Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty w Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty w Polsce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.5: Bootlegi.


Jak na względnie krótką trasę, to wybór bootlegów jest dosyć przyzwoity. Pierwsze dwa koncerty (Poznań 20.10.2011 r. i Kraków 21.10.2011 r.) nagrywałem sam i jak dotąd nie słyszałem żadnych innych rejestracji tych występów. Jakość tych bootlegów jest średnia, sprzęt był nowy, a ja cały czas eksperymentowałem z ustawieniami i wyszło jak wyszło. Inna sprawa, że miałem swoje 5 minut fejmu kiedy udostępniłem te nagrania na Demonoid, w końcu to były pierwsze solowe występy Stefana w ogóle i sporo osób czekało na te bootlegi jak dzieci na Wigilię. Jako, że nie ma żadnych substytutów, to nieskromnie polecam moje nagrania jako jedyną pamiątkę scenicznego debiutu Stefana solo na małej i dużej scenie. Jeżeli ktoś posiada alternatywne bootlegi, to proszę o kontakt.

        

Niemcy nie dali ciała. Z czterech koncertów jakie SW zagrał u nich w 2011 r, posiadam trzy bootlegi z dwóch koncertów (Monachium 23.10.2011 r. i Hamburg 28.11.2011 r., z czego Monachium nagrały dwie osoby). Każde z tych nagrań ma swoje wady i zalety, ale generalnie są miłe dla ucha.

                                              

Równie dobra jest rejestracja z koncertu w Londynie (31.10.2011 r.). Jest to ostatni koncert zagrany w oryginalnym składzie solo bandu (z Azizem Ibrahimem) więc warto go mieć.
Następne dwa bootlegi również są swego rodzaju rarytasami, bo to jedyne nagrania z Amerykańsko/Kanadyjskiej części trasy jakie posiadam (i być może jedyne dostępne w szerszym obiegu). W skrócie, to jedyne bootlegi, na których możemy usłyszeć Johna Wesleya. Każdy gitarzysta, który był członkiem zespołu Stefana miał trochę inne podejście do tych samych utworów i fajnie jest porównać, to jak te kawałki się ze względu na to zmieniały. Wes, tak jak pisałem już wcześniej, doskonale dawał radę. Do słuchania mamy Boston (13.11.2011 r.) i Montreal (15.11.2011 r.). Oba bootlegi są bardzo przyzwoitej jakości. Wiem, że te opisy wyglądają tak samo, ale taka była ta trasa. Na tym etapie zmian w setliście nie było, zachowanie Wilsona było praktycznie identyczne każdego wieczora, a jakość bootlegów wyjątkowo równa.

                                              

Rok 2012 przynosi pewne zmiany. Po pierwsze, mamy tu pierwszą transmisję radiową z koncertu SW. I to nie jakieś fragmenty, ale całość (ok, brakuje akustycznych kawałków PT). Radiowym rodzynkiem jest występ z Santiago (18.04.2012 r.). Niestety mimo że była to profesjonalna transmisja, to samo nagranie brzmi trochę mniej pro. Jest przesterowane, momentami ostro trzeszczy, przypomina trochę tego typu nagrania z lat 90tych. Nie ma jednak co marudzić, bo to jedyny broadcast z całej trasy i do czasu wydania dvd „Get All You Deserve”, to było jedyne pełne profesjonalne nagranie z solo koncertów, nie wspominając o obecności nowego kawałka (Luminol). Pozostały jeszcze dwa bootlegi, Tilburg (2.05.2012 r.) oraz drugi Londyn (15.05.2012 r.).
Zwłaszcza ten drugi wart jest uwagi, bo zawiera wykonanie utworu „Insurgentes”. Niektóre kawałki trochę się pozmieniały, nie tylko ze względu na kolejną zmianę na miejscu gitarzysty (Niko Tsonev), ale też ze względu na zdecydowanie śmielsze działania zespołu. Np. panowie zorientowali się, że solo Beggsa w „No Part Of Me” jest trudne do odtworzenia na żywo tak żeby ktokolwiek coś z tego usłyszał. Adam Holzman dołożył więc w tym miejscu solo na moogu. Pojawiło się jeszcze kilka naprawdę drobnych zmian, ale był one ograniczone ze względu na to, że każdy utwór był idealnie dopasowany do projekcji (co zawsze uważałem za koszmarnie ograniczające).

                                                          

I to tyle. Na jesieni 2012 r. otrzymaliśmy z tej trasy oficjalne dvd. Zawsze uważałem, że Stevena Wilsona lepiej się słucha niż ogląda (może z wyjątkiem „Anesthetize”, które jest doskonałe pod każdym względem). Niestety, najbardziej odczułem to oglądając „Get All You Deserve”. O ile muzyka jest świetna, to oglądanie Stefana machającego rękami jak pajac i czarującego dłońmi jak Harry Potter, nie stanowi dla mnie źródła przyjemności, raczej zażenowania. Z Wilsona zrobił się taki Piotr Rogucki angielskiego prog-rocka, niektórym to się pewnie podoba, ale ja wolałem kiedy miał łapy przyklejone do gitary i nie mógł sobie folgować. Szczytem było czołganie się po ziemi w trakcie „Index” w 2013 r., ale do tego dojdziemy przy okazji TEJ trasy (niecierpliwym polecam wideo Index z Lorelay z 2013 r.).

Tak czy inaczej, po przeczytaniu serii tekstów o „Grace For Drowning Tour” (An Evening With Steven Wilson), powinniście wiedzieć już całkiem sporo o tym jak to wyglądało i jakie pamiątki z tego zostały.

To była ciekawa trasa. Najkrótsza w Stefana solowej karierze, ale w tym czasie zdążył dwukrotnie zmienić gitarzystę, dorzucić Amerykę południową i niespodziewany drugi europejski leg.
Zagrał niewiele ponad 40 koncertów (obecnie kończy trasę, która zawiera ponad 150 dat), ale to fantastyczne koncerty. Jeżeli chodzi o solowe wyczyny Wilsona, to czeka nas teraz trasa Raven, ale to już w przyszłym roku. Na ten rok zaplanowałem jeszcze kilka tekstów, ale na razie chichosza.

piątek, 21 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.3: Kraków.



Koncert w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy, był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć. Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat, czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię. Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).

         

Kiedy staliśmy pod sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby publiczność.
Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.

         

Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.

Stefan trochę się wyluzował, zagadywał publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty, jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych, które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że tamte koncerty były najlepsze.


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.


                   
                                                                                                                                
                                                              

Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.

I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D
Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszował w internecie i myślami był na kolejnym koncercie.

Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.

Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.



                                                 

czwartek, 20 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.2: Poznań.




Turnus rozpoczynał się dwoma koncertami w Polsce. To były pierwsze koncerty na trasie, ale też pierwsze koncerty solowe Stefana w ogóle. Spekulacje dotyczące setlisty nie miały końca, mimo że pula utworów była ograniczona do Insurgentes i Grace for Drowning (typowano też utwory z CV).
Największym pytaniem jakie się wtedy nasuwało na myśl było – czy zagra Raidera II?
Wszystko związane z tymi koncertami było owiane tajemnicą, co było naprawdę odświeżające w przypadku SW. Bosy wcześniej zapowiedział, że odgrywany będzie tylko materiał solo, żadnego Porcupine Tree, Blackfield, itd., co cieszyło.

20tego października pojawiłem się w Poznaniu gotowy na niespodziewane. Niestety Stefan (nieświadomie) spalił kilka niespodzianek ludziom, którzy przyszli godzinę wcześniej aby zająć dobre miejsca pod sceną. Nie było nas dużo, ale słyszeliśmy obszerny fragment próby, w tym Raidera II i Get All You Deserve. Koło wejścia kręcił się Nick Beggs. Kiedy wpuszczono ludzi do środka, można było zaobserwować pierwsze „atrakcje” wieczoru.
Słynna szmata wisiała już dumnie zasłaniając scenę. Eskulap to mały klub (przynajmniej w porównaniu z Halą Wisły), a spod sceny już kompletnie nie widziałem tego, że na szmacie wyświetlany jest film. Koncert był niejako reklamowany jako rozgrzewkowy, wszystko było nowe zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Z głośników leciało Bass Communion, utwór z Cenotaph, którego jeszcze nikt nie znał (płyta miała być dostępna na trasie, ale spóźniono się z wydaniem).


        

Muszę przyznać, że trik działał, atmosfera była rzeczywiście mistyczna, a oczekiwania puchły coraz bardziej. W końcu na scenę zaczęli wchodzić muzycy. Najpierw Marco Minneman, który zaczął wybijać rytm No Twilight In The Court of The Sun. Dopiero kiedy Nick Beggs wszedł i zaczął grać swój motyw, poznałem co to za utwór. Następnie, w odpowiednich odstępach, pojawili się Adam Holzman, Aziz Ibrahim i Theo Travis. Na końcu wyszedł Steven Wilson.
Przyznam, że kiedy jeszcze dwa lata wcześniej wyobrażałem sobie ewentualne koncerty Stefana, to zawsze wyobrażałem sobie jak gra ten utwór. I dalej poszło już z górki. Koncert był rzeczywiście pełen ciekawych, świeżych jak na Wilsona elementów. Zniekształcony głos podczas zapowiedzi Index, robił wrażenie (na kolejnej trasie już dużo mniej, zwłaszcza, że Bosy za bardzo się rozgadywał tym niskim głosem i wychodziło śmiesznie, a nie klimatycznie). Pamiętam, że nie do końca byłem pewien, czy to co słyszałem faktycznie słyszałem, czy nie. Wszystko było zaskoczeniem. Po kilku kawałkach zacząłem się zastanawiać, czy ta szmata będzie wisiała przez cały koncert. Chwilę później już jej nie było, spadła w trakcie Sectariana (co stało się potem tradycją, również trochę zbyt wymaglowaną by robiła takie same wrażenie). Aziz Ibrahim miał na palcach migające lasery, co wyglądało dosyć fajnie (zwłaszcza kiedy jeszcze wisiała szmata).

                                    
                                    

Projekcje Lasse’go nie były zbyt dobrze widoczne (jednak Eskulapowa scena jest mikroskopijna w porównaniu, do tych, na których Stefan grał w przyszłości), ale były w porządku. Nie przekraczały pewnej granicy (tak jak zbyt absorbujące filmy z trasy HCE), były dobrym dopełnieniem tego co działo się na scenie i nie odwracały uwagi od muzyków.
Skład robił wtedy wrażenie. Zwłaszcza muszę tutaj wyróżnić dwie osoby. Po pierwsze, Theo Travis, który wniósł do koncertu z udziałem Stefana nieobecne dotychczas instrumentarium (nie licząc jednego gościnnego występu w 1997 r.), zrobił olbrzymią różnicę w brzmieniu. Do dziś uważam, że to najlepszy muzyk jakiego Stefan kiedykolwiek miał u siebie w solo bandzie.

                                     

Drugą osobą jest Aziz Ibrahim. Niech mi nikt nie próbuje wcisnąć, że Guthrie Govan jest lepszym gitarzystą. Aziz okazał się mieć niesamowite wręcz wyczucie, a oryginalne, pobrzmiewające bliskim wschodem wstawki (np. solo w Abandonerze) dodały tylko kolorytu. Tym bardziej przykro mi, że pożegnał się on ze składem w dosyć kretyńskich okolicznościach (o czym będzie później).

                                                   

Raider II został zagrany. Już samo to wydawało się wtedy czymś trudnym do osiągnięcia. No i zakończenie – Get All You Deserve – nie tyle ze względu na sam utwór, ale ten moment kiedy SW zniknął na chwilę ze sceny i wrócił w masce przeciwgazowej. Niby nic, niby pierdoła, ale był to akcent, o który by się Stefana wcześniej nie podejrzewało. Niestety z solowej trasy na solową trasę takich smaczków jest coraz mniej.

                                                    

Oczywiście, nie było tak teatralnie jak niektórzy sobie wyobrażali, ale właśnie. Czego tak naprawdę oczekiwaliśmy? Trudno powiedzieć, ale kiedy człowiek zaczyna sobie wymyślać, to nikt nie jest w stanie tym wyobrażeniom sprostać. Żadna strona nie jest tu winna.

Przyznam, że nawet cieszę się, że Stefana aż tak nie poniosło, bo łatwo tu było przekroczyć granicę kiczu. Po tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki Get All You Deserve, pojawiły się „napisy końcowe”, w których wymieni zostali wszyscy obecni na scenie muzycy. Z głośników powoli zaczęło sączyć się Bass Communion (tym razem Litany) i w takiej, nadal elektryzującej atmosferze opuszczaliśmy Eskulap. Do dziś uważam ten i Krakowski koncert za najlepsze solowe występy jakie Stefan u nas zagrał. Oczywiście, nie obyło się w Poznaniu bez wpadek, w końcu to był warm-up show. Muzykom zdarzały się pomyłki, a podczas Veneno Para Las Hadas Wilsonowi wysiadł laptop, który trzeba było zresetować, co przedłużyło środkową część utworu o jakąś minutę. Bosy wpadł w panikę, miotał się przy kompie jak oparzony i machał tylko ręką do pozostałych muzyków, aby grali dalej kończącą się właśnie sekcję. To są rzeczy, które dla nas były super (ostatecznie utwór był grany dłużej, a nic innego złego się nie stało), ale Stefan ewidentnie zesrał się w majty.
W tym wszystkim było jednak coś wyjątkowego. To był pierwszy solowy koncert Wilsona, atmosfera na scenie była z początku dosyć napięta, ale publiczność pokazała Stevenowi, że to wszystko działa, że jest dobrze. I nerwy puściły.
Wilson wielokrotnie wspominał potem ten koncert z wielką nostalgią. To był dla niego definitywny moment kiedy zrozumiał, że to wszystko wypaliło, a w perspektywie może wypalić jeszcze więcej.
Kwestia jest słodko gorzka, ponieważ był to też moment, w którym Wilson zrozumiał, że nie potrzebuje już Porcupine Tree. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale oklaskując gorąco Stefana w Eskulapie, ścinaliśmy Jeżodrzewie. Oczywiście piszę to pół żartem pół serio, ale ostatecznie stało się jak się stało.


                                                    


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Jutro będzie parę słów o Krakowie!

piątek, 13 listopada 2015

no-man: 2012 tour - część 3


               


Trasa wystartowała w Krakowie i jako, że był to jedyny koncert na trasie, na którym byłem, to i na nim się skoncentruję. Poza tym, że był to pierwszy występ no-man w Polsce, był to również początek najdłuższej trasy zespołu od 1993 roku. Dla muzyków była to pierwsza okazja aby odwiedzić nasz kraj (z wyjątkiem Wilsona, który grał tu wiele razy oraz Mike'a Bearparka, który w niemuzycznych okolicznościach zjawił się tutaj jeszcze w latach 90-tych).
no-man przyjechali na dzień przed koncertem zatem mieli trochę czasu aby zwiedzić miasto. Większość następnego dnia upłynęła na przygotowaniach do występu. Andy Booker pamięta, że na zapleczu czekała przygotowana dla nich: największa ilość jedzenia jaką kiedykolwiek widziałem przy tego typu okazji. Połowa wszystkiego, to były potrawy mięsne, a jako, że więcej niż połowa zespołu to wegetarianie, to zostało BARDZO dużo dla mnie!
Niestety Andrew nie miał zbyt dużo czasu aby się tym nacieszyć ponieważ był na trasie swoim własnym technicznym więc większość popołudnia spędził montując zestaw perkusyjny, jednocześnie bawiąc się z Ianem Bondem (inżynierem dźwięku na większości tras Stevena Wilsona) w quizy dotyczące jego mikrofonów.

         

Jako, że mieli grać pierwszy koncert na trasie, zespół odegrał prawie cały set na próbie. Pamiętam, że stojąc pod Studiem słyszałem fragmenty tej próby, w tym kilka ostrych spoilerów. W pewnym momencie pojawiły się problemy ze wzmacniaczem Stevena Wilsona, ale na szczęście techniczny imieniem Jason zdołał uratować sytuację i naprawić sprzęt. Po próbie generalnej, Pete Morgan rozstawił razem z Timem Carleyem sklepik i pomagał sprzedawać koszulki dopóki Carley nie oddelegował go na zaplecze aby zaczął przygotowywać się do koncertu. Steve Bingham pamięta, że atmosfera przed występem była zwyczajową mieszanką ekscytacji, wyczekiwania i odrobiny nerwów w związku z pierwszym koncertem.
Na pytanie o nerwy przed występem, Andy Booker odpowiedział: Osobiście, ulżyło mi, że w ogóle gramy. Po pierwsze, dlatego, że trasy no-man są bardzo rzadkie więc to świetne uczucie być częścią jednej z nich. Po drugie, do tego momentu mieliśmy za sobą tydzień intensywnych, frustrujących prób, które wymagały wiele zaangażowania i cierpliwości. Mając to wszystko za sobą, pierwszy koncert był prawdziwa ulgą.
Andy pamięta też jak podczas próby Tim wyskoczył nagle ze zmianami w aranżacji Warm-Up Man Forever. Cztery Godziny przed koncertem. Dzięki Tim! W trakcie wykonywania utworu na koncercie, Steven wymachiwał nam instrukcje.

                                     

Wydarzenie było w dużej mierze „siedzące”, ale na koncercie no-man chyba nikomu to nie przeszkadzało. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, zespół zaczął pojawiać się na scenie. Andy Booker: Jako, że utwór otwierający koncert (Together We're Stranger) jest powoli rozwijającym się ambientowym kawałkiem, na chwile przed koncertem wpadliśmy na pomysł aby każdy z nas wychodził z półminutowym odstępem w kolejności w jakiej zaczynaliśmy grać swoje partie. Wyszło rewelacyjnie i każdy z nas był oklaskiwany podczas wejścia na scenę. Steven Wilson wyszedł jako przedostatni (tak naprawdę jako
czwarty od końca - SWLive) i został ciepło powitany. Kiedy wyszedł Tim, aplauz zagrzmiał niczym piorun. Niezbyt często odczuwam nagłe napady radości w trakcie koncertów, ale wtedy go poczułem, głównie ze względu na Tima. Na tym etapie wiedzieliśmy już, że mamy przed sobą świetny koncert.

                                                   

I tak też było. Myślę, że każdy kto był tamtego wieczora w Klubie Studio, wyszedł z niego spełniony. Kilka utworów miało wtedy swoją premierę. The Warm-Up Man Forever (wtedy potencjalny nowy utwór no-man) wziął publiczność z zaskoczenia
ponieważ nikt nie spodziewał się premierowego materiału. Ze względu na to, kawałek uzyskał (jak to Tim ujął w swoim pamiętniku) najbardziej stłumioną reakcję wieczoru. Oprócz tego, dwie starsze kompozycje – Close Your Eyes i Back When You Were Beautiful, zostały zagrane na żywo po raz pierwszy, a Days In The Trees wykonano w oryginalnej (dłuższej) aranżacji, która nie pojawiła się na koncertach od 1993 roku! Więcej na temat poszczególnych utworów napisze w późniejszej części tekstu. Andy Booker potwierdził, że z nerwów zapomniał o swoich chórkach w Back When You Were Beautiful, na którym część publiczności (która nie rozpoznała piosenki w nowej aranżacji) zaczęła wiwatować przy refrenie.

                                                   
                                                   

Koniec końców, koncert wypadł doskonale, a no-man długo rozdawali po nim autografy i rozmawiali z fanami (z początku sam Tim w klubie, a potem już na jego tyłach wraz z całym zespołem). Pamiętam, że wyczekując na zespół za Studiem dzieliła nas od parkingu brama, która co chwila otwierała się i zamykała. W końcu zatrzymała się otwarta, a ja wraz ze znajomym Miłoszem odważyliśmy się bezczelnie wejść na teren zaplecza. Ktoś zobaczył nas przez okno i po chwili wyszedł do nas Steven Wilson (sam). Po jakimś czasie dołączyła do niego reszta (zarówno zespołu jak i fanów, którzy w napięciu czekali za otwarta bramą).
Tutaj muszę wtrącić pewną uwagę. Raz na jakiś czas widuję w recenzjach/relacjach/wywiadach związanych z no-man opinię, że Tim to człowiek, który nigdy się nie uśmiecha. Opowiedziałem o tym Bownessowi w sierpniu tego roku po koncercie w Inowrocławiu i (co było ironią ironi
i) zaśmiał się kiedy to usłyszał. Ale był tez zdziwiony i przyznam, że również nie wiem skąd biorą się takie opinie. Podczas koncertów Tim rzeczywiście nie wystawia zębów na światło, ale nie specjalnie wyobrażam sobie go śpiewającego swoje teksty z wielkim bananem na twarzy. Po koncercie w Krakowie, Tim aż cały chodził z uradowania. Śmiał się, dowcipkował i obiecał, że na następny koncert no-man, Polska nie będzie musiała czekać 25 lat. O jego wrażeniach można było potem poczytać w jego pamiętnikowych wpisach opublikowanych zaraz po zakończeniu trasy we wrześniu 2012 (http://timbowness.co.uk/no-man-2012-tour-diary/). Po prawie 3 latach, zapytany o koncert Tim napisał mi: Było wspaniale. Publiczność i samo doświadczenie było lepsze niż ktokolwiek z nas sobie zamarzył (oprócz Stevena, który grał już wcześniej w Krakowie). Entuzjazm i ciepło bijące od polskiej publiczności były bardzo poruszające. Nie pamiętam dokładnie czy występ udał się nam perfekcyjnie, ale nadal pozostaje dla mnie istotnym wydarzeniem w koncertowej historii no-man.

         

W następnym odcinku napiszę o tym jak przebiegła pozostała część trasy.

* zdjęcia - Mike Bearpark

czwartek, 4 grudnia 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.2: Chicago, Łódź i reszta świata.


Porcupine Tree wznowili trasę 5-tego lutego w australijskim Brisbane. Wszystkie niespodzianki z Mumbaiu poznikały, a setlista na krainę kangurów trzymała się standardów jesiennego zestawu. Sytuacja nie zmieniła się na trzech koncertach w Meksyku chociaż na repertuar i tak nie można było narzekać.
International popstars zaliczyli 17-tego kwietnia występ na słynnym festiwalu Coachella (w amerykańskim Indio), zagrali bardzo krótki set, który odznaczył się jednak obecnością Halo. Koncert ten zainaugurował drugi objazd po USA w ramach The Incident Tour, póki co jednak bez większych zmian w setliscie. Jeżodrzewie wprawdzie kombinowali z ustawieniem (np. Russia on Ice i Buying New Soul na jednym koncercie, dokładnie 21.04 w Houston), ale komponenty cały czas dobierali z zeszłorocznej jesiennej puli. Dopiero 25-tego kwietnia w Tampie Amerykanie dostali coś nowego w postaci Hatesong i Halo. Zabawne, że w kontekście The Incident Tour, utwory te wydają się być niespodzianką, ale w rzeczywistości Hatesong nie ominęło żadnej trasy od momentu powstania, podobnie zresztą Halo. Ten pierwszy wrócił dopiero 30-tego kwietnia na koncercie w Chicago, nie bez powodu ponieważ koncert był rejestrowany. Swego czasu fani, którzy byli w Riviera Theater relacjonowali, że były tam obecne kamery, i że koncert zostanie najprawdopodobniej wydany na dvd.


                                     

                                     

Było to o tyle dziwne, że dobrana setlista zawierała potwornie dużo powtórzeń względem poprzednich tego typu wydawnictw (oczywiście z wyjątkiem Incydentu). Obecność Stars Die również niczego nie gwarantowała co przerobiliśmy już przy okazji dvd/bd Anesthetize. Jak się sprawa zakończyła teraz już wiemy, ale przez długi czas nagranie z Chicago było widmem i większość osób założyła, że ten materiał nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ktoś nawet podczas trasy zapytał o to Wesa, a on stwierdził, że raczej tego nie wydadzą i nagranie mają dla siebie na pamiątkę. Warto jednak pamiętać, że w 2009 Wes wspominał też, że w ogóle nie będzie rejestracji koncertu na tej trasie bo jest to za droga impreza. Do pewnego stopnia nie kłamał ponieważ występ w Chicago był filmowany mniejszą ilością i to znacznie tańszego sprzętu niż miało to miejsce dwa lata wcześniej w Tilburgu. Do tego sam występ z 2008 był jeszcze w fazie montażu i Porcupine Tree nie myśleli pewnie o kolejkowaniu sobie wydawnictw (co jednak z dzisiejszej perspektywy smuci).

                                                    

Niewiele brakowało, a zapewne o Chicago nigdy byśmy już nie usłyszeli ponieważ Wilson zawetował wydanie dvd Octane Twisted. Na szczęście reszta zespołu go przegłosowała i wydawnictwo się ukazało, ale Stefan strzelał fochami gdzie tylko się dało (do czego dojdę w dalszej części tekstu). Zespół wywalił większość utworów, które pokrywały się z poprzednimi dvd (czyli Lazarus, Normal, Blackest Eyes i Trains) a lukę zapełnili nagraniami ze specjalnego koncertu w Royal Albert Hall (do którego też dobrnę). Piszę oczywiście o płytach audio ponieważ w wersji video dostaliśmy tylko The Incident na żywo. Widać, że zrealizowano to nagranie ze znacznie mniejszym rozmachem niż w przypadku koncertu w Tilburgu.
Wracając jednak do amerykańskiej drugiej nogi, Porcupine Tree cisnęli dalej ten sam repertuar z okazjonalnymi wykonaniami Hatesong i Halo. Oczywiście pula była na tyle duża, że nie grali nigdy takiego samego koncertu dzień po dniu, ale jednak z perspektywy tego tekstu zaczyna się powoli robić nudno. Póki co, okazało się, że amerykanie jako ostatni mieli okazję zobaczyć The Incident w całości (11.05 w Richmond). Plany były oczywiście inne, ale jak to z planami bywa, trudno je czasami zrealizować. Porcupine Tree zrobili sobie przed powrotem do Europy prawie miesięczną przerwę.
Kiedy wrócili na scenę koncertem w norweskim Bergen (9.06) okazało się, że Incydent został rozbity na kawałki (z czego spora ilość wyleciała) robiąc więcej miejsca na starsze kawałki. Tak więc:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Lazarus
07. The Sound of Muzak
08. The Start of Something Beautiful
09. Time Flies
10. Degree Zero of Liberty
11. Octane Twisted
12. The Séance
13. Circle of Manias
….
14. Hatesong
15. Russia on Ice
16. The Pills I'm Taking
17. Stars Die
18. Way Out of Here
19. Normal
20. Bonnie the Cat
…...
21. Blackest Eyes

Taka setlista utrzymała się przez jakiś czas przy czym w większości przypadków była skracana (czasem nawet do dziesięciu utworów) ponieważ Porcupine Tree grali na letnich festiwalach. Zespół odważnie wywalił z zestawu Trains, być może żeby nie karmić festiwalowej publiczności oczywistymi „hitami”. Jeżodrzewie zagrali między innymi na festiwalach w Roskilde, w Werchter czy na Download Festival.
Pełne koncerty powróciły wraz z występem w Tel Avivie (07.07), na którym w końcu wcielono jakieś śmielsze zmiany:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Lazarus
07. Hatesong
08. The Sound of Muzak
09. Russia on Ice
10. The Pills I'm Taking
11. Dark Matter
12. Blackest Eyes
….
13. Time Flies
14. Degree Zero of Liberty
15. Octane Twisted
16. The Séance
17. Circle of Manias
18. Way Out of Here
19. Normal
20. Bonnie the Cat
…...
21. Trains
22. Halo

Fani z Izraela jako pierwsi na tej trasie dostają w prezencie Dark Matter. Zespół sam był już ewidentnie znudzony graniem ciągle tych samych utworów. Kolejne dwa występy miały charakter festiwalowy (i krótszy set), ale ważnym dla nas koncertem w Łodzi (17.07) Porcupine Tree pokazali, że potrafią jeszcze zaskoczyć. Polski zestaw był nie tylko niecodzienny, ale obfitował w pewną istotną niespodziankę:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Hatesong
07. Pure Narcotic
08. Russia on Ice
09. The Pills I'm Taking
10. Dark Matter
….
11. Time Flies
12. Degree Zero of Liberty
13. Octane Twisted
14. The Séance
15. Circle of Manias
16. Buying New Soul
17. Way Out of Here
18. Normal
19. Bonnie the Cat
…...
20. Trains



Gwiazdą wieczoru było oczywiście Pure Narcotic, które przesiedziało na wygnaniu 7 lat. Z tej okazji Wilson pomylił tekst, zresztą później w The Seance zapomniał go w ogóle (z czego wybrnął szerokim uśmiechem). Kiedy zespół zagrał Russia on Ice byłem pewien, że ostatnia nadzieja na Buying New Soul została pogrzebana. Okazało się jednak, że Porcupine Tree wyciągnęli ten utwór w dalszej części setu, niestety z niewiadomych przyczyn pomijając intro Ryśka. Było to jak dotąd ostatnie wykonanie Buying New Soul. Oryginalna wydrukowana setlista miała 21 utworów, brakującym elementem było znajdujące się na szarym końcu Halo. Pominięto je względu na uciążliwą temperaturę panującą na sali w Wytwórni. Z pewnych względów pamiętam ten dzień wyjątkowo dobrze, był to prawdopodobnie szczyt temperaturowy tamtego lata. Sam Wilson był zaskoczony tak dobrą pogodą w Polsce. Niestety temperatura była tak wysoka, że klimatyzacja po prostu nie była w stanie sprostać sytuacji, zgrzani byli wszyscy, fani i zespół. Trains PT zagrali resztką sił i w ostatniej chwili zrezygnowali z Halo. Podczas kabaretowej części tego pierwszego utworu, ktoś z realizatorki się pospieszył i na kilka sekund włączył sekwesner do Halo. Tyle mieliśmy z tego utworu. Tak czy inaczej koncert w Łodzi pokazał, że Porcupine Tree kombinują. Że szykują się do tych specjalnych koncertów, i że te przygotowania potrzebują faktycznego road-testu. Występ w Polsce był jednym z niewielu pełnych występów jakie Jeżodrzewie zagrali w Europie w tamtym okresie zdominowanym przez festiwale. Regularna trasa wróciła na tory wraz z trzecim objazdem po USA i dopiero te koncerty pokazały, że PT nie żartowali mówiąc o wyjątkowości nadchodzących specjalnych wieczorów. Na koncercie w San Francisco (11.08) zagrano:

01. Even Less (pełna wersja)
02. Great Expectations
03. Kneel and Disconnect
04. Drawing the Line
05. Open Car
06. Russia on Ice
07. The Pills I'm Taking
08. Stars Die
09. Wedding Nails
….
10. Time Flies
11. Degree Zero of Liberty
12. Octane Twisted
13. The Séance
14. Circle of Manias
15. I Drive the Hearse
16. Way Out of Here
17. Normal
18. Sleep Together
…...
19. Pure Narcotic
20. Blackest Eyes

Amerykanie byli świadkami największej zmiany w secie na tej trasie, a zaprezentowany materiał robił wrażenie. Even Less w pełnej wersji nie pojawiło się na koncertach Porcupine Tree od czasu rzymskich występów na początku 1999 roku (zatem był to również debiut Gavina w drugiej części utworu). Open Car, które zaliczyło pojedynczy występ w Mumbaiu, tym razem otrzymało też dodatkowy mostek. Wedding Nails i Sleep Together nie były grane od jesiennej trasy w 2008 roku, zaś Pure Narcotic zagrano po raz drugi od czasu In Absentia Tour (2003). Jeśli chodzi o przedstawicieli Incydentu, duet Occam's Razor/The Blind House ustąpił zagranemu w dalszej części setu I Drive The Hearse. Fani z San Francisco nie mieli na co narzekać (choć zapewne wiele osób nie zauważyło wiekopomnych zmian w repertuarze z uwagi na brak Trains). Następne koncerty odbyły się w ramach wspólnej mini trasy z Coheed and Cambria, oznaczało to w skrócie, że każdy z zespołów miał dla siebie tyle samo czasu, a co za tym idzie, nie było go wiele. Porcupine Tree żonglowali zatem różnymi utworami, Even Less wróciło na ławkę, a koncerty znów otwierało Occam's Razon/The Blind House. Przykładowy set wyglądał tak:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. Open Car
07. The Sound of Muzak
08. The Pills I'm Taking
09. I Drive the Hearse
10. Blackest Eyes
11. The Start of Something Beautiful
12. Way Out of Here
13. Sleep Together

Trasa z CaC trwała do końca sierpnia, po czym zespół wrócił do Europy na dwa koncerty w Grecji. Podczas tych występów PT próbowali to i owo, ale nie za dużo. Even Less w pełnej wersji pojawiło się raz w Thessaloniki.
W następnym wpisie będzie o dwóch koncertach specjalnych, oraz o mini europejskiej trasie, którą między te koncerty wciśnięto.