Jak
na względnie krótką trasę, to wybór bootlegów jest dosyć
przyzwoity. Pierwsze dwa koncerty (Poznań 20.10.2011 r. i Kraków
21.10.2011 r.) nagrywałem sam i jak dotąd nie słyszałem żadnych
innych rejestracji tych występów. Jakość tych bootlegów jest
średnia, sprzęt był nowy, a ja cały czas eksperymentowałem z
ustawieniami i wyszło jak wyszło. Inna sprawa, że miałem swoje 5
minut fejmu kiedy udostępniłem te nagrania na Demonoid, w końcu to
były pierwsze solowe występy Stefana w ogóle i sporo osób czekało
na te bootlegi jak dzieci na Wigilię. Jako, że nie ma żadnych
substytutów, to nieskromnie polecam moje nagrania jako jedyną
pamiątkę scenicznego debiutu Stefana solo na małej i dużej
scenie. Jeżeli ktoś posiada alternatywne bootlegi, to proszę o
kontakt.
Niemcy nie dali ciała. Z czterech koncertów
jakie SW zagrał u nich w 2011 r, posiadam trzy bootlegi z dwóch
koncertów (Monachium 23.10.2011 r. i Hamburg 28.11.2011 r., z czego
Monachium nagrały dwie osoby). Każde z tych nagrań ma swoje wady i
zalety, ale generalnie są miłe dla ucha.
Równie dobra
jest rejestracja z koncertu w Londynie (31.10.2011 r.). Jest to
ostatni koncert zagrany w oryginalnym składzie solo bandu (z Azizem
Ibrahimem) więc warto go mieć.
Następne dwa bootlegi również
są swego rodzaju rarytasami, bo to jedyne nagrania z
Amerykańsko/Kanadyjskiej części trasy jakie posiadam (i być może
jedyne dostępne w szerszym obiegu). W skrócie, to jedyne bootlegi,
na których możemy usłyszeć Johna Wesleya. Każdy gitarzysta,
który był członkiem zespołu Stefana miał trochę inne podejście
do tych samych utworów i fajnie jest porównać, to jak te kawałki
się ze względu na to zmieniały. Wes, tak jak pisałem już
wcześniej, doskonale dawał radę. Do słuchania mamy Boston
(13.11.2011 r.) i Montreal (15.11.2011 r.). Oba bootlegi są bardzo
przyzwoitej jakości. Wiem, że te opisy wyglądają tak samo, ale
taka była ta trasa. Na tym etapie zmian w setliście nie było,
zachowanie Wilsona było praktycznie identyczne każdego wieczora, a
jakość bootlegów wyjątkowo równa.
Rok 2012 przynosi
pewne zmiany. Po pierwsze, mamy tu pierwszą transmisję radiową z
koncertu SW. I to nie jakieś fragmenty, ale całość (ok, brakuje
akustycznych kawałków PT). Radiowym rodzynkiem jest występ z
Santiago (18.04.2012 r.). Niestety mimo że była to profesjonalna
transmisja, to samo nagranie brzmi trochę mniej pro. Jest
przesterowane, momentami ostro trzeszczy, przypomina trochę tego
typu nagrania z lat 90tych. Nie ma jednak co marudzić, bo to jedyny
broadcast z całej trasy i do czasu wydania dvd „Get All You
Deserve”, to było jedyne pełne profesjonalne nagranie z solo
koncertów, nie wspominając o obecności nowego kawałka (Luminol).
Pozostały jeszcze dwa bootlegi, Tilburg (2.05.2012 r.) oraz drugi
Londyn (15.05.2012 r.).
Zwłaszcza ten drugi wart jest uwagi, bo
zawiera wykonanie utworu „Insurgentes”. Niektóre kawałki trochę
się pozmieniały, nie tylko ze względu na kolejną zmianę na
miejscu gitarzysty (Niko Tsonev), ale też ze względu na
zdecydowanie śmielsze działania zespołu. Np. panowie zorientowali
się, że solo Beggsa w „No Part Of Me” jest trudne do
odtworzenia na żywo tak żeby ktokolwiek coś z tego usłyszał. Adam
Holzman dołożył więc w tym miejscu solo na moogu. Pojawiło się
jeszcze kilka naprawdę drobnych zmian, ale był one ograniczone ze
względu na to, że każdy utwór był idealnie dopasowany do
projekcji (co zawsze uważałem za koszmarnie ograniczające).
I
to tyle. Na jesieni 2012 r. otrzymaliśmy z tej trasy oficjalne dvd.
Zawsze uważałem, że Stevena Wilsona lepiej się słucha niż
ogląda (może z wyjątkiem „Anesthetize”, które jest doskonałe
pod każdym względem). Niestety, najbardziej odczułem to oglądając
„Get All You Deserve”. O ile muzyka jest świetna, to oglądanie
Stefana machającego rękami jak pajac i czarującego dłońmi jak
Harry Potter, nie stanowi dla mnie źródła przyjemności, raczej
zażenowania. Z Wilsona zrobił się taki Piotr Rogucki angielskiego
prog-rocka, niektórym to się pewnie podoba, ale ja wolałem kiedy
miał łapy przyklejone do gitary i nie mógł sobie
folgować. Szczytem było czołganie się po ziemi w trakcie
„Index” w 2013 r., ale do tego dojdziemy przy okazji TEJ trasy
(niecierpliwym polecam wideo Index z Lorelay z 2013 r.).
Tak
czy inaczej, po przeczytaniu serii tekstów o „Grace For Drowning
Tour” (An Evening With Steven Wilson), powinniście wiedzieć już
całkiem sporo o tym jak to wyglądało i jakie pamiątki z tego
zostały.
To była ciekawa trasa. Najkrótsza w Stefana
solowej karierze, ale w tym czasie zdążył dwukrotnie zmienić
gitarzystę, dorzucić Amerykę południową i niespodziewany drugi
europejski leg.
Zagrał niewiele ponad 40 koncertów (obecnie
kończy trasę, która zawiera ponad 150 dat), ale to fantastyczne
koncerty. Jeżeli chodzi o solowe wyczyny Wilsona, to czeka nas teraz
trasa Raven, ale to już w przyszłym roku. Na ten rok zaplanowałem
jeszcze kilka tekstów, ale na razie chichosza.
Koncert
w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy,
był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala
Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko
automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się
porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między
Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać
z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu
kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć.
Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego
występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena
była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z
muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy
ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było
dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni
na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie
nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się
nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej
pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił
się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała
się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali
wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat,
czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale
miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem
wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię.
Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse
Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z
tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych
trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po
oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).
Kiedy staliśmy pod
sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i
zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na
Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba
polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie
było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to
wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było
większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii
laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się
głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby
publiczność. Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.
Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.
Stefan trochę się wyluzował, zagadywał
publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty,
jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych,
które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno
w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te
występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był
tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i
autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie
zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla
muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć
na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale
nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała
w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index
stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie
przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale
myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że
tamte koncerty były najlepsze.
Setlista
01.
No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03.
Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06.
Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08.
Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No
Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II
…
13.
Get All You Deserve
Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.
Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.
I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszowałw internecie i myślami był na kolejnym koncercie.
Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.
Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.
Turnus rozpoczynał się dwoma koncertami w Polsce. To były pierwsze
koncerty na trasie, ale też pierwsze koncerty solowe Stefana w
ogóle. Spekulacje dotyczące setlisty nie miały końca, mimo że
pula utworów była ograniczona do Insurgentes i Grace for Drowning
(typowano też utwory z CV).
Największym pytaniem jakie się
wtedy nasuwało na myśl było – czy zagra Raidera II? Wszystko
związane z tymi koncertami było owiane tajemnicą, co było
naprawdę odświeżające w przypadku SW. Bosy wcześniej
zapowiedział, że odgrywany będzie tylko materiał solo, żadnego
Porcupine Tree, Blackfield, itd., co cieszyło.
20tego
października pojawiłem się w Poznaniu gotowy na niespodziewane.
Niestety Stefan (nieświadomie) spalił kilka niespodzianek ludziom,
którzy przyszli godzinę wcześniej aby zająć dobre miejsca pod
sceną. Nie było nas dużo, ale słyszeliśmy obszerny fragment
próby, w tym Raidera II i Get All You Deserve. Koło wejścia kręcił
się Nick Beggs. Kiedy wpuszczono ludzi do środka, można było
zaobserwować pierwsze „atrakcje” wieczoru.
Słynna szmata
wisiała już dumnie zasłaniając scenę. Eskulap to mały klub
(przynajmniej w porównaniu z Halą Wisły), a spod sceny już
kompletnie nie widziałem tego, że na szmacie wyświetlany jest
film. Koncert był niejako reklamowany jako rozgrzewkowy, wszystko
było nowe zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Z głośników
leciało Bass Communion, utwór z Cenotaph, którego jeszcze nikt nie
znał (płyta miała być dostępna na trasie, ale spóźniono się z
wydaniem).
Muszę przyznać, że trik działał, atmosfera była
rzeczywiście mistyczna, a oczekiwania puchły coraz bardziej. W
końcu na scenę zaczęli wchodzić muzycy. Najpierw Marco Minneman,
który zaczął wybijać rytm No Twilight In The Court of The Sun.
Dopiero kiedy Nick Beggs wszedł i zaczął grać swój motyw,
poznałem co to za utwór. Następnie, w odpowiednich odstępach,
pojawili się Adam Holzman, Aziz Ibrahim i Theo Travis. Na końcu
wyszedł Steven Wilson.
Przyznam, że kiedy jeszcze dwa lata
wcześniej wyobrażałem sobie ewentualne koncerty Stefana, to zawsze
wyobrażałem sobie jak gra ten utwór. I dalej poszło już z górki.
Koncert był rzeczywiście pełen ciekawych, świeżych jak na Wilsona elementów. Zniekształcony głos podczas zapowiedzi
Index, robił wrażenie (na kolejnej trasie już dużo mniej,
zwłaszcza, że Bosy za bardzo się rozgadywał tym niskim głosem i
wychodziło śmiesznie, a nie klimatycznie). Pamiętam, że nie do
końca byłem pewien, czy to co słyszałem faktycznie słyszałem, czy
nie. Wszystko było zaskoczeniem. Po kilku kawałkach zacząłem się
zastanawiać, czy ta szmata będzie wisiała przez cały koncert.
Chwilę później już jej nie było, spadła w trakcie Sectariana
(co stało się potem tradycją, również trochę zbyt wymaglowaną
by robiła takie same wrażenie). Aziz Ibrahim miał na palcach
migające lasery, co wyglądało dosyć fajnie (zwłaszcza kiedy
jeszcze wisiała szmata).
Projekcje Lasse’go nie były zbyt
dobrze widoczne (jednak Eskulapowa scena jest mikroskopijna w
porównaniu, do tych, na których Stefan grał w przyszłości), ale
były w porządku. Nie przekraczały pewnej granicy (tak jak zbyt absorbujące filmy z trasy HCE), były
dobrym dopełnieniem tego co działo się na scenie i nie odwracały
uwagi od muzyków.
Skład robił wtedy wrażenie. Zwłaszcza
muszę tutaj wyróżnić dwie osoby. Po pierwsze, Theo Travis, który
wniósł do koncertu z udziałem Stefana nieobecne dotychczas
instrumentarium (nie licząc jednego gościnnego występu w 1997 r.),
zrobił olbrzymią różnicę w brzmieniu. Do dziś uważam, że to
najlepszy muzyk jakiego Stefan kiedykolwiek miał u siebie w solo
bandzie.
Drugą osobą jest Aziz Ibrahim. Niech mi nikt nie
próbuje wcisnąć, że Guthrie Govan jest lepszym gitarzystą. Aziz
okazał się mieć niesamowite wręcz wyczucie, a oryginalne,
pobrzmiewające bliskim wschodem wstawki (np. solo w Abandonerze)
dodały tylko kolorytu. Tym bardziej przykro mi, że pożegnał się
on ze składem w dosyć kretyńskich okolicznościach (o czym będzie
później).
Raider II został zagrany. Już samo to wydawało
się wtedy czymś trudnym do osiągnięcia. No i zakończenie – Get
All You Deserve – nie tyle ze względu na sam utwór, ale ten
moment kiedy SW zniknął na chwilę ze sceny i wrócił w masce
przeciwgazowej. Niby nic, niby pierdoła, ale był to akcent, o który
by się Stefana wcześniej nie podejrzewało. Niestety z solowej
trasy na solową trasę takich smaczków jest coraz mniej.
Oczywiście, nie było tak teatralnie jak niektórzy sobie
wyobrażali, ale właśnie. Czego tak naprawdę oczekiwaliśmy?
Trudno powiedzieć, ale kiedy człowiek zaczyna sobie wymyślać, to
nikt nie jest w stanie tym wyobrażeniom sprostać. Żadna strona nie
jest tu winna.
Przyznam, że nawet cieszę się, że Stefana aż
tak nie poniosło, bo łatwo tu było przekroczyć granicę kiczu. Po
tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki Get All You Deserve, pojawiły
się „napisy końcowe”, w których wymieni zostali wszyscy obecni
na scenie muzycy. Z głośników powoli zaczęło sączyć się Bass
Communion (tym razem Litany) i w takiej, nadal elektryzującej
atmosferze opuszczaliśmy Eskulap. Do dziś uważam ten i Krakowski
koncert za najlepsze solowe występy jakie Stefan u nas zagrał.
Oczywiście, nie obyło się w Poznaniu bez wpadek, w końcu to był
warm-up show. Muzykom zdarzały się pomyłki, a podczas Veneno Para
Las Hadas Wilsonowi wysiadł laptop, który trzeba było zresetować,
co przedłużyło środkową część utworu o jakąś minutę. Bosy
wpadł w panikę, miotał się przy kompie jak oparzony i machał
tylko ręką do pozostałych muzyków, aby grali dalej kończącą
się właśnie sekcję. To są rzeczy, które dla nas były super
(ostatecznie utwór był grany dłużej, a nic innego złego się nie
stało), ale Stefan ewidentnie zesrał się w majty.
W tym
wszystkim było jednak coś wyjątkowego. To był pierwszy solowy
koncert Wilsona, atmosfera na scenie była z początku dosyć
napięta, ale publiczność pokazała Stevenowi, że to wszystko
działa, że jest dobrze. I nerwy puściły.
Wilson
wielokrotnie wspominał potem ten koncert z wielką nostalgią. To
był dla niego definitywny moment kiedy zrozumiał, że to wszystko
wypaliło, a w perspektywie może wypalić jeszcze więcej.
Kwestia
jest słodko gorzka, ponieważ był to też moment, w którym Wilson
zrozumiał, że nie potrzebuje już Porcupine Tree. Wtedy tego nie
wiedzieliśmy, ale oklaskując gorąco Stefana w Eskulapie,
ścinaliśmy Jeżodrzewie. Oczywiście piszę to pół żartem pół
serio, ale ostatecznie stało się jak się stało.
Setlista
01.
No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03.
Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06.
Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08.
Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No
Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II
…
13.
Get All You Deserve
Trasa
wystartowała w Krakowie i jako, że był to jedyny koncert na
trasie, na którym byłem, to i na nim się skoncentruję. Poza tym,
że był to pierwszy występ no-man w Polsce, był to również
początek najdłuższej trasy zespołu od 1993 roku. Dla muzyków
była to pierwsza okazja aby odwiedzić nasz kraj (z wyjątkiem
Wilsona, który grał tu wiele razy oraz Mike'a Bearparka, który w
niemuzycznych okolicznościach zjawił się tutaj jeszcze w latach
90-tych). no-man
przyjechali na dzień przed koncertem zatem mieli trochę czasu aby
zwiedzić miasto. Większość następnego dnia upłynęła na
przygotowaniach do występu. Andy Booker pamięta, że
na zapleczu czekała przygotowana dla nich: największa
ilość jedzenia jaką kiedykolwiek widziałem przy tego typu okazji.
Połowa wszystkiego, to były potrawy mięsne, a jako, że więcej
niż połowa zespołu to wegetarianie, to zostało BARDZO dużo dla
mnie! Niestety Andrew nie miał zbyt dużo czasu aby się tym
nacieszyć ponieważ był na trasie swoim własnym technicznym więc
większość popołudnia spędził montując zestaw perkusyjny, jednocześnie bawiąc się z Ianem Bondem (inżynierem dźwięku na
większości tras Stevena Wilsona) w quizy dotyczące jego
mikrofonów.
Jako,
że mieli grać pierwszy koncert na trasie, zespół odegrał prawie
cały set na próbie. Pamiętam, że stojąc pod Studiem słyszałem fragmenty tej próby, w tym kilka ostrych spoilerów. W pewnym momencie pojawiły się problemy ze
wzmacniaczem Stevena Wilsona, ale na szczęście techniczny imieniem
Jason zdołał uratować sytuację i naprawić sprzęt. Po próbie
generalnej, Pete Morgan rozstawił razem z Timem Carleyem sklepik i
pomagał sprzedawać koszulki dopóki Carley nie oddelegował go na
zaplecze aby zaczął
przygotowywać się do koncertu. Steve
Bingham pamięta, że atmosfera przed występem była zwyczajową
mieszanką ekscytacji, wyczekiwania i odrobiny nerwów w związku z
pierwszym koncertem.
Na pytanie o nerwy przed występem, Andy
Booker odpowiedział: Osobiście, ulżyło mi, że w ogóle gramy.
Po pierwsze, dlatego, że trasy no-man są bardzo rzadkie więc to
świetne uczucie być częścią jednej z nich. Po drugie, do tego
momentu mieliśmy za sobą tydzień intensywnych, frustrujących
prób, które wymagały wiele zaangażowania i cierpliwości. Mając
to wszystko za sobą, pierwszy koncert był prawdziwa ulgą. Andy
pamięta też jak podczas próby Tim wyskoczył nagle ze zmianami w
aranżacji Warm-Up Man Forever. Cztery Godziny przed koncertem.
Dzięki Tim! W trakcie wykonywania utworu na koncercie, Steven
wymachiwał nam instrukcje.
Wydarzenie było w dużej mierze
„siedzące”, ale na koncercie no-man chyba nikomu to nie
przeszkadzało. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, zespół zaczął pojawiać się na scenie. Andy Booker: Jako, że utwór
otwierający koncert (Together We're Stranger) jest powoli
rozwijającym się ambientowym kawałkiem, na chwile przed koncertem
wpadliśmy na pomysł aby każdy z nas wychodził z półminutowym
odstępem w kolejności w jakiej zaczynaliśmy grać swoje partie.
Wyszło rewelacyjnie i każdy z nas był oklaskiwany podczas wejścia
na scenę. Steven Wilson wyszedł jako przedostatni (tak naprawdę
jako czwarty
od końca
- SWLive)
i został ciepło powitany. Kiedy wyszedł Tim, aplauz zagrzmiał
niczym piorun. Niezbyt często odczuwam nagłe napady radości w
trakcie koncertów, ale wtedy go poczułem, głównie ze względu na
Tima. Na tym etapie wiedzieliśmy już, że mamy przed sobą świetny
koncert.
I tak też było. Myślę, że każdy kto był
tamtego wieczora w Klubie Studio, wyszedł z niego spełniony. Kilka
utworów miało wtedy swoją premierę. The Warm-Up Man Forever
(wtedy potencjalny nowy utwór no-man) wziął publiczność z
zaskoczenia ponieważ
nikt nie spodziewał się premierowego materiału. Ze względu na to,
kawałek uzyskał (jak to Tim ujął w swoim pamiętniku) najbardziej
stłumioną reakcję wieczoru. Oprócz
tego, dwie starsze kompozycje – Close Your Eyes i Back When You
Were Beautiful, zostały zagrane na żywo po raz pierwszy, a Days In
The Trees wykonano w oryginalnej (dłuższej) aranżacji, która
nie pojawiła się na koncertach od 1993 roku!
Więcej
na temat poszczególnych utworów napisze w późniejszej części
tekstu. Andy
Booker potwierdził, że z nerwów zapomniał o swoich chórkach w
Back When You Were Beautiful, na którym część publiczności
(która nie rozpoznała piosenki w nowej aranżacji) zaczęła
wiwatować przy refrenie.
Koniec
końców, koncert wypadł doskonale, a no-man długo rozdawali po nim
autografy i rozmawiali z fanami (z początku sam Tim w klubie, a
potem już na jego tyłach wraz z całym zespołem). Pamiętam, że
wyczekując na zespół za Studiem dzieliła nas od parkingu brama,
która co chwila otwierała się i zamykała. W końcu zatrzymała
się otwarta, a ja wraz ze znajomym Miłoszem odważyliśmy się
bezczelnie wejść na teren zaplecza. Ktoś zobaczył nas przez okno
i po chwili wyszedł do nas Steven Wilson (sam). Po jakimś czasie
dołączyła do niego reszta (zarówno zespołu jak i fanów, którzy
w napięciu czekali za otwarta bramą).
Tutaj muszę wtrącić
pewną uwagę. Raz na jakiś czas widuję w
recenzjach/relacjach/wywiadach związanych z no-man opinię, że Tim
to człowiek, który nigdy się nie uśmiecha. Opowiedziałem o tym
Bownessowi w sierpniu tego roku po koncercie w Inowrocławiu i (co
było ironią ironii)
zaśmiał się kiedy to usłyszał. Ale był tez zdziwiony i
przyznam, że również nie wiem skąd biorą się takie opinie.
Podczas koncertów Tim rzeczywiście nie wystawia zębów na światło,
ale nie specjalnie wyobrażam sobie go śpiewającego swoje teksty z
wielkim bananem na twarzy. Po koncercie w Krakowie, Tim aż cały
chodził z uradowania. Śmiał się, dowcipkował i obiecał, że na
następny koncert no-man, Polska nie będzie musiała czekać 25 lat.
O
jego wrażeniach można było potem poczytać w jego pamiętnikowych
wpisach opublikowanych zaraz po zakończeniu trasy we wrześniu 2012 (http://timbowness.co.uk/no-man-2012-tour-diary/).
Po prawie 3 latach, zapytany o koncert Tim napisał mi: Było
wspaniale. Publiczność i samo doświadczenie było lepsze niż
ktokolwiek z nas sobie zamarzył (oprócz Stevena, który grał już
wcześniej w Krakowie). Entuzjazm i ciepło bijące od polskiej
publiczności były bardzo poruszające. Nie pamiętam dokładnie czy
występ udał się nam perfekcyjnie, ale nadal pozostaje dla mnie
istotnym wydarzeniem w koncertowej historii no-man.
W następnym odcinku napiszę o tym jak przebiegła pozostała część trasy.
Porcupine
Tree wznowili trasę 5-tego lutego w australijskim Brisbane.
Wszystkie niespodzianki z Mumbaiu poznikały, a setlista na krainę
kangurów trzymała się standardów jesiennego zestawu. Sytuacja nie
zmieniła się na trzech koncertach w Meksyku chociaż na repertuar i
tak nie można było narzekać. International popstars zaliczyli
17-tego kwietnia występ na słynnym festiwalu Coachella (w
amerykańskim Indio), zagrali bardzo krótki set, który odznaczył
się jednak obecnością Halo. Koncert ten zainaugurował drugi
objazd po USA w ramach The Incident Tour, póki co jednak bez
większych zmian w setliscie. Jeżodrzewie wprawdzie kombinowali z
ustawieniem (np. Russia on Ice i Buying New Soul na jednym koncercie,
dokładnie 21.04 w Houston), ale komponenty cały czas dobierali z
zeszłorocznej jesiennej puli. Dopiero 25-tego kwietnia w Tampie
Amerykanie dostali coś nowego w postaci Hatesong i Halo. Zabawne, że
w kontekście The Incident Tour, utwory te wydają się być
niespodzianką, ale w rzeczywistości Hatesong nie ominęło żadnej
trasy od momentu powstania, podobnie zresztą Halo. Ten pierwszy
wrócił dopiero 30-tego kwietnia na koncercie w Chicago, nie bez
powodu ponieważ koncert był rejestrowany. Swego czasu fani, którzy
byli w Riviera Theater relacjonowali, że były tam obecne kamery, i
że koncert zostanie najprawdopodobniej wydany na dvd.
Było to o
tyle dziwne, że dobrana setlista zawierała potwornie dużo
powtórzeń względem poprzednich tego typu wydawnictw (oczywiście z
wyjątkiem Incydentu). Obecność Stars Die również niczego nie
gwarantowała co przerobiliśmy już przy okazji dvd/bd Anesthetize.
Jak się sprawa zakończyła teraz już wiemy, ale przez długi czas
nagranie z Chicago było widmem i większość osób założyła, że
ten materiał nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ktoś nawet
podczas trasy zapytał o to Wesa, a on stwierdził, że raczej tego
nie wydadzą i nagranie mają dla siebie na pamiątkę. Warto jednak
pamiętać, że w 2009 Wes wspominał też, że w ogóle nie będzie
rejestracji koncertu na tej trasie bo jest to za droga impreza. Do
pewnego stopnia nie kłamał ponieważ występ w Chicago był
filmowany mniejszą ilością i to znacznie tańszego sprzętu niż
miało to miejsce dwa lata wcześniej w Tilburgu. Do tego sam występ
z 2008 był jeszcze w fazie montażu i Porcupine Tree nie myśleli
pewnie o kolejkowaniu sobie wydawnictw (co jednak z dzisiejszej
perspektywy smuci).
Niewiele brakowało, a zapewne o Chicago
nigdy byśmy już nie usłyszeli ponieważ Wilson zawetował wydanie
dvd Octane Twisted. Na szczęście reszta zespołu go przegłosowała
i wydawnictwo się ukazało, ale Stefan strzelał fochami gdzie tylko
się dało (do czego dojdę w dalszej części tekstu). Zespół
wywalił większość utworów, które pokrywały się z poprzednimi
dvd (czyli Lazarus, Normal, Blackest Eyes i Trains) a lukę zapełnili
nagraniami ze specjalnego koncertu w Royal Albert Hall (do którego
też dobrnę). Piszę oczywiście o płytach audio ponieważ w wersji
video dostaliśmy tylko The Incident na żywo. Widać, że
zrealizowano to nagranie ze znacznie mniejszym rozmachem niż w
przypadku koncertu w Tilburgu. Wracając jednak do amerykańskiej
drugiej nogi, Porcupine Tree cisnęli dalej ten sam repertuar z
okazjonalnymi wykonaniami Hatesong i Halo. Oczywiście pula była na
tyle duża, że nie grali nigdy takiego samego koncertu dzień po
dniu, ale jednak z perspektywy tego tekstu zaczyna się powoli robić
nudno. Póki co, okazało się, że amerykanie jako ostatni mieli
okazję zobaczyć The Incident w całości (11.05 w Richmond). Plany
były oczywiście inne, ale jak to z planami bywa, trudno je czasami
zrealizować. Porcupine Tree zrobili sobie przed powrotem do Europy
prawie miesięczną przerwę. Kiedy wrócili na scenę koncertem
w norweskim Bergen (9.06) okazało się, że Incydent został rozbity
na kawałki (z czego spora ilość wyleciała) robiąc więcej
miejsca na starsze kawałki. Tak więc:
01. Occam's Razor
02.
The Blind House
03.
Great Expectations
04.
Kneel and Disconnect
05.
Drawing the Line
06.
Lazarus
07.
The Sound of Muzak
08.
The Start of Something Beautiful
09.
Time Flies
10.
Degree Zero of Liberty
11.
Octane Twisted
12.
The Séance
13.
Circle of Manias ….
14.
Hatesong
15.
Russia on Ice
16.
The Pills I'm Taking
17.
Stars Die
18.
Way Out of Here
19.
Normal
20.
Bonnie the Cat
…...
21.
Blackest Eyes
Taka setlista utrzymała się przez jakiś czas
przy czym w większości przypadków była skracana (czasem nawet do
dziesięciu utworów) ponieważ Porcupine Tree grali na letnich
festiwalach. Zespół odważnie wywalił z zestawu Trains, być może
żeby nie karmić festiwalowej publiczności oczywistymi „hitami”.
Jeżodrzewie zagrali między innymi na festiwalach w Roskilde, w
Werchter czy na Download Festival. Pełne koncerty powróciły
wraz z występem w Tel Avivie (07.07), na którym w końcu wcielono
jakieś śmielsze zmiany:
01.
Occam's Razor
02.
The Blind House
03.
Great Expectations
04.
Kneel and Disconnect
05.
Drawing the Line
06.
Lazarus
07.
Hatesong
08.
The Sound of Muzak
09.
Russia on Ice
10.
The Pills I'm Taking
11.
Dark Matter
12.
Blackest Eyes
….
13.
Time Flies
14.
Degree Zero of Liberty
15.
Octane Twisted
16.
The Séance
17.
Circle of Manias
18.
Way Out of Here
19.
Normal
20.
Bonnie the Cat
…...
21.
Trains
22.
Halo
Fani z Izraela jako pierwsi na tej trasie dostają w
prezencie Dark Matter. Zespół sam był już ewidentnie znudzony
graniem ciągle tych samych utworów. Kolejne dwa występy miały
charakter festiwalowy (i krótszy set), ale ważnym dla nas koncertem
w Łodzi (17.07) Porcupine Tree pokazali, że potrafią jeszcze
zaskoczyć. Polski zestaw był nie tylko niecodzienny, ale
obfitował w pewną istotną niespodziankę:
01. Occam's
Razor
02.
The Blind House
03.
Great Expectations
04.
Kneel and Disconnect
05.
Drawing the Line
06.
Hatesong
07.
Pure Narcotic
08.
Russia on Ice
09.
The Pills I'm Taking
10.
Dark Matter
….
11.
Time Flies
12.
Degree Zero of Liberty
13.
Octane Twisted
14.
The Séance
15.
Circle of Manias
16.
Buying New Soul
17.
Way Out of Here
18.
Normal
19.
Bonnie the Cat
…... 20.
Trains
Gwiazdą wieczoru było oczywiście Pure Narcotic,
które przesiedziało na wygnaniu 7 lat. Z tej okazji Wilson pomylił
tekst, zresztą później w The Seance zapomniał go w ogóle (z
czego wybrnął szerokim uśmiechem). Kiedy zespół zagrał Russia
on Ice byłem pewien, że ostatnia nadzieja na Buying New Soul
została pogrzebana. Okazało się jednak, że Porcupine Tree
wyciągnęli ten utwór w dalszej części setu, niestety z
niewiadomych przyczyn pomijając intro Ryśka. Było to jak dotąd
ostatnie wykonanie Buying New Soul. Oryginalna wydrukowana setlista
miała 21 utworów, brakującym elementem było znajdujące się na
szarym końcu Halo. Pominięto je względu na uciążliwą
temperaturę panującą na sali w Wytwórni. Z pewnych względów
pamiętam ten dzień wyjątkowo dobrze, był to prawdopodobnie szczyt
temperaturowy tamtego lata. Sam Wilson był zaskoczony tak dobrą
pogodą w Polsce. Niestety temperatura była tak wysoka, że
klimatyzacja po prostu nie była w stanie sprostać sytuacji, zgrzani
byli wszyscy, fani i zespół. Trains PT zagrali resztką sił i w
ostatniej chwili zrezygnowali z Halo. Podczas kabaretowej części
tego pierwszego utworu, ktoś z realizatorki się pospieszył i na
kilka sekund włączył sekwesner do Halo. Tyle mieliśmy z tego
utworu. Tak czy inaczej koncert w Łodzi pokazał, że Porcupine Tree
kombinują. Że szykują się do tych specjalnych koncertów, i że
te przygotowania potrzebują faktycznego road-testu. Występ w Polsce
był jednym z niewielu pełnych występów jakie Jeżodrzewie zagrali
w Europie w tamtym okresie zdominowanym przez festiwale. Regularna
trasa wróciła na tory wraz z trzecim objazdem po USA i dopiero te
koncerty pokazały, że PT nie żartowali mówiąc o wyjątkowości
nadchodzących specjalnych wieczorów. Na koncercie w San Francisco
(11.08) zagrano:
01. Even Less (pełna wersja)
02.
Great Expectations
03.
Kneel and Disconnect
04.
Drawing the Line
05.
Open Car
06.
Russia on Ice
07.
The Pills I'm Taking
08.
Stars Die
09.
Wedding Nails
….
10.
Time Flies
11.
Degree Zero of Liberty
12.
Octane Twisted
13.
The Séance
14.
Circle of Manias
15.
I Drive the Hearse
16.
Way Out of Here
17.
Normal
18.
Sleep Together
…...
19.
Pure Narcotic
20.
Blackest Eyes
Amerykanie byli świadkami największej zmiany w
secie na tej trasie, a zaprezentowany materiał robił wrażenie.
Even Less w pełnej wersji nie pojawiło się na koncertach Porcupine
Tree od czasu rzymskich występów na początku 1999 roku (zatem był
to również debiut Gavina w drugiej części utworu). Open Car,
które zaliczyło pojedynczy występ w Mumbaiu, tym razem otrzymało
też dodatkowy mostek. Wedding Nails i Sleep Together nie były grane
od jesiennej trasy w 2008 roku, zaś Pure Narcotic zagrano po raz
drugi od czasu In Absentia Tour (2003). Jeśli chodzi o
przedstawicieli Incydentu, duet Occam's Razor/The Blind House
ustąpił zagranemu w dalszej części setu I Drive The Hearse. Fani
z San Francisco nie mieli na co narzekać (choć zapewne wiele osób
nie zauważyło wiekopomnych zmian w repertuarze z uwagi na brak
Trains). Następne koncerty odbyły się w ramach wspólnej mini
trasy z Coheed and Cambria, oznaczało to w skrócie, że każdy z
zespołów miał dla siebie tyle samo czasu, a co za tym idzie, nie
było go wiele. Porcupine Tree żonglowali zatem różnymi utworami,
Even Less wróciło na ławkę, a koncerty znów otwierało Occam's
Razon/The Blind House. Przykładowy set wyglądał tak:
01.
Occam's Razor
02.
The Blind House
03.
Great Expectations
04.
Kneel and Disconnect
05.
Drawing the Line
06.
Open Car
07.
The Sound of Muzak
08.
The Pills I'm Taking
09.
I Drive the Hearse
10.
Blackest Eyes
11.
The Start of Something Beautiful
12.
Way Out of Here
13.
Sleep Together
Trasa z CaC trwała do końca sierpnia, po czym
zespół wrócił do Europy na dwa koncerty w Grecji. Podczas tych
występów PT próbowali to i owo, ale nie za dużo. Even Less w
pełnej wersji pojawiło się raz w Thessaloniki. W następnym wpisie będzie o dwóch koncertach specjalnych, oraz o mini europejskiej trasie, którą między te koncerty wciśnięto.