Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bandcamp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bandcamp. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 listopada 2023
Athens (1995)
Chyba najlepszą rzeczą jaka wydarzyła się w związku z Porcupine Tree przez ostatnie 13 lat, to te koncerty wydawane na Bandcamp. Czekaliśmy na to latami i w końcu tama pękła. Zespół może łatwo zarobić tymi nagraniami, a ja z radością im za takie rzeczy, jak „Ateny1995”, zapłacę.
Mam niesamowity wręcz sentyment do trasy „The Sky Moves Sideways”. Może nie doświadczyłem jej na własnej skórze, ale nagrań z niej słuchałem niemal od początku bycia fanem zespołu, zresztą samo „The Sky Moves Sideways” to obok „Recordings” moja ulubiona płyta Porcupine Tree. Grupa występowała w aktualnym na tamten czas składzie, czyli Steven Wilson, Chris Maitland, Colin Edwin i Richard Barbieri. Jest to pierwszy pełny koncert z tej części trasy, jaki został wydany oficjalnie, ale skromniejszą setlistę mogliśmy już usłyszeć na „Salford (1994)” wydanym w czerwcu 2020 r.
To był pierwszy koncert PT w Grecji, zagrany dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia 1995 roku. W opisie możemy przeczytać, że z uwagi na charakter nagrania (prosto z deski mikserskiej), zdecydowanie bardziej uwypuklone są klawisze, więc wszyscy fani Ryśka mogą podskoczyć z radości, a są powody, bo Rysiek w tamtym czasie czynił cuda na klawiszach (z czasem tych jego partii było coraz mniej, bo i muzyka się zmieniła). Ci którzy słuchali bootlegu z Bydgoszczy 1997, wiedzą czego mogą się spodziewać.
Koncert otwiera utwór „The Sky Moves Sideways”, w lekko skróconej, koncertowej wersji, ale w brzmieniu doskonałym. Jak to jest, że tych czterech facetów, bez pomocy żadnych dodatkowych muzyków, było w stanie wygenerować taki show? Nagranie zostało ładnie zmasterowane, więc nie jesteśmy narażeni na typową dla soundboard’ów płaskość brzmienia, wszystko tu ładnie chodzi. Steven około 9:30 trochę się gubi w zagrywkach, ale generalnie wszystko przebiega bezproblemowo. Faktycznie Barbieri wychodzi na pierwszy plan w każdym momencie, co tylko dodaje rumieńcom temu utworowi. Chris Maitland również jest odpowiednio słyszalny, co cieszy.
„Is..not” zawsze bardzo lubiłem w tych koncertowych wykonaniach z epoki. Utwór ma niesamowity klimat i brzmienie. Możemy tu też odnaleźć śladowe, ale jednak, ilości improwizacji. Jednym z najpiękniejszych zabiegów w tamtym czasie było jednak absolutnie magiczne przejście z „Is...not” w „Radioactive Toy”. Atmosfera robiła się wręcz mistyczna, w czym zespół był naprawdę dobry. Samo „Radioavtive Toy” w wydaniu raczej klasycznym, takim jakie dobrze znamy z „Coma Divine”. „Ateny” brzmią jednak trochę inaczej, przez co i wrażenia ze słuchania są odrobinę inne. Zabawnie jest słuchać tego młodego głosu Stefana, jeszcze nie zachrypniętego, odrobinę fałszującego i speszonego. W niczym to jednak nie przeszkadza, a zespół brzmi tak dobrze, jak możecie po nim oczekiwać.
Zawsze lubiłem wczesne „Signify”, które zespół grał już na niektórych koncertach w 1995 r. Szybkie, energetyczne, a do tego z dużo większym udziałem Ryśka (np. organy w 2:44). Było coś wyjątkowego i szalonego w tym, jak to wtedy wykonywali, czego na późniejszych trasach zabrakło.
„Waiting”, również w wersji wczesnej, różni się od wszystkich wykonywanych później, spokojnym wstępem na samej gitarze (elektrycznej, udającej akustyczną). Tamte wykonania tej piosenki też mają w sobie coś wyjątkowego, może to ich jeszcze nieoszlifowany charakter, czy po prostu jakaś iskra, która wtedy strzelała między członkami zespołu, nie wiem. Chris robi ładny użytek z dzwoneczków, które niestety zniknęły z Porcupine Tree razem z samym Maitlandem. Steven gra solo odrobinę inaczej niż na albumie, słychać że jeszcze w pełni go nie opracował, ale był blisko. Dopiero wtedy Chris wchodzi ze słynnym motywem na bębenku. Końcowe solo również trochę inne. Ciekawe co myśleli sobie szczęśliwi Grecy, którzy doświadczyli tej niespodzianki w 1995 roku.
„Moonloop”, o czym już kiedyś wspominałem, pomimo że na wielu występach zapowiadany przez Stevena jako improwizacja, w wersji koncertowej nie miał w sobie zbyt wiele faktycznej improwizacji. Wykonania z lat 94-97 są do siebie bliźniaczo podobne, pomimo że różnią się od wersji studyjnej dosyć znacznie, Mnie to jednak nie przeszkadza, bo „Moonloop” live, to jeden z moich ulubionych fragmentów koncertów z tamtych czasów, choćby za każdym razem brzmiał tak samo. Kolejna kompozycja w secie, która zyskuje na nadprogramowej głośności klawiszy Rysia. Na bliższy plan wychodzi też bas Colina, który generalnie jest na tym nagraniu dosyć cicho, ale i tak się przebija kiedy trzeba. W 1995 r., Steven grał jeszcze ostrzejszą część nieco bardziej stonowana gitarą, niż w 1997 r., co dobrze słychać na bootlegu z Bydgoszczy, gdzie uzywał jakiegoś fuzza. W każdym razie, Ateński „Moonloop” to jeden z najfajniejszych jakie dane mi było słyszeć, a trochę tych Munlupów było.
Steven zapowiada „Dislocated Day” uprzedzając, że Chris jest trochę chory. W ogóle tego nie słychać (poza tym, że przez chwile dosłownie kaszle). Może nie jest to jeszcze ta rozbudowana, huraganowa wersja jaką znamy z „Coma Divine”, ale kawałek na koncertach od początku miał w sobie energię, której nie udało się uzyskać w studiu. Klawisze Ryśka brzmią trochę komicznie z tym trąbo-podobnym brzmieniem. Utwór zawsze stanowił popisowy moment dla sekcji rytmicznej, i aż dziwne pomyśleć, że tej konkretnej sekcji już w zespole nie ma w żadnej cześci. Stefanowi trochę chwieje się głos, jakby sam miał zawalone gardło. Outro w wykonaniu Maitlanda jest obecne, trochę inne niż na „Comie”, ale równie energetyczne.
Pozdrawiam serdecznie Wiktorię, która zwróciła mi uwagę na to, że koncertowa wersja „The Moon Touches Your Shoulder” pobrzmiewa Muminkami. W istocie tak jest. Urokiem tych wczesnych koncertów Jeżodrzewia jest między innymi to, jak czasami musieli naginać aranżacje, aby jakoś odegrać te piosenki we czwórkę. Dzięki temu, widzowie dostawali inaczej brzmiące wersje kawałków. Rysiek z klawiszami udającymi gitarę dudni tu zdrowo. Są takie momenty kiedy jego parapet pobrzmiewa weselem, ale takie były czasy i możliwości. Jak to od pewnego momentu w 1995 r., „The Moon” przechodzi płynnie w drugą część „Always Never” i de facto, zespół otwiera tym mini set z płyty „Up the Downstair” (powiedzmy, że „Voyage 34” pod to podciągniemy). Po kilku minutach psychodelicznego grania w poprzednim utworze, Porcupine Tree uderzają w bardziej transowe rejony. O „Burning Sky” nie mam zbyt wiele do napisania poza tym, że zawsze wypadał dobrze. To był stały punkt imprezy na wczesnych koncertach i nie bez powodu. Po tym utworze Stefan się żegna, po czym wraca na bis (wyraźnie coś tu ciachnęli, bo brzmi to jakby się zgrywał i w ogóle nie zszedł ze sceny).
„Voyage 34” z tamtych czasów też można brać na kilogramy, nie ważne ile nagrań słyszeliśmy, każde następne będzie cieszyło. Kolejny z utworów, które w pełni zyskują na głośniejszym Barbierim. Tu właśnie należy się doszukiwać wyjątkowości tego wykonania, a raczej tego nagrania, i od tego będzie zależało, że wybierzecie „Ateny”, a nie np. wersję z „Warszawy”, chociaż energia między członkami zespołu też jest tu trochę inna (nie mówię, że gorsza, czy lepsza, po prostu inna).
W każdym razie, to kolejny kawałek PT, który zawsze dobrze wypada.
Na zakończenie zostaje równie transowe „Up the Downstair”. Pamiętam jak Barbieri wypowiadał się po koncertach w RCMH i RAH w 2010 r., że te starsze kawałki brzmiały lepiej w latach 90-tych, bo bardziej im służyły syntezatory, z których wtedy korzystał. Rzeczywiście, słychać tę różnicę. Po zakończeniu utworu, PT schodzą ze sceny w milczeniu (obstawiam, że Wilson po prostu dużo ze swojego gadania wyciął), a tłum rozpalonych Greków prosi o więcej, ale to już koniec występu.
Patrząc na tę setlistę/tracklistę, przypominam sobie jak innym zespołem było wtedy Porcupine Tree. Wilson nie śpiewa przez więcej niż połowę koncertu, a 7 z 12 utworów to instrumentale (przez ostatnie 40 minut, Stefan otwiera buzię tylko między kawałkami). Tych, którzy tęsknią za tamtym Jeżodrzewiem, cieszą takie wydawnictwa jak „Athens”.
Pamiętam jak ten album wyszedł, było to 2 grudnia 2022 r. Przesłuchałem go następnego dnia rano, akurat spadł lekki śnieg, a ja robiłem sobie kawę w kuchni i na słuchawkach miałem „Ateny”. W tamtym czasie, próbowałem nieskutecznie dokończyć tekst na temat trasy „Closure/Continuation” i już miałem dosyć tego zespołu, ale ten jakościowy powrót do przeszłości mnie nieco zultrasował. Szkoda, że tak rzadko pojawiają się kolejne tego typu niespodzianki na Bandcamp, ale nie ma co narzekać.
Każdemu polecam zakupić sobie ten koncert, bo jest to piękny snapshot z tego specyficznego okresu w działalności koncertowej Porcupine Tree. Kolekcjonując przez lata różnego rodzaju bootlegi, łatwo zapomnieć, że to pierwsze oficjalne wydanie pełnego koncertu z 1995 roku, i że wiele osób takiego wydania PT jeszcze nie słyszało. Ciesze się, że właśnie opis tego wydawnictwa, stanowi na blogu obchody 10 rocznicy wystartowania Steven Wilson Live.
piątek, 20 marca 2020
First live performance 4th Dec 1993 - czy to wilsonowy Graal?
Nie
każdy z nas ma w tych ciężkich czasach możliwość pracy w domu,
ale dla tych z nas, którzy grzecznie nie opuszczają miejsca
zamieszkania, Steven Wilson zrobił prezent (ok, zrobił wszystkim). On, czy ktoś tam z
managementu. Wystartował oficjalny profil Porcupine Tree na Bandcamp
i już w tej chwili możemy zakupić tam cyfrowe wersje od dawna
niedostępnych wydawnictw (XM I i II, Ilosarirock i We Lost The
Skyline) oraz nowych/starych rarytasów. Niektóre były już
wcześniej dostępne w części lub całości na oficjalnych wydaniach
lub bootlegach, a inne nie. Dziś przyjrzę się w końcu, wydanemu po
27 latach pierwszemu koncertowi Porcupine Tree.
O występie tym wspominałem parę lat temu w tym tekście. Już wtedy dostępne było nagranie prawie całego koncertu z wyjątkiem 2 (z hakiem) utworów. Co zatem dostaliśmy teraz?
Na początku trochę historii, ale nie będę powtarzał tego, co już mogliście przeczytać w przywołanym powyżej poście na temat koncertów, które odbyły się między 1993, a 1994 rokiem.
Czego wtedy nie wiedziałem, to to że debiutancki koncert Porcupine Tree, który odbył się w klubie Nags Head w High Wycombe był wyprzedany. Tak przynajmniej wynika z zacytowanej przez zespół relacji Petera Clemonsa. To nie był duży lokal, więc jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że koncert się sprzedał. To ważna informacja.
Istnienie taśmy z nagraniem zawdzięczamy Mike’owi Bearparkowi, który wiele razy trzymał rękę na pulsie (np. rejestrując występ no-man w 1992 roku). Mike użył poważnego na tamte czasy sprzętu Casio DA-2. Występ został zarejestrowany w całości, ale niestety kaseta nie dała rady (o czym później).
Fragment nagrania pojawił się pierwszy raz na wydanej w kwietniu 1994 r. promo kasecie Spiral Circus. 3 utwory: Radioactive Toy, Up The Downstair i Not Beautiful Anymore pochodzą z Nags Head, przy czym Up The Downstair jedynie w części (7 min 3 sek w porównaniu z 10 min 41 sek wersji wydanej teraz). Na kolejne nagranie trzeba było czekać kolejne 19 lat, kiedy Steven Wilson w ramach uczczenia 20 rocznicy pierwszego koncertu PT udostępnił na Soundcloudzie Voyage 34. Potem, kilka lat później, Always Never.
O występie tym wspominałem parę lat temu w tym tekście. Już wtedy dostępne było nagranie prawie całego koncertu z wyjątkiem 2 (z hakiem) utworów. Co zatem dostaliśmy teraz?
Na początku trochę historii, ale nie będę powtarzał tego, co już mogliście przeczytać w przywołanym powyżej poście na temat koncertów, które odbyły się między 1993, a 1994 rokiem.
Czego wtedy nie wiedziałem, to to że debiutancki koncert Porcupine Tree, który odbył się w klubie Nags Head w High Wycombe był wyprzedany. Tak przynajmniej wynika z zacytowanej przez zespół relacji Petera Clemonsa. To nie był duży lokal, więc jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że koncert się sprzedał. To ważna informacja.
Istnienie taśmy z nagraniem zawdzięczamy Mike’owi Bearparkowi, który wiele razy trzymał rękę na pulsie (np. rejestrując występ no-man w 1992 roku). Mike użył poważnego na tamte czasy sprzętu Casio DA-2. Występ został zarejestrowany w całości, ale niestety kaseta nie dała rady (o czym później).
Fragment nagrania pojawił się pierwszy raz na wydanej w kwietniu 1994 r. promo kasecie Spiral Circus. 3 utwory: Radioactive Toy, Up The Downstair i Not Beautiful Anymore pochodzą z Nags Head, przy czym Up The Downstair jedynie w części (7 min 3 sek w porównaniu z 10 min 41 sek wersji wydanej teraz). Na kolejne nagranie trzeba było czekać kolejne 19 lat, kiedy Steven Wilson w ramach uczczenia 20 rocznicy pierwszego koncertu PT udostępnił na Soundcloudzie Voyage 34. Potem, kilka lat później, Always Never.
I tak składaliśmy sobie ten
koncert utwór po utworze, aż w czwartkowy wieczór „wydano” w
końcu całość. Ale nie całość. I nie taką samą.
Pierwsze co rzuca się w oczy to brak Fadeaway, który jest wynikiem „problemów z taśmą”. Nie wiem na czym dokładnie ten problem polega więc nie będę się wymądrzał, ale szkoda, że mimo wszystko tego nie dali, nawet uszkodzonego, pociętego, we fragmencie. To było prawdopodobnie jedyne wykonanie Fadeaway do 2000 r. i jedyne w ogóle wersji albumowej z Wilsonem na wokalu. Jak na złość akurat ten nie mógł zostać wykorzystany, a z samego koncertu nie cyrkuluje żaden bootleg. Na pocieszenie mamy The Nostalgia Factory, które po raz pierwszy w historii pojawiło się na oficjalnym koncertowym albumie Porcupine Tree. Wersja live z 1993 r. jest zadziwiająco podobna do tej z 1996 r. z tym wyjątkiem, że w 1996 Stefan wykombinował sposób w jaki to śpiewać dobrze. Na debiutanckim występie PT, Wilson próbuje jak na płycie, ale mu nie idzie, bo tonacja jest dla niego za niska. Ogólnie Nostalgia brzmi dobrze, ale zdecydowanie częściej będę wracał do wykonania z Leeds 3 lata później. Jeśli chodzi o resztę materiału, to chyba już dobrze go znamy? Otóż nie.
Voyage 34 wrzucony 6 lat temu na Soundcloud nie miał z jakiegoś powodu pełnego intra (z fragmentem „This remarkable sometimes incoherent transcript...”), ale jednocześnie trwa dłużej niż wersja wydana na Bandcamp. Możecie sami sprawdzić, bo tamta wersja cały czas wisi na profilu Bosego.
https://soundcloud.com/steven-wilson/porcupine-tree-voyage-34-nags
Voyage 34 z Soundclouda ma 12:18, a ten z Bandcampa 11:39, mimo że zawiera brakujące 20 sekund intra. Przerwa między utworem, a publicznością na końcu jest taka sama. Jednosekundowego „hello” Stefana (które teraz wycięto), nie będziemy liczyć. Nie wydaje mi się żeby utwór przyspieszono, zatem brakuje około minuty „czegoś”. Miałem to olać, ale nie mogłem, musiałem sprawdzić co tu się odwala. No więc odwala się to
Obu wersjom przyciąłem początki żeby zaczynały się w tym samym momencie (czyli w 0:27 wersji Bandcamp). Jak widzicie, Steven wyciął okrągłą minutę muzyki i będzie to dokładnie fragment między 2, a 3 minutą w wersji z Soundclouda. Nie dzieje się tam zbyt wiele, ale czy warto było to usuwać? Nie starczyłoby miejsca na Bandcampie? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Steven Wilson. W każdym razie szkoda, że to wyciął, bo dostajemy jednak nagranie niekompletne i być może większość nawet nie zauważy tego braku, to jednak od strony kronikarskiej dupa mnie boli.
Ale to nie wszystko co zostało wycięte. Z jakiegoś powodu Stefan wywalił nie tylko „hello”, ale też następującą po nim zapowiedź do Always Never „ok we’re gonna try Always Never from the last album”, co słychać na wersji którą wrzucił na Soundcloud. Na szczęście sam utwór pozostał nietknięty, podobnie jak słynna już zapowiedź do Radioactive Toy uwieczniona na Spiral Circus.
Burning Sky, które również było na Soundcludzie Bosego (ale z dostępem wyłącznie dla Street Teamu) również nie było edytowane w żaden sposób. Up The Downstair po raz pierwszy w pełnej wersji z tego koncertu. Radioactive Toy i Not Beautiful Anymore bez zmian.
Jeśli chodzi o bardziej ogólne rzeczy to Steven Wilson podmasterował trochę całość i dodał delikatny efekt pogłosu żeby wszystko brzmiało bardziej „koncertowo” (na Spiral Cirucs i w wersjach z Soudncloud dźwięk jest bardziej suchy, typowo dla nagrania z deski).
Podsumowując, NARESZCIE! Może brakuje kluczowego utworu, może inny kluczowy utwór jest skrócony, może Stefan z premedytacją robi z siebie niemowę, ale to nadal godzina doskonałego koncertu, zagranego przez doskonały zespół, który przygotowywał się przez tydzień i zagrał w taki sposób.
Na Bandcampie Porków pojawiają się już kolejne rzeczy i o nich też będę pisał, o ile nie pisałem już o nich wcześniej w jakiejś formie. Pozostaje czekać na kolejne interesujące nagrania, najlepiej pozostałości z rzymskich koncertów i cokolwiek dobrej jakości z końcówki 1996 roku. Pełne koncerty nagrane w 1999 r. i w 2001 r. też są, zresztą podejrzewam, że z każdej trasy coś mają.
Może 4 dychy za audio z Kolonii, która w całości razem z video jest na YT to nie jest mało, ale ile przez ostatnie lata wydaliśmy na nowe wydawnictwa Porcupine Tree?
Wszystkim Wam życzę dużo zdrowia, cierpliwości i spokoju w aktualnej, trudnej sytuacji związanej z epidemią. Starajcie się jak najwięcej czasu spędzać w domu, np. słuchając w/w koncertu lub nowego singla Stefana Personal Shopper. Do przeczytania!
Pierwsze co rzuca się w oczy to brak Fadeaway, który jest wynikiem „problemów z taśmą”. Nie wiem na czym dokładnie ten problem polega więc nie będę się wymądrzał, ale szkoda, że mimo wszystko tego nie dali, nawet uszkodzonego, pociętego, we fragmencie. To było prawdopodobnie jedyne wykonanie Fadeaway do 2000 r. i jedyne w ogóle wersji albumowej z Wilsonem na wokalu. Jak na złość akurat ten nie mógł zostać wykorzystany, a z samego koncertu nie cyrkuluje żaden bootleg. Na pocieszenie mamy The Nostalgia Factory, które po raz pierwszy w historii pojawiło się na oficjalnym koncertowym albumie Porcupine Tree. Wersja live z 1993 r. jest zadziwiająco podobna do tej z 1996 r. z tym wyjątkiem, że w 1996 Stefan wykombinował sposób w jaki to śpiewać dobrze. Na debiutanckim występie PT, Wilson próbuje jak na płycie, ale mu nie idzie, bo tonacja jest dla niego za niska. Ogólnie Nostalgia brzmi dobrze, ale zdecydowanie częściej będę wracał do wykonania z Leeds 3 lata później. Jeśli chodzi o resztę materiału, to chyba już dobrze go znamy? Otóż nie.
Voyage 34 wrzucony 6 lat temu na Soundcloud nie miał z jakiegoś powodu pełnego intra (z fragmentem „This remarkable sometimes incoherent transcript...”), ale jednocześnie trwa dłużej niż wersja wydana na Bandcamp. Możecie sami sprawdzić, bo tamta wersja cały czas wisi na profilu Bosego.
https://soundcloud.com/steven-wilson/porcupine-tree-voyage-34-nags
Voyage 34 z Soundclouda ma 12:18, a ten z Bandcampa 11:39, mimo że zawiera brakujące 20 sekund intra. Przerwa między utworem, a publicznością na końcu jest taka sama. Jednosekundowego „hello” Stefana (które teraz wycięto), nie będziemy liczyć. Nie wydaje mi się żeby utwór przyspieszono, zatem brakuje około minuty „czegoś”. Miałem to olać, ale nie mogłem, musiałem sprawdzić co tu się odwala. No więc odwala się to
Obu wersjom przyciąłem początki żeby zaczynały się w tym samym momencie (czyli w 0:27 wersji Bandcamp). Jak widzicie, Steven wyciął okrągłą minutę muzyki i będzie to dokładnie fragment między 2, a 3 minutą w wersji z Soundclouda. Nie dzieje się tam zbyt wiele, ale czy warto było to usuwać? Nie starczyłoby miejsca na Bandcampie? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Steven Wilson. W każdym razie szkoda, że to wyciął, bo dostajemy jednak nagranie niekompletne i być może większość nawet nie zauważy tego braku, to jednak od strony kronikarskiej dupa mnie boli.
Ale to nie wszystko co zostało wycięte. Z jakiegoś powodu Stefan wywalił nie tylko „hello”, ale też następującą po nim zapowiedź do Always Never „ok we’re gonna try Always Never from the last album”, co słychać na wersji którą wrzucił na Soundcloud. Na szczęście sam utwór pozostał nietknięty, podobnie jak słynna już zapowiedź do Radioactive Toy uwieczniona na Spiral Circus.
Burning Sky, które również było na Soundcludzie Bosego (ale z dostępem wyłącznie dla Street Teamu) również nie było edytowane w żaden sposób. Up The Downstair po raz pierwszy w pełnej wersji z tego koncertu. Radioactive Toy i Not Beautiful Anymore bez zmian.
Jeśli chodzi o bardziej ogólne rzeczy to Steven Wilson podmasterował trochę całość i dodał delikatny efekt pogłosu żeby wszystko brzmiało bardziej „koncertowo” (na Spiral Cirucs i w wersjach z Soudncloud dźwięk jest bardziej suchy, typowo dla nagrania z deski).
Podsumowując, NARESZCIE! Może brakuje kluczowego utworu, może inny kluczowy utwór jest skrócony, może Stefan z premedytacją robi z siebie niemowę, ale to nadal godzina doskonałego koncertu, zagranego przez doskonały zespół, który przygotowywał się przez tydzień i zagrał w taki sposób.
Na Bandcampie Porków pojawiają się już kolejne rzeczy i o nich też będę pisał, o ile nie pisałem już o nich wcześniej w jakiejś formie. Pozostaje czekać na kolejne interesujące nagrania, najlepiej pozostałości z rzymskich koncertów i cokolwiek dobrej jakości z końcówki 1996 roku. Pełne koncerty nagrane w 1999 r. i w 2001 r. też są, zresztą podejrzewam, że z każdej trasy coś mają.
Może 4 dychy za audio z Kolonii, która w całości razem z video jest na YT to nie jest mało, ale ile przez ostatnie lata wydaliśmy na nowe wydawnictwa Porcupine Tree?
Wszystkim Wam życzę dużo zdrowia, cierpliwości i spokoju w aktualnej, trudnej sytuacji związanej z epidemią. Starajcie się jak najwięcej czasu spędzać w domu, np. słuchając w/w koncertu lub nowego singla Stefana Personal Shopper. Do przeczytania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

