Pokazywanie postów oznaczonych etykietą no-man. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą no-man. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 sierpnia 2017

no-man, historia - cz.2: pierwsze sukcesy 1990 - 1993

         

Rok 1990 przyniósł kolejne zmiany w brzmieniu, ale też długo oczekiwane wybicie się zespołu. Zarejestrowany w lutym Heaven Taste (zupełnie inny utwór niż instrumental nagrany z JBK) i wczesna wersja Swirl z marca sugerują jeszcze kierunek obrany na „Swagger”, ale szybko uległo to przepoczwarzeniu. Colours powstało w wyniku eksperymentu. no-man dowiedzieli się, że Happy Mondays (w tamtym czasie najgorętszy zespół w UK) noszą się z zamiarem nagrania coveru tego utworu Donovana. Pomysł był prosty – nagrać i wydać swoją wersję przed nimi i unieść się na fali szumu jaki został już na około nagrania tej piosenki przez HM wywołany. Stefan był wtedy pod wpływem nowego podejścia do muzyki z jakim wyszli wykonawcy, między innymi, hip-hopowi (De La Soul, NWA, itd.). Break-beaty zaczęły też już wtedy raczkować na scenie brytyjskiego rocka, sami Happy Mondays się nimi bawili, a przebój The Stone Roses Fool’s Gold (z którego no-man ukradli bit do ostatecznej wersji Swirl) stanowił dowód na to, że tego się właśnie teraz słucha. Colours w wersji no-man był niemal zaprojektowany aby stać się hitem i jak się okazało, zespół idealnie przewidział reakcję przyczynowo-skutkową jaka nastąpiła wraz z wydaniem tego na singlu. Wstępne zainteresowanie wywołało już samo to, że zespół „znikąd” rzuca wyzwanie Happy Mondays, a publiczne, śmiałe komentarze Tima w stylu „jesteśmy Rolls Roycem dla Skody The Stone Roses” wszystko podgrzewały. Entuzjazmem wykazali się zwłaszcza ci recenzenci, którzy nie pałali zbytnią miłością do grupy Shauna Rydera, a kompletnie zakochali się w no-man (którzy przy okazji tego singla ostatecznie skrócili nazwę). Do utworu powstał klip.

                                                    

Colours
brzmiało ekscytująco, świeżo i nowocześnie. Na tym się jednak nie skończyło, domino leciało dalej. Czerwcowy 7” YOLO singiel z przebojowym coverem no-man wydali sami, ale nie trwało to długo zanim zachęcony sukcesem piosenki, odezwał się jakiś wydawca. Reedycję Colours na 12” winylu zaproponowało Probe Plus i taka wersja pojawiła się w sklepach na jesieni (w znacznie większej ilości egzemplarzy).
W międzyczasie, no-man rozdawali na koncertach kasety demo z najświeższym materiałem. Jedna z takich kaset zawierała wczesnej wersje Heaven Taste, Days In The Trees (już z perkusją, ale jeszcze nie break-beatem), Swirl i Love Among The White Trash. Brzmienie tych dem było póki co bardziej zbliżone do „Swaggera” niż „Colours”, ale Tim śpiewa już zdecydowanie delikatniej. Również na tej kasecie znajduje się prawdopodobnie pierwszy wydany remix no-man. Jest to podpisana „disco mix” wersja Swirl, która co ciekawe, zawiera już break-beat podwędzony z Fool’s Gold.
Domino płynie dalej. Na Colours zareagowała w końcu naprawdę gruba ryba – One Little Indian. Ta „niezależna” wytwórnia mogła się wtedy poszczycić takimi wykonawcami jak Bjork, czy bardzo popularnymi w tamtym czasie The Shamen. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie ta reakcja miała miejsce. Steven Wilson pamięta, że dorzucał na szybko break-beaty do Days In The Trees i kilku innych utworów tego samego dnia, którego był umówiony na rozmowę z szefostwem OLI, bo nie miał nic innego w stylu Colours, a zdawał sobie sprawę, że właśnie takie brzmienie interesuje wytwórnię. Bootleg z koncertu, który odbył się 23-ego sierpnia w Manchesterze zawiera już Days in The Trees w wersji niemal identycznej jak tej wydanej na singlu niemal rok później. Swirl nadal jednak nie zawiera żadnych powiązań z Fool’s Gold więc można spekulować, że właśnie w tym czasie trwały wstępne rozmowy z One Little Indian. Jak widać domino pędziło z zawrotną prędkością. Umowa została podpisana jeszcze w 1990 r., a prace nad singlem Days In The Trees ruszyły od razu. no-man zwrócili się do The Shamen, aby ci zrobili dla nich remix. Zespół się zgodził, a ich wersja Days In The Trees (pt.: Arthur Askey) została ukończona w styczniu 1991 r. i z jakiegoś powodu wydana później tylko na japońskiej wersji singla.


         

Jest rok 1991. no-man cały czas pisali i demowali nowe utwory, jednocześnie pracując nad różnymi niecodziennymi wersjami Days In The Trees, które miały zostać wydane na planowanym singlu. W międzyczasie, zespół stał się ulubieńcem publiczności klubu The Flag (który zbierał entuzjastów muzyki elektronicznej (!)) i regularnie tam koncertował prezentując premierowe kompozycje (między innymi wczesne Kiss Me Stupid, Drink Judas, czy Housekeeping). Warto wiedzieć, że przez bardzo krótki czas (a dokładniej na jeden występ w czerwcu) no-man mieli koncertowego perkusistę, którym był Kevin Van Doort. Richard Smith zwraca uwagę na to jak unikatowo w tamtym czasie, podczas koncertów prezentowała się współpraca między Wilsonem, a Benem Colemanem. Słychać to wyraźnie w niewydanym Heaven Taste oraz pełnej wersji Tulip (o której jeszcze wspomnę). Tego wzajemnego wygrywania melodii nie uchwycono niestety na żadnym wydawnictwie no-man.

Wydany w końcu w lipcu 1991 r. singiel „Days In The Trees” spowodował, że domino ruszyło jeszcze szybciej. Recenzje były piorunująco pochlebne. To właśnie przy okazji tego singla, padły słynne słowa „najważniejszy brytyjski zespół od czasu The Smiths”. To naprawdę było grube stwierdzenie i no-man byli dosłownie o krok od spektakularnego przebicia się do świata zespołów zapełniających hale widowiskowe i stadiony. Singiel zatrzymał się właśnie o ten jeden krok przed i z dzisiejszej perspektywy można uznać, że no-man wyszli na tym lepiej niż gorzej. Nie można jednak powiedzieć, że Days In The Trees nie odniosło sukcesu.

                                                   

Zachęcone nim no-man kontynuowali pisanie nowego materiału. W okolicach sierpnia powstał utwór Heartcheat Pop. Przez jakiś czas zespół nosił się z wydaniem go na singlu, ale pomysł ostatecznie nie wszedł w życie, ale o tym za chwilę. Tutaj muszę napisać parę zdań o zagadkowej „Master tape”, której cyfrowa kopia wpadła mi w ręce rok temu. Amerykanin, z którym dokonałem wymiany, dostał ją wiele lat temu w zestawie z oryginalnym artworkiem do pierwszej kasety PT „Tarquin Seaweed Farm”, który kupił od samego autora. Kaseta była ponoć podpisana „1991 master tape”, ale utwory które się tam znalazły powstawały do samego końca 1991 r. Obecne są, między innymi, gotowe covery: Torquise Donovana oraz Road Nicka Drake’a. Oba pojawiły się na składankach coverów tych artystów później w 1992 r. Oprócz tego jest też niewydany do 1994 r. Desert Heart oraz niewydany do 2006 r. (na kompilacji „All The Blue Changes”) Walker, wczesne Heaven’s Break i jedna z wersji Life Is Elsewhere. Najciekawsze wydają się jednak pozostałe trzy utwory.
Po pierwsze, pojawia się tu wczesne demo Break Heaven (z innym wokalem, samplami i bez skrzypiec Bena), które powstało prawdopodobnie w grudniu 1991 r. Po drugie, pełna wersja Tulip, o której swego czasu Tim pisał na swoim blogu. Wersja ta ma ponad 8 minut, tytułową miniaturkę z płyty Speak jako intro oraz długie zakończenie, w którym na tle elektronicznego motywu, Tim i Ben toczą walkę na solówki. Po trzecie, jest tu utwór, który nigdy nie pojawił się na żadnym wydawnictwie no-man. Nazywa się See No Angels (co potwierdził sam Tim) i utrzymany jest w stylistyce wczesnych zabaw zespołu z break-beatami (z podwędzonym z kawałka Express Yourself N.W.A. bitem) i jest bardzo dobry.
To był zestaw, którym SW chciał się wtedy pochwalić. Można uznać, że ta kompilacja niewydanych jeszcze wtedy utworów, to snapshot ówczesnej kondycji zespołu.

         

1992 r. rozpoczął się od przerobienia coveru Donovana Torquise (który został wydany na kompilacji „Isles of Cricles” w czerwcu) na (do pewnego stopnia) autorską propozycję no-man, czyli Ocean Song. W zasadzie, mamy tu do czynienia z hybrydą coveru i oryginalnego utworu. Jak Tim wspomniał w udzielonym pod koniec tego roku wywiadzie dla Mike'a Radcliffe'a, zespół uznał, że mają tu materiał na „popowy klasyk” i stąd ta decyzja. Potwierdził też, że Donovan zażądał jakieś 90% przychodów z Ocean Song, kiedy utwór został wydany na singlu. Zespół musiał się podekscytować perspektywami jakie tworzyła ich wersja, bo postanowił odpuścić (lub One Little Indian ich do tego zmusiło) proponowany wcześniej singiel Heartcheat Pop (ze stroną b w postaci Iris Murdoch Cut Me Up). W styczniu no-man nagrali pierwszą w karierze sesję dla BBC na Maida Vale, a w kwietniu została wydana kompilacja pt. „Lovesights – An Entertainment”. Wydanie to miało na celu podgrzać atmosferę wokół zespołu, do czasu wydania kolejnego singla i albumu, nad którym no-man nadal pracowali. Jak to Tim napisał „Lovesights miało usprawiedliwić dużą ilość czasu i pieniędzy jakie przeznaczaliśmy na nagrywanie naszej debiutanckiej płyty”.
Kompilacja zebrała oba wydane wcześniej single (Drink Judas, strona b singla „Colours”, został nagrany na nowo), niewydane Heartcheat Pop i jego potencjalne strony b oraz Kiss Me Stupid – utwór, który no-man sprezentowali magazynowi Volume One (która wydał go na dołączonej do pisma kompilacji na CD). Zamiar się udał i zainteresowanie no-man nie słabło.
Przez pierwsza połowę roku zespół nie koncertował zbyt dużo, ponieważ postanowiono dokonać pewnych zmian w formie w jakiej zespół występował na scenie. One Little Indian naciskali, aby zespół spróbował dopełnić koncertowy skład, bo odtwarzanie 50% muzyki z taśmy nie wygląda zbyt dobrze. Poszukując sekcji rytmicznej no-man, trochę dla jaj, postanowili zwrócić się do najbardziej cenionych przez siebie muzyków, byłych członków Japan oraz byłych członków Talk Talk. Ku ich zaskoczeniu, wypaliło! Keith Aspden, były manager Talk Talk, zaczął się zajmować no-man, a 3 byłych członków Japan: Steve Jansen (perkusja), Richard Barbieri (syntezatory) i Mick Karn (bas), zgodziło się dopełnić skład na scenie.

                                                   

Singiel „Ocean Song” wydano we wrześniu, a zaplanowana na 10 występów trasa z JBK rozpoczęła się 28 września w Londynie. Brzmienie zespołu zmieniło się znacznie ze względu na udział muzyków z zewnątrz i próbę adaptacji aktualnego repertuaru zespołu na kompletny zestaw żywych instrumentów. Trasa przebiegła gładko, chociaż niektóre koncerty był delikatnie mówiąc mało oblegane. Informacja o tym, że trzech członków Japan występuje razem na scenie po raz pierwszy od dekady, napędziła trochę publiki, ale była tez przyczyną zabawnych pomyłek. Wiele osób myślało, że to kolejna reaktywacja Japan pod inną nazwą i myślała, że Tim, to David Sylvian!
W trakcie trasy (7-mego października) no-man zagrali krótką sesję dla radia BBC. Dzięki trzeźwemu umysłowi Michaela Bearparka, całość została zarejestrowana na taśmie dzięki czemu możemy dziś usłyszeć tamten koncert na składance „Radio Sessions” (wcześniej wydano go osobno pod tytułem „Hit The North”). Niestety, mimo oczekiwaniom i rozpasanej (jak na no-man) trasie promocyjnej, singiel Ocean Song okazał się klapą w porównaniu do poprzednich dwóch. Również pierwsza wersja debiutanckiego albumu (która zawierała między innymi Ocean Song i długą wersję Tulip) została odrzucona przez One Little Indian jako niekomercyjna. No-man zostali odesłani do studia żeby „uatrakcyjnić” płytę i wycedzić lepszego singla (wycedzili Only Baby).


         

Rok 1993 okazał się być w końcu TYM rokiem. W styczniu wyszedł po cichu singiel Sweetheart Raw, natomiast Only Baby zostało wydane w marcu, jak główna zapowiedź pełnowymiarowego debiutu no-man. W kwietniu wydano fanklubową kasetę pt.: „Speak” (zawierającą materiał nagrany między 1988, a 1989 rokiem) oraz odbyły się przesłuchania dla nowych koncertowych muzyków – perkusisty i basisty. Ostatecznie wybór padł na Chrisa Maitlanda (perkusja) i Silasa Maitlanda (bas). Panowie nie są spokrewnieni. 4-tego maja, po wielu perturbacjach, wydano debiutancki album no-man „Loveblows and Lovecries: A Confession”. I tu zakończymy tę część historii zespołu. Póki co prześledziliśmy dłuższą niż się pewnie wielu wydawało drogę no-man do momentu, w którym udało im się wydać pierwszą płytę. Brzmienie zespołu zdążyło przejść przez przynajmniej kilka faz zanim nagrano „Colours”, które zdeterminowało kurs w jakim no-man podążali przez pewien czas.


                                                    

Na zakończenie, wielkie podziękowania dla Richarda Smitha (autora filmu dokumentalnego o no-man pt.: „Returning”), który napisał tekst „Live Among The White Trash”. Ten tekst był jednym z moich głównych źródeł informacji! Niestety aktualnie trudno go znaleźć w internecie więc sam go zahostuję, aby każdy fan zespołu mógł się z nim zapoznać (a powinien!)

https://www.dropbox.com/s/zrmhbk4qfycij5p/live%20amongst%20the%20white%20trash.pdf?dl=0

bardzo pomocny był również blog Tima. Jego tekst na temat debiutanckiej płyty możecie przeczytać tu

https://timbowness.wordpress.com/album-writings/lovesighs-loveblows-and-lovecries-an-assessment/


                                       

Do przeczytania w kolejnym tekście!

piątek, 4 sierpnia 2017

no-man, historia - cz.1: zaginione lata 1986 - 1989

          

Początek kariery no-man widzi się z różnych perspektyw. Dla jednych zaczęła się ona wraz singlem „Days In The Trees”, inni pamiętają jeszcze o „Colours”, ale znajdą się też tacy, dla których zespół istnieje dopiero od „Returning Jesus”. Jest jeszcze kategoria fanatyków, dla których początkiem no-man jest rok 1986, kiedy zespół nie był zespołem i nazywał się No Man Is An Island (Except The Isle Of Man). Patrząc z tej ostatniej perspektywy, postaram się jak najlepiej opowiedzieć o tym jak to było z no-man i co się działo przez te 7 lat, które dzielą prawdziwy początek grupy i wydanie debiutanckiego albumu.

W 1986 r., Steven Wilson był już doświadczonym, ale wciąż zagubionym muzykiem. Miał dopiero niecałe 19 lat, a jego zespół Karma rozpadł się rok wcześniej. Kombinując w wolnym czasie z magnetofonem zmontowanym przez ojca, SW srogo eksperymentował z muzyką. Szukając pretekstu żeby coś wypuścić w świat, postanowił stworzyć kompilację zawierającą utwory różnych mniej lub bardziej (głównie mniej) znanych zespołów progresywnych/psychodelicznych i dorzucić tam coś swojego (oczywiście pod pseudonimem). „Exposure” zostało wydane na winylu przez samego Wilsona (700 kopii, co wydaje się w tym wypadku i tak sporą ilością), a zakamuflowanym autorskim utworem było From a Toyshop Window. Jako, że Stefan był wtedy pod dużym wpływem psychodelii i uwielbiał dziwne, przewrotne tytuły, tak jednorazowy projekt otrzymał nazwę No Man Is An Island (Except The Isle Of Man).


                                              

Bardzo teoretycznie, jest to początek no-man, ale w praktyce trudno doszukać się tu czegokolwiek związanego z no-man poza członem nazwy. From a Toyshop Window to dziwaczny instrumental, który jak nic innego
, co SW tworzył w tym czasie oddaje ducha lat 80-tych. Trudno powiedzieć, czy to psychodelia, czy to synth-pop, czy coś innego. Szału nie było.
W tym czasie zaś Tim Bowness szalał i to poważnie. Na tym etapie miał już za sobą członkostwo w kilku zespołach i aktualnie wydał wraz z Always The Stranger płytę „Another Beauty Blooms”. Według Mike'a Bearparka (który również był wtedy członkiem ATS, a później wraz z Timem tworzył Samuel Smiles) to właśnie ten mini-album zwrócił uwagę Stevena Wilsona, który następnie skontaktował się z Timem w sprawie ewentualnej współpracy.

                                                    


Panowie spotkali się w 1987 r. w mini „studiu” Wilsona (czyli w domu jego rodziców) i efektem było natychmiastowe przystąpienie do pracy nad muzyką. Duet dłubał przy jednym kawałku, ale ostatecznie dali sobie z nim spokój i na świeżo stworzyli dwa zupełnie inne. Były to Faith's Last Doubt i Screaming Head Eternal, dwa bardo różne utwory, które stanowiły najlepsze świadectwo tego, że zarówno Bowness jak i Wilson dobrze czuli się na niejednym muzycznym gruncie. 



                                               

Faith's Last Doubt wylądowało na drugiej kompilacji Stefana pt.: „Double Exposure” wydanej w 1987 r. Utwór ma znacznie więcej wspólnego z płytami takimi jak „Flowermouth”, czy „Returning Jesus”, niż z muzyką, którą duet wydał w międzyczasie. Nazwę zespołu skrócono do No Man Is An Island. Na kompilacji znalazły się również dwa utwory innego zespołu Tima – Plenty (który regularnie przechodził w stan hibernacji i budził się z niego, aktualnie zaplanowane jest wydanie debiutanckiej (!!) płyty). Forest Almost Burning i Sacrifice nie leżały stylistycznie daleko od no-man, a ten pierwszy kawałek (oraz Life Is Elsewhere) wszedł później do jego repertuaru (i wypadł zanim zdążył pojawić się na jakimkolwiek poważniejszym wydawnictwie).
Jeszcze tego samego roku, Tim i Steven napisali i wstępnie zarejestrowali kilka kolejnych utworów. Wśród nich znalazły się wczesne wersje wydanych później kompozycji (Long Day Fall, wtedy zatytułowany Dull Day, czy Beaten By Love i Mouth Was Blue), jak i takie, które nigdy nie doczekały się wydania (Absurd Walls, Stone, czy The Summer Place).

Rok 1988, mimo braku aktywności na rynku wydawniczym, był dla no-man przełomowy. Powstała wtedy lwia część materiału, który lata później ukazał się pod tytułem „Speak” (w 1994 r. roku na kasecie oraz z nieco większym rozmachem w 1999 r., w odświeżonej formie).

                                               

Ponadto, skład zespołu powiększył się o skrzypka Bena Colemana (dołączył na wiosnę) oraz gitarzystę Stuarta Blagdena (dołączył w okolicach sierpnia). Trzeba zaznaczyć, że Steven Wilson był wtedy w zespole przede wszystkim klawiszowcem. Nawet na liście płac do wydanego Faith's Last Doubt, jest przypisany do gry na instrumentach klawiszowych, a partie gitarowe (również jego autorstwa) podpisane są pseudonimem Nigel Child.
Powstawało coraz więcej utworów, część z nich nigdy nie nie pojawiła się na płytach (np.: Dreamer In A Dead Language, Hard Tounge, Naming Baby, Turn, czy Play Martyr). Co ciekawe, zespół miał wtedy plany, o których mało kto wie. Dwa lata temu wpadł mi w ręce skan takiego prehistorycznego flyera (tudzież biuletynu informacyjnego).

                                


Możemy się z niego dowiedzieć, że zespół już w 1988 r. podpisał umowę z Plastic Head Records, w którym ostatecznie wydali dopiero rok później singla „The Girl From Missouri”. Na tym etapie, planowane było ep pod tytułem „Strip Wild” (na 12” winylu) oraz pełnoprawny album „Death and Dodgson’s Dreamchild” (o nieznanej trakcliście), a także coś co określono „audio-wizualną” współpracą z filmowcem Andy’m Smithem nad jego dziełem „Shallow Grave”. Nic z tego nie zostało wydane. Skąd pewność, że chodzi o rok 1988 ? Skład zespołu sugeruje drugą połowę 1989 r., ale bardziej skłaniam się ku temu, że biuletyn był rozsyłany w okolicach kwietnia/maja, zaraz po tym jak Ben Coleman dołączył do zespołu (ale jeszcze przed sierpniowym przesłuchaniem Stuarta Blagdena). Świadczą o tym utwory wybrane na „Strip Wild”, które były wtedy najświeższym materiałem zespołu. Wydanie tego ep planowano na „lato” więc wszystko się zgadza. Informacja zawiera również fragment o planach zespołu aby zacząć (sic!) koncertowanie w okolicach wakacji.
Również te plany nie wypaliły.

Na koniec, warto zwrócić uwagę na to, że flyer podpisany jest zarówno „No Man Is An Island Except The Island Of Man”, jak i (w tekście) „No Man Is An Island”. Myślę, że spokojnie można założyć, że chodziło o 1988 r. Autentyczność tego biuletynu potwierdził (acz ostrożnie) Michael Bearpark, przyjaciel zespołu i członek koncertowego składu od 2008 r. Co spowodowało, że wszystkie te projekty poległy na polu bitwy? Nie mam zielonego pojęcia, ale materiał na „Strip Wild” był gotowy do wydania i niektóre jego fragmenty wydostały się poza zespół. Sam posiadam jedynie The River Song (wersja z 88 r. różni się znacznie od tej wydanej w 99 r., a na kasecie „Speak” z 1994 r. nie ma tego utworu w ogóle) oraz Dull Day (Beneath An Angry Sky), ale podejrzewam, że pozostałe dwa utwory również czają się gdzieś w czyjejś kolekcji rarytasów.

Zespół wstrzymał się z tymi wydawnictwami, być może z uwagi na powstające ciągle nowe utwory, które sugerowały pewne zmiany w kierunku. Dołączenie Stuarta również mogło mieć na to wpływ. Tak czy inaczej, pozostała część roku upłynęła na komponowaniu i nagrywaniu nowego materiału, a umowa z Plastic Head nie wygasła. Zamiast ep i płyty, dwa utwory zespołu (alternatywne wersje Life is Elsewhere i Screaming Head Eternal) zostały wydane na składance Platic Head Records pt. "Plastic Head Music Sampler".

1989 r. przyniósł kolejne istotne dla zespołu zmiany. Ben Coleman od początku naciskał, że No Man Is An Island powinni zacząć koncertować. Niepewni z początku Tim i Steven musieli w końcu ustąpić, ponieważ występy na żywo były naturalnym i nieuniknionym elementem rozwoju każdego zespołu, który chciał coś osiągnąć. Kwartet zadebiutował na początku roku w Londynie. Okazało się, że Coleman doskonale odnajduje się na scenie, podobnie Stuart. Tim radził sobie po swojemu, czasami musząc walczyć z fatalnym nagłośnieniem, na które zespół był wtedy narażony, natomiast Wilson znalazł inny sposób na to, aby zrobić wrażenie na publiczności, ale o tym później.
Wśród wczesnych występów jakie dali no-man w tamtym czasie, najistotniejszy okazał się ten, który odbył się 12-tego lutego w rodzinnym miasteczku Stefana - Hemel Hempstead. Impreza była w rzeczywistości konkursem talentów pod nazwą „Bandsearch”. Zespół wziął udział dla jaj i wygrał.

                                       
                                       
                                       
                                       
                                       

Fragmenty tamtego występu można zobaczyć w filmie dokumentalnym „Returning”. Główna nagroda była dosyć obfita ponieważ zawierała kilka dni w profesjonalnym studiu nagraniowym oraz kopię nagrania wideo zwycięskiego występu. Steven dostał nawet efekt flanger za zdobycie tytułu „najlepszego instrumentalisty” konkursu.
No Man Is An Island wykorzystali wygrany czas w studiu na nagranie utworu, który był w tamtym czasie najcieplej przyjmowanym kawałkiem zespołu na koncertach – The Girl From Missouri.


                                               
                                               

Winylowy, 12-calowy singiel z tą piosenką ukazał się jeszcze tego samego roku w maju, wydany przez Plastic Head Records. Oprócz tytułowego nagrania, na płycie znalazły się trzy inne piosenki: Forest Almost Burning (z repertuaru Plenty, ale nagrany ponownie przez No Man Is An Island) oraz Night Sky, Sweet Earth i The Ballet Beast (wydane 5 lat później na kasecie „Speak”). Podejrzewam, że tylko The Girl From Missouri zostało nagrane w studiu, resztę zarejestrowano wcześniej u Wilsona w domu. Warto zwrócić uwagę na to, że Stuart Blagden jest na okładce podpisany pseudonimem The Still Owl. The Ballet Beast nie jest wymieniony w spisie utworów.

                                    


Po latach, zarówno Tim jak i Steven nie mają do powiedzenia wielu ciepłych słów na temat The Girl From Missouri, ale moim zdaniem jest to wspaniały reprezentant tego jakie było raczkujące no-man w czteroosobowym składzie. Kawałek porusza się w rytmie walca, Ben gra w popisowy sposób, a co najistotniejsze, jest to jedno z niewielu studyjnych świadectw obecności Stuarta, który opuścił zespół niedługo później. Ostatni koncert z Blagdenem, No Man Is An Island zagrali 10-tego czerwca w Cricklewood. Muzyk czuł, że jego wizja nie idzie w parze z ciągotami reszty zespołu, które powoli oddalały się od brzmienia w stylu „Speak”. Rozstanie nastąpiło w przyjaznej atmosferze. Dosyć szybko podjęto decyzję, że gitarę przejmie Wilson, a klawisze będą leciały na koncertach z taśmy. Jeszcze zanim Stuart pożegnał się z zespołem, na koncertach zaczęły pojawiać się nowe utwory takie jak nigdy nie wydany The Miracle Game, Life Is Elsewhere (kolejna piosenka Plenty przejęta przez No Man), czy też bardzo wczesna wersja Bleed (które już po wydaniu przechodziło wiele transformacji). W pierwszej połowie roku powstały również dema takich utworów jak Days In The Trees (wczesna wersja bez perkusji) i Angel Gets Caught In The Beauty Trap. W czerwcu, Wilson wydał kolejną ze swoich kompilacji - „Expose It!” - a na niej znalazło się miejsce na nagrane dwa lata wcześniej Screaming Head Eternal.

                                               

W sierpniu, zaczęły powstawać nagrania, które niedługo miały zostać wydane przez sam zespół na kasecie pt.: „Swagger”. Nagrań dokonano w październiku w Susurreal w Devon. No Man, co stało się potem ich znakiem rozpoznawczym, tworzyli w tym czasie bardzo różnorodny repertuar. Obok agresywnych, szybkich utworów ala Screaming Head Eternal, w tym samym czasie powstały takie rzeczy jak Curtain Dream. Trio zebrało najbardziej adekwatny i pasujący do siebie materiał i wydało (w listopadzie) w formie kasety pod tytułem „Swagger”.

                                                              

Z jakiegoś powodu, wydało własnym sumptem (pierwszy raz jako hidden art), a nie w ramach umowy z Plastic Head. Później wyjaśnię dlaczego uważam, że ta umowa nadal na tym etapie obowiązywała. „Swagger” zawiera zestaw utworów, który odzwierciedla chyba najbardziej nieznane słuchaczom brzmienie no-man. Ich albumy zawsze były jak migawki aktualnych „tu i teraz” wersji zespołu, ale inkarnacja z drugiej połowy 1989 r. nigdy nie doczekała się przyzwoitej ekspozycji (w przeciwieństwie do „Speak”). Na albumie znajdują się 3 utwory, do których zespół już więcej nie powrócił w studiu oraz Bleed, które radykalnie różni się od nagranych później dwóch innych wersji. W kawałkach Flowermouth (bez związku z płytą o tym tytule) oraz Mouth Was Blue, no-man (a raczej nadal No Man Is An Island) pokazują się jako twórcy agresywnej mieszanki elektroniki i rocka. Utwory są szybkie, podkłady perkusyjne pulsują, a użyta motoryczna elektronika wprowadza w „kraftwerkowy” trans. Steven Wilson pokazuje się tutaj z każdej możliwej strony grając na syntezatorach, gitarze oraz na basie (wyjątkowa okazja, aby usłyszeć slaping w jego wykonaniu!). Tim się nie cacka i śpiewa bardzo agresywnie. Nigdy później już tak nie szalał. Jedynym wyjątkiem jest tutaj wyciągnięte z repertuaru Plenty Life Is Elsewhere, delikatna popowa ballada, której zdecydowanie bliżej klimatom np. albumu „Flowermouth". „Swagger” trwa niecałe 20 minut, ale jest to niezwykłe świadectwo bardzo krótkiego etapu brzmienia no-man. Powstało jedynie 150 kopii tej kasety i sprzedawano je na koncertach. Do dziś jest to jedno z najtrudniejszych do zdobycia wydawnictw no-man.

                                    

Ciekawostka - „Swagger” podpisany jest jako No Man Is An Island, ale na dole znalazł się dopisek „four songs from No Man”, co świadczy o tym, że zespół nosił się powoli ze skróceniem nazwy. Life Is Elsewhere oraz The Girl From Missouri (które pojawiło się jako bonus na niektórych kopiach "Swaggera") pojawiły się na kolejnej kompilacji Plastic Head Records.
1989 r. zakończył się jeszcze kilkoma koncertami. Według Richarda Smitha, podczas grudniowego wywiadu dla radia MFN Tim sypnął, że mają w planach wydania w Plastic Records płyty pod tytułem „Prattle”. Jak wiemy, to wydawnictwo również się nie zmaterializowało, ale istotne jest, że umowa z tym wydawcą nadal obowiązywała. C.D. w części 2.

                                                     

czwartek, 25 maja 2017

no-man - Dry Cleaning Ray - 20-sta rocznica.



Dokładnie 20 lat temu, w maju, została wydana płyta
Dry Cleaning Ray no-man. Mini-album, singiel, ep, remiks album.. wszystko w jednym. W tę zacną rocznicę postanowiłem przysiąść i zastanowić się czym tak naprawdę jest to wydawnictwo i jak powstało.
Wild Opera, trzeci studyjny album no-man, został wydana w 1996 roku, a poprzedził go singiel Housewives Hooked On Heroin. Były to pierwsze płyty wydane w nowej wytwórni 3rd Stone.

                                               

Wstępnie zaplanowano, że kolejnym singlem będzie My Revenge On Seattle, wypuszczono nawet kasetowe promo kopie tego czym ten singiel miałby być. Zespół zmienił jednak ostatecznie zdanie i postanowił wydać coś zupełnie innego. Niby singiel, ale mocno poszerzony, znacznie bardziej niż żeby go nazwać maxi-singlem. Mini-album zatem!

                                                           

Tak narodziła się idea Dry Cleaning Ray ep, wydawnictwa które zawierało nie tylko utwór z Wild Opera, ale też premierowy materiał zaprezentowany w różnej formie. Dodatkowo, 3rd Stone wypuściło też bardziej tradycyjny singiel Dry Cleaning Ray na 7" winylu. Oprócz wersji edit tytułowego utwory, znalazły się tam też dwie wersji utworów z sesji dla rozgłośni radiowych, odpowiednio Time Travel In Texas i Watching Over Me. Ten drugi zajmuje całą stronę B i należy go odtwarzać w 33 obrotach (stronę A w 45).

                                                

Materiał zawarty na tej niepozornej płycie jaką jest Dry Cleaning Ray powstał w trakcie nagrywania Wild Opera, ale i później. Nie znalazło się niestety miejsce na wszystkie nagrane w 1997 r. utwory takie jak np. Gothgirl Killer, czy Samaritan Snare. Ten drugi, jak powiedział mi sam Tim, wydawał się zbyt podobny do Sinister Jazz i musiał swoje odczekać do czasu premiery Lost Songs kilka lat później.
Ostatecznie mini-album zawiera 9 utworów, znanych, mniej znanych i premierowych.


                                                   

Tytułowy Dry Cleaning Ray zawiera lirycznie tematykę, do której Tim wrócił lata później w utworze Warm Up-Man Forever, a potem na całej płycie Lost In The Ghost Light. Obraz powstał w głowie Bownessa, gdy w drodze do domu mijał pralnię Ray’a i wymyślił dla niego fikcyjną przeszłość gwiazdy rocka, która po latach nie może odnaleźć sukcesów w tym co robiła.
Wersja z tego mini-abumu nie kończy się wyciszeniem, ale poza tym jest to albumowy mix.

Sweetside Siver Night, pokazuje że pretekstów do wydania czegoś takiego jak Dry Cleaning Ray EP było dużo. Utwór nie przypomina niczego, co znalazło się na poprzednich wydawnictwach no-man, a jednocześnie wszystko pasuje tutaj tak jakby grali w ten sposób od zawsze.

W Jack The Sax objawia się Stefan, który kradnie od samego siebie. Główny riff został już wcześniej użyty w kawałku Wake as Gun, który ukazał się na kasecie Insignificance - limitowanym wydawnictwie rozsyłanym do członków fan-clubu. Utwór no-man zmierza jednak w zupełnie inne rejony, mimo że zachowuje ponurą atmosferę „pierwowzoru”. Zaraz po tym kawałku znajduje się mały "hidden" track, ale w rzeczywistości to fragment Death and Dodgson’s Dreamchild z płyty Speak, która została wydana po chichu w 1994 r. na kasecie i dopiero w 1999 r. jako podrasowane, pełnoprawne wydawnictwo na cd.

Z Porcupine Tree (a nawet również z Insignificance) kojarzy mi się też znajdujący się dalej w trakcliście Kighlinger. Ten krótki instrumental, to jak odbite echo takich utworów jak Neutral Rust, czy Colourflow In Mind, które znalazło się na singlu Waiting. Słychać wyraźnie, że wszystkie te kawałki powstawały w tym samym czasie. Ciekawostka - Kighlinger został nagrany i zmiksowany 10-tego sierpnia 1994 między godziną 2, a 2:42 po południu.

Diet Mothers zabiera nas do świata Flowermix, w którym każdy utwór no-man ma swój alternatywny odpowiednik. Tym razem mamy tu Pretty Genius odbite w krzywym zwierciadle.
Efekt jest zaskakująco dobry i mimo że nie ma tu zasadniczo wiele nowego, to tego bardziej psychodelicznego, ponurego spojrzenia na znany już utwór słucha się bardzo dobrze. Na podstawie tej wersji, no-man skonstruowali wersję koncertową, którą grają od 2008 roku.

Urban Disco, to jedyny (oprócz tytułowego) utwór na tym mini albumie, który pojawił się już wcześniej, a dokładnie na singlu Housewives Hooked On Heroin. Wracają znane z okolic debiutu break-beaty, ale połączone z industrialnym klimatem niektórych utworów z Wild Opera (takich jak np. Radiant City). Tekstowo, to wyliczanka dziwnych postaci, być może znajomych Tima. Bowness wrócił do tego typu zabiegów w niektórych piosenkach ze Schoolyard Ghost.

Punished For Being Born to kolejny rodzyn ze świata Flowermix, tym razem autorstwa Muslimgauze, projektu nieżyjącego już Bryna Jonesa (nagrywał również z Bass Communion). O ile Pretty Genius odbiło się w Diet Mothers, o tyle Housewives... lustro rozbiło i z tego bajzlu powstało Punished.... Można kochać, lub nienawidzić. Remiks głównie dla fanów radykalnych przeróbek. Wydaje mi się, że no-man chcieli w ten sposób podkreślić swoje buntownicze nastawienie, którym charakteryzowali się po opuszczeniu szeregów One Little Indian.

Evelyn (Song of Slurs), to kolejny (i ostatni póki co) z serii coverów w wykonaniu no-man. Utwór autorstwa Serge’a Gainsbourga został przepuszczony przez industrialny filtr z niemal gotycką (jak na no-man) atmosferą. Tim śpiewa w refrenie falsetem, co nie zdarza mu się często.

Sicknote to album sam w sobie. Wielkie i majestatyczne, a jednocześnie minimalistyczne zamknięcie dziwnej, ale w tej dziwności doskonałej płyty jaką jest Dry Cleaning Ray. Ten utwór, to klimaty Mixtaped, ale 11 lat wcześniej. Wilson czai się ze złowieszczą gitarą, w tle słychać dzwoneczki. Tim śpiewa o zniewoleniu prze kobietę, nagle wchodzi przesterowana, white-noise’owa gitara. Kwintesencja no-man w tamtym czasie, mimo że takiego kawałka jak Sicknote nie było wcześniej i długo później. Tak to jest z no-man. Mimo wielu twarzy, zawsze zachowuję tę cząstkę, która daje odczuć, że słuchamy ich i tylko ich. Niezależnie od stylu, środków wyrazu czy charakteru muzyki.
Te niecałe 38 minut mija naprawdę bardzo szybko, a niezwykłość dźwięków, które zostały nam w tym czasie zaprezentowane, na długo zostaje w głowie (i w uszach).

Oprócz muzyki i słów, integralną częścią każdego wydawnictwa no-man jest okładka. Autor fotografii, Carl Glover, wspomina, że główny pomysł pochodzi od Tima: Tim mieszkał w suterenie jakieś dwie minuty piechotą od miejsca, w którym mieściła się pralnia, która zainspirowała go do wymyślenie alternatywnej historii Raya i jego chybionych prób zawojowania listami przebojów kiedy był młody.
Jeżeli chodzi o słynną sesję zdjęciową, Carl znalazł swój notatnik z tamtego okresu i dzięki niemu mógł odtworzyć tamte wydarzenia: Spotkałem Tima na stacji kolejowej Sydenham około 5 po południu, pogadaliśmy trochę i zrobiliśmy dziennie zdjęcia (…). Po ustawieniu sprzętu nie zerkałem co chwila w obiektyw, a migawkę uruchamiałem za pomocą urządzenia z poprowadzonym kablem, aby było dyskretniej. Mimo to, kobieta pracująca w pralni, którą fotografowaliśmy, co chwila wychodziła i pytała się co robimy. Udawaliśmy studentów, bo faktycznie na nich wyglądaliśmy, a ją takie wytłumaczenie zadowoliło. (…) Później wpadliśmy do Tima, napiliśmy się herbaty i obejrzeliśmy odcinek programu „Brass Eye”. Po zmroku, wróciliśmy w okolice pralni na 20 minut, aby zrobić jeszcze kilka zdjęć (jedno z nich trafiło na okładkę – przyp. SWL). Po wszystkim, spakowałem sprzęt i złapałem busa do Blackheath skąd piechotą dotarłem do Greenwich. Nie wydarzyło się nic niezwykłego, ale Tim ma fantastyczne poczucie humoru i doskonale nam się rozmawiało.
Wynik tej sesji zdjęciowej przeszedł już do historii no-man.

Jak zatem prezentuje się Dry Cleaning Ray 20 lat po wydaniu? Zaskakująco dobrze. Muzyka nadal brzmi świeżo, remiksy wzbudzają ciekawość, a całość płynie w niezwykle przyjemny i spójny sposób. Znajdziecie na tym mini-albumie kilka najbardziej niezwykłych utworów jakie zostały wydane pod nazwą no-man. Dla każdego fana zespołu, to pozycji obowiązkowa. Wszystkim innym serdecznie polecam sprawdzić.

                                                     

czwartek, 22 grudnia 2016

Karma


Do napisania tekstu o zespole Karma, zbieram się praktycznie od początku istnienia tego bloga. Odkładałem to wielokrotnie, ale w grudniu częściej mam ochotę (zarówno muzycznie jak i w kontekście bloga) na wczesny etap działalności Wilsona, a zatem przeniesiemy się najdalej jak to możliwe. A nawet jeszcze dalej.

                                     


Początki początków początków

Steven Wilson urodził się 3 listopada 1967 roku. Kiedy powstawały pierwsze nagrania Porcupine Tree
i no-man miał około 20 lat. Dla części fanów, to właśnie tu zaczyna się kariera Stefana natomiast niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że Bosy grał muzykę dużo wcześniej (Podobnie jak Tim Bowness, który zaczynał na początku lat 80-tych). Prawdopodobnie pierwszym zespołem, którego Wilson był członkiem był heavy metalowy Paradox, który powstał w 1981 roku kiedy Stefan miał około 14-tu lat. Niewiele o nim wiadomo. Raczej mało prawdopodobne jest, że zespół nagrał jakiekolwiek demo, natomiast zagrał przynajmniej jeden koncert, który odbył się w szkole, do której członkowie chodzili. Oto co Wilson miał do powiedzenia na temat Paradox oraz wspomnianego występu:

"It would be the school disco at my secondary school and it was with my heavy metal group, Paradox. That was '81, I would have been 12 or 13 years old. I was the singer/guitar player and we were really influenced by the New Wave Of British Heavy Metal. We played for our school friends before a disco and they patiently endured listening to us do our thing…"

http://www.musicradar.com/news/guitars/one-for-the-road-steven-wilson-640346

Podejrzewam, że działalność Paradoxu zakończyła się niedługo po tym koncercie. W 1982 roku Wilson nawiązał współpracę z innymi młodymi muzykami, która zaowocowała powstaniem dwóch projektów. Pierwszy – syntezatorowy Altamont, Steven współtworzył wraz z Simonem Vockingsem (więcej o
Altamont napiszę przy okazji osobnego tekstu). Drugi – Karma, był już pełnym rockowym składem, który powstał na fali zamiłowania członków zespołu do muzyki progresywnej, głównie wybijającego się właśnie Marillion.
W skład Karmy wchodzili wtedy: Steven Wilson (wokal i gitara), Tom Dussek (syntezatory i instrumenty klawiszowe), Pete Rowe (bas) i Mark (lub Marc) Gordon (perkusja). Był jeszcze Alan Duffy. Tematu Duffy’ego nie będę teraz za bardzo rozwijał, bo nadaje się on bardziej na „Mysteries of Steven Wilson”. Ponoć, facet był założycielem Imaginary Records. Pisał teksty, które idealnie nadawały się dla młodego, neo-prog’owego zespołu. Jak dokładnie doszło do zapoznania się Alana z Wilsonem, tego nikt nie wie. Ostatecznie zaoferował on młodemu Stefanowi swoje teksty, a Wilson je przyjął i korzystał z nich aż do końca lat 80tych (najpierw w Karmie, potem w Porcupine Tree). Alan Duffy nigdy nie był formalnym członkiem żadnego zespołu Stevena Wilsona, ale według tego co napisano na okładkach kaset demo, był autorem wszystkich tekstów Karmy na pierwszej kasecie. Uzbrojeni lirycznie w bajki o smokach i elfach oraz muzycznie w coś co przypominało hybrydę wczesnego Marillion i trochę starszych zespołów prog-rockowych, Karma zaczęli grać koncerty.
Trzeba pamiętać, że to były jeszcze dzieciaki, z bardzo ograniczonymi możliwościami (głównie transportowymi). Z tego też powodu występy odbywały się w granicach hrabstwa Hertfordshire (sam zespół pochodził z Hemel Hempstead). Rok później, zespół był już dosyć ograny, a repertuar dopieszczony. Podjęto decyzję o nagraniu dema.

The Joke’s On You

                                     


Rejestracji utworów dokonano w październiku 1983 r. w The Close, które musiało być lokalnym studiem nagraniowym. Wynik tych sesji szybko trafił do obiegu w postaci kasety „The Joke’s On You”.
Pojawiły się na niej cztery kompozycje (trzy na stronie A i jedna na stronie B). Dwa pierwsze utwory (Intruder D’or i Tigers In The Rain), to typowe neo-progresywne kawałki (jak wszystko na tej kasecie) z przytłaczającymi ilościami nachalnych partii klawiszowych.

                                                  

                                                  


Kolejne dwa nie odbiegają zbytnio od tego schematu, ale są zdecydowanie bardziej atrakcyjne dla fana Stevena Wilsona ze względu na powiązania z Porcupine Tree. Zarówno Small Fish, jak i Nine Cats zostały potem nagrane na nowo i wydane na albumach Jeżodrzewia (odpowiednio na "Up The Downstair" i "On The Sunday of Life"). Zaprezentowane tu wersje Karmy, to ich bombastyczne i przeholowane wcielenia.

                                                  


Small Fish z kasety „The Joke’s On You” jest o dobre 2 minuty dłuższe. Rozpoczyna się dziwnym space rockowym intrem, po którym Stefan śpiewa obie zwrotki piosenki i gra gitarowe solo znane z wersji Porcupine Tree. Następnie wchodzą dwa segmenty, z których Stefan później zrezygnował. Pierwszy to solo na klawiszach, a drugi zarezerwowany jest dla sekcji rytmicznej. Kiedy Wilson reanimował Small Fish na początku lat 90-tych, przerzucił swoje solo tak aby znalazło się między dwiema zwrotkami i tak powstała wersja, którą znamy najlepiej.
O ile w tym wypadku sprawa wydaje się jeszcze w miarę prosta, to wszystko komplikuje się przy Nine Cats.
Wersja Karmy jest 3,5 razy dłuższa niż ta, którą znamy z „On The Sunday Of Life”. Kiedy pierwszy raz się z nią zetknąłem, to zastanawiałem się jakim cudem Stefan zostawił ostatecznie tylko 4 minuty z ponad 14-tu? Odpowiedź jest prostsza niż się wydaje. Wersja Porcupine Tree ma piosenkowy, niemal ogniskowy charakter, zresztą co będę pisał, znacie ten utwór na pamięć. To bardziej psychodeliczne, niż progresywne ujęcie „Nine Cats”. 14-tominutowy kolos Karmy zajmuje całą stronę B kasety „The Joke’s On You” i prawdopodobnie miał być dla niej tym, czym dla „Meddle” było Echoes. Utwór otwiera wstęp na „pianinie” (w rzeczywistości syntezatorze z bardzo tanim brzmieniem pianina), po czym wchodzi gitara wołająca sobą „Steve Rothery”. Wchodzi Stefan.. i śpiewa fragmenty tekstu, które nie trafiły do Jeżodrzewiowej wersji „Nine Cats” (te będą dużo później). Kłamię, w pewnym momencie Stefan śpiewa „sekretną” zwrotkę znaną z akustycznej wersji z „Insignificance”, no ale to jeszcze inna wersja. W tle panuje względny spokój. Około 3:50 utworu pojawia się fragment tekstu użyty później w utworze The Nostalgia Factory. Pokazuje to ciekawą rzecz. Być może Alan Duffy był autorem wielu tekstów na „On The Sunday Of Life”, ale to Wilson poskładał je sobie do kupy, tak jak mu pasowało. Jest to też jednak dowód na to, że te teksty (jak można było się domyślić) nie mają żadnego znaczenia i sensu. Można jest rozsiać po całej płycie w dowolnej kolejności i niczego to nie zmieni.

                                                       
                                                                                          (Nine Cats wchodzi w 16:36)


Wracając do Nine Cats. Około 5 minuty kończy się to, co chociaż w minimalnym stopniu przypominało utwór w formie jaką znamy najlepiej. Od tego momentu wchodzą
typowe prog segmenty, które nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że umieszczono je w jednym utworze. Nie brzmi to źle, ale trudno nie ulec wrażeniu, że trochę to wszystko na siłę „uprogresywnione”. W końcu, po 5 minutach cudów z kosmosu, powraca główny motyw i pojawia się pierwsza zwrotka z wersji Porcupine Tree. Drugiej niestety nie uświadczymy, widocznie była na innej kartce od Duffy’ego, której Wilson akurat nie miał przy sobie (lol). Nie szukajcie na tej kasecie tytułowego utworu, nie ma czegoś takiego jak „The Joke’s On You” w wersji Karmy. Wilson podwędził tylko tytuł dla Porcupine Tree.
W podziękowaniach w książeczce znalazł się między innymi zesp
ół Solstice, którego utwór Wilson zmiksował parę lat temu.

The Last Man To Laugh

                                                        


Trudno powiedzieć, co Karma dokładnie porabiała między 1983 r., a 1985 r., poza graniem koncertów oczywiście. Na pewnym etapie, z zespołem musiał pożegnać się Pete Rowe, ponieważ nie widnieje od na liście płac drugiej kasety demo, wydanej w 1985 r. „The Last Man To Laugh”. Dołączył za to (wspomniany przy okazji Altamont) Si Vockings. Nie zastąpił on jednak Petera na basie, ale grał na klawiszach, zatem od tego momentu Karma miała dwóch klawiszowców. Zadziwiające jest to, że mimo tego „The Last Man To Laugh” wydaje się być mniej zdominowany przez syntezatory, niż „The Joke’s On You”. Na kasecie znajdują się dwie dłuższe kompozycje. Pierwsza pt.: Where Is The End If There Is No Beginning? (prawie 10 minut), to dosyć typowy noe-progresyny utwór.
Rozpoczyna się fragmentem śpiewanym przez nieznaną wokalistkę, później mikrofon przejmuje Wilson, który gra tutaj na gitarze, prawdopodobnie basie i na flecie.
Druga nazywa się A Peace Of Earth And Good Swill To All Pigs (Part 1 and 2) (ponad 20 minut) i niewiele więcej mogę o niej napisać. Najlepiej sami posłuchajcie. Z pewnością godny podziwu jest poziom technicznych umiejętności członków zespołu Karma. „The Last Man To Laugh” to bardzo ambitny materiał, którym niestety zespół nie był w stanie odcisnąć swojego piętna w zalewie neo-progresywnych zespołów.


                                     


Co ciekawe, wszystkie teksty na tę kasetę demo napisał Steven Wilson. Całość nagrano w „The Close”. W obiegu krąży obecnie krótsza wersja tego wydawnictwa, oryginał zawierał na drugi stronie utwór Counterparts, który był po prostu zbieraniną remiksów i odrzutów z sesji, które dały życie zawartości strony A.

Chesham 1985

W 1985 r., zespół mocno koncertował. Uchował się zapis z jednego z tych występów, co uważam za niezwykłe szczęście. Dzięki temu możemy zbadać, jak zespół prezentował się na scenie. Karma musiała tamtego wieczora grać w charakterze supportu, bo ich set (zakładając, że jest pełny) trwa niecałe pół godziny. Odbył się on w Chesham, w lipcu 1985 r.

1. Check In At The St Berenice Ward
2. A Piece Of Earth And Good Swill To All Pigs (Part 2)
3. Night Whispers


Jak widać, grane był
y między innymi dwa utwory, które nie pojawiły się na obu kasetach demo. Publiczność składała się z garstki młodych ludzi, prawdopodobnie kolegów i koleżanek członków Karmy. Zespół brzmi w zasadzie tak jak na płytach zatem można śmiało uznać, że ich umiejętności nie ograniczały się tylko do bezpiecznych zakątków studia The Close. Nowe utwory zdradzają ciągoty do odrobiny prostszych, bardziej piosenkowych form. Możemy sobie tylko wyobrażać jak Karma mogła się rozwinąć gdyby działała dalej. Wilson rzuca parę zdań do publiczności, a ta odwzajemnia się serdecznym aplauzem i samotnym okrzykiem „Nine Cats!”, co pokazuje, że nie byli to przypadkowi ludzie. Niestety to wszystko co oferuje nam to nagranie. W czasie swojego istnienia, Karma zagrała ponoć do 40-tu koncertów, a jako że nie wypuszczali się zbyt daleko, to byli pewnie jednym z tych popularnych lokalnych zespołów, na których koncerty chodziło się ze znajomymi po zajęciach.

Zakończenie

Niestety, rok później zespół zakończył działalność. Powodów nie znam, ale podejrzewam, że członkowie zespołu po prostu skończyli szkołę i rozeszli się w różne strony. Tom i Mark dołączyli do zespołu The Odd Eccentric, natomiast Steven Wilson już rok później poznał Tima Bownessa i razem z nim rozpoczął trwającą do dziś przygodę pt. no-man.

Jak można zatem podsumować działalność pierwszego większego zespołu, w którym działał Steven Wilson? Myślę, że jako ciekawostkę. Karma była ewidentnie odpowiedzią na istniejący już, konkretny styl (a nawet konkretny zespół – Marillion). Członkowie dawali tutaj upust swoim aktualnym fascynacjom muzycznym i dobrze się przy tym bawili. Czy myśleli poważnie o zespole, czy była to tylko przygoda będąca odskocznią od szkoły? Trudno powiedzieć. Takich zespołów było w Anglii pełno, istniały po kilka lat i znikały. Karma wypłynęła po latach przede wszystkim ze względu na udział Stevena Wilsona i to, że na pierwszej kasecie znalazły się dwa utwory nagrane później jako Porcupine Tree. Muzycznie jest to dosyć ciężki orzech do zgryzienia, ale ma w sobie młodzieńczą energię i naiwność, które są domeną głównie takich wczesnych zabaw muzyków. Koneserzy prog-rocka z pewnością znajdą coś ciekawego dla siebie na dwóch wydanych kasetach „The Joke’s On You” i „The Last Man To Laugh”, natomiast fani Stevena Wilsona mogą usłyszeć jak ich bohater radził sobie na samym początku kariery. I trzeba przyznać, że radził sobie całkiem nieźle jak na nastolatka.

Na zakończenie mała ciekawostka. Swego czasu na starym międzynarodowym forum Porcupine Tree, wypowiadał się użytkownik o nicku
melvynmonkey, który twierdził, że bywał na próbach Karmy i znał się z członkami zespołu. Wspominał, że mieszkał w tym samym domu co Tom Dussek, w którym regularnie odbywały się próby zespołu oraz różnego rodzaju jam sessions, na które wpadał czasami Colin Edwin. Z jego opowieści wynika, że znajomość tej grupki przetrwała do drugiej połowy lat 80-tych, kiedy to Wilson chwalił się stworzeniem nieistniejącego zespołu (Porcupine Tree). Możecie o tym poczytać tutaj:

http://archive.porcupinetreeforum.com/YaBB.pl?num=1319823457

Trudno mi ocenić, czy ten człowiek pisał prawdę, czy nie, zresztą dużo tego nie ma. Podejrzewam, że tak rzeczywiście mogło być. Ot kolejna ciekawostka w gąszczu ciekawostek. Jeszcze jedna? Steven utrzymał kontakt z Markiem Gordonem, który wiele lat później pomógł mu podrasować studio cyfrowym osprzętem.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Guilty 'guilty pleasure'.




Podczas niedawnego live q+a, Stefan przyznał, że nie umie pisać dobrych popowych piosenek. Kłamał.

Być może nie z premedytacją, ale poprzedzający tę wypowiedź wywód, w którym Wilson tłumaczył się z prób podbicia świata muzyki popularnej pierwszą płytą no-man, dobitnie pokazuje, że Stefan ma problem z wzięciem na klatę tego, że był w stanie osiągnąć sukces na tym polu. To temat, który był już podejmowany przeze mnie w przeszłości, ale nigdy w formie większej niż pojedynczy akapit.
Od dawna zastanawia mnie, co sprawia, że tak bezpośredni i silny w swoich przekonaniach muzyk, robi się cały czerwony kiedy ktoś zaczyna przypisywać mu talent do pisania piosenek. Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że wielu słuchaczy opiera swoje wyobrażenie ‘piosenki’ na zawartości playlisty komercyjnych stacji radiowych.
Wpływ środowiska bywa okrutny, ale nie chce mi się wierzyć, że Wilson nagle zaczął się przejmować opinią innych. To on sam nie do końca potrafi się zdecydować, czy czuje się komfortowo jako wykonawca popowy.
Część fanów tak zwanej muzyki progresywnej wielokrotnie utyskiwała nad TĄ stroną twórczości Wilsona. Dla tej grupy dyskografia no-man zaczyna się od Returning Jesus, a takie rzeczy jak Blackfield, w ogóle nie są traktowane poważnie. Wiele osób uważa, że Wilson traci czas pisząc krótkie melodyjne piosenki, a wszystko to co nie jest wielosegmentowym, kompleksowym, długim i w 70% instrumentalnym utworem, nie jest warte uwagi. Umyślnie przejaskrawiam ten obraz, chociaż takie opinie słyszałem przechadzając się wśród ludzi na prog festiwalach. Tymczasem opinia samego twórcy wydaje się cały czas balansować na linii „tak – nie”. Wilson nieraz przyznawał, że uwielbia formułę piosenkową, a muzyka pop nie jest mu obca. Wielokrotnie wypowiadane słowa uznania dla, między innymi, Abby, zawsze wypowiadane były z szerokim uśmiechem na twarzy.
Po wydaniu Grace For Drowning, SW przyznał, że kiedyś nie zdecydowałby się na takie, lekko kiczowate rozwiązania jak chórek na końcu Postcard, ale dorósł do tego żeby się tym nie przejmować.
Czasami jednak coś się Stefanowi przełącza, i zaczyna się on dystansować od swoich przygód z popem. Oczywiście zwrotu "pop" używam w tym tekście bardziej w charakterze skrótu myślowego, ale nie warto bać się tego słowa. To, że Trains, czy większość piosenek Blackfield, nie było hitami w Radiu Zet, to jedynie kwestia przypadku.
Wprawdzie Wilson, we wspomnianym q+a, przyznał, że cieszy, że nie udało mu się wylansować na początku lat 90-tych, bo nie wiadomo jak by to wpłynęło na kształt jego kariery, ale z drugiej strony, cały czas próbuje coś na tym polu zwojować. Po premierze HCE, wyjaśniał umieszczenie radiowych wersji dwóch utworów na bonusowej płycie decyzją wydawcy, ale nie jestem co do tego przekonany. Myślę, że Wilsonowi nadal zależy, aby zostać docenionym jako twórca dobrych piosenek. Propsy od brodatych fanów prog rocka, to IMO trochę mało w przypadku tego konkretnego wykonawcy. Wydana w ubiegłym roku na winylu kompilacja Transience, zalicza aktualnie reedycję na cd. Reklamowana jest wprost jako zestaw bardziej przystępnych solowych kawałków.
Wnioskuję z tego, że Stefan traktuje swoje luźniejsze muzyczne wycieczki jako formę guilty pleasure. Na tyle ‘pleasure’, że umieszcza takie utwory na płytach, ale wciąż ‘guilty’, czego wynikiem są później pełne skrępowania wypowiedzi, gdzie SW tłumaczy się z tego, dlaczego utwór ma refren i z jakiego powodu nie przekroczył 5 minut długości. Wieczne zasłanianie się Abbą, też robi się zabawne. Trochę tak jakby Wilson panikował, że jeszcze ktoś uzna jego piosenki za niezbity dowód członkostwa w fan-clubie Ke$hy.
Przebywam aktualnie na urlopie, zewsząd zalewają mnie dźwięki lepszej i gorszej muzyki komercyjnej. To dzisiejsza muzyka popularna, a przynajmniej jej najpopularniejszy odłam. Czy to taka siara? Nie mam zamiaru nikogo oceniać, ale ja sam nie mam ‘guilty pleasures’, nie kryję się z tym, że czasem dryfuję w tę luźniejszą stronę. Niektórym trudno czasem odróżnić pop i krótką formę, od muzyki słabej i nagrywanej pod linijkę wydajności finansowej. Niektórym uszy puchną już przy Lightbulb Sun. Mimo to (wracając do początku tekstu), Wilson nie ma racji. Jest autorem doskonałych piosenek popowych, świetnie operuje melodią, ma talent do chwytania słuchacza za ucho. Wielu fanów nie umie/nie chce tego oblicza Wilsona docenić, panuje przekonanie, że to facet od poważnego ‘prog-rocka’ (to pojęcie uległo wypaczeniu już dawno temu). To prawda, że Stefan sam założył na siebie to chomąto kiedy wydał „Ravena”, ale jako artysta, który nie uznaje kompromisów, powinien umieć sobie z tym poradzić. Tymczasem Bosy nadal ma problem z tym żeby zaakceptować, to że tutaj nie ma się czego wstydzić. A przynajmniej nie bardziej niż prób papugowania zespołów, których słuchał jako nastolatek.
Proponuje zatem, aby włączyć sobie np.: Blackfield i docenić, to jak dobry piosenkopisarzem jest Steven Wilson. Taka moja rada na lato.

wtorek, 8 grudnia 2015

Tim Bowness - wywiad dla SWL (2015)



Tim Bowness, znany fanom Stevena Wilsona jako jego partner w zespole no-man, pierwszego poważnego projektu z jego udziałem. Początki kariery Tima sięgają wczesnych lat 80-tych kiedy zaczął występować i nagrywać z różnymi zespołami np.: Still, Always The Stranger i After The Stranger, a później z Plenty. W latach 90-tych był liderem grupy Samuel Smiles i współzałożycielem Darkroom, a w latach 2000-nych wydał płyty z Peter Chilversem, Giancarlo Errą oraz estońskim duetem jazzowym UMA.
Aktualnie reaktywował rozpoczęto nieśmiało ponad 10 lat temu karierę solową.

Wywiad został przeprowadzony mailowo 26 lutego 2015 r.

Jako, że nie ma możliwości skontaktowania się z Timem bezpośrednio, pytania przekazał Tony Kinson, który odpowiedzialny jest za prowadzenie oficjalnych stron no-man i Tima, profili na fejsie i wszelkiej maści blogów. Facet wykonuje świetną robotę i należy mu się wielkie uznanie oraz, z mojej strony, podziękowania za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu. Kiedy rozmawiałem z Timem osobiście w sierpniu, zapewnił mnie, że zawsze czyta komentarze pod postami zatem wie co się dzieje i jak fani reagują na informacje podawane na stronach.
Podkreślam, że wywiad został przeprowadzony w lutym zatem pytania o trzecie solo i wydanie go w 2016 r. może się teraz wydawać śmieszne. Niestety praca nad tekstem o trasie pochłonęła więcej czasu i nie wszyscy odesłali mi odpowiedzi w lutym ze względu na brak czasu.



1. no-man zmienił się od ostatniej dużej trasy w 1993 roku. Teksty są o wiele bardziej osobiste na ostatnich kilku płytach i śpiewanie ich przed publicznością musi być dla Ciebie emocjonalnym wyzwaniem. Czy jest to wyczerpujące doświadczenie? Jak radzisz sobie wyrwany ze swojej strefy komfortu, śpiewając te teksty przed ludźmi, którzy czasem śpiewają je z Tobą?

Czasami to trudne, a czasami nie, jeśli mam być szczery. Dla mnie, w trakcie koncertu, wiele zależy od tego jaka jest atmosfera danego wieczoru. To połączenie nastroju w jakim jestem, komunikacji zespołu na scenie i tego jak reaguje publiczność. Te czynniki determinują sukces całego występu.


Zawsze staram się pozostać w 'strefie lirycznej' kiedy śpiewam na żywo więc panuje wtedy uczucie poddania się zawartości tekstów. Ostatecznie, gdy coś idzie dobrze, nigdy nie jest wyczerpujące. Jeśli idzie źle, to czuję raczej lekkie zmęczenie.


Preferuję dwa bardzo różne rodzaje występów. Lubię zespołowe koncerty z zaangażowaną publicznością (to zawsze niezwykłe przeżycie odbić się od entuzjazmu dużej widowni) oraz intymne występy w teatrach gdzie każdy muzyczny detal jest doskonale słyszalny (np. koncerty w duecie z Peterem Chilversem).



2. Lubisz odświeżać starsze kompozycje (w studio lub na koncertach) aranżując muzykę na nowo lub zmieniając/uzupełniając teksty (jak w "My Revenge On Seattle", "Lighthouse" lub w niewydanym "Love You To Bits") co jest fascynujące. Myślisz o swoich piosenkach jak o wpisach z pamiętnika, których nie boisz się zmieniać po wielu latach?


Nie boję się zmieniać tekstu jeśli można w nim coś poprawić.
Aktualne koncertowe wersje utworów, o których wspomniałeś, są takie jakie byłyby gdybym teraz nagrywał je pierwszy raz.


Czasami kiedy patrzysz na stary tekst mając za sobą dystans dekady, widzisz pewne wpadki i niedojrzałość w sposób, który nie był możliwy kiedy piosenka była pisana.
W kontekście występu na żywo, lubię patrzeć na piosenki jak na dzieła, które zawsze są w trakcie tworzenia i stają się lepsze i bogatsze z czasem.


3. W setliście no-man z 2012 r. znajdziemy utwory z prawie każdej epoki zespołu. Spontaniczne wykonanie "Houseviwes Hooked On Heroin" (lub "Housekeeping" w 2008) nasuwa pytanie: czy na próbach przed trasą pojawiły się utwory, które ostatecznie zostały z jakiegoś powodu odłożone lub kompletnie porzucone? Czy padły jakieś niezwykłe typy jak "Only Baby" czy "Hit The Ceilling"?

Z pewnością próbowaliśmy Heaven's Break i Break Heaven. W Heaven's Break nie udało się odtworzyć gracji i lekkości, które ten utwór w oryginale posiadał, zaś Break Heaven brzmiało zbyt nie na miejscu w stosunku do reszty materiału, który wykonywaliśmy. Próbowaliśmy też Shell Of A Fighter z Flowermouth i Chelsea Cap. We wszystkich wspomnianych przypadkach, materiał nie wydawał się wystarczająco elastyczny w porównaniu z utworami, na które się zdecydowaliśmy. Nie dawał nam wystarczająco miejsca dla spontaniczności i nie wydawało się by działał na naszą korzyść.



4. Jak wyglądało życie w trasie z zespołem no-man? Co lubisz robić w jej trakcie i czy lubisz podróżować w ten sposób?


Dużo rozmawiamy!
Dobre jest to, że na co dzień świetnie się dogadujemy. Na trasie 2012 było 8 mężczyzn upchniętych w małej przestrzeni. Krótko mówiąc, potencjalna recepta na katastrofę! Rozmawialiśmy o muzyce, polityce, życiu, stworzyliśmy dla zabawy podcast komediowy na temat trasy i wszyscy uczestniczyliśmy w niekończących się muzycznych quizach oraz teście wiedzy o Hobbicie (autorstwa Stevena Wilsona), który wygrał Stephen Bennett!
Wszystkim nam się to doświadczenie podobało.



5. Mimo tego, że w piękny sposób opisałeś już swoje wrażenie z koncertu w Krakowie w swoim internetowym pamiętniku z trasy, muszę zapytać raz jeszcze! Po prawie trzech latach, jak wspominasz pierwszy koncert no-man w Polsce?


Był świetny. Publiczność i całe przeżycie było lepsze niż ktokolwiek z nas sobie zamarzył (oprócz Stevena, który grał już w Krakowie). Entuzjazm i ciepło bijące od Polskiej publiczności było naprawdę wzruszające. Nie pamiętam czy zagraliśmy idealnie, ale ten koncert pozostaje dla mnie istotnym doświadczeniem.



6. Wiem, że sukcesor „Abandoned Dancehall Dreams” jest w fazie tworzenia. Twój drugi album solowy jest jednym z moich ulubionych płyt z twoim udziałem. Jak idzie nagrywanie trzeciego? Czy możemy spodziewać się premiery w 2016 roku?
Wiem też, że pracujesz nad innymi projektami jak nowa płyta duetu Bowness/Chilvers oraz tajemniczy album „Voiceloops”. Czy są jakieś plany w związku z nimi?


Trzeci solowy album jest już gotowy do wydania, właśnie go miksujemy. Liczę na premierę późnym latem 2015 r. Poniekąd, jest to kontynuacja tego co zapoczątkowałem na Abandoned Dancehall Dreams, ale myślę, że jest zdecydowanie bardziej dynamiczna i eklektyczna. Jest więcej gry zespołowej, prawdziwe instrumenty smyczkowe, akustyczne dodatki i większy kontrast między potężnymi, a stłumionymi partiami. Myślę, że Abandoned Dancehall Dreams dała mi pewność siebie aby tworzyć odważniejszą muzykę.


Nowy album Bowness/Chilvers również jest już w zaawansowanej fazie tworzenia. Dla mnie, podobnie jak California, Norfolk, posiada silną tożsamość albumu jako całości i spójność atmosfery. Nie jest dynamiczny ani eklektyczny, ale czuję, że to najlepszy zestaw piosenek jakie stworzyliśmy razem i zawiera kilka najbardziej poruszających piosenek jakie napisałem.

Projekt Voiceloops zostanie być może przywrócony do życia, ale nie mam teraz żadnych planów w związku z nim. Miałem całe godziny nagrań loopów wokalnych i udało mi się stworzyć cztery „voiceloopy” przy użyciu dźwięków znalezionych w moim domowym studio. Kiedy zmieniałem komputer i interfejs, straciłem „voiceloopy” 2, 3 i 4 więc momentów przepadło.

(SWL – na szczęście miałem na dysku Voiceloop 3, który kiedyś był dostępny na MySpace'sie Tima, więc chociaż jeden udało mu się odzyskać)



7. Uwielbiam czytać Twoje wpisy na stronie oraz teksty, które publikujesz na blogu „Speak”. Świetnie operujesz słowem, Twoje zabawne i błyskotliwe metafory zawsze budzą mój uśmiech. Rozważałeś kiedyś napisanie książki o swoim życiu, doświadczeniach i obserwacjach?


Pisanie bloga daje mi dużo radości i czasami myślę, że byłoby miło złożyć z tego wyczerpującą książkę na temat moich płyt, która stanowiła by rozbudowanie dla istniejących już publikacji i popchnęła je w nieco bardziej autobiograficzne rejony. Mam nadzieje, że byłaby również dobrym wyjaśnieniem dlaczego tworzę taką, a nie inną muzykę i jakie stoją za nią inspiracje.



8a. Nie mógłbym nie wykorzystać tej okazji i nie zapytać o konkretny utwór. "Samaritan Snare" z kompilacji "Lost Songs Vol. 1", to jeden z moich ulubionych utworów no-man i jeden z najbardziej enigmatycznych w ogóle! Powiedz mi coś więcej na jego temat? Dlaczego został „zagubionym utworem”?


Również go lubię. Został napisany zaraz po nagraniu materiału na Wild Opera. Wydaje mi się, że doszliśmy do wniosku, iż brzmi zbyt podobnie do Sinister Jazz, aby umieszczać go na ep Dry Cleaning Ray oraz nie pasował do tego co napisaliśmy na Returning Jesus. Tekst posiada wrażliwość Wild Opery gdzie humor spotyka się z mrocznymi emocjami. Muzycznie, to interesujące połączenie jazzu, Pink Floyd-owskiego bluesa i muzyki eksperymentalnej z połowy lat 90-tych, które ostatecznie brzmi bardzo jak no-man. Cieszę się, że udało się w jakiś sposób wydać ten utwór.



8b. Myślę, że „Lost Songs Vol. 1” zasługuje na osobny wpis na blogu „Speak”. Oraz na drugą część!


Kto wie, jedno i drugie może się wydarzyć!



....................................................
wersja oryginalna
....................................................



1. no-man has changed since the last huge tour in 1993. The lyrics are much more personal on the last few albums, and singing those songs in front of the audience must be quite emotional for you. The 2012 no-man tour setlist starts with "Together We're Stranger" section with the title track and "All The Blue Changes" played in a row. Was it an exhausting experience for you? How you cope with being taken out of your comfort zone, singing those emotional songs in front of people who sometimes sing the lyrics with you?


Sometimes it’s difficult and sometimes it isn’t, to be honest. For me, when playing live, a lot depends on how things feel on the night. It’s a combination of the mood I’m in, the way the band are communicating and how the audience respond that determines the success of the performance.


I always try and put myself in the ‘lyrical space’ whenever I sing live, so there is a sense of submission to the lyrical content. Ultimately, if something goes well, it never feels exhausting. If things are going wrong, there’s little that feels as tiring!


I prefer two types of very different performances - I like ‘band' gigs with a receptive audience (it’s always a thrill to bounce off the enthusiasm of a large crowd), and I also really like intimate theatre performances where every musical detail is clearly audible (such as the Bowness/Chilvers duo dates).



2. You seem to constantly re-invent your back catalogue in studio and in concerts by re-arranging the music and changing/adding new lyrics (like on "My Revenge On Seattle" and "Lighthouse", or unreleased "Love You To Bits") which is fascinating. Do you think of your songs as diary entries you're not afraid to change after many years?


I’m not afraid to alter lyrics if I think they can be improved upon.

The later live versions of the songs you mention are how they’d be if I was recording the songs for the first time now.


Sometimes, seeing old lyrics from the distance of a decade or more, you can see the flaws or the immaturity in a way that wasn’t possible when the songs were being written.

In a live context, I’d like to see the songs as being works in progress that are hopefully getting better and richer as time goes by.




3. The 2012 tours setlist draws from nearly every stage of no-man's history. Still, the impromptu performance of "Housewives Hooked on Heroin" (and "Housekeeping" in 2008) begs the question: were there any songs rehearsed before the tour but ultimately shelved or completely abandoned for some reason? Were there any unusual setlist ideas like "Only Baby" or "Hit The Ceilling" (I love those songs)?



We definitely tried out Heaven’s Break and Break Heaven. Heaven’s Break didn’t feel as graceful or light as it should have done and Break Heaven sounded very out of context with the other material we were performing. We also tried out Shell Of A Fighter from Flowermouth and Chelsea Cap. In all the aforementioned cases, the material didn’t seem as flexible as the material we eventually chose. They didn’t allow for much spontaneity and we didn’t feel they played to the band’s strengths.



4. What about no-man's 'tour bus life'? What kinds of things do you like to do on tour to pass the time? Do you enjoy traveling on tour?


We talk a lot!

The good thing is that we all get on very well socially. On the 2012 tour, there were 8 men packed into a very small space. In other words, a potential recipe for disaster! As it was, we talked about music, politics, life, created a fake comedy podcast about the tour, and all joined in endless music quizzes and Steven Wilson’s Hobbit Test (won conclusively by Stephen Bennett!).

We all really enjoyed the experience.



5. Even thought you beautifully expressed your feelings about the Kraków show in your tour diary, I can't help asking about it once more! Two and a half years later, how you remember the first concert of the tour which was also the first no-man concert in Poland?


It was great. The audience and the experience was better than any of us had hoped for (other than Steven, who’d played in Krakow before).

The enthusiasm and the warmth of the Polish audience was genuinely touching. I can’t remember if we got it 'right on the night’, but it remains a live highpoint for me.



6. I know that "Abandoned Dancehall Dreams" follow-up is on the way. Your second solo album is one of my favorite TB-related albums, it's up there with "Together We're Stranger". What is the status of the third one? Can we expect early 2016 release date? Also, I know there are many other Tim Bowness related projets shaping (like Bowness/Chilvers) but the most mysterious one is your "Voiceloops" album (I still have "Voiceloop 3" on my iPod). Are there any plans to release it?


The third solo album is nearly ready for release and is currently being mixed. I’m hoping for a late Summer 2015 release date. In some ways, it carries on from where Abandoned Dancehall Dreams left off, but I feel that it’s even more dynamic and eclectic. There’s more of the band and more real string and acoustic contributions as well, so there are greater contrasts between the powerful and the subdued. Abandoned Dancehall Dreams gave me the confidence to create a bolder type of music, I think.


The Bowness/Chilvers album is also at an advanced state. For me, like California, Norfolk, it has a strong album identity and consistency of tone. It’s not dynamic and eclectic, but I feel it’s the best set of songs we’ve come up with as a duo and features a couple of the most heartbreaking songs we’ve written.



The ‘Voiceloops' project may be resurrected, but there are no immediate plans. I’d recorded hours of solo vocal loops and then created four Voiceloops with found sounds pieces on my home studio. When I changed my computer and interface, I lost Voiceloops 2, 3 and 4, so the momentum was destroyed.



7. I love reading your diary and your "Speak" blog entries. You are an incredible wordsmith, your funny and wise metaphors make me smile every time. Have you ever thought about writing a book about your life, music, experiences and observations? It would be an instant classic!


I’ve really enjoyed writing the blog and I’ve sometimes thought it might be nice to put together a comprehensive ‘Album Notes’ book that elaborates further on the Speak entries and takes them more into autobiographical territory. I’d hope it could work well as an exploration of why I make the music I make and what the inspirations are behind it.


8a. I can't miss the opportunity to ask you about one particular song. "Samaritan Snare" from "Lost Songs Vol.1" compilation is one of my favorite no-man songs and one of the most enigmatic of all! What an amazing track it is. It has a "Wild Opera" vibe to it but yet, it hints "Returning Jesus" quite clearly. Please, tell me something more about this gem, and why it eventually became a "lost song”?


I like it too. It was written just after the time of the Wild Opera recordings. I think we decided that it was too close to Sinister Jazz to go on Dry Cleaning Ray and that it didn’t fit with what we’d written for Returning Jesus. The lyric had the Wild Opera sensibility where humour collided with dark emotions. Musically, it’s an interesting combination of Jazz, Pink Floyd-ian Blues and experimental mid-1990s music that sounds very like no-man in the end. I’m glad it got released in some way.


8b. I really think "Lost Songs Vol.1" deservers a full entry at the "Speak" blog. And a second volume, I guess!


Who knows, both may happen!