmy! Nie wiem czy Steven próbował to z nami chociaż raz.
Michael Bearpark: Po porzuceniu utworu na wczesnym etapie prób, nie graliśmy go ani razu. Z jednej strony, jest to prosty zestaw akordów, ale z drugiej, jest w konkretny sposób zaaranżowany. Jakimś cudem udało nam się odtworzyć wystarczająco dużo w tym chaosie. Aplauz był olbrzymi i przypomniał mi jak bardzo spontaniczność i unikalne doświadczenie na koncercie są doceniane przez publiczność.
Andy Booker: Miałem sporo roboty z odtworzeniem partii bębenków z oryginału jednocześnie śpiewając chórki.

Przyznam szczerze, że takie rzeczy rzadko zdarzają się w zespołach, w których jest Steven Wilson (zwłaszcza przez ostatnie lata) i takie akcje budzą duży uśmiech na mojej twarzy. Samo wykonanie wyszło kapitalnie (na podstawie bootlegu)!. Bawi jedynie dziwna barwa brzmienia klawiszy Stephena Bennetta.

I to tyle jeśli chodzi o utwory grane na trasie.
Trochę statystyk:

no-man na trasie w 2012 r. zagrali:


1 utwór z "Loveblows & Lovecries" (Days In The Trees)
2 utwory z "Flowermouth" (Things C
hange i Watching Over Me)4 utwory z "Wild Opera" (Pretty Genius, My Revenge On Seattle, Time travel In Texas i Housewives Hooked On Heroin)
4 utwory z "Returning Jesus" (Carolina Skeletons, Close Your Eyes, Only Rain i Lighthouse)
3 utwory z "Together We're Stranger" (Together We're Stranger, All The Blue Changes i Back When You Were Beautiful)
2 utwory ze "Schoolyard Ghosts" (Wherever There Is Light i Mixtaped)
2 utwory niewydane studyjnie (wtedy) (Beaten By Love i The Warm-Up Man Forever)


Bootlegi:

Z Krakowskiego koncertu istnieją dwa nagrania. Jedno, mojego autorstwa, wyszło niestety słabo, ale poszło w obieg i po jakimś czasie wróciło do mnie z Japonii (lol). Drugie nagranie (autorstwa Magoga) jest doskonałej jakości i polecam je każdemu. Uchwyciło ono wszystko to co najważniejsze, w tym najlepsze wykonanie The Warm-Up Man Forever. Dźwięk jest czysty, dynamiczny, ale nie przebasowany. Słychać wyraźnie co Tim i SW mówią między utworami.

Trzeci bootleg pochodzi z koncertu w Holandii i nie wiem czy nie przewyższa on tego z Krakowa. Na pewno jeśli chodzi o jakość i setlistę. O ile Kraków Magoga jest świetny, to Holandia (nie wiem niestety czyjego autorstwa) jest absolutnym szczytem jeśli chodzi o amatorskie nagrania z publiczności. Sam koncert na niezwykłym poziomie zarówno jeśli chodzi o
kondycje zespołu jak i zgromadzonej publiczności (ale to Holandia, tam zawsze dają radę). Do tego, właśnie tam zagrano wyjątkowy dodatkowy bis w postaci Housewives Hooked On Heroin i to jeszcze bardziej sprawia, że bootleg jest cenny. W erze nagrywania koncertów długopisami, aż dziwi, że niewiele brakowało, a to unikatowe wykonanie prawie nie zostało zarejestrowane. Poza tym, takiego Back When You Were Beautiful nie słyszeliście.

Niestety, póki co, nic mi nie wiadomo o innych nagraniach z tej trasy.
Wiem, że zespół nagrywał te koncerty (na pamiątkę) i one leżą gdzieś w archiwum Tima. Żadnego z nich nie wydano z prostej przyczyny - dopiero co wyszło "Love & Endings". Tym samym wydawnictwo, które stało się główną iskrą dla trasy z 2012 r., stało się też głównym powodem, dla którego nie mamy oficjalnych pamiątek z tej trasy. Ale dobrze, że są bootlegi.

I to tyle. Wiem, że tekst był długi, ale uważam go za spore osiągnięcie dla tego bloga. Być może zabrakło wywiadu z SW, ale tłumaczyłem na początku dlaczego nie było sensu nawet starać się o taki (z reszta nawet nie wiem do kogo miałbym się zwrócić w jego sprawie). Przez następne kilka dni będę umieszczał wywiady, które przeprowadziłem (5, każdy w oryginale i w tłumaczeniu), a już teraz zabieram się do pracy nad tekstem tyczącym się Porcupine Tree (bo zakładam, że większość osób na to czeka).

piątek, 27 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 5



Setlista no-man na trasie w 2012 roku obfitowała w niespodzianki. Pojawiły się nowe (lub prawie nowe) kompozycje, te dawno nie grane, oraz te w ogóle nie grane. Niektóre z różnych powodów ewoluowały zarówno muzycznie jak i lirycznie. Przyjrzę się dokładniej temu jak piosenki z setu się prezentowały:

Together We're Stranger

Płyta Together We're Stranger jest przez wielu uważana za najlepsze dzieło no-man i gdybym musiał wybierać (a wszystkie płyty zespołu podobają mi się w niemal równym stopniu), to prawdopodobnie również wskazał bym na TWS (chociaż ulubioną zawsze pozostanie dla mnie Speak). Tytułowy utwór powstał na bazie znanego z pierwszej płyty Bass Communion utworu Drugged. Przez lata był wykonywany w różny sposób przy różnych okazjach. W 2006, Tim wystąpił jako gość na kilku koncertach zespołu nosound (zaśpiewał też w utworze Someone Starts to Fade Away z wydanej w tamtym czasie płyty Lightdark). Założyciel i lider nosound – Giancarlo Erra – jest wielkim fanem no-man, tak więc odegrano również kilka utworów tego zespołu. W tym TWS. Tamta wersja były ekstremalnie wierna wersji płytowej. Nie można tego powiedzieć o pierwszym wykonaniu jako no-man (tego samego roku, na pierwszym występie no-man od 1993), które było mocno improwizowane. Wersja jaką zaprezentowano na trasie w 2012 roku była wypadkową obu wymienionych. Wykorzystano luźną, ambientową naturę oryginału by wcielić improwizacje, ale nie były one przypadkowe i wynikające z tego, że Wilson niewiele pamiętał z oryginału (jak w 2006). Tym samym udało się osadzić swobodę wykonania na luźnym, ale zwartym szkielecie co dało nam pierwsze, porządnie przygotowane koncertowe Toghether We're Stranger.

Pod koniec utworu Tim wplótł fragment „look at the photographs” czyli nawiązanie do utworu Photographs in Black and White, który cytowany był również przy poprzednich wykonaniach TWS. Idealne otwarcie koncertu no-man? Chyba tak.


All The Blue Changes

Tim nieraz podkreślał, że umieszczenie utworu na płycie no-man, to dopiero początek jego istnienia. Zarówno liryczne jak i muzyczne ewolucje piosenek potwierdzają te słowa, a All The Blue Changes jest jednym z dobrych przykładów. Na trasie w 2008 r. słychać było jeszcze, że zespół nie do końca wiedział jak poradzić sobie z zaaranżowaniem tego kawałka na koncerty. Andy Booker przyznał w swoim pamiętniku na stronie Improvisone, że tamte wykonania były bardzo „luźne”. Kiedy przygotowywał się do koncertu no-man w 2011 roku, postanowił znacznie dokładniej odwzorować partię graną na talerzach. I jeżeli wersja z Love and Endings jest zdecydowanie kolejnym krokiem w ewolucji All The Blue Changes, to tę z trasy 2012 można już uznać za definitywną. Wypływała ona bezpośrednio z utworu Together We're Stranger (tak jak na albumie) powoli przeradzając się z kolarzu zapętlonej partii skrzypiec, w kawałek, który znamy z płyty. Wykonywany ze znacznie większą pewnością siebie utwór charakteryzował się tradycyjnym dla wersji koncertowej gitarowym klimaksem.


Pretty Genius

Pretty Genius nie różni się zbytnio od wersji znanej z Love and Endings. Słychać natomiast równicę w stosunku do wykonań z koncertów w 2008. Zwłaszcza w przypadku Andy Bookera, który był wtedy uwięziony w świecie elektronicznego zestawu perkusyjnego co przy niektórych utworach się sprawdziło, a innych mniej (w tym właśnie PG). Wersja z trasy 2012 jest też dosyć daleka od wersji z płyty, ale tamta aranżacja byłaby bardzo trudna w odtworzeniu (i raczej też nie o to chodziło).


                                                     



My Revenge On Seattle


Kolejny wersja żywcem wyjęta z Love and Endings, która sama w sobie jest kompletnym przeobrażeniem w stosunku do wersji studyjnej. Jako alternatywa działa doskonale i świetnie wpisuje się w ten konkretny skład muzyków. Jest to też kolejny przykład ewolucji, tym razem od strony lirycznej. Tim zmienił kilka linijek tekstu z "out of the sky, and left to die, believing the lie of protection" na "I fall from the sky, too tired to try, Alone, I watch your asnesion". Jak sam przyznał, oryginał wydał mu się po latach trochę zbyt abstrakcyjny.


                                                     


Carolina Skeletons


Niewiele się tutaj zmieniło w stosunku do wersji, którą znamy z trasy 2008 (czyli np. z dvd Mixtaped). Andy Booker miał co prawda akustyczny zestaw perkusji, ale nie było to aż tak odczuwalne jak w niektórych innych utworach. Cieszy to, że nie zrezygnowali z grania tej piosenki.


The Warm-Up Man Forever


Premierowy utwór, który wziął Krakowską publiczność z zaskoczenia. Teraz istnieje już jako kawałek na solowej płycie Tima, ale wtedy był utworem no-man i miał kompletnie inną aranżację. Z resztą był to utwór no-man znacznie wcześniej. Pierwszy raz wypłynął podczas sesji nagraniowych do Schoolyard Ghosts. Demo Tima bardzo różniło się od późniejszych wersji, zespół próbował różnych rzeczy z tą piosenką, ale nie dało się tego dopasować do reszty materiału i Warm-Up Man został odłożony na bok. Wersja grana na trasie w 2012 różni się znacznie od tego co możemy usłyszeć na Abandoned Dancehall Dream Tima. Zbliżona aranżacja została zarejestrowana i umieszczona jako bonus z dopiskiem Band Version (ale równie dobrze można ją nazwać no-man version).


Only Rain

Taka sama wersja jak ta z trasy 2008. W zasadzie możemy tu mówić o wycinku ponieważ pełnego Only Rain nigdy nie zagrano. Podobnie jak na poprzedniej trasie, skrzypcowo-wokalny segment utworu służył jako intro do następnego. W wywiadzie, którego mi udzielił, Steve Bingham opowiedział mi trochę o jego technice zapętlania partii skrzypiec. Wywiad opublikuję niedługo.


Time Travel In Texas

Tutaj w końcu jakieś zmiany. Przyznam, że sztywna wersja Time Travel In Texas z dvd Mixtaped nigdy nie była moją ulubioną. Głównym problemem była tu dla mnie elektroniczna perkusja, która brzmiała jakby Andy Booker grał na śmietniku. Wykonanie z „Love & Endings” wyszło znacznie lepiej, ale dopiero na trasie z 2012 (oraz na solowych koncertach Tima w latach późniejszych) utwór w pełni rozwinął skrzydła. Time Travel w wersji z płyty opiera się bardziej na hipnotycznym rytmie i abstrakcyjnych dźwiękach (nie mówiąc o baaardzo luźnej strukturze i zakończeniu w stylu urwanej taśmy), gdy tymczasem wersja na żywo to kontrolowany jazgot. Najświeższe wykonanie koncertowe no-man było zdecydowanie bardziej kontrolowane i lepiej zaaranżowane. Andy Booker (oprócz tego, że od 2011 r. robi w refrenie TTIT chórki) pokazał, że akustyczna perkusja robi różnicę, a jednocześnie robił użytek ze swojego SPD-Sa dorzucając interesujące przeszkadzajki w zwrotkach. W końcu można było odczuć, że utwór ma jakiś początek, środek i koniec. Kolejny przykład nieustającej ewolucji muzyki w koncertowym świecie no-man. Steve Bingham: Time Travel... zawsze jest doskonałą okazją by pobawić się dziwnymi dźwiękami.


Lighthouse

Aranżując w 2008 roku Lighthouse, Tim, Steven i reszta zrobili najwłaściwszą rzecz jaką wtedy mogli zrobić. Wrócili do wersji demo z 1994 roku. I o ile bardziej jazzowa wersja z Returning Jesus doskonale sprawdza się na płycie, to free-form Steve'a Jansena mógłby wzbudzić zbyt w dużo zamieszania na koncercie. Tim znowu zaczął eksperymentować i w 2011 r. przywrócił fragment wokalny z wersji demo (którego nie było na albumie) przy czym zmienił tekst na słynne już „The heartbreak notes and the laboured jokes, the trashy years and the random tears, the love and endings, the almost starts, love and endings, the tell-tale art”. Takie Lighthouse zaprezentowano na trasie w 2012 roku i zmiotło mnie ono z powierzchni ziemi.
Michael Bearpark: Lighthouse zawsze był gwoździem programu. Podstawy tego utworu są proste, ale złożoność leży w tym jak je ze sobą poukładać i kontrolować. To poważne wyzwanie aby odpowiednio operować dynamiką, od szeptu do krzyku i z powrotem.

Pete Morgan
: Lighthouse (...) potrafi sprawić kłopot, trzeba być bardzo skoncentrowanym w trakcie jego wykonywania.


Beaten By Love

Beaten By Love to smutny utwór ze smutną historią. Ponad 20 lat przeleżał w szafie (pierwsza wersja powstała pod koniec lat 80-tych) chociaż nie do końca. W międzyczasie, kiedy kawałek coraz mnie pasował do czegokolwiek co robili no-man, Tim próbował zrobić z niego użytek gdzie indziej. Razem z ……. znanego obecnie pod nazwą Faultine, zrobili trip-hopową wersję, która miała ukazać się na debiutanckim albumie Faultine (razem z Only Rain). Nic z tego jednak nie wyszło. Tim zabrał więc Beaten By Love do swojego największego wtedy (zaraz po no-man) zespołu – Samuel Smiles. O ile wersja studyjna nigdy nie powstała, to Samuel Smiles grali kawałek na koncertach i jedno z takich wykonań zostało wydane na płycie The Way We Used To Live Vol.2. Warto posłuchać ponieważ aranżacja Samuel Smiles jest z kompletnie innego kosmosu niż ta, którą znamy najlepiej. no-man przyjechali do nas z Beaten By Love w aranżacji zimno-falowej, którą przygotowano na koncert w 2011 roku. Muzycy pozwalali sobie na nieco więcej eksperymentów, ale Tim wspominał w swoim pamiętniku, że utwór zaczyna go trochę przytłaczać.
Ostatecznie, w identycznej wersji, Beaten By Love zostało zarejestrowane i umieszczone na solówce Bownessa Abandoned Dancehall Dream. Steven Wilson (wyjątkowo) dograł swoje partie więc praktycznie można uznać, że jest to wersja no-man.
   

                                                          

W kolejnym (i ostatnim) odcinku tekstu o trasie no-man z 2012 roku napiszę o pozostałych utworach, podsumuję trasę statystycznie oraz napiszę o dwóch (a nawet trzech) bootlegach, które stanowią pamiątkę po tym wydarzeniu.

wtorek, 24 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 4



Po koncercie w Krakowie, trasa objęła jeszcze dwa koncerty w Niemczech (w Aschaffenburgu i Kolonii), jeden w Holenderskim Boerderij i ostatni w Londynie. Nowsze, lub niegrane przed tą trasą kompozycje zaczęły kwitnąć, a niektóre miasta doczekały się skromnych zmian w secie.
Andy Booker przyznał, że najlepsze przy większej ilości koncertów jest to, że ma się więcej szans na to aby zagrać dobrze. Jeżeli, na jakiś koncercie coś nie wyjdzie, to zawsze pozostają kolejne. Publiczność w Kolonii miała szansę, jako jedyna na trasie, usłyszeć
Watching Over Me (choć za cenę Back When You Were Beautiful), natomiast najszczęśliwsi okazali się Holendrzy, którzy otrzymali dodatkowy bis w postaci Housewives Hooked On Heroin. W późniejszej części tekstu, w której będę omawiał utwory dokładniej, opiszę historię, która kryje się za tym wyjątkowym wykonaniem. Z tego koncertu istnieje świetnej jakości nagranie i na jego podstawie (mimo, że to tylko bootleg) można uznać, że był to pod wieloma względami najlepszy występ na trasie.

                                                    

O czym nie wspomniałem wcześniej, to to, że ta trasa no-man była wyjątkowa względem poprzednich z jeszcze innego względu. Steven Wilson dostał mikrofon i mimo że nie śpiewał do niego (nawet podczas
Housewives…), to z radością mówił do publiczności między utworami, a co najważniejsze, wdawał się w dyskusje z Timem. Niektóre z nich przeradzały się w coś co Tim określił później jako „komediowy przerywnik Bownessa i Wilsona”. Rozpoczęta w Krakowie zabawa w ustalanie odpowiednika rodzinnego miasteczka Tima – Warrington, była kontynuowana. Oprócz tego było dużo przekomarzania się, serdecznych docinek i wygłupów. Podzielone są zdania na temat tego czy Wilson gadał za dużo czy nie. W końcu od tego ma inne koncerty ze swoim udziałem. Niektórzy stwierdzili, że zbyt wiele uwagi ściągał na siebie gdy tymczasem powinien zostawić prowadzenie wieczoru Timowi.

                                                    

Być może jest w tym trochę prawdy, ale mimo wszystko cieszę się, że Stefan dostał ten mikrofon. Jego i Tima wiąże specyficzny rodzaj przyjaźni (trwającej już ponad ćwierć wieku), a w ich scenicznych „przepychankach” widać, że jest ona oparta na wzajemnym zrozumieniu. I choćby dzięki tym 'kabaretowym' występom można odczuć jak istotnym zespołem w karierze SW był, jest i będzie no-man.

                                                    

Trasa oficjalnie zakończyła się w Londynie na koncercie w Islington Assembly Hall (2.09.2012). Wyjątkowo, jako support przed no-man wystąpił Daniel Cavanagh z akustycznym setem. Odegrano standardową (czyli Krakowską) setlistę i to był jak na razie ostatni koncert zespołu. Zarówno Tim jak i fani wiele sobie obiecywali po tej trasie. Nowy utwór w setliście (
The Warm-Up Man Forever) i drugi nie do końca nowy, ale wciąż czekający na wydanie w wersji studyjnej (Beaten By Love) dały nadzieje na szybki powrót no-man do studia. W istocie, zespół rozpoczął nieśmiałe próby nagrań (głównie bez Stevena Wilsona) pod koniec 2012 roku i w lecie 2013. Wilson, który miał brać udział w dalszych pracach nad albumem nagle zmienił zdanie i zdecydował, że ma czas jedynie na nagrywanie swojego trzeciego solowego albumu. Rozczarowanie Tima było olbrzymie (o czym pisał w swoim internetowym pamiętniku), ale przekuł jakoś tę sytuację w coś pozytywnego – swój drugi (i pierwszy od 10 lat) solowy album. Część tej płyty można potraktować jako materiał zastępczy za album no-man ponieważ te utwory powstały z myślą o tym zespole. Na Abandoned Dancehall Dreams znalazły się oba grane na trasie utwory (Warm-Up Man i Beaten By Love). Przyszłość no-man maluje się obecnie jako coś daleko za horyzontem, ale Wilson wielokrotnie zapewniał, że Schoolyard Ghosts, to nie jest ostatni album zespołu. Pozostaje trzymać go za słowo. Póki co, Tim rozwija w niezłym tempie swoją solową karierę (trzeci album – Stupid Things That Mean The Word – został wydane w lecie tego roku) i wychodzi mu to doskonale. Zagrał też parę miesięcy temu koncert w Inowrocławiu (niemal dokładnie w trzecią rocznicę występu no-man w Krakowie).
Jak zatem można podsumować trasę no-man z 2012 roku? Zdecydowanie warto było czekać. To było TO. Idealny koncert no-man i mój osobisty koncert życia (jak na razie). Oczywiście, że z pewnością wiele osób wybrałoby inne utwory, ale wydaje mi się, że wybór zespołu był optymalny. Nie pominięto żadnego albumu, były niespodzianki , były nowości i były „hity”, a obecny skład zespołu można chyba uznać za najlepszy do tej pory (chociaż porównanie jest dosyć trudne, kiedyś opiszę wszystkie sceniczne składy no-man w jednym tekście).
To jeszcze nie koniec tego tekstu. Czas przyjrzeć uważniej utworom, które były grane na trasie oraz pamiątkom, które po niej zostały.

piątek, 13 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 3


               


Trasa wystartowała w Krakowie i jako, że był to jedyny koncert na trasie, na którym byłem, to i na nim się skoncentruję. Poza tym, że był to pierwszy występ no-man w Polsce, był to również początek najdłuższej trasy zespołu od 1993 roku. Dla muzyków była to pierwsza okazja aby odwiedzić nasz kraj (z wyjątkiem Wilsona, który grał tu wiele razy oraz Mike'a Bearparka, który w niemuzycznych okolicznościach zjawił się tutaj jeszcze w latach 90-tych).
no-man przyjechali na dzień przed koncertem zatem mieli trochę czasu aby zwiedzić miasto. Większość następnego dnia upłynęła na przygotowaniach do występu. Andy Booker pamięta, że na zapleczu czekała przygotowana dla nich: największa ilość jedzenia jaką kiedykolwiek widziałem przy tego typu okazji. Połowa wszystkiego, to były potrawy mięsne, a jako, że więcej niż połowa zespołu to wegetarianie, to zostało BARDZO dużo dla mnie!
Niestety Andrew nie miał zbyt dużo czasu aby się tym nacieszyć ponieważ był na trasie swoim własnym technicznym więc większość popołudnia spędził montując zestaw perkusyjny, jednocześnie bawiąc się z Ianem Bondem (inżynierem dźwięku na większości tras Stevena Wilsona) w quizy dotyczące jego mikrofonów.

         

Jako, że mieli grać pierwszy koncert na trasie, zespół odegrał prawie cały set na próbie. Pamiętam, że stojąc pod Studiem słyszałem fragmenty tej próby, w tym kilka ostrych spoilerów. W pewnym momencie pojawiły się problemy ze wzmacniaczem Stevena Wilsona, ale na szczęście techniczny imieniem Jason zdołał uratować sytuację i naprawić sprzęt. Po próbie generalnej, Pete Morgan rozstawił razem z Timem Carleyem sklepik i pomagał sprzedawać koszulki dopóki Carley nie oddelegował go na zaplecze aby zaczął przygotowywać się do koncertu. Steve Bingham pamięta, że atmosfera przed występem była zwyczajową mieszanką ekscytacji, wyczekiwania i odrobiny nerwów w związku z pierwszym koncertem.
Na pytanie o nerwy przed występem, Andy Booker odpowiedział: Osobiście, ulżyło mi, że w ogóle gramy. Po pierwsze, dlatego, że trasy no-man są bardzo rzadkie więc to świetne uczucie być częścią jednej z nich. Po drugie, do tego momentu mieliśmy za sobą tydzień intensywnych, frustrujących prób, które wymagały wiele zaangażowania i cierpliwości. Mając to wszystko za sobą, pierwszy koncert był prawdziwa ulgą.
Andy pamięta też jak podczas próby Tim wyskoczył nagle ze zmianami w aranżacji Warm-Up Man Forever. Cztery Godziny przed koncertem. Dzięki Tim! W trakcie wykonywania utworu na koncercie, Steven wymachiwał nam instrukcje.

                                     

Wydarzenie było w dużej mierze „siedzące”, ale na koncercie no-man chyba nikomu to nie przeszkadzało. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, zespół zaczął pojawiać się na scenie. Andy Booker: Jako, że utwór otwierający koncert (Together We're Stranger) jest powoli rozwijającym się ambientowym kawałkiem, na chwile przed koncertem wpadliśmy na pomysł aby każdy z nas wychodził z półminutowym odstępem w kolejności w jakiej zaczynaliśmy grać swoje partie. Wyszło rewelacyjnie i każdy z nas był oklaskiwany podczas wejścia na scenę. Steven Wilson wyszedł jako przedostatni (tak naprawdę jako
czwarty od końca - SWLive) i został ciepło powitany. Kiedy wyszedł Tim, aplauz zagrzmiał niczym piorun. Niezbyt często odczuwam nagłe napady radości w trakcie koncertów, ale wtedy go poczułem, głównie ze względu na Tima. Na tym etapie wiedzieliśmy już, że mamy przed sobą świetny koncert.

                                                   

I tak też było. Myślę, że każdy kto był tamtego wieczora w Klubie Studio, wyszedł z niego spełniony. Kilka utworów miało wtedy swoją premierę. The Warm-Up Man Forever (wtedy potencjalny nowy utwór no-man) wziął publiczność z zaskoczenia
ponieważ nikt nie spodziewał się premierowego materiału. Ze względu na to, kawałek uzyskał (jak to Tim ujął w swoim pamiętniku) najbardziej stłumioną reakcję wieczoru. Oprócz tego, dwie starsze kompozycje – Close Your Eyes i Back When You Were Beautiful, zostały zagrane na żywo po raz pierwszy, a Days In The Trees wykonano w oryginalnej (dłuższej) aranżacji, która nie pojawiła się na koncertach od 1993 roku! Więcej na temat poszczególnych utworów napisze w późniejszej części tekstu. Andy Booker potwierdził, że z nerwów zapomniał o swoich chórkach w Back When You Were Beautiful, na którym część publiczności (która nie rozpoznała piosenki w nowej aranżacji) zaczęła wiwatować przy refrenie.

                                                   
                                                   

Koniec końców, koncert wypadł doskonale, a no-man długo rozdawali po nim autografy i rozmawiali z fanami (z początku sam Tim w klubie, a potem już na jego tyłach wraz z całym zespołem). Pamiętam, że wyczekując na zespół za Studiem dzieliła nas od parkingu brama, która co chwila otwierała się i zamykała. W końcu zatrzymała się otwarta, a ja wraz ze znajomym Miłoszem odważyliśmy się bezczelnie wejść na teren zaplecza. Ktoś zobaczył nas przez okno i po chwili wyszedł do nas Steven Wilson (sam). Po jakimś czasie dołączyła do niego reszta (zarówno zespołu jak i fanów, którzy w napięciu czekali za otwarta bramą).
Tutaj muszę wtrącić pewną uwagę. Raz na jakiś czas widuję w recenzjach/relacjach/wywiadach związanych z no-man opinię, że Tim to człowiek, który nigdy się nie uśmiecha. Opowiedziałem o tym Bownessowi w sierpniu tego roku po koncercie w Inowrocławiu i (co było ironią ironi
i) zaśmiał się kiedy to usłyszał. Ale był tez zdziwiony i przyznam, że również nie wiem skąd biorą się takie opinie. Podczas koncertów Tim rzeczywiście nie wystawia zębów na światło, ale nie specjalnie wyobrażam sobie go śpiewającego swoje teksty z wielkim bananem na twarzy. Po koncercie w Krakowie, Tim aż cały chodził z uradowania. Śmiał się, dowcipkował i obiecał, że na następny koncert no-man, Polska nie będzie musiała czekać 25 lat. O jego wrażeniach można było potem poczytać w jego pamiętnikowych wpisach opublikowanych zaraz po zakończeniu trasy we wrześniu 2012 (http://timbowness.co.uk/no-man-2012-tour-diary/). Po prawie 3 latach, zapytany o koncert Tim napisał mi: Było wspaniale. Publiczność i samo doświadczenie było lepsze niż ktokolwiek z nas sobie zamarzył (oprócz Stevena, który grał już wcześniej w Krakowie). Entuzjazm i ciepło bijące od polskiej publiczności były bardzo poruszające. Nie pamiętam dokładnie czy występ udał się nam perfekcyjnie, ale nadal pozostaje dla mnie istotnym wydarzeniem w koncertowej historii no-man.

         

W następnym odcinku napiszę o tym jak przebiegła pozostała część trasy.

* zdjęcia - Mike Bearpark

poniedziałek, 9 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 2


Zanim przejdę do opisu przebiegu koncertów i samej trasy, napiszę trochę o tym jak turnus wyglądał od zaplecza. Zapewne wielu z Was pamięta wielki bus, którym Steven Wilson przemierza świat razem z zespołem solo czy z Porcupine Tree. Nie w tym wypadku. no-man podróżowali dosyć małym busikiem, a każdy z muzyków miał do powiedzenia parę słów o tym jak wspólna podróż wyglądała. Jak dowcipnie przyznał Tim: Ośmiu facetów ściśniętych w małej przestrzeni, to potencjalna recepta na katastrofę!. Na szczęście nie w tym wypadku. Będąc w trasie z interesującymi, inteligentnymi i doświadczonymi ludźmi, którzy opowiadają o tym co kochają (w tym o muzyce), co mogło mi się nie podobać?, podsumował tę kwestię Mike Bearpark. Wszyscy są zgodni co do tego, że cała trasa była dla nich fantastycznym przeżyciem, a członkowie zespołu dogadują się doskonale.
Podobna zgodność istnieje przy stwierdzeniu, że głównymi bohaterami podczas podróży byli Tim Bowness i Steven Wilson. Każdy z moich rozmówców potwierdził, że nie potrafią oni wytrzymać bez prześcigania się w wiedzy na temat rocka (głównie progresywnego). Andrew Booker wspomina: Tim i Steven ciągle demonstrują swoją encyklopedyczną wiedzę na temat muzyki rockowej wymieniając w kolejności chronologicznej nazwy wszystkich albumów każdego wykonawcy, który może ci przyjść do głowy i wielu, o których istnieniu nie zdajesz sobie sprawy. A potem słuchamy wszystkich utworów z tych płyt...
Ponadto obaj panowie wciągali innych w niekończące się quizy z tym związane. Jednym z nich było wskazanie artystów wraz ze szczytami ich kariery, oraz największymi klęskami. Steve Bingham (jako jedyny w towarzystwie muzyk z klasycznym, a nie rockowym rodowodem) potwierdza, że z tym duetem nikt nie miał szans. Rozmowy stanowiły główną rozrywkę podczas długich godzin spędzonych w podróży. Tyczyły się one nie tylko muzyki, ale też filmów, książek, polityki, rozmyślań egzystencjalnych, czy też jednej z ulubionych obsesji Tima Bownessa (jak zdradził mi Pete Morgan) – nasilenia przestępczości w angielskich miastach. Kiedy i te tematy się wyczerpały, zespół zaczął tworzyć dla zgrywy komediowy podcast o trasie, a skończyło się na teście wiedzy na temat Hobbita (autorstwa Stevena Wilsona), który wygrał Stephen Bennett. Po sześciu godzinach (z dziesięciu) jazdy między Polską, a Niemcami wszyscy jednak ucichli lub zasnęli. Pete Morgan nie zawsze mógł uczestniczyć w zabawach ponieważ był drugim kierowcą, a do tego na trasie między Polską, a Niemcami, doznał zatrucia pokarmowego, które w pewnym momencie stanowiło zagrożenie dla kolejnego koncertu. Mimo wszystko wspomina trasę ciepło, zwłaszcza ekscytujące chwile gdy zespół poznawał nowe miejsce, rozpakowywał się w hotelu, odwiedzał lokal, w którym miał odbyć się koncert., itd. Andrew Booker również wspomina ten okres jako wielkie wakacje.

                                   

Poza czasem spędzonym w busie, panowie lubili zwiedzać miasta, w których grali. Mike Bearpark przyznał, że nie była to jego pierwsza wizyta w Krakowie. Dwadzieścia lat temu odwiedził miasto pociągiem z Monachium, mając ze sobą kopię scenariuszy 'Dekalogów' Kieślowskiego. Tym samym interesujące było dla niego zobaczyć jak to miejsce zmieniło się przez lata. Mike wspomniał również o tym, że jedno z wczesnych dem Samuel Smiles posiadało okładkę ze zdjęciem, które Bearpark zrobił w górach, w Zakopanem. Oprócz zwiedzania, każdy członek zespołu miał swoje małe rytuały. Andrew miał obowiązkowe pół godziny na bieganie, parę chwil spędzonych w kompletnej ciszy na relaksowaniu się lub po prostu na perkusyjnym treningu (w odosobnieniu, z filiżanką herbaty). Tim i Steven wracali z miasta obładowani płytami, a Mike, jako zespołowy fotograf, nie pozwolił aby te chwilę pozostały nieuwiecznione. Warto pamiętać, że mimo bardzo małych rozmiarów, była to największa międzynarodowa trasa no-man (jak i tego składu muzyków) i wszystko zdawało się znacznie bardziej ekscytujące niż zwykle.
Członkowie zespołu są zgodni co do tego, że fantastyczne warunki i atmosferę w trakcie trasy zawdzięczają tour managerowi Timowi Carleyowi, który dopilnował aby cała trasa stanowiła dla grupy relaksująco i bezstresowo spędzony czas. Sam Carley był przyzwyczajony do znacznie trudniejszych we współpracy zespołów, tym samym trasa z no-man również dla niego była przyjemnym doświadczeniem. W następnym odcinku (który pojawi się w ciągu kilku dni, a nie miesięcy) opiszę przebieg trasy od strony koncertów.

* większość zdjęć z tego i następnych części tekstu pochodzi z kolekcji Mike'a Bearparka, który zgodził się na ich publikację.