Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2020

First live performance 4th Dec 1993 - czy to wilsonowy Graal?



Nie każdy z nas ma w tych ciężkich czasach możliwość pracy w domu, ale dla tych z nas, którzy grzecznie nie opuszczają miejsca zamieszkania, Steven Wilson zrobił prezent (ok, zrobił wszystkim). On, czy ktoś tam z managementu. Wystartował oficjalny profil Porcupine Tree na Bandcamp i już w tej chwili możemy zakupić tam cyfrowe wersje od dawna niedostępnych wydawnictw (XM I i II, Ilosarirock i We Lost The Skyline) oraz nowych/starych rarytasów. Niektóre były już wcześniej dostępne w części lub całości na oficjalnych wydaniach lub bootlegach, a inne nie. Dziś przyjrzę się w końcu, wydanemu po 27 latach pierwszemu koncertowi Porcupine Tree.

O występie tym wspominałem parę lat temu w tym tekście. Już wtedy dostępne było nagranie prawie całego koncertu z wyjątkiem 2 (z hakiem) utworów. Co zatem dostaliśmy teraz?

Na początku trochę historii, ale nie będę powtarzał tego, co już mogliście przeczytać w przywołanym powyżej poście na temat koncertów, które odbyły się między 1993, a 1994 rokiem.

Czego wtedy nie wiedziałem, to to że debiutancki koncert Porcupine Tree, który odbył się w k
lubie Nags Head w High Wycombe był wyprzedany. Tak przynajmniej wynika z zacytowanej przez zespół relacji Petera Clemonsa. To nie był duży lokal, więc jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że koncert się sprzedał. To ważna informacja.

Istnienie taśmy z nagraniem zawdzięczamy Mike’owi Bearparkowi, który wiele razy trzymał rękę na pulsie (np. rejestrując występ no-man w 1992 roku).
Mike użył poważnego na tamte czasy sprzętu Casio DA-2. Występ został zarejestrowany w całości, ale niestety kaseta nie dała rady (o czym później).

Fragment nagrania pojawił się pierwszy raz na wydanej w kwietniu 1994 r. promo kasecie Spiral Circus. 3 utwory: Radioactive Toy, Up The Downstair i Not Beautiful Anymore pochodzą z Nags Head, przy czym Up The Downstair jedynie w części (7 min 3 sek w porównaniu z 10 min 41 sek wersji wydanej teraz).
Na kolejne nagranie trzeba było czekać kolejne 19 lat, kiedy Steven Wilson w ramach uczczenia 20 rocznicy pierwszego koncertu PT udostępnił na Soundcloudzie Voyage 34. Potem, kilka lat później, Always Never.
I tak składaliśmy sobie ten koncert utwór po utworze, aż w czwartkowy wieczór „wydano” w końcu całość. Ale nie całość. I nie taką samą.

Pierwsze co rzuca się w oczy to brak Fadeaway, który jest wynikiem „problemów z taśmą”. Nie wiem na czym dokładnie ten problem polega więc nie będę się wymądrzał, ale szkoda, że mimo wszystko tego nie dali, nawet uszkodzonego, pociętego, we fragmencie. To było prawdopodobnie jedyne wykonanie Fadeaway do 2000 r. i jedyne w ogóle wersji albumowej z Wilsonem na wokalu. Jak na złość akurat ten nie mógł zostać wykorzystany, a z samego koncertu nie cyrkuluje żaden bootleg. Na pocieszenie mamy The Nostalgia Factory, które po raz pierwszy w historii pojawiło się na oficjalnym koncertowym albumie Porcupine Tree. Wersja live z 1993 r. jest zadziwiająco podobna do tej z 1996 r. z tym wyjątkiem, że w 1996 Stefan wykombinował sposób w jaki to śpiewać dobrze. Na debiutanckim występie PT, Wilson próbuje jak na płycie, ale mu nie idzie, bo tonacja jest dla niego za niska.
Ogólnie Nostalgia brzmi dobrze, ale zdecydowanie częściej będę wracał do wykonania z Leeds 3 lata później. Jeśli chodzi o resztę materiału, to chyba już dobrze go znamy? Otóż nie.

Voyage 34 wrzucony 6 lat temu na Soundcloud nie miał z jakiegoś powodu pełnego intra (z fragmentem „This remarkable sometimes incoherent transcript...”), ale jednocześnie trwa dłużej niż wersja wydana na Bandcamp. Możecie sami sprawdzić, bo tamta wersja cały czas wisi na profilu Bosego.

https://soundcloud.com/steven-wilson/porcupine-tree-voyage-34-nags

Voyage 34 z Soundclouda ma
12:18, a ten z Bandcampa 11:39, mimo że zawiera brakujące 20 sekund intra. Przerwa między utworem, a publicznością na końcu jest taka sama. Jednosekundowego „hello” Stefana (które teraz wycięto), nie będziemy liczyć. Nie wydaje mi się żeby utwór przyspieszono, zatem brakuje około minuty „czegoś”. Miałem to olać, ale nie mogłem, musiałem sprawdzić co tu się odwala. No więc odwala się to

         

Obu wersjom przyciąłem początki żeby zaczynały się w tym samym momencie (czyli w 0:27 wersji Bandcamp). Jak widzicie, Steven wyciął okrągłą minutę muzyki i będzie to dokładnie fragment między 2, a 3 minutą w wersji z Soundclouda.
Nie dzieje się tam zbyt wiele, ale czy warto było to usuwać? Nie starczyłoby miejsca na Bandcampie? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Steven Wilson. W każdym razie szkoda, że to wyciął, bo dostajemy jednak nagranie niekompletne i być może większość nawet nie zauważy tego braku, to jednak od strony kronikarskiej dupa mnie boli.

Ale to nie wszystko co zostało wycięte. Z jakiegoś powodu Stefan wywalił nie tylko „hello”, ale też następując
ą po nim zapowiedź do Always Never „ok we’re gonna try Always Never from the last album”, co słychać na wersji którą wrzucił na Soundcloud. Na szczęście sam utwór pozostał nietknięty, podobnie jak słynna już zapowiedź do Radioactive Toy uwieczniona na Spiral Circus.
Burning Sky, które również było na Soundcludzie Bosego (ale z dostępem wyłącznie dla Street Teamu) również nie było edytowane w żaden sposób. Up The Downstair po raz pierwszy w pełnej wersji z tego koncertu. Radioactive Toy i Not Beautiful Anymore bez zmian.

Jeśli chodzi o bardziej ogólne rzeczy to Steven Wilson podmasterował trochę całość i dodał delikatny efekt pogłosu żeby wszystko brzmiało bardziej „koncertowo” (na Spiral Cirucs i w wersjach z Soudncloud dźwięk jest bardziej suchy, typowo dla nagrania z deski).

Podsumowując, NARESZCIE! Może brakuje kluczowego utworu, może inny kluczowy utwór jest skrócony, może Stefan z premedytacją robi z siebie niemowę, ale to nadal godzina doskonałego koncertu, zagranego przez doskonały zespół, który przygotowywał się przez tydzień i zagrał w taki sposób.

Na Bandcampie Porków pojawiają się już kolejne rzeczy i o nich też będę pisał, o ile nie pisałem już o nich wcześniej w jakiejś formie. Pozostaje czekać na kolejne interesujące nagrania, najlepiej pozostałości z rzymskich koncertów i cokolwiek dobrej jakości z końcówki 1996 roku. Pełne koncerty nagrane w 1999 r. i w 2001 r. też są, zresztą podejrzewam, że z każdej trasy coś mają.

Może 4 dychy za audio z Kolonii, która w całości razem z video jest na YT to nie jest mało, ale ile przez ostatnie lata wydaliśmy na nowe wydawnictwa Porcupine Tree?

Wszystkim Wam życzę dużo zdrowia, cierpliwości i spokoju w aktualnej, trudnej sytuacji związanej z epidemią. Starajcie się jak najwięcej czasu spędzać w domu, np. słuchając w/w koncertu lub nowego singla Stefana Personal Shopper. Do przeczytania!

piątek, 11 sierpnia 2017

no-man, historia - cz.2: pierwsze sukcesy 1990 - 1993

         

Rok 1990 przyniósł kolejne zmiany w brzmieniu, ale też długo oczekiwane wybicie się zespołu. Zarejestrowany w lutym Heaven Taste (zupełnie inny utwór niż instrumental nagrany z JBK) i wczesna wersja Swirl z marca sugerują jeszcze kierunek obrany na „Swagger”, ale szybko uległo to przepoczwarzeniu. Colours powstało w wyniku eksperymentu. no-man dowiedzieli się, że Happy Mondays (w tamtym czasie najgorętszy zespół w UK) noszą się z zamiarem nagrania coveru tego utworu Donovana. Pomysł był prosty – nagrać i wydać swoją wersję przed nimi i unieść się na fali szumu jaki został już na około nagrania tej piosenki przez HM wywołany. Stefan był wtedy pod wpływem nowego podejścia do muzyki z jakim wyszli wykonawcy, między innymi, hip-hopowi (De La Soul, NWA, itd.). Break-beaty zaczęły też już wtedy raczkować na scenie brytyjskiego rocka, sami Happy Mondays się nimi bawili, a przebój The Stone Roses Fool’s Gold (z którego no-man ukradli bit do ostatecznej wersji Swirl) stanowił dowód na to, że tego się właśnie teraz słucha. Colours w wersji no-man był niemal zaprojektowany aby stać się hitem i jak się okazało, zespół idealnie przewidział reakcję przyczynowo-skutkową jaka nastąpiła wraz z wydaniem tego na singlu. Wstępne zainteresowanie wywołało już samo to, że zespół „znikąd” rzuca wyzwanie Happy Mondays, a publiczne, śmiałe komentarze Tima w stylu „jesteśmy Rolls Roycem dla Skody The Stone Roses” wszystko podgrzewały. Entuzjazmem wykazali się zwłaszcza ci recenzenci, którzy nie pałali zbytnią miłością do grupy Shauna Rydera, a kompletnie zakochali się w no-man (którzy przy okazji tego singla ostatecznie skrócili nazwę). Do utworu powstał klip.

                                                    

Colours
brzmiało ekscytująco, świeżo i nowocześnie. Na tym się jednak nie skończyło, domino leciało dalej. Czerwcowy 7” YOLO singiel z przebojowym coverem no-man wydali sami, ale nie trwało to długo zanim zachęcony sukcesem piosenki, odezwał się jakiś wydawca. Reedycję Colours na 12” winylu zaproponowało Probe Plus i taka wersja pojawiła się w sklepach na jesieni (w znacznie większej ilości egzemplarzy).
W międzyczasie, no-man rozdawali na koncertach kasety demo z najświeższym materiałem. Jedna z takich kaset zawierała wczesnej wersje Heaven Taste, Days In The Trees (już z perkusją, ale jeszcze nie break-beatem), Swirl i Love Among The White Trash. Brzmienie tych dem było póki co bardziej zbliżone do „Swaggera” niż „Colours”, ale Tim śpiewa już zdecydowanie delikatniej. Również na tej kasecie znajduje się prawdopodobnie pierwszy wydany remix no-man. Jest to podpisana „disco mix” wersja Swirl, która co ciekawe, zawiera już break-beat podwędzony z Fool’s Gold.
Domino płynie dalej. Na Colours zareagowała w końcu naprawdę gruba ryba – One Little Indian. Ta „niezależna” wytwórnia mogła się wtedy poszczycić takimi wykonawcami jak Bjork, czy bardzo popularnymi w tamtym czasie The Shamen. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie ta reakcja miała miejsce. Steven Wilson pamięta, że dorzucał na szybko break-beaty do Days In The Trees i kilku innych utworów tego samego dnia, którego był umówiony na rozmowę z szefostwem OLI, bo nie miał nic innego w stylu Colours, a zdawał sobie sprawę, że właśnie takie brzmienie interesuje wytwórnię. Bootleg z koncertu, który odbył się 23-ego sierpnia w Manchesterze zawiera już Days in The Trees w wersji niemal identycznej jak tej wydanej na singlu niemal rok później. Swirl nadal jednak nie zawiera żadnych powiązań z Fool’s Gold więc można spekulować, że właśnie w tym czasie trwały wstępne rozmowy z One Little Indian. Jak widać domino pędziło z zawrotną prędkością. Umowa została podpisana jeszcze w 1990 r., a prace nad singlem Days In The Trees ruszyły od razu. no-man zwrócili się do The Shamen, aby ci zrobili dla nich remix. Zespół się zgodził, a ich wersja Days In The Trees (pt.: Arthur Askey) została ukończona w styczniu 1991 r. i z jakiegoś powodu wydana później tylko na japońskiej wersji singla.


         

Jest rok 1991. no-man cały czas pisali i demowali nowe utwory, jednocześnie pracując nad różnymi niecodziennymi wersjami Days In The Trees, które miały zostać wydane na planowanym singlu. W międzyczasie, zespół stał się ulubieńcem publiczności klubu The Flag (który zbierał entuzjastów muzyki elektronicznej (!)) i regularnie tam koncertował prezentując premierowe kompozycje (między innymi wczesne Kiss Me Stupid, Drink Judas, czy Housekeeping). Warto wiedzieć, że przez bardzo krótki czas (a dokładniej na jeden występ w czerwcu) no-man mieli koncertowego perkusistę, którym był Kevin Van Doort. Richard Smith zwraca uwagę na to jak unikatowo w tamtym czasie, podczas koncertów prezentowała się współpraca między Wilsonem, a Benem Colemanem. Słychać to wyraźnie w niewydanym Heaven Taste oraz pełnej wersji Tulip (o której jeszcze wspomnę). Tego wzajemnego wygrywania melodii nie uchwycono niestety na żadnym wydawnictwie no-man.

Wydany w końcu w lipcu 1991 r. singiel „Days In The Trees” spowodował, że domino ruszyło jeszcze szybciej. Recenzje były piorunująco pochlebne. To właśnie przy okazji tego singla, padły słynne słowa „najważniejszy brytyjski zespół od czasu The Smiths”. To naprawdę było grube stwierdzenie i no-man byli dosłownie o krok od spektakularnego przebicia się do świata zespołów zapełniających hale widowiskowe i stadiony. Singiel zatrzymał się właśnie o ten jeden krok przed i z dzisiejszej perspektywy można uznać, że no-man wyszli na tym lepiej niż gorzej. Nie można jednak powiedzieć, że Days In The Trees nie odniosło sukcesu.

                                                   

Zachęcone nim no-man kontynuowali pisanie nowego materiału. W okolicach sierpnia powstał utwór Heartcheat Pop. Przez jakiś czas zespół nosił się z wydaniem go na singlu, ale pomysł ostatecznie nie wszedł w życie, ale o tym za chwilę. Tutaj muszę napisać parę zdań o zagadkowej „Master tape”, której cyfrowa kopia wpadła mi w ręce rok temu. Amerykanin, z którym dokonałem wymiany, dostał ją wiele lat temu w zestawie z oryginalnym artworkiem do pierwszej kasety PT „Tarquin Seaweed Farm”, który kupił od samego autora. Kaseta była ponoć podpisana „1991 master tape”, ale utwory które się tam znalazły powstawały do samego końca 1991 r. Obecne są, między innymi, gotowe covery: Torquise Donovana oraz Road Nicka Drake’a. Oba pojawiły się na składankach coverów tych artystów później w 1992 r. Oprócz tego jest też niewydany do 1994 r. Desert Heart oraz niewydany do 2006 r. (na kompilacji „All The Blue Changes”) Walker, wczesne Heaven’s Break i jedna z wersji Life Is Elsewhere. Najciekawsze wydają się jednak pozostałe trzy utwory.
Po pierwsze, pojawia się tu wczesne demo Break Heaven (z innym wokalem, samplami i bez skrzypiec Bena), które powstało prawdopodobnie w grudniu 1991 r. Po drugie, pełna wersja Tulip, o której swego czasu Tim pisał na swoim blogu. Wersja ta ma ponad 8 minut, tytułową miniaturkę z płyty Speak jako intro oraz długie zakończenie, w którym na tle elektronicznego motywu, Tim i Ben toczą walkę na solówki. Po trzecie, jest tu utwór, który nigdy nie pojawił się na żadnym wydawnictwie no-man. Nazywa się See No Angels (co potwierdził sam Tim) i utrzymany jest w stylistyce wczesnych zabaw zespołu z break-beatami (z podwędzonym z kawałka Express Yourself N.W.A. bitem) i jest bardzo dobry.
To był zestaw, którym SW chciał się wtedy pochwalić. Można uznać, że ta kompilacja niewydanych jeszcze wtedy utworów, to snapshot ówczesnej kondycji zespołu.

         

1992 r. rozpoczął się od przerobienia coveru Donovana Torquise (który został wydany na kompilacji „Isles of Cricles” w czerwcu) na (do pewnego stopnia) autorską propozycję no-man, czyli Ocean Song. W zasadzie, mamy tu do czynienia z hybrydą coveru i oryginalnego utworu. Jak Tim wspomniał w udzielonym pod koniec tego roku wywiadzie dla Mike'a Radcliffe'a, zespół uznał, że mają tu materiał na „popowy klasyk” i stąd ta decyzja. Potwierdził też, że Donovan zażądał jakieś 90% przychodów z Ocean Song, kiedy utwór został wydany na singlu. Zespół musiał się podekscytować perspektywami jakie tworzyła ich wersja, bo postanowił odpuścić (lub One Little Indian ich do tego zmusiło) proponowany wcześniej singiel Heartcheat Pop (ze stroną b w postaci Iris Murdoch Cut Me Up). W styczniu no-man nagrali pierwszą w karierze sesję dla BBC na Maida Vale, a w kwietniu została wydana kompilacja pt. „Lovesights – An Entertainment”. Wydanie to miało na celu podgrzać atmosferę wokół zespołu, do czasu wydania kolejnego singla i albumu, nad którym no-man nadal pracowali. Jak to Tim napisał „Lovesights miało usprawiedliwić dużą ilość czasu i pieniędzy jakie przeznaczaliśmy na nagrywanie naszej debiutanckiej płyty”.
Kompilacja zebrała oba wydane wcześniej single (Drink Judas, strona b singla „Colours”, został nagrany na nowo), niewydane Heartcheat Pop i jego potencjalne strony b oraz Kiss Me Stupid – utwór, który no-man sprezentowali magazynowi Volume One (która wydał go na dołączonej do pisma kompilacji na CD). Zamiar się udał i zainteresowanie no-man nie słabło.
Przez pierwsza połowę roku zespół nie koncertował zbyt dużo, ponieważ postanowiono dokonać pewnych zmian w formie w jakiej zespół występował na scenie. One Little Indian naciskali, aby zespół spróbował dopełnić koncertowy skład, bo odtwarzanie 50% muzyki z taśmy nie wygląda zbyt dobrze. Poszukując sekcji rytmicznej no-man, trochę dla jaj, postanowili zwrócić się do najbardziej cenionych przez siebie muzyków, byłych członków Japan oraz byłych członków Talk Talk. Ku ich zaskoczeniu, wypaliło! Keith Aspden, były manager Talk Talk, zaczął się zajmować no-man, a 3 byłych członków Japan: Steve Jansen (perkusja), Richard Barbieri (syntezatory) i Mick Karn (bas), zgodziło się dopełnić skład na scenie.

                                                   

Singiel „Ocean Song” wydano we wrześniu, a zaplanowana na 10 występów trasa z JBK rozpoczęła się 28 września w Londynie. Brzmienie zespołu zmieniło się znacznie ze względu na udział muzyków z zewnątrz i próbę adaptacji aktualnego repertuaru zespołu na kompletny zestaw żywych instrumentów. Trasa przebiegła gładko, chociaż niektóre koncerty był delikatnie mówiąc mało oblegane. Informacja o tym, że trzech członków Japan występuje razem na scenie po raz pierwszy od dekady, napędziła trochę publiki, ale była tez przyczyną zabawnych pomyłek. Wiele osób myślało, że to kolejna reaktywacja Japan pod inną nazwą i myślała, że Tim, to David Sylvian!
W trakcie trasy (7-mego października) no-man zagrali krótką sesję dla radia BBC. Dzięki trzeźwemu umysłowi Michaela Bearparka, całość została zarejestrowana na taśmie dzięki czemu możemy dziś usłyszeć tamten koncert na składance „Radio Sessions” (wcześniej wydano go osobno pod tytułem „Hit The North”). Niestety, mimo oczekiwaniom i rozpasanej (jak na no-man) trasie promocyjnej, singiel Ocean Song okazał się klapą w porównaniu do poprzednich dwóch. Również pierwsza wersja debiutanckiego albumu (która zawierała między innymi Ocean Song i długą wersję Tulip) została odrzucona przez One Little Indian jako niekomercyjna. No-man zostali odesłani do studia żeby „uatrakcyjnić” płytę i wycedzić lepszego singla (wycedzili Only Baby).


         

Rok 1993 okazał się być w końcu TYM rokiem. W styczniu wyszedł po cichu singiel Sweetheart Raw, natomiast Only Baby zostało wydane w marcu, jak główna zapowiedź pełnowymiarowego debiutu no-man. W kwietniu wydano fanklubową kasetę pt.: „Speak” (zawierającą materiał nagrany między 1988, a 1989 rokiem) oraz odbyły się przesłuchania dla nowych koncertowych muzyków – perkusisty i basisty. Ostatecznie wybór padł na Chrisa Maitlanda (perkusja) i Silasa Maitlanda (bas). Panowie nie są spokrewnieni. 4-tego maja, po wielu perturbacjach, wydano debiutancki album no-man „Loveblows and Lovecries: A Confession”. I tu zakończymy tę część historii zespołu. Póki co prześledziliśmy dłuższą niż się pewnie wielu wydawało drogę no-man do momentu, w którym udało im się wydać pierwszą płytę. Brzmienie zespołu zdążyło przejść przez przynajmniej kilka faz zanim nagrano „Colours”, które zdeterminowało kurs w jakim no-man podążali przez pewien czas.


                                                    

Na zakończenie, wielkie podziękowania dla Richarda Smitha (autora filmu dokumentalnego o no-man pt.: „Returning”), który napisał tekst „Live Among The White Trash”. Ten tekst był jednym z moich głównych źródeł informacji! Niestety aktualnie trudno go znaleźć w internecie więc sam go zahostuję, aby każdy fan zespołu mógł się z nim zapoznać (a powinien!)

https://www.dropbox.com/s/zrmhbk4qfycij5p/live%20amongst%20the%20white%20trash.pdf?dl=0

bardzo pomocny był również blog Tima. Jego tekst na temat debiutanckiej płyty możecie przeczytać tu

https://timbowness.wordpress.com/album-writings/lovesighs-loveblows-and-lovecries-an-assessment/


                                       

Do przeczytania w kolejnym tekście!

sobota, 15 kwietnia 2017

TOP 5 najbardziej niezwykłych i enigmatycznych koncertów Porcupine Tree.



Porcupine Tree występowali na scenie przez prawie 20 lat i robili to często. Postanowiłem wyłowić dla Was 5 najdziwniejszych, najbardziej niezwykłych, najbardziej enigmatycznych koncertów Jeżodrzewia, o jakich wiem. Wybór jest subiektywny, ale myślę, że zgodzicie się ze mną, że występy, które znalazły się w zestawieniu wyróżniają się na tle innych. Oczywiście, mógł odbyć się jakiś niezwyczajny koncert, o którym po prostu nie wiem, ale mam dosyć dużą kolekcję bootlegów i nawet jeśli jakiś potencjalny rodzynek mi umknął, to lista i tak prezentuje się całkiem nieźle.
Zacznę od miejsca 6, które leży poza głównym zestawieniem ponieważ tyczy się kilku koncertów, które łączy pewien wspólny mianownik, a jest nim udział gości. Coś, co może wydawać się dosyć typowe dla wielu zespołów, dla Porcupine Tree było jednak rzadkością. W ciągu prawie dwóch dekad na scenie, Jeżodrzewie wystąpili razem z innym muzykiem jedynie 3 razy. Pierwszy był Theo Travis i co istotne, był to jedyny instrumentalista, który zagrał razem z Porcupine Tree podczas ich koncertu. Wydarzenie to miało miejsce w Londynie, w Union Chapel 14.11.1997 r.
Travis zagrał wtedy na flecie i saksofonie podczas Moonloopa i Ambulance Chasing. Kolejną osobą był Aviv Geffen, który podczas 3 izraelskich koncertów PT w 2000 r. śpiewał razem z zespołem Russia On Ice oraz Feel So Low. Trzecim, ostatnim jak dotąd, szczęśliwcem jest Mikael Akerfeldt, który na koncercie w Seatlle 3.08.2003 r. nie tylko wystąpił razem z PT podczas swojego ulubionego ich utworu A Smart Kid, ale zaśpiewał go w całości zamiast Stevena Wilsona. To były wyjątkowe koncerty, ale umieszczanie ich na liście osobno byłoby już lekką przesadą zatem pojawiły się zbiorczo na honorowym szóstym miejscu. Natomiast jeśli chodzi o resztę:


5. Koncerty specjalne – Nowy Jork, Radio City Music Hall, 24.09.2010 r. i Londyn, Royal Albert Hall, 14.10.2010 r.

Tak, koncerty były dwa, ale były niemal identyczne w swojej formie, więc policzę je jako jeden. Występy promowane jako „specjalne”, były w istocie czymś, czego do tej pory PT się nie podjęli. Setlista została przygotowana specjalnie z myślą o tych koncertach i miały one trwać po 3 godziny.
Aby były jeszcze bardziej specjalne, odbyły się w dwóch prestiżowych salach – Radio City Music Hall w Nowym Jorku oraz Royal Albert Hall w Londynie. Setlistę skonstruowano tak, aby dzieliła się na 3 części – pierwsza pół-akustyczna (zespół udawał niejako własny support), druga właściwa oraz trzecia, która była oddzielona od reszty obligatoryjną przerwą na siusiu. Repertuar był bardzo przekrojowy i tylko dwie płyty (On The Sunday Of Life i Lightbulb Sun) nie miały żadnych przedstawicieli. Z początku Porcupine Tree chcieli wykonać na tych koncertach „The Incident” w całości, ale zrezygnowano z tego pomysłu. Oba wydarzenia przeszły do historii jako najbardziej spektakularne i najdłuższe koncerty Jeżodrzewia. Do tego ostatnie na długie lata.


                                                  


4. Pierwszy koncert z Gavinem i Wesem – Boston, Middle East, 22.07.2002 r.

To był nie tylko pierwszy koncert z nowym członkiem zespołu Gavinem Harrisonem (i bez Chrisa Maitlanda) oraz pierwszym w historii koncertowym drugim gitarzystą Johnem Wesleyem, ale też pierwszy koncert In Absentia Tour i pierwszy koncert pod skrzydłami majorowej wytwórni. To, że zespół zaczynał tę trasę w USA, a nie jak zwykle w Europie, też miało znaczenie.
Niestety koncert charakteryzuje się paroma wpadkami technicznymi, zwłaszcza podczas drugiego utworu – Waiting – gdzie Wilson ma problemy z gitarą i nie może wystartować. Występ odbył się w klubie Middle East w Bostonie, lokalu tak mikroskopijnym, że Porcupine Tree ledwo zmieścili się ze swoim sprzętem na scenie. Z bardziej optymistycznych rzeczy, zadebiutowała wtedy większość utworów z płyty In Absentia (o dziwo zabrakło Blackest Eyes, które pojawiło się dopiero na kolejnym koncercie) oraz Buying New Soul. Na papierze ten koncert nie wyróżnia się aż tak na tle całej trasy, ale jeśli zna się kontekst, to nawet słuchając bootlegu można odczuć, że na scenie powietrze stało z nerwów. Oprócz pierwszego koncertu Porcupine Tree w 1993 r., nie było innego takiego „pierwszego” występu w dziejach zespołu.


3. Koncert na koniec Millenium – Londyn, The Scala, 8.11.1999 r.

Ostatni koncert na trasie Stupid Dream. Był to specjalny występ , który odbył się w Londynie i z racji tego, że był to ostatni występ Porcupine Tree w XX w., to zespół postanowił zagrać dłużej niż zwykle (na tyle, że zrobił sobie nawet w połowie przerwę) i dorzucić do setlisty kilka rzadziej granych utworów (jak Fadeaway i Stranger By The Minute). W jego trakcie nie wydarzyło się zbyt wiele, ale i tak był to wyjątkowy wieczór zarówno dla fanów, jak i zespołu.


2. Koncert od tyłu do przodu – Zaandam, De Kade, 13.07.2001 r.

Zdecydowanie najciekawszy koncert Porcupine Tree pod względem formy konstrukcji. Z jakiegoś powodu, zespół zdecydował się zagrać regularną setlistę tej części trasy, ale od tyłu! Wilson wszedł na scenę i powitał publiczność słowami „Thank you for coming, goodnight!”, po czym rozpoczęli kończący zazwyczaj koncerty Radioactive Toy (był to chyba jedyny przypadek, aby ten kawałek otworzył koncert PT). Po zakończeniu tego utworu, SW rzucił „Thank you, goodnight!” i zespół zszedł ze sceny! Po chwili wrócił na prawdopodobnie najdłuższy bis w historii ;) Stefan dalej ciągnął zabawę mówiąc „You’ve been a wonderful audience” i począwszy od Signify, konsekwentnie grają zwyczajową setlistę od tyłu. Po Hatesong, Wil
son wyjaśnia publiczności co się dzieje. Zabawnie wypadają Slave Called Shiver i Even Less, które zazwyczaj są ze sobą połączone. Samo Even Less zakończyło cały koncert i był to jedyny raz kiedy ten utwór pojawił się w takiej roli. Dlaczego tak zagrali? Tego nie wiadomo do dziś, ale podejrzewam, że Porcupine Tree zrobili sobie po prostu jaja, a jednocześnie zawalczyli z setlistową nudą. Oprócz tego, zgromadzona publiczność mogła też usłyszeć rzadziej grane utwory – Stop Swimming i Feel So Low.


1. Koncert bez Richarda Barbieri – Coventry, Tic-Toc, 11.12.1993 r.

Ironią jest to, że o koncercie, który zajmuje pierwsze miejsce na tej liście można tak niewiele napisać. Nie mam bootlegu z tego występu, ani żadnych informacji poza tą jedną (pochodzącą z oficjalnej strony PT), że takie wydarzenie naprawdę miało miejsce. Dlaczego tak wysoko? Bo to jedyny taki przypadek w historii zespołu, aby zagrał on koncert bez jednego z członków zespołu. Wprawdzie na trasie The Incident w 2009 r. niewiele brakowało, a mielibyśmy powtórkę z rozrywki (napisze o tym w suplemencie do tekstu na temat trasy 2009 – 2010, który powstaje), ale ostatecznie tak się nie stało i rodzynek z 1993 r. nadal pozostaje rodzynkiem. Nadal nie wiadomo jaki był powód nieobecności Ryśka na koncercie w Coventry w 1993 r. poza lakonicznym zdaniem, że był on wtedy nieosiągalny. Pikanterii nadaje też fakt, że wykonano wtedy po raz pierwszy Voyage 34 (Phase II), utwór który zespół zagrał 3 razy w swojej historii (w 1993, 1994 i 1997 r.).
Może kiedyś dowiemy się czemu Barbieri nie pojawił się wtedy na koncercie swojego zespołu. Póki co pozostaje to tajemnicą, a sam występ numerem jeden tej listy!

środa, 16 grudnia 2015

The Nostalgia Factory (1993 - 1994)

Opisałem ostatni jak dotąd rozdział koncertowej historii Porcupine Tree, czas zatem zwrócić się w kierunku początkom. A tam panuje chaos. Niewiadoma za niewiadomą. Z tego choćby względu zwlekałem z napisaniem tekstu na temat trasy, a raczej serii koncertów, które odbyły się na przełomie 1993 r. i 1994 r.
O dziwo zachowało się sporo materiału audio i video z tamtego okresu, ale jednocześnie brakuje kluczowych informacji co do wielu setlist. Pomyślałem jednak, że można tak czekać i czekać, a stosowne informacje mogą się szybko nie pojawić. Zweryfikowałem zatem co się dało i zabrałem się do pisania.

Początki koncertowej działalności Porcupine Tree to wynik serii przypadków. Kiedy Steven Wilson zaczynał tworzyć muzykę, którą ukrywał pod pseudonimem PT, to nie myślał za bardzo o tym, że kiedyś będzie musiał wykonywać ją na żywo. W tamtym czasie jedynym poważnym projektem w jego życiu był no-man (a raczej No Man Is An Island (Except The Island Of Man)) i to na nim koncentrował się SW do 1995 roku. W międzyczasie jednak produkował sobie w domu muzykę psychodeliczną, zahaczającą momentami o prog. Historię o wyimaginowanym zespole sprzed lat znają już chyba wszyscy. Kasety z nagraniami demo PT zaczęły odnosić skromny sukces w podziemnym kręgu słuchaczy muzyki psychodelicznej i tak znana i szanowana wytwórnia Delerium zaproponowała Wilsonowi skompilowanie najlepszych fragmentów tych kaset i wydanie ich na płycie. Tak powstało On The Sunday Of Life. I tak Porcupine Tree zaczęło istnieć. Niedługo po wydaniu kontynuacji pt.: Up The Downstair okazało się, że fanów enigmatycznego projektu jest już całkiem sporo i istnieje faktyczne zapotrzebowanie na koncerty. A koncerty to promocja. Steven zaczął się panicznie rozglądać za kimś z kim mógłby wtaszczyć muzykę Jeżodrzewia na scenę. Kto był w zasięgu?
Był stary kolega ze szkoły – Colin Edwin – który doskonale grał na fretlessie oraz kontrabasie. Był Richard Barbieri, którego Wilson poznał kiedy trio JBK (Jansen-Barbieri-Karn), czyli to co pozostało po zespole Japan, zgodziło się uzupełnić skład no-man w 1992 roku (Rysiek zagrał też na płycie Up The Downstair). Był też Chris Maitland, którego Wilson poznał w podobnych okoliczność kiedy w 1993 r. Chris stał się koncertowym perkusistą no-man oraz zagrał na wydanej w 1994 r. płycie Flowermouth. To grono, jak się wydaje, przypadkowych ludzi okazało się być bardzo zgranym zespołem, któremu udało się wynieść muzykę Porcupine Tree na wyższy poziom niż sugerowały domowe zabawy Wilsona z końca lat 80-tych.

Koncerty z przełomu lat 93/94 opisuję jako trasę ponieważ nie za bardzo mam inne wyjście. Regularnych występów było raptem 5, do tego możemy dodać sesję w radiu BBC. Liczę koncerty zagrane w 1993 roku i w pierwszej połowie 1994. Dwa lata temu (w jednym z pierwszych tekstów jakie opublikowałem) opisując The Sky Moves Sideways Tour zdecydowałem, że wcielę jesienne koncerty z 1994 roku do tej trasy jako, że zespół promował wtedy singla Stars Die/Moonloop, który stanowił wstęp do płyty TSMS (grali wtedy Moonloop i Is...Not). Tak naprawdę jednak, to była trasa przejściowa zatem pod koniec tekstu dam linka do opisu Moontour, aby obraz był pełny.

Z 6 występów jakie Porcupine Tree zagrali w ramach nieformalnej trasy „Up The Downstair”, 5 koncertów zostało w jakiejś formie zarejestrowanych. Wyjątkowo będę opisywał bootlegi zaraz obok opisów samych koncertów (o ile jest co opisywać), bo jest tego tak mało.

Pierwszy w historii koncert Porcupine Tree miał miejsce 4 grudnia 1993 roku w High Wycombe w klubie Nags Head. Niewiele wiadomo o tym występie, niewiele wiadomo o frekwencji (chociaż oczywiste jest to, że tłumów nie było), nie są mi znane żadne ciekawe anegdoty w związku z nim. Jest za to setlista:

01. Voyage 34 (Phase I)
02. Always Never
03. The Nostalgia Factory
04. Burning Sky
05. Radioactive Toy
06. Fadeaway
07. Up The Downstair
……….
08. Not Beautiful Anymore


oraz kilka nagrań, ale o nich później. Repertuar jest dosyć interesujący i przyznam, że nadal nie jestem w 100% przekonany, że tak to wyglądało. Zdaję sobie sprawę, że taka setlista widnieje nawet na oficjalnej stronie PT, ale tam też pojawiają się błędy.
Uznajmy jednak, że tak to faktycznie wyglądało. The Nostalgia Factory oraz Fadeaway, to utwory, które zaliczyły prawdopodobnie pojedyncze wykonania i z różnych powodów zostały odłożone na półkę. Ten pierwszy powrócił w 1996 roku na serię koncertów promujących singla Waiting, natomiast Fadeaway pojawiło się dopiero w 2000 roku. Póki co możemy sobie tylko wyobrażać jak mogły brzmieć podczas dziewiczego występu Porcupine Tree. Reszta setlisty jest dosyć typowa dla tamtego okresu, większość pochodzi z Up The Downstair.
Koncert ten jest najlepiej i najpełniej zarejestrowanym występem PT z 1993 roku, a raczej najpełniej dostępnym, bo rejestrowano wszystko jak leci. Trzeba sobie jednak taki zestaw poskładać samemu. Na Voyage 34 (Phase I) musieliśmy czekać 20 lat. Aby uczcić tę okrągłą rocznicę, Steven Wilson zaszalał i udostępnił na swoim Soundcloudzie właśnie ten utwór, pierwszy z pierwszego koncertu PT. Napisał również kilka słów:

It's mind blowing for me to realise that it is almost exactly 20 years since Porcupine Tree made their first ever live appearance, at a small club called the Nag's Head in High Wycombe, UK on the 4th December 1993. To commemorate the anniversary here is a recording from the archives of the first song played at that first ever show, the Van Der Graaf Generator / Dead Can Dance sampling, David Gilmour meets The Orb fusion of Voyage 34 (years before he did actually collaborate with The Orb!), the birth of PT as a band and a performing entity. It was recorded straight from the mixing desk so the balance is a bit strange, but actually considering how nervous we must have all been, it's not bad at all.





Dzięki Steven! Przyznam, że udostępnienie tego nagrania, to jednak z najfajniejszych rzeczy jakie Wilson zrobił przez ostatnie kilka lat ;) Samo Voyage 34 z Nags Head zdradza, że zespół faktycznie się trochę denerwował. W kilku momentach można usłyszeć kiksy, ale to nie ważne! Steven Wilson wyciągnął dużą wiedzę z tras no-man (z 1992 i 1993 roku) na temat tego jak grać do sekwensera i jednocześnie trzymać wszystko w kupie. Chris Maitland (z wielkimi słuchawkami na uszach) też przeszedł wcześniej swój chrzest bojowy.
W tym samym czasie, trochę cichaczem, został też udostępniony Burning Sky z Nags Head. Żeby go usłyszeć trzeba się zarejestrować na stronie SWHQ w dziale SWST. Jest tam kilka ciekawych rzeczy, w tym wspomniane nagranie.
Ponadto, 3 kawałki (Radioactive Toy, Up The Downstair i Not Beautiful Anymore) są szeroko dostępne na mini-albumie koncertowym Spiral Circus, który został wydany jeszcze w 1994 r. (w bardzo małym nakładzie).

Jako, że Steven Wilson miał już sprzymierzeńców w radiu BBC, tak też Porcupine Tree udało się zagrać mikołajkowy set u Marka Radcliffe'a. Zestaw utworów składał się z:

01. Radioactive Toy
02. Burning Sky
03. Always Never


Burning Sky zostało podzielone na dwie części (prawdopodobnie ze względu na toporną długość),
między którymi przeprowadzany był wywiad. Sesja przebiegła pomyślnie, a jej rezultat jest szeroko dostępny na bootlegach (jak zresztą wszystkie pozostałe sesje dla BBC). Ponadto pierwsza połowa Burning Sky oraz całe Always Never znalazły się na wspomnianym Spiral Circus.


Następny koncert (drugi pełny) odbył się w klubie Borderline w Londynie (7 grudnia). Pierwszy koncert w stolicy i znów dziwaczna setlista:

01. Burning Sky
02. Voyage 34
03. Radioactive Toy
04. Up The Downstair
05. Linton Samuel Dawson


Gryzie mnie ten Linton, nie ukrywam. Tym razem na stronie PT nie ma słowa na temat setlisty z tamtego wieczora, najwyraźniej musi istnieć bootleg, którego ja nie posiadam (większość bootlegów opisanych jako Borderline 1993, to bezczelnie skopiowane Spiral Circus z wyciętym Always Never).
Z Londynu 1993 udostępniono teoretycznie dwa utwory, ale praktycznie jeden. Wynika to z tego, że na Spiral Circus pojawiła się tylko druga połowa Burning Sky (pierwsza pochodzi z wykonania w BBC) oraz druga połowa Voyage 34 (Phase I) (pierwszej nie ma w ogóle). Zwłaszcza ten drugi przypadek wydaje mi się dziwny. Do 2013 roku podejrzewał, że być może w takiej formie Voyage 34 było grane w 1993 r., ale wrzucone przez Wilsona wykonanie z Nags Head rozwiało te wątpliwość. Dlaczego wycięto połowę utworu? Ze względu na brak miejsca na nośniku? Nie wiadomo.

Koncert, który odbył się 11 grudnia w Coventry, w klubie Tic-Toc, to jeden z najbardziej enigmatycznych koncertów Porcupine Tree w historii tego zespołu. Informacje są szczątkowe, ale wiadomo dwie istotne rzeczy.
Po pierwsze, Richard Barbieri nie wziął udziału w imprezie ponieważ był „niedostępny”. Po drugie, akurat ten dzień PT wybrali sobie na koncertową premierę Voyage 34 (Phase II).
Nic innego nie wiadomo. W obiegu nie ma żadnych nagrań, żadnych relacji naocznych świadków, ani tym bardziej żadnych zdjęć. Był to ostatni koncert PT w 1993 roku i przeszedł do historii jako jedyny zagrany jako trio.
1994 rok rozpoczął się dla zespołu pierwszą poważną wycieczką zagranicę.
Pierwszymi szczęśliwcami z Europy, którzy mieli jaja żeby zaprosić Porcupine Tree byli oczywiście Holendrzy. Przez wiele lat, to właśnie Holandia była główną przystanią PT podczas koncertów odbywających się poza Wielką Brytanią.
7 stycznia zespół zagrał koncert w Uden (w klubie De Nieuwe Pul). Nie wiem jakie były okoliczności zaproszenia PT do Uden, nie wiadomo czy był to festiwal czy pojedynczy koncert, ale na pewno można odrzucić opcję supportu, bo odpowiednia adnotacja pojawiłaby się w tym miejscu na stronie PT.
Zespół zaprezentował:

01. Up The Downstair
02. Radioactive Toy
03. Burning Sky
04. Always Never
05. Voyage 34 (Phase I)
06. Voyage 34 (Phase II)


Holendrzy nie zdawali sobie pewnie wtedy sprawy z tego jaki prezent dostali. Od tamtej pory, Voyage 34 (Phase II) zostało chyba wykonane tylko raz przy okazji koncertu w Rzymie na początku 1997 roku.

Z tego występu pochodzi bardzo średniej jakości bootleg, ale jego wartość historyczna jest olbrzymia (pierwszy koncert PT za granicą, drugie z trzech wykonań Voyage 34 2). Niestety najbardziej pożądany utwór tego nagrania urywa się w połowie (podobnie jak jego następca z 1997). Pozostaje mieć nadzieję, że wszystko leży w archiwach Stevena Wilsona i kiedyś zostanie w jakiejś formie udostępnione. Istnieje również nagranie wideo. Jakość dźwięku jest odrobinę lepsza, obraz zgrywany z dwóch kamer (ale głównie użyta była jedna). Niewiele widać, kopia z vhs jest nadgryziona. Co ciekawe, jest to oficjalne nagranie Delerium (oczywiście istniejące tylko w celach promocyjnych). Niestety również ma ucięte Voyage 34 (Phase II).


                                 


                                 


                                 


Ostatni koncert, który odbył się w tej połowie roku również odbył się w Holandii i również w Uden, ale przy zupełnie innej okazji. Tym razem, Porcupine Tree zostali zaproszeni na festiwal rocka progresywnego Planet Pul, który odbywał się na stadionie De Kuip. Oprócz Jeżodrzewia, tego dnia wystąpili również Now (z Belgii) oraz IQ (prawdopodobnie jako gwiazda wieczoru). Porcupine Tree zagrali w dzień, do tego tęgo lało przez cały ich set, a garstka ludzi pod wielką sceną na stadionie wyglądała dosyć komicznie (zaraz napiszę skąd to wszystko wiem).
Setlista była krótka (jak to na festiwalu):

01. Up The Downstair
02. Always Never
03. Radioactive Toy
04. Burning Sky
05. Not Beautiful Anymore


Otóż wszystko o czym pisałem powyżej można zobaczyć na profesjonalnym nagraniu wideo z tego koncertu. Jest to najwcześniejsza tego typu rejestracja występu PT. Możemy zobaczyć Stefana w pasiastej koszulce, ogolonego Colina (!!!!), oraz poobserwować jak zespół stresował się na zapleczu. Z tego wideo pochodzi również doskonałej jakości audio. Zespół był znacznie bardziej rozgrzany (mimo prawie półrocznej przerwy w graniu koncertów) i muszę przyznać, że wracam do tego bootlegu regularnie.


                                    


                                    

                                    

                                    

                                    

                                    


I to tyle. Kolejna regularna seria koncertów rozpoczęła się w październiku i napisałem o niej trochę tutaj:

http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2013/11/the-band-moves-sideways-1994-1995-cz1.html

Do ugruntowanej już setlisty (choć bez niespodzianek w stylu Voyage 34 I,II, Linton Samuel Dawson, Fadeaway czy tez The Nostalgia Factory) doszły premierowe kompozycje Is...Not i Moonloop co na 7 utworów w setliście dawało 5 instrumentalnych (tak to kiedyś było w PT).
Co mogę napisać na koniec tekstu o tych dziewiczych wczesnych występach Porcupine Tree? Narodziło się wtedy „Porcupine Tree – zespół”, którego skład zdeterminował drogę ewolucji Jeżodrzewia na wiele kolejnych lat. Wczesne występy nadal owiane są gęstą mgłą tajemnicy, brakuje materiału wideo czy chociaż większej kolekcji zdjęć z tych najwcześniejszych koncertów w 1993 roku. Brakuje również nagra
ń wykonanych wtedy rarytasów jak Linton, Nostalgia Factory, Fadeaway czy porządnej jakości (i w całości) Voyage 34 (Phase II), czy jakiejkolwiek pamiątki po jedynym występie jako trio (przy czym klawisze leciały pewnie z sekwensera).

Tak więc w tym okresie PT zagrali:

3 utwory z "On The Sunday Of Life" (Linton Samuel Dawson, The Nostalgia Factory i Radioactive Toy)
5 utworów z "Up The Downstair" (Up The Downstair, Burning Sky, Fadeaway, Not Beautiful Anymore i Always Never)
2 utwory z "Voyage 34" (Phase I i Phase II)


Ludzie, którzy z jakiegoś powodu wybrali się wtedy, na któryś z tych koncertów mogą uważać się za wybranych. Nam pozostają bootlegi i radość z tego, że właśnie tych czterech facetów zdecydowało się wtedy na wspólną grę.