Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 listopada 2023

Athens (1995)


 
Chyba najlepszą rzeczą jaka wydarzyła się w związku z Porcupine Tree przez ostatnie 13 lat, to te koncerty wydawane na Bandcamp. Czekaliśmy na to latami i w końcu tama pękła. Zespół może łatwo zarobić tymi nagraniami, a ja z radością im za takie rzeczy, jak „Ateny1995”, zapłacę.

Mam niesamowity wręcz sentyment do trasy „The Sky Moves Sideways”. Może nie doświadczyłem jej na własnej skórze, ale nagrań z niej słuchałem niemal od początku bycia fanem zespołu, zresztą samo „The Sky Moves Sideways” to obok „Recordings” moja ulubiona płyta Porcupine Tree. Grupa występowała w aktualnym na tamten czas składzie, czyli Steven Wilson, Chris Maitland, Colin Edwin i Richard Barbieri. Jest to pierwszy pełny koncert z tej części trasy, jaki został wydany oficjalnie, ale skromniejszą setlistę mogliśmy już usłyszeć na „Salford (1994)” wydanym w czerwcu 2020 r.

To był pierwszy koncert PT w Grecji, zagrany dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia 1995 roku. W opisie możemy przeczytać, że z uwagi na charakter nagrania (prosto z deski mikserskiej), zdecydowanie bardziej uwypuklone są klawisze, więc wszyscy fani Ryśka mogą podskoczyć z radości, a są powody, bo Rysiek w tamtym czasie czynił cuda na klawiszach (z czasem tych jego partii było coraz mniej, bo i muzyka się zmieniła). Ci którzy słuchali bootlegu z Bydgoszczy 1997, wiedzą czego mogą się spodziewać.

Koncert otwiera utwór „The Sky Moves Sideways”, w lekko skróconej, koncertowej wersji, ale w brzmieniu doskonałym. Jak to jest, że tych czterech facetów, bez pomocy żadnych dodatkowych muzyków, było w stanie wygenerować taki show? Nagranie zostało ładnie zmasterowane, więc nie jesteśmy narażeni na typową dla soundboard’ów płaskość brzmienia, wszystko tu ładnie chodzi. Steven około 9:30 trochę się gubi w zagrywkach, ale generalnie wszystko przebiega bezproblemowo. Faktycznie Barbieri wychodzi na pierwszy plan w każdym momencie, co tylko dodaje rumieńcom temu utworowi. Chris Maitland również jest odpowiednio słyszalny, co cieszy.

„Is..not” zawsze bardzo lubiłem w tych koncertowych wykonaniach z epoki. Utwór ma niesamowity klimat i brzmienie. Możemy tu też odnaleźć śladowe, ale jednak, ilości improwizacji. Jednym z najpiękniejszych zabiegów w tamtym czasie było jednak absolutnie magiczne przejście z „Is...not” w „Radioactive Toy”. Atmosfera robiła się wręcz mistyczna, w czym zespół był naprawdę dobry. Samo „Radioavtive Toy” w wydaniu raczej klasycznym, takim jakie dobrze znamy z „Coma Divine”. „Ateny” brzmią jednak trochę inaczej, przez co i wrażenia ze słuchania są odrobinę inne. Zabawnie jest słuchać tego młodego głosu Stefana, jeszcze nie zachrypniętego, odrobinę fałszującego i speszonego. W niczym to jednak nie przeszkadza, a zespół brzmi tak dobrze, jak możecie po nim oczekiwać.

Zawsze lubiłem wczesne „Signify”, które zespół grał już na niektórych koncertach w 1995 r. Szybkie, energetyczne, a do tego z dużo większym udziałem Ryśka (np. organy w 2:44). Było coś wyjątkowego i szalonego w tym, jak to wtedy wykonywali, czego na późniejszych trasach zabrakło.

„Waiting”, również w wersji wczesnej, różni się od wszystkich wykonywanych później, spokojnym wstępem na samej gitarze (elektrycznej, udającej akustyczną). Tamte wykonania tej piosenki też mają w sobie coś wyjątkowego, może to ich jeszcze nieoszlifowany charakter, czy po prostu jakaś iskra, która wtedy strzelała między członkami zespołu, nie wiem. Chris robi ładny użytek z dzwoneczków, które niestety zniknęły z Porcupine Tree razem z samym Maitlandem. Steven gra solo odrobinę inaczej niż na albumie, słychać że jeszcze w pełni go nie opracował, ale był blisko. Dopiero wtedy Chris wchodzi ze słynnym motywem na bębenku. Końcowe solo również trochę inne. Ciekawe co myśleli sobie szczęśliwi Grecy, którzy doświadczyli tej niespodzianki w 1995 roku.

„Moonloop”, o czym już kiedyś wspominałem, pomimo że na wielu występach zapowiadany przez Stevena jako improwizacja, w wersji koncertowej nie miał w sobie zbyt wiele faktycznej improwizacji. Wykonania z lat 94-97 są do siebie bliźniaczo podobne, pomimo że różnią się od wersji studyjnej dosyć znacznie, Mnie to jednak nie przeszkadza, bo „Moonloop” live, to jeden z moich ulubionych fragmentów koncertów z tamtych czasów, choćby za każdym razem brzmiał tak samo. Kolejna kompozycja w secie, która zyskuje na nadprogramowej głośności klawiszy Rysia. Na bliższy plan wychodzi też bas Colina, który generalnie jest na tym nagraniu dosyć cicho, ale i tak się przebija kiedy trzeba. W 1995 r., Steven grał jeszcze ostrzejszą część nieco bardziej stonowana gitarą, niż w 1997 r., co dobrze słychać na bootlegu z Bydgoszczy, gdzie uzywał jakiegoś fuzza. W każdym razie, Ateński „Moonloop” to jeden z najfajniejszych jakie dane mi było słyszeć, a trochę tych Munlupów było.

Steven zapowiada „Dislocated Day” uprzedzając, że Chris jest trochę chory. W ogóle tego nie słychać (poza tym, że przez chwile dosłownie kaszle). Może nie jest to jeszcze ta rozbudowana, huraganowa wersja jaką znamy z „Coma Divine”, ale kawałek na koncertach od początku miał w sobie energię, której nie udało się uzyskać w studiu. Klawisze Ryśka brzmią trochę komicznie z tym trąbo-podobnym brzmieniem. Utwór zawsze stanowił popisowy moment dla sekcji rytmicznej, i aż dziwne pomyśleć, że tej konkretnej sekcji już w zespole nie ma w żadnej cześci. Stefanowi trochę chwieje się głos, jakby sam miał zawalone gardło. Outro w wykonaniu Maitlanda jest obecne, trochę inne niż na „Comie”, ale równie energetyczne.

Pozdrawiam serdecznie Wiktorię, która zwróciła mi uwagę na to, że koncertowa wersja „The Moon Touches Your Shoulder” pobrzmiewa Muminkami. W istocie tak jest. Urokiem tych wczesnych koncertów Jeżodrzewia jest między innymi to, jak czasami musieli naginać aranżacje, aby jakoś odegrać te piosenki we czwórkę. Dzięki temu, widzowie dostawali inaczej brzmiące wersje kawałków. Rysiek z klawiszami udającymi gitarę dudni tu zdrowo. Są takie momenty kiedy jego parapet pobrzmiewa weselem, ale takie były czasy i możliwości. Jak to od pewnego momentu w 1995 r., „The Moon” przechodzi płynnie w drugą część „Always Never” i de facto, zespół otwiera tym mini set z płyty „Up the Downstair” (powiedzmy, że „Voyage 34” pod to podciągniemy). Po kilku minutach psychodelicznego grania w poprzednim utworze, Porcupine Tree uderzają w bardziej transowe rejony. O „Burning Sky” nie mam zbyt wiele do napisania poza tym, że zawsze wypadał dobrze. To był stały punkt imprezy na wczesnych koncertach i nie bez powodu. Po tym utworze Stefan się żegna, po czym wraca na bis (wyraźnie coś tu ciachnęli, bo brzmi to jakby się zgrywał i w ogóle nie zszedł ze sceny).

„Voyage 34” z tamtych czasów też można brać na kilogramy, nie ważne ile nagrań słyszeliśmy, każde następne będzie cieszyło. Kolejny z utworów, które w pełni zyskują na głośniejszym Barbierim. Tu właśnie należy się doszukiwać wyjątkowości tego wykonania, a raczej tego nagrania, i od tego będzie zależało, że wybierzecie „Ateny”, a nie np. wersję z „Warszawy”, chociaż energia między członkami zespołu też jest tu trochę inna (nie mówię, że gorsza, czy lepsza, po prostu inna).
W każdym razie, to kolejny kawałek PT, który zawsze dobrze wypada.

Na zakończenie zostaje równie transowe „Up the Downstair”. Pamiętam jak Barbieri wypowiadał się po koncertach w RCMH i RAH w 2010 r., że te starsze kawałki brzmiały lepiej w latach 90-tych, bo bardziej im służyły syntezatory, z których wtedy korzystał. Rzeczywiście, słychać tę różnicę. Po zakończeniu utworu, PT schodzą ze sceny w milczeniu (obstawiam, że Wilson po prostu dużo ze swojego gadania wyciął), a tłum rozpalonych Greków prosi o więcej, ale to już koniec występu.

Patrząc na tę setlistę/tracklistę, przypominam sobie jak innym zespołem było wtedy Porcupine Tree. Wilson nie śpiewa przez więcej niż połowę koncertu, a 7 z 12 utworów to instrumentale (przez ostatnie 40 minut, Stefan otwiera buzię tylko między kawałkami). Tych, którzy tęsknią za tamtym Jeżodrzewiem, cieszą takie wydawnictwa jak „Athens”.

Pamiętam jak ten album wyszedł, było to 2 grudnia 2022 r. Przesłuchałem go następnego dnia rano, akurat spadł lekki śnieg, a ja robiłem sobie kawę w kuchni i na słuchawkach miałem „Ateny”. W tamtym czasie, próbowałem nieskutecznie dokończyć tekst na temat trasy „Closure/Continuation” i już miałem dosyć tego zespołu, ale ten jakościowy powrót do przeszłości mnie nieco zultrasował. Szkoda, że tak rzadko pojawiają się kolejne tego typu niespodzianki na Bandcamp, ale nie ma co narzekać.

Każdemu polecam zakupić sobie ten koncert, bo jest to piękny snapshot z tego specyficznego okresu w działalności koncertowej Porcupine Tree. Kolekcjonując przez lata różnego rodzaju bootlegi, łatwo zapomnieć, że to pierwsze oficjalne wydanie pełnego koncertu z 1995 roku, i że wiele osób takiego wydania PT jeszcze nie słyszało. Ciesze się, że właśnie opis tego wydawnictwa, stanowi na blogu obchody 10 rocznicy wystartowania Steven Wilson Live.

piątek, 22 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz. 3



The Sky Moves Sideways (Phase 2)

Koncertowa kariera drugiej fazy The Sky Moves Sideways nie była zbyt długa, ale wykonania tego utworu na żywo było jednym z najbardziej ekscytujących momentów w karierze Porcupine Tree. Jeśli przyjąć podział z amerykańskiego wydania płyty, to The Sky Moves Sideways (Phase Two) dzieli się na dwie części: Is...Not oraz Off The Map. Jedynie pierwsza z nich była grana na żywo i to w dosyć okrojonej formie (bez ambientowego intra).
Debiutanckie wykonanie miało miejsce 19-tego października 1994 r. w Londynie (gdzie zadebiutował też Moonloop) gdzie rozpoczęto jesienną mini trasę promującą wydanego w tamtym czasie singla „Moonloop” (w USA jako „Stars Die”). Porcupine Tree zastosowali świetny patent przechodząc z wyciszającej się, niemal ambientowej końcówki Is...Not prosto w Radioactive Toy.
Uważam, że to jedna z najbardziej udanych koncertowych „par”, zaraz obok The Moon Touches Your Sholders / Always Never (właśnie w tej chwili przyszedł mi to głowy pomysł na świetne zestawienie). W ten sposób, utwór był wykonywany na większości koncertów w pierwszej połowie 1995 r., w drugiej już nieco rzadziej, ale nadal się pojawiał. Jednorazowo sparowano go z jednym z najwcześniejszych wykonań Dark Matter, co wyszło naprawdę świetnie.

                                 

W 1996 r. roku Is...Not wykonano tylko raz na koncercie w Baltimore 29-tego czerwca. Ostatnie jak dotąd dwa wykonania dostały się Włochom. Najpierw, faza 2 pojawiła się 27-mego marca 1997 r. na jednym z rzymskich koncertów nagrywanych na „Coma Divine”, a następnie, również w Rzymie, odegrano ten utwór podczas plenerowego występu zorganizowanego przez Radio Rock.
Od tamtej pory The Sky Moves Sideways (Phase Two) siedzi sobie na półce.

Oficjalna, koncertowa wersja The Sky Moves Sideways (Phase Two) pojawiła się na albumie: „Coma Divine” (1997, 2003).

Wersje alternatywne

Odsyłam do opisu alternatywnych wersji Fazy 1, tam również jest wzmianka o Fazie 2.


Stars Die

Mój niekwestionowany faworyt Porcupine Tree od wielu, wielu lat. Baza dla tego utworu powstała podczas improwizacji zespołu, które obyły się w czerwcu 1994 r. w studiu Doghouse. Jest taki moment na nagraniu Moonloop (Unedited Improvisation), kiedy Chris Maitland zaczyna wygrywać rytm ze Stars Die, a po jakimś czasie przechodzi do innego. Stevenowi Wilsonowi bardzo się ten fragment spodobał, zatem zabrał go do domu i na około pętli zrobionej z tej partii perkusji zaczął kreować utwór. Wyszło Stars Die. Na udział w nim nie załapał się tylko Richard Barbieri, który nie brał akurat udziału w sesjach odbywających się w Doghouse, ani późniejszych dogrywkach.
Stars Die ukazał się jako utwór dodatkowy na EP Moonloop wydanym w październiku 1994 r. W USA, w 1995 r. ta sama wersja ep wyszła pod tytułem Stars Die, a sam utwór został dołączony do regularnej tracklisty amerykańskiego wydania „The Sky Moves Sideways” (w wersji europejskiej go nie było). Po latach Wilson przyznał, że Stars Die powinien był znaleźć się na albumie od początku.
W tamtym czasie, był to największy „hit” Porcupine Tree, ale zespół nie wykonywał go na żywo. Stefan uzasadniał taką decyzję tym, że Stars Die ma bardzo studyjny charakter i zawiera niemal szeptany wokal na tle grającego zespołu, co jest bardzo trudne do odtworzenia na scenie (zwłaszcza w latach 90-tych i zwłaszcza przy warunkach jakie PT mieli wtedy podczas koncertów). Pomijam nawet fakt, że w utworze pojawia się flet i nawet do trzech gitar naraz. W zamian, Bosy zdecydował się na wykonywaną ekstremalnie rzadko wersję akustyczną.

                                 

Po raz pierwszy, Stars Die zagrano w ten sposób podczas akustycznego mini koncertu, który odbył się w siedzibie włoskiego Radia Rock. Występ został wyemitowany, zatem istnieje świetnej jakości nagrania z tego debiutu. Oprócz Wilsona na gitarze akustycznej i wokalu, Chris Maitland grał na djembe i śpiewał chórki. Przez następne ponad 10 lat, utwór pojawiał się w tej postaci, ale baaardzo rzadko i ja żadnego nagrania nie posiadam. Podobno odegrano go na jednym z koncertów w Rzymie w 1997 r. podczas rejestracji „Coma Divine” oraz w Lublinie w 1999 r. Podejrzewam, że tych wykonań mogło być więcej, ale brakuje informacji. Na pewno Wilson zagrał taką wersję na zakończenie akustycznego solowego koncertu życzeń w Tel Avivie w 2003 r. oraz podczas mini występu w Londynie podczas 10-tych urodzin Burning Shed, kiedy wykonał słynny medley Stars Die i Never Let Go zepsołu Camel, przyznając się później, że główny riff ściągnął z tego właśnie utworu.

                                 

Stars Die powróciło nieoczekiwanie podczas półakustycznego koncertu, który odbył się 4-tego października 2007 r. w Orlando. Miał wtedy wystąpić cały zespół, ale z pewnych powodów dał radę dojechać tylko Bosy, a dołączył do niego Wes (który i tak mieszka na Florydzie). To jest ten koncert, który został wydany w 2008 r. pod tytułem „We Lost The Skyline”, zatem wszyscy dobrze znacie wersję Stars Die, która została wtedy wykonana.
Utwór ewidentnie chodził Wilsonowi po głowie. Przez te ponad 10 lat, wiele się zmieniło. Zespół stał się popularny, jego koncerty większe i znacznie lepiej przygotowane od każdej strony, a możliwości się namnożyły (np. pojawił się drugi gitarzysta - Wes). W końcu, po wielu latach, pełnozespołowa wersja Stars Die zadebiutowała 7-mego października 2008 r. w Lizbonie, w Portugalii i trzeba przyznać, że wyszło to zespołowi całkiem dobrze. Utwór zabrzmiał nieco inaczej, ale magia pozostała. W ten sposób zagrano Stars Die na wszystkich ośmiu koncertach ostatniego odnóża Fear of a Blank Planet Tour, w tym na dwóch koncertach w Tilburgu, które były rejestrowane z myślą o wydaniu dvd "Anesthetize". Myślę, że wszyscy, łącznie ze mną, byli przekonani, że utwór się na tym dvd pojawi, ale kiedy wydawnictwo się ukazało (w 2010 r.) okazało się, że Stars Die tam nie ma. Wcześniej, kawałek zdążył wrócić na koncerty podczas The Incident Tour (2009 – 2010 r.), podczas której był wykonywany sporadycznie. Porcupine Tree zmienili trochę sposób grania tej piosenki, w taki sposób, że wychodziła nawet lepiej niż w 2008 r. Na szczęście, jedno z tamtych wykonań zostało wydane oficjalnie na live albumie „Octane Twisted”.

                                   

Na dziś, Stars Die po raz ostatni zostało wykonane podczas koncertu w Aarhus 4-tego października 2010 r.

Oficjalna, koncertowa wersja Stars Die pojawiła się na albumie: „Octane Twisted” (2010).


Men Of Wood

Wspominam tu o Men Of Wood, ponieważ pierwotnie utwór ten miał się znaleźć na „The Sky Moves Sideways”. Istnieje kasetowe promo tego albumu z 1994 r. gdzie Men Of Wood wciśnięty jest między Prepare Yourself, a The Sky Moves Sideways (Phase Two). Stefan uznał ostatecznie, że utwór brzmi na tej płycie z dupy i odłożył go na później. Istnieje druga, nowsza wersja tego utworu, która została nagrana z myślą o „Signify” w zarodku (tym razem z Chrisem na bębnach), ale tamta wersja również nie trafiła na album i ostatecznie wylądowała na składance „Stars Die: The Delerium Years 1991 – 1997”. Men Of Wood nigdy nie został wykonany na żywo.

                                 

I to by było to, jeśli chodzi o płytę The Sky Moves Sideways. Następny album do rozłożenia na części wybierzecie sami!

niedziela, 1 grudnia 2013

The band moves sideways (1994 - 1995) cz.4: Bootlegi


W kwestii bootlegów jest z czego wybierać. PT grali wtedy krótkie trasy, a mimo to ilość rejestracji jest naprawdę imponująca. Jeżeli komuś zależy przede wszystkim na jakości nagrania, to trasa oferuje trzy odpowiednie bootlegi z 1995 roku, każdy z nich pozyskany nagraniem z konsolety lub transmisji radiowej. Koncert z Den Bosch (10.02.1995) istnieje nie tylko w doskonałej wersji audio, ale też w formie wspomnianego wcześniej profesjonalnego nagrania wideo. Całość została zarejestrowana oficjalnie przez ekipę Delerium Records w celach promocyjnych (jakich dokładnie, tego nie wiadomo) i kwestią czasu było, aby kopia taśmy VHS znalazła się w rękach fanów. Jest to prawdopodobnie najlepsza pamiątka z wczesnego okresu koncertowej działalności Porcupine Tree, z doskonałą jakością obrazu i dźwięku. Oczywiście, dziś całość dostępna jest już w formie dvd.
Poza tym, absolutną podstawą jest bootleg z koncertu w Den Haag (12.02.1995), również nagrany z konsolety. W tym wypadku polecam rozejrzeć się za wersją, w której wyrównano poziom głośności, oryginał ma trochę cichszy prawy kanał. Trzecim bootlegiem jest zapis krótkiej transmisji/retransmisji z koncertu w rzymskim The Palladium. Zarejestrowano tylko pięć utworów, ale wśród nich znalazły się
Signify i wczesna aranżacja Waiting. Jakość jest trochę gorsza niż w przypadku wspomnianych wcześniej bootlegów z Holandii, wynika to zapewne ze zmęczenia oryginalnego nośnika (słychać, że ktoś nagrywał z radia na kasetę, a owa kaseta wiele przeżyła zanim została przegrana na komputer). Z tego samego dnia istnieje też zapis akustycznego występu w Radio Rock, ale to tylko 3 utwory.



TSMS Tour oferuje nam sporą ilość całkiem dobrej jakości nagrań amatorskich. Z jesiennej trasy w 1994 polecam zwłaszcza popularny koncert z Manchesteru (02.11.1994). Z tego samego miasta (13.10.1995) istnieje doskonały bootleg z roku następnego (być może nagrywała ta sama osoba), zawiera jedno z wczesnych wykonań Dark Matter. Oba oceniam na 7/10 w skali bootlegów amatorskich. Generalnie, bardzo dużo nagrań z tej trasy może pochwalić się całkiem niezłą jakością. Są też jednak takie, które dla przeciętnego (a czasem i nieprzeciętnego) słuchacza mogą stanowić spore wyzwanie, a z pewnych względów mają olbrzymią wartość historyczną. Koncert z Amsterdamu (06.07.1995) został najprawdopodobniej przegrany z kasety, która była wcześniej odtwarzana wielokrotnie. Nie ma tragedii (5/10), ale jakość wyraźnie ustępuje opisanym powyżej nagraniom z Manchesteru. Szkoda, ponieważ bootleg ten zawiera pierwsze wykonanie Toursong/Dark Matter z pierwszą wersją tekstu. Niestety jeszcze większego pecha miało jedyne wykonanie Cryogenincs. Rejestracja z Northampton (11.10.1995) jest jedną ze słabszych, jakie słyszałem z tej trasy i oceniłbym je na 3, max 4/10. Nie jest na tyle źle, że nie można odróżnić czy już grają czy jeszcze nie, ale wysoka jakość większości koncertów z TSMS Tour wyśrubowała nieco wymagania. Wymienione koncerty warto jednak posiadać, ponieważ ich wartość historyczna jest olbrzymia, a myślę, że znajdą się tacy, którzy podobnie jak ja mają ucho cierpliwe i będą w stanie cieszyć się nawet takim nagraniem.
To tyle w kwestii The Sky Moves Sideways Tour (i innych wydarzeń z tego okresu), trasa bardzo interesująca i bogata w pamiątki. Porcupine Tree grywali jeszcze wtedy zarówno dla publiczności złożonej z kilkuset osób, jak i kilkunastu (zwłaszcza w Anglii), machina zaczynała się powoli rozkręcać, a popularność w Europie kwitnąć. Zespół nie wiedział jeszcze wtedy, że dzięki
Signify Jeżodrzewie urośnie do takich rozmiarów i wkrótce będzie stanowiło zbyt dużą masę dla Delerium Records, ale do tego dojdziemy. Następny przystanek w historii PT to tak zwane „Waiting Tour” (nazwa wymyślona przeze mnie, formalnie nie było żadnej), które zaskoczyło wielu nie tylko repertuarem, ale też później pamiątkami w postaci rewelacyjnych bootlegów.
Wcześniej jednak pozwolę sobie podsumować zakończoną właśnie solową trasę Stevena Wilsona „Raven Tour”, zwłaszcza że 'solo band' finiszował u nas. Do przeczytania!

piątek, 29 listopada 2013

The band moves sideways (1994 - 1995) cz.2: Signify - road test


Wspominałem już, że Stefan wypełniał sobie wolne chwile między poszczególnymi odnóżami tras komponując nowe utwory i nagrywając dema. Pierwsze wspólne improwizacje w studiu jako czteroosobowy zespół PT miało dopiero zaplanowane, zatem do występu w Amsterdamie (6 lipca) grupa operowała tylko tym, co Wilson przyniósł z domu. Insignificance nie określa zbyt dokładnie, kiedy powstawały te dema (poza ogólnym oklamrowaniem tego procesu na 1995-1996), ale z pewnością Dark Matter i Signify były wśród kompozycji, które narodziły się w pierwszej połowie 1995 roku. Oba te utwory zostały wcielone do wakacyjnej setlisty, przy czym Porcupine Tree wycofali się z prezentowania z tego pierwszego już po jednym razie (do czasu oczywiście). Jak zatem brzmiał ten materiał na ponad rok przed wydaniem albumu Signify:

Signify

Jak wiemy, utwór ten urodził się z zabawy Wilsona krautrockiem i coverowania Hallogallo Neu!. Nie pierwszy i nie ostatni raz Stefan ociera się tu o plagiat, chociaż oczywiście piszę to z przymrużeniem oka. Jestem w stanie wyobrazić sobie reakcję hardcorowych fanów na ten utwór wtedy w 1995. Zapewne podobnie czuli się niektórzy Amerykanie podczas koncertu w Bostonie (22 lipca 2002) kiedy zespół zaczął występ od The Creator Has A Mastertape (a było to ponad miesiąc przed premierą płyty). Interesujący jest też fakt, że na tak wczesnym etapie, Signify nie zawierało jeszcze fragmentu bliźniaczego Signify II, które prawie wylądowało na albumie. Połączenie pojawiło się dopiero na jesieni.
Brzmieniowo wykonanie cały czas trąci hallogallo'wym' demem, zwłaszcza że Barbieri wygrywa w środku znane z dema partie na organach Hammonda (a raczej syntezatorze z hammondowskim brzmieniem). Kiedy kawałek wrócił do setlisty w 1996 roku, znacznie bardziej przypominał już ujęcie albumowe.

Dark Matter

Trudno powiedzieć kiedy Wilson nagrał demo, które znamy jako Dark Origins, ale musiało ono powstać wyjątkowo wcześnie (być może nawet podczas grudniowo-styczniowej przerwy na przełomie 94/95), jako że zaprezentowana w Amsterdamie wersja jest już muzycznie w 100% gotowa (przypominam, że płyta Signify wyszła dopiero we wrześniu 1996). Nieco inaczej było z tekstem. Stefan od razu zaznacza „OK, we're gonna try a new one, actually I don't know the words for this yet” i tak też to w istocie brzmi. Słowa zostały napisane podczas trasy i opowiadały o trasie:

Inside the vehicle the cold is extreme
Smoke in my throat kicks me out of my dream
Pull into a Service just north of Carlisle
Richard and Jasper play chess for a while

Tick on the miles to mark out the time
I try to relax but it's warmer outside
Check into a Lodge turn on the tv
Another known place hide (???)

Walk like a rose in the river flow
I am, I know
I am, I know

(?????) infinit here
The sound is obscure the words around clear
Out of the light and into the shade
performance is over, the memory fades

Przepraszam za braki w niektórych linijkach, ale czasami trudno zrozumieć, co SW tam śpiewa. Na tym etapie utwór nosił tytuł Toursong i doskonale widać w jakim kierunku zmierzał lirycznie. Richard Allen (współzałożyciel Delerium Records) i reszta zespołu próbowali wybić Stefanowi z głowy taką pamiętnikową wyliczankę, ale trochę jeszcze potrwało zanim Wilson spłodził tekst znany z płyty.
Kiedy
Toursong powrócił do setlisty po dłuższej przerwie (Manchester, 13 października 1995), Bosy dokonał już kilku zmian, choć nie można jeszcze mówić o rewolucji:

Inside the vehicle the cold is extreme
Smoke in my throat kicks me out of my dream
Pull into a service just north of Carlisle
Richard and Jasper play chess for a while

I try to relax but it's warmer outside

I stare face down back here for a ride

Check into a Lodge step into a shower
Try to forget what's ahead for an hour

Crushed like a rose in the river flow
I am, I know
I am, I know

Under the lie of the fearless fear
The sound is obscure my words disappear
Out of the light and into the shade
the product is sold the memory fades


Jak widać, zmiany zostały poczynione, ale nadal jest to bardziej
Toursong niż Dark Matter (choć Chris śpiewa chórki więc sam znał już tekst). Tak jak wspominałem, muzycznie utwór już wtedy był zaskakująco kompletny, a Wilson sprytnie maskował fakt, że grał sam de facto dwugitarowy numer (nie pierwszy i nie ostatni raz). Toursong/Dark Matter pojawiało się potem sporadycznie, żeby powrócić dopiero po rocznej odsiadce na ławce rezerwowych, już po wydaniu płyty podczas „Signify Tour”.

Po trzech wakacyjnych występach za granicą (dwukrotnie w Holandii i raz w Belgii), Porcupine Tree stawili się w zaklepanym na 13-tego lipca studiu w Cambridge, żeby poimprowizować jak prawdziwy zespół rockowy. Wyniki wspólnego
jamowania (cztery pierwsze utwory na płycie Metanoia) nie trafiły wprawdzie na Signify, ale za to objawiły się na trasie koncertowej, przynajmniej po części. Zespół zagrał jeszcze pojedynczy koncert festiwalowy na One World Open Air Festival we Froome (UK) po czym zamknął się w studiu aby popracować nad kolejnymi demami Wilsona i zastanowić się, co można by wykorzystać z tego, co urodziło się w Cambridge. Kiedy Porcupine Tree powrócili w październiku na kolejną serię koncertów, mieli ze sobą dwa nowe utwory:

Cryogenics


Święty Graal Jeżodrzewia? Jeżeli jakiś utwór zasługuje na takie miano, to zdecydowanie
Cryogenics. W takiej formie (tak zwanej „długiej”) zagrano go tylko raz na koncercie otwierającym jesienne odnóże TSMS Tour (11 października w Northampton). Utwór objawił się jako hybryda improwizacji Mesmer III, krótkiego riffu gitarowego zaczerpniętego z dema Wilsona Wake As Gun oraz porcji muzyki, która musiała powstać podczas letnich nasiadówek w No Man's Land. W całości instrumentalny twór nie jest czymś, co z miejsca budzi skojarzenia z okresem powstawania Signify i najwyraźniej PT nie byli w stanie pchnąć go w żadne konkretniejsze rejony, ponieważ nie znalazł się ani na płycie, ani w setlistach kolejnych koncertów w 1995 roku. O dziwo, powstał z popiołów półtora roku później aby uświetnić rejestrowane rzymskie koncerty w 1997. Co z tego wyszło, napiszę w odpowiednim czasie.

Waiting


Muszę przyznać, że z
Waiting mam niemały problem, a brak konkretnych informacji co do dem z Insignificance niczego nie ułatwia. Prawdopodobnie 13-tego października w Manchesterze (lub noc wcześniej w Glasgow, brakuje mi informacji) zespół przedstawił kolejny premierowy utwór i było to właśnie Waiting. Jestem w zasadzie przekonany, że demo istniało już wtedy od dłuższego czasu, ale mimo to zespół zdecydował się tutaj na pokraczną aranżację. Wilson zaczyna sam na gitarze, w tle nieśmiało „analoguje” sobie Ryszard. Dopiero po pierwszych trzech linijkach Chris zaczyna wybijać rytm na talerzu, a słynne uderzenia w bębenek wchodzą dopiero po solówce. Jeśli już jesteśmy przy solówce, proces jej formowania nadal trwał. Jest już zdecydowanie bliższa albumowej niż miało to przypadek w demie, ale Wilson nadal stara się improwizować poszukując najciekawszego rozwiązania. Ostatnia rzecz to kompletny brak śladu po fazie nr.2 (której bardzo wczesna i krótka wersja była niejako dolepiona w demie jako koda), oznacza to zatem, że została już odseparowana od piosenkowej części. Tekst był już w pełni ukształtowany.
Z kwestii niemuzycznych warto wspomnieć, że Wilson już wtedy lubił zapowiadać Waiting jako potencjalny singiel.c.d.n.

czwartek, 28 listopada 2013

The band moves sideways (1994 - 1995) cz.1: Moontour


Wyczerpujący opis działalności koncertowej (i nie tylko) Porcupine Tree rozpocznę od drugiej połowy 1994 roku. Informacje na temat pierwszego roku scenicznego istnienia zespołu są dosyć szczątkowe i na razie zdecydowałem odłożyć to na później. Określając start „The Sky Moves Sideways Tour” nie byłem do końca pewny, czy ustalić za takowy serię koncertów jesiennych w 1994, czy występ w BBC w styczniu 1995, po którym sznurem poszła cała duża trasa promocyjna.
Uznałem ostatecznie, że dla naszej wygody wcielę te kilka październikowo- listopadowych koncertów do „TSMS Tour” z kilku powodów. O ile tak zwane „Waiting Tour” z pierwszej połowy 1996 (tekst o tym niebawem) wydzieliłem z „Signify Tour”, o tyle tamta trasa była dłuższa i zdecydowanie bardziej różnorodna i unikatowa (zwłaszcza w zestawieniu z właściwym Signify Tour). Jesienny objazd w 1994 trudno nazwać kontynuacją nieformalnej trasy „Up The Downstair” z przełomu 93/94, zwłaszcza że zespół promował już nowe wydawnictwo. Efektem sesji nagraniowych z czerwca i lipca 1994 roku był materiał, którego fragmenty stworzyły singiel znany w Europie jako Moonloop EP wydany w październiku 94 (i trochę później w USA jako Stars Die). Pięć koncertów w UK, które Porcupine Tree zagrali w tamtym czasie było próbą wypromowania tego singla.


Co ciekawe, odegranie legendarnego już Stars Die okazało się wtedy dla zespołu zbyt dużym wyzwaniem (co po wielu latach Wilson zwalał na swój strach przed śpiewaniem tego utworu na żywo), tym samym próbowano skupić uwagę publiczności na Moonloopie oraz niewydanej jeszcze premierowej kompozycji Is...Not (czyli fragmentu drugiej fazy The Sky Moves Sideways). Sam Moonloop wielokrotnie zapowiadany był jako improwizacja, ale zespół grał go każdego wieczoru w niemal identyczny sposób (przy czym inny niż na płycie/płytach). Mikro trasa rozpoczęła się 19-tego października w Londynie i zakończyła 10-tego listopada w Bradford. Porcupine Tree prezentowali wtedy taki zestaw utworów:

01. Up The Downstair
02. Is...Not
03. Radioactive Toy
04. Moonloop
05. Always Never
06. Burning Sky
07. Not Beautiful Anymore












Ostatni miesiąc roku zespół przeleżał brzuchem do góry chociaż można śmiało założyć, że Steven Wilson pisał już w tym czasie materiał na Signify. Okres nagrywania zawartości The Sky Moves Sideways trwał od czerwca 1993 do lipca 1994 roku, zatem na tym etapie album z budką telefoniczną na okładce był już zapewne tłoczony i szykowany do wydania. Premiera została zaplanowana na luty 1995 i wtedy też miała ruszyć właściwa trasa promocyjna. Zanim jednak zespół wystąpił publicznie, ponownie przyjął zaproszenie Marka Radcliffe'a i pojawił się w jego programie na falach stacji BBC Radio 1. Zespół zaprezentował wtedy po raz pierwszy The Moon Touches Your Shoulder oraz The Sky Moves Sideways, Phase 1 (pozbawione ostatniej części - „Spiral Circus”, tak tu jak i na każdym późniejszym koncercie). Ze względu na specyfikę programu ten drugi został podzielony na dwie części (najpierw „Colour of air” i „I'm not there”, a po krótkim wywiadzie „Wire the drum”). Występy w audycji Radcliffe'a zawsze były transmitowane na żywo, więc zespół miał przed sobą prawdziwe wyzwanie aby utrzymać w pionie nafaszerowane sekwenserem „TSMS” (na początku drugiej połowy słychać, że Chris trochę się rozjechał z podkładem). W trakcie rozmowy Wilson wspomina między innymi o tym, że w końcu dorobili się agencji koncertowej w UK, ale najwięcej zaproszeń otrzymują z Europy. Słowa te potwierdza start trasy czterema koncertami w Holandii, które odbyły się między 9-tym a 12-tym lutego 1995 roku. Następnie Porcupine Tree występowali „u siebie” grając 16 koncertów między 26-tym kwietnia, a 18-tym maja.
Wspomnianym tour managerem zespołu na UK i Europę został Glenn Povey (opiekował się nimi do 2003 roku), z tego też względu PT dostawali czasem „w zestawie” dziwaczne supporty z Delerium Records będące pod jego opieką (np.: Kava Kava). W tym czasie repertuar był w miarę stały:

01. The Sky Moves Sideways (Phase 1)
02. Is...Not
03. Radioactive Toy
04. Moonloop
05. The Moon Touches Your Shoulder
06. Dislocated Day
07. Burning Sky
08. Always Never
09. Up The Downstair
10. Not Beautiful Anymore



Koncert z 10-tego lutego w Den Bosch został nagrany przez ekipę Delerium w celach promocyjnych i o ile zapis nigdy nie został wydany oficjalnie, to kopia z VHS krąży w świecie bootlegerów od lat. Na tym koncercie publiczność miała okazję po raz ostatni usłyszeć Always Never w pełnej wersji. Od występu w Silvolde (11 lutego) zespół zaczął z The Moon Touches Your Shoulder przechodzić bezpośrednio w drugą, głównie instrumentalną połowę Always Never zaczynającą się słowami „It's growing cold, I'm growing old, is this the only way to see the fire?, it's raining”.
Samo The Moon... również przeszło mały lifting i począwszy od koncertu w Gilligham (26 kwietnia) Porcupine Tree grali wersję, która znana jest doskonale z Coma Divine. Naprawdę ciekawie zaczęło się jednak robić podczas kilku letnich koncertów, które zespół zagrał w Europie. c.d.n