Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Sky Moves Sideways. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Sky Moves Sideways. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 listopada 2023

Athens (1995)


 
Chyba najlepszą rzeczą jaka wydarzyła się w związku z Porcupine Tree przez ostatnie 13 lat, to te koncerty wydawane na Bandcamp. Czekaliśmy na to latami i w końcu tama pękła. Zespół może łatwo zarobić tymi nagraniami, a ja z radością im za takie rzeczy, jak „Ateny1995”, zapłacę.

Mam niesamowity wręcz sentyment do trasy „The Sky Moves Sideways”. Może nie doświadczyłem jej na własnej skórze, ale nagrań z niej słuchałem niemal od początku bycia fanem zespołu, zresztą samo „The Sky Moves Sideways” to obok „Recordings” moja ulubiona płyta Porcupine Tree. Grupa występowała w aktualnym na tamten czas składzie, czyli Steven Wilson, Chris Maitland, Colin Edwin i Richard Barbieri. Jest to pierwszy pełny koncert z tej części trasy, jaki został wydany oficjalnie, ale skromniejszą setlistę mogliśmy już usłyszeć na „Salford (1994)” wydanym w czerwcu 2020 r.

To był pierwszy koncert PT w Grecji, zagrany dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia 1995 roku. W opisie możemy przeczytać, że z uwagi na charakter nagrania (prosto z deski mikserskiej), zdecydowanie bardziej uwypuklone są klawisze, więc wszyscy fani Ryśka mogą podskoczyć z radości, a są powody, bo Rysiek w tamtym czasie czynił cuda na klawiszach (z czasem tych jego partii było coraz mniej, bo i muzyka się zmieniła). Ci którzy słuchali bootlegu z Bydgoszczy 1997, wiedzą czego mogą się spodziewać.

Koncert otwiera utwór „The Sky Moves Sideways”, w lekko skróconej, koncertowej wersji, ale w brzmieniu doskonałym. Jak to jest, że tych czterech facetów, bez pomocy żadnych dodatkowych muzyków, było w stanie wygenerować taki show? Nagranie zostało ładnie zmasterowane, więc nie jesteśmy narażeni na typową dla soundboard’ów płaskość brzmienia, wszystko tu ładnie chodzi. Steven około 9:30 trochę się gubi w zagrywkach, ale generalnie wszystko przebiega bezproblemowo. Faktycznie Barbieri wychodzi na pierwszy plan w każdym momencie, co tylko dodaje rumieńcom temu utworowi. Chris Maitland również jest odpowiednio słyszalny, co cieszy.

„Is..not” zawsze bardzo lubiłem w tych koncertowych wykonaniach z epoki. Utwór ma niesamowity klimat i brzmienie. Możemy tu też odnaleźć śladowe, ale jednak, ilości improwizacji. Jednym z najpiękniejszych zabiegów w tamtym czasie było jednak absolutnie magiczne przejście z „Is...not” w „Radioactive Toy”. Atmosfera robiła się wręcz mistyczna, w czym zespół był naprawdę dobry. Samo „Radioavtive Toy” w wydaniu raczej klasycznym, takim jakie dobrze znamy z „Coma Divine”. „Ateny” brzmią jednak trochę inaczej, przez co i wrażenia ze słuchania są odrobinę inne. Zabawnie jest słuchać tego młodego głosu Stefana, jeszcze nie zachrypniętego, odrobinę fałszującego i speszonego. W niczym to jednak nie przeszkadza, a zespół brzmi tak dobrze, jak możecie po nim oczekiwać.

Zawsze lubiłem wczesne „Signify”, które zespół grał już na niektórych koncertach w 1995 r. Szybkie, energetyczne, a do tego z dużo większym udziałem Ryśka (np. organy w 2:44). Było coś wyjątkowego i szalonego w tym, jak to wtedy wykonywali, czego na późniejszych trasach zabrakło.

„Waiting”, również w wersji wczesnej, różni się od wszystkich wykonywanych później, spokojnym wstępem na samej gitarze (elektrycznej, udającej akustyczną). Tamte wykonania tej piosenki też mają w sobie coś wyjątkowego, może to ich jeszcze nieoszlifowany charakter, czy po prostu jakaś iskra, która wtedy strzelała między członkami zespołu, nie wiem. Chris robi ładny użytek z dzwoneczków, które niestety zniknęły z Porcupine Tree razem z samym Maitlandem. Steven gra solo odrobinę inaczej niż na albumie, słychać że jeszcze w pełni go nie opracował, ale był blisko. Dopiero wtedy Chris wchodzi ze słynnym motywem na bębenku. Końcowe solo również trochę inne. Ciekawe co myśleli sobie szczęśliwi Grecy, którzy doświadczyli tej niespodzianki w 1995 roku.

„Moonloop”, o czym już kiedyś wspominałem, pomimo że na wielu występach zapowiadany przez Stevena jako improwizacja, w wersji koncertowej nie miał w sobie zbyt wiele faktycznej improwizacji. Wykonania z lat 94-97 są do siebie bliźniaczo podobne, pomimo że różnią się od wersji studyjnej dosyć znacznie, Mnie to jednak nie przeszkadza, bo „Moonloop” live, to jeden z moich ulubionych fragmentów koncertów z tamtych czasów, choćby za każdym razem brzmiał tak samo. Kolejna kompozycja w secie, która zyskuje na nadprogramowej głośności klawiszy Rysia. Na bliższy plan wychodzi też bas Colina, który generalnie jest na tym nagraniu dosyć cicho, ale i tak się przebija kiedy trzeba. W 1995 r., Steven grał jeszcze ostrzejszą część nieco bardziej stonowana gitarą, niż w 1997 r., co dobrze słychać na bootlegu z Bydgoszczy, gdzie uzywał jakiegoś fuzza. W każdym razie, Ateński „Moonloop” to jeden z najfajniejszych jakie dane mi było słyszeć, a trochę tych Munlupów było.

Steven zapowiada „Dislocated Day” uprzedzając, że Chris jest trochę chory. W ogóle tego nie słychać (poza tym, że przez chwile dosłownie kaszle). Może nie jest to jeszcze ta rozbudowana, huraganowa wersja jaką znamy z „Coma Divine”, ale kawałek na koncertach od początku miał w sobie energię, której nie udało się uzyskać w studiu. Klawisze Ryśka brzmią trochę komicznie z tym trąbo-podobnym brzmieniem. Utwór zawsze stanowił popisowy moment dla sekcji rytmicznej, i aż dziwne pomyśleć, że tej konkretnej sekcji już w zespole nie ma w żadnej cześci. Stefanowi trochę chwieje się głos, jakby sam miał zawalone gardło. Outro w wykonaniu Maitlanda jest obecne, trochę inne niż na „Comie”, ale równie energetyczne.

Pozdrawiam serdecznie Wiktorię, która zwróciła mi uwagę na to, że koncertowa wersja „The Moon Touches Your Shoulder” pobrzmiewa Muminkami. W istocie tak jest. Urokiem tych wczesnych koncertów Jeżodrzewia jest między innymi to, jak czasami musieli naginać aranżacje, aby jakoś odegrać te piosenki we czwórkę. Dzięki temu, widzowie dostawali inaczej brzmiące wersje kawałków. Rysiek z klawiszami udającymi gitarę dudni tu zdrowo. Są takie momenty kiedy jego parapet pobrzmiewa weselem, ale takie były czasy i możliwości. Jak to od pewnego momentu w 1995 r., „The Moon” przechodzi płynnie w drugą część „Always Never” i de facto, zespół otwiera tym mini set z płyty „Up the Downstair” (powiedzmy, że „Voyage 34” pod to podciągniemy). Po kilku minutach psychodelicznego grania w poprzednim utworze, Porcupine Tree uderzają w bardziej transowe rejony. O „Burning Sky” nie mam zbyt wiele do napisania poza tym, że zawsze wypadał dobrze. To był stały punkt imprezy na wczesnych koncertach i nie bez powodu. Po tym utworze Stefan się żegna, po czym wraca na bis (wyraźnie coś tu ciachnęli, bo brzmi to jakby się zgrywał i w ogóle nie zszedł ze sceny).

„Voyage 34” z tamtych czasów też można brać na kilogramy, nie ważne ile nagrań słyszeliśmy, każde następne będzie cieszyło. Kolejny z utworów, które w pełni zyskują na głośniejszym Barbierim. Tu właśnie należy się doszukiwać wyjątkowości tego wykonania, a raczej tego nagrania, i od tego będzie zależało, że wybierzecie „Ateny”, a nie np. wersję z „Warszawy”, chociaż energia między członkami zespołu też jest tu trochę inna (nie mówię, że gorsza, czy lepsza, po prostu inna).
W każdym razie, to kolejny kawałek PT, który zawsze dobrze wypada.

Na zakończenie zostaje równie transowe „Up the Downstair”. Pamiętam jak Barbieri wypowiadał się po koncertach w RCMH i RAH w 2010 r., że te starsze kawałki brzmiały lepiej w latach 90-tych, bo bardziej im służyły syntezatory, z których wtedy korzystał. Rzeczywiście, słychać tę różnicę. Po zakończeniu utworu, PT schodzą ze sceny w milczeniu (obstawiam, że Wilson po prostu dużo ze swojego gadania wyciął), a tłum rozpalonych Greków prosi o więcej, ale to już koniec występu.

Patrząc na tę setlistę/tracklistę, przypominam sobie jak innym zespołem było wtedy Porcupine Tree. Wilson nie śpiewa przez więcej niż połowę koncertu, a 7 z 12 utworów to instrumentale (przez ostatnie 40 minut, Stefan otwiera buzię tylko między kawałkami). Tych, którzy tęsknią za tamtym Jeżodrzewiem, cieszą takie wydawnictwa jak „Athens”.

Pamiętam jak ten album wyszedł, było to 2 grudnia 2022 r. Przesłuchałem go następnego dnia rano, akurat spadł lekki śnieg, a ja robiłem sobie kawę w kuchni i na słuchawkach miałem „Ateny”. W tamtym czasie, próbowałem nieskutecznie dokończyć tekst na temat trasy „Closure/Continuation” i już miałem dosyć tego zespołu, ale ten jakościowy powrót do przeszłości mnie nieco zultrasował. Szkoda, że tak rzadko pojawiają się kolejne tego typu niespodzianki na Bandcamp, ale nie ma co narzekać.

Każdemu polecam zakupić sobie ten koncert, bo jest to piękny snapshot z tego specyficznego okresu w działalności koncertowej Porcupine Tree. Kolekcjonując przez lata różnego rodzaju bootlegi, łatwo zapomnieć, że to pierwsze oficjalne wydanie pełnego koncertu z 1995 roku, i że wiele osób takiego wydania PT jeszcze nie słyszało. Ciesze się, że właśnie opis tego wydawnictwa, stanowi na blogu obchody 10 rocznicy wystartowania Steven Wilson Live.

piątek, 22 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz. 3



The Sky Moves Sideways (Phase 2)

Koncertowa kariera drugiej fazy The Sky Moves Sideways nie była zbyt długa, ale wykonania tego utworu na żywo było jednym z najbardziej ekscytujących momentów w karierze Porcupine Tree. Jeśli przyjąć podział z amerykańskiego wydania płyty, to The Sky Moves Sideways (Phase Two) dzieli się na dwie części: Is...Not oraz Off The Map. Jedynie pierwsza z nich była grana na żywo i to w dosyć okrojonej formie (bez ambientowego intra).
Debiutanckie wykonanie miało miejsce 19-tego października 1994 r. w Londynie (gdzie zadebiutował też Moonloop) gdzie rozpoczęto jesienną mini trasę promującą wydanego w tamtym czasie singla „Moonloop” (w USA jako „Stars Die”). Porcupine Tree zastosowali świetny patent przechodząc z wyciszającej się, niemal ambientowej końcówki Is...Not prosto w Radioactive Toy.
Uważam, że to jedna z najbardziej udanych koncertowych „par”, zaraz obok The Moon Touches Your Sholders / Always Never (właśnie w tej chwili przyszedł mi to głowy pomysł na świetne zestawienie). W ten sposób, utwór był wykonywany na większości koncertów w pierwszej połowie 1995 r., w drugiej już nieco rzadziej, ale nadal się pojawiał. Jednorazowo sparowano go z jednym z najwcześniejszych wykonań Dark Matter, co wyszło naprawdę świetnie.

                                 

W 1996 r. roku Is...Not wykonano tylko raz na koncercie w Baltimore 29-tego czerwca. Ostatnie jak dotąd dwa wykonania dostały się Włochom. Najpierw, faza 2 pojawiła się 27-mego marca 1997 r. na jednym z rzymskich koncertów nagrywanych na „Coma Divine”, a następnie, również w Rzymie, odegrano ten utwór podczas plenerowego występu zorganizowanego przez Radio Rock.
Od tamtej pory The Sky Moves Sideways (Phase Two) siedzi sobie na półce.

Oficjalna, koncertowa wersja The Sky Moves Sideways (Phase Two) pojawiła się na albumie: „Coma Divine” (1997, 2003).

Wersje alternatywne

Odsyłam do opisu alternatywnych wersji Fazy 1, tam również jest wzmianka o Fazie 2.


Stars Die

Mój niekwestionowany faworyt Porcupine Tree od wielu, wielu lat. Baza dla tego utworu powstała podczas improwizacji zespołu, które obyły się w czerwcu 1994 r. w studiu Doghouse. Jest taki moment na nagraniu Moonloop (Unedited Improvisation), kiedy Chris Maitland zaczyna wygrywać rytm ze Stars Die, a po jakimś czasie przechodzi do innego. Stevenowi Wilsonowi bardzo się ten fragment spodobał, zatem zabrał go do domu i na około pętli zrobionej z tej partii perkusji zaczął kreować utwór. Wyszło Stars Die. Na udział w nim nie załapał się tylko Richard Barbieri, który nie brał akurat udziału w sesjach odbywających się w Doghouse, ani późniejszych dogrywkach.
Stars Die ukazał się jako utwór dodatkowy na EP Moonloop wydanym w październiku 1994 r. W USA, w 1995 r. ta sama wersja ep wyszła pod tytułem Stars Die, a sam utwór został dołączony do regularnej tracklisty amerykańskiego wydania „The Sky Moves Sideways” (w wersji europejskiej go nie było). Po latach Wilson przyznał, że Stars Die powinien był znaleźć się na albumie od początku.
W tamtym czasie, był to największy „hit” Porcupine Tree, ale zespół nie wykonywał go na żywo. Stefan uzasadniał taką decyzję tym, że Stars Die ma bardzo studyjny charakter i zawiera niemal szeptany wokal na tle grającego zespołu, co jest bardzo trudne do odtworzenia na scenie (zwłaszcza w latach 90-tych i zwłaszcza przy warunkach jakie PT mieli wtedy podczas koncertów). Pomijam nawet fakt, że w utworze pojawia się flet i nawet do trzech gitar naraz. W zamian, Bosy zdecydował się na wykonywaną ekstremalnie rzadko wersję akustyczną.

                                 

Po raz pierwszy, Stars Die zagrano w ten sposób podczas akustycznego mini koncertu, który odbył się w siedzibie włoskiego Radia Rock. Występ został wyemitowany, zatem istnieje świetnej jakości nagrania z tego debiutu. Oprócz Wilsona na gitarze akustycznej i wokalu, Chris Maitland grał na djembe i śpiewał chórki. Przez następne ponad 10 lat, utwór pojawiał się w tej postaci, ale baaardzo rzadko i ja żadnego nagrania nie posiadam. Podobno odegrano go na jednym z koncertów w Rzymie w 1997 r. podczas rejestracji „Coma Divine” oraz w Lublinie w 1999 r. Podejrzewam, że tych wykonań mogło być więcej, ale brakuje informacji. Na pewno Wilson zagrał taką wersję na zakończenie akustycznego solowego koncertu życzeń w Tel Avivie w 2003 r. oraz podczas mini występu w Londynie podczas 10-tych urodzin Burning Shed, kiedy wykonał słynny medley Stars Die i Never Let Go zepsołu Camel, przyznając się później, że główny riff ściągnął z tego właśnie utworu.

                                 

Stars Die powróciło nieoczekiwanie podczas półakustycznego koncertu, który odbył się 4-tego października 2007 r. w Orlando. Miał wtedy wystąpić cały zespół, ale z pewnych powodów dał radę dojechać tylko Bosy, a dołączył do niego Wes (który i tak mieszka na Florydzie). To jest ten koncert, który został wydany w 2008 r. pod tytułem „We Lost The Skyline”, zatem wszyscy dobrze znacie wersję Stars Die, która została wtedy wykonana.
Utwór ewidentnie chodził Wilsonowi po głowie. Przez te ponad 10 lat, wiele się zmieniło. Zespół stał się popularny, jego koncerty większe i znacznie lepiej przygotowane od każdej strony, a możliwości się namnożyły (np. pojawił się drugi gitarzysta - Wes). W końcu, po wielu latach, pełnozespołowa wersja Stars Die zadebiutowała 7-mego października 2008 r. w Lizbonie, w Portugalii i trzeba przyznać, że wyszło to zespołowi całkiem dobrze. Utwór zabrzmiał nieco inaczej, ale magia pozostała. W ten sposób zagrano Stars Die na wszystkich ośmiu koncertach ostatniego odnóża Fear of a Blank Planet Tour, w tym na dwóch koncertach w Tilburgu, które były rejestrowane z myślą o wydaniu dvd "Anesthetize". Myślę, że wszyscy, łącznie ze mną, byli przekonani, że utwór się na tym dvd pojawi, ale kiedy wydawnictwo się ukazało (w 2010 r.) okazało się, że Stars Die tam nie ma. Wcześniej, kawałek zdążył wrócić na koncerty podczas The Incident Tour (2009 – 2010 r.), podczas której był wykonywany sporadycznie. Porcupine Tree zmienili trochę sposób grania tej piosenki, w taki sposób, że wychodziła nawet lepiej niż w 2008 r. Na szczęście, jedno z tamtych wykonań zostało wydane oficjalnie na live albumie „Octane Twisted”.

                                   

Na dziś, Stars Die po raz ostatni zostało wykonane podczas koncertu w Aarhus 4-tego października 2010 r.

Oficjalna, koncertowa wersja Stars Die pojawiła się na albumie: „Octane Twisted” (2010).


Men Of Wood

Wspominam tu o Men Of Wood, ponieważ pierwotnie utwór ten miał się znaleźć na „The Sky Moves Sideways”. Istnieje kasetowe promo tego albumu z 1994 r. gdzie Men Of Wood wciśnięty jest między Prepare Yourself, a The Sky Moves Sideways (Phase Two). Stefan uznał ostatecznie, że utwór brzmi na tej płycie z dupy i odłożył go na później. Istnieje druga, nowsza wersja tego utworu, która została nagrana z myślą o „Signify” w zarodku (tym razem z Chrisem na bębnach), ale tamta wersja również nie trafiła na album i ostatecznie wylądowała na składance „Stars Die: The Delerium Years 1991 – 1997”. Men Of Wood nigdy nie został wykonany na żywo.

                                 

I to by było to, jeśli chodzi o płytę The Sky Moves Sideways. Następny album do rozłożenia na części wybierzecie sami!

środa, 20 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz. 2


              


The Moon Touches Your Shoulder


Ta piękna piosenka przetrwała łącznie w secie około 4 lata i przechodziła przez różne przemiany.
Po raz pierwszy Porcupine Tree wykonali ją podczas sesji radiowej dla Marka Radcliffe’a 30-tego stycznia 1995 r. Na tym etapie, zespół próbował jeszcze jak najbardziej zbliżyć się do wersji albumowej. Wilson na elektryku udawał akustyka, a Rysiek na analogowym syntezatorze udawał gitarę. O ile nie brzmiało to wcale źle, to było jednak trochę karykaturalne. W ten sposób utwór był grany na czterech koncertach w Holandii, które odbyły się między 9-tym, a 12-tym lutego 1995 r. (dwukrotnie w połączeniu z drugą częścią Always Never).
(Omawiana wersja w 40:46 w filmiku poniżej).

                                 

W trakcie dwumiesięcznej przerwy, Porcupine Tree opracowali inna adaptację koncertową, której premiera odbyła się na koncercie w Gillingham 26-tego kwietnia. Ta wersja charakteryzuje się nową partią gitary Wilsona oraz wstępem Chrisa na bębenkach. W taki sposób utwór był grany już zawsze między 1995, a 1998 rokiem, najczęściej w połączeniu z Always Never (chociaż zdarzały się wykonania osobne). Najbardziej znana wersja z tego okresu pochodzi oczywiście z "Coma Divine".

                                 

The Moon Touches Your Shoulder nie było wykonywane w latach 1999 – 2002. Dopiero w 2003 r., przy okazji remasteringu/re-recordingu „The Sky Moves Sideways”, Stefan przypomniał sobie o tym utworze i przywrócił go do setu na lwią część koncertów tamtego roku. Nadal wykonywana była ta sama wersja, ale Gavin Harrison, z racji posiadania innego zestawu perkusji niż Chris, grał intro miotełkami, a nie na bębenkach. Gitarowe zakończenie miało też wyraźnie mocniejszy charakter. Wraz z końcem tamtej trasy, utwór ponownie wrócił na ławkę rezerwowych i siedzi na niej do dziś.

                                 

Oficjalna, koncertowa wersja The Moon Touches Your Shoulder pojawiła się na albumie „Coma Divine” (1997, 2003).

Alternatywne wersje

Jedyną studyjną, alternatywną wersją The Moon Touches Your Shoulder jest re-recording z 2003 r., który pojawił się na reedycji "The Sky Moves Sideways".
Gavin Harrison nagrał żywą perkusję (oryginał zawiera automat), a Wilson usunął echo z wokalu.



Prepare Yourself

Ta miniaturka nigdy nie została wykonana na żywo, ani nie istnieją jej żadne alternatywne wersje.



Moonloop

W okolicach czerwca 1994 r., Porcupine Tree (w składzie bez Richarda Barbieriego) oraz znajomy muzyk Rick Edwards spotkali się w studiu Doghouse (położonym w malowniczym Hanley), aby poimprowizować. Wyniki tego spotkania, w różnych formach rozsiane zostały na wielu wydawnictwach pod wspólnym tytułem Moonloop, a jego fragmenty stały się bazą kompozycji Stars Die. O jego studyjnych wersjach napiszę później, natomiast najpierw przyjrzę się jego reprezentacji koncertowej.

Porcupine Tree wielokrotnie pokazali, że w przeciwieństwie do studia, improwizacja nie jest ich mocną stroną podczas występów na żywo. Richard Barbieri sam zresztą przyznał, że raczej nie lubi tego robić na koncertach. Z tego też powodu, Moonloop wykonywany na żywo brzmiał praktycznie tak samo za każdym razem, mimo że Wilson wielokrotnie zapowiadał przed nim, że „teraz zespół będzie miał możliwość poimprowizować”.

Utwór został po raz pierwszy zagrany na koncercie, który odbył się 19-tego października 1994 r. w Londynie w klubie Upstairs at The Garage. Wersja oryginalna ma 18 minut, ale wersja koncertowa trwała niewiele ponad 10 minut i różniła się trochę od studyjnych. Steven Wilson dołożył nowy, powtarzający się motyw gitarowy. Moonloop był wykonywany w latach 1994 – 1998 i to praktycznie w takiej samej wersji.

                                 

Stefanowi zdarzało się w międzyczasie zmieniać efekty przesteru w drugiej części utworu, ale generalnie dużych zmian nie było, aż do 1997 roku. Pod koniec jesiennego odnóża ówczesnej trasy, zespół zaczął Moonloopa dzielić na pół. Czasami grano część improwizowaną, która płynnie przechodziła w Signify, a innymi razami moonloopową kodę doklejano pod koniec premierowych wykonań Ambulance Chasing. Najciekawszym Moonloopem z tego okresu była wersja odegrana razem z Theo Travisem podczas koncertu w Londynie 14.11.1997 r. Porcupine Tree pociągnęli jeszcze kilka pociachanych wykonań w 1998 r. i na dobre odstawili ten kawałek na półkę.

                                
                                

Oficjalna, koncertowa wersja Moonloop ukazała się na albumie „Coma Divine” (1997, 2003).

Wersje studyjne

Moonloop jest w rzeczywistości utworem singlowym. Nie znalazł się na winylowym (oryginalnym) wydaniu „The Sky Moves Sideways” w 1995 r., dorzucono go dopiero do wersji cd. Na remasterze z 2003 r. przywrócono oryginalną tracklistę, a omawiany kawałek powędrował na cd 2.

Moonloop to rekordzista jeśli chodzi o ilość wersji jednego utworu autorstwa Porcupine Tree, a raczej nie tyle wersji, co ‘editów’. Podstawą wszystkich pozostałych jest wersja, która została wydana jako ostatnia na fan clubowym wydawnictwie z 2001 r. „Moonloop (Unedited Improvisation)”. Znajduje się tam 40 minutowy wycinek tego, co działo się w studiu Doghouse w 1994 r. „Duży” Moonloop zawiera fragmenty użyte na płycie oraz zarodek tego co przerodziło się potem w kodę oraz zarodek Stars Die (które została skończone później). Oryginalny „Moonloop”, który został wydany na singlu w 1994 r. trwa 18 min. i 4 sek. Wersja, która pojawiała się na europejskim wydaniu kompaktowym albumu w 1995 r. trwa 17 min. i 4 sek. USA, jak to USA, dostało Moonloopa skróconego do granic możliwości – 8 min. 10 sek. Zaznaczam, że skracana była cześć improwizowana, koda zawsze trwała tyle samo. Na wydanym w 2003 r. remasterze, Moonloop został przełożony na dodatkowe cd 2 gdzie podzielono go na dwa tracki – improwizację (16 min. 18 sek.) oraz kodę (4 min. 52 sek.), co razem daje najdłuższego z „małych” Moonloopów21 min. 10 sek. Jednak jeśli wierzyć opisowi wydań winylowych z lat 2012 i 2017, to jest tam Moonloop, który trwa 22 min. 23 sek. Sporo tego. Oczywiście najlepszą opcją jest Moonloop z remastera (mimo, że sam ‘mastering’ najlepszy będzie na winylu z 2017), ale jeśli tak jak ja uwielbiacie tego typu granie, to spędzicie wiele wspaniałych chwil przy wersji 40-tominutowej, którą gorąco polecam.

c.d.n.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz.1


The Sky Moves Sideways
to jedna z moich ulubionych płyta nagranych z udziałem Stevena Wilsona. Do tego od zawsze kojarzy mi się z okresem zimowym. W tym debiucie nowej serii tekstów skupię się na tym jak często utwory z tej płyty (i kolejnych opisywanych) pojawiały się na kolejnych trasach, jak zmieniało się ich brzmienie, itd. Robiłem już coś takiego przy okazji wyczerpującego opisu Recordings zatem wiecie mniej więcej jak to będzie wyglądało. Przyjrzymy się historii koncertowego wydania The Sky Moves Sideways utwór po utworze. Zanim do tego przejdę, mały wstęp. TSMS nigdy nie zostało odegrane w całości w taki sposób w jaki odgrywano np.: The Incident lub Fear of a Blank Planet, ale większość pojedynczych utworów pojawiła się w setlistach trasy promującej tę płytę. Niestety z czasem Wilson zaczął coraz bardziej na nią grymasić. Wśród powodów znalazł się taki, że wg. Stefana, muzyka na tej płycie za bardzo przypomina inny zespół (w domyśle Pink Floyd).

Moim zdaniem to spora przesada, słyszałem w życiu płyty, które znacznie (ZNACZNIE) bardziej przypominały Flojdów i nikt nie robił z tego powodu problemu (albo robił, ale to już w naprawdę skrajnych przypadkach). Oczywiście, wpływy PF są na TSMS słyszalne, ale na takiej samej zasadzie jak słyszalne są wpływy Opeth czy Gojiry na „metalowych” płytach PT. To są subtelne podobieństwa, a muzyka nie staje się przez nie mniej wartościowa czy niewarta uwagi. Niestety SW czuł się nadal zakłopotany i utwory z TSMS powoli zaczęły znikać z trasy na trasę. Miało to też zapewne związek z tym, że na przełomie wieków SW chciał zerwać z wizerunkiem zespołu progresywnego dla starych ludzi, którzy tęsknią za Pink Floyd i innymi. To zrozumiałe. Tym samym przez jakiś czas kawałki z TSMS były na banicji. Do czasu.


The Sky Moves Sideways (Phase One)

Utwór zadebiutował dwukrotnie, najpierw po cichu w programie BBC (podzielony na dwie części), a potem już na właściwym koncercie podczas europejskiej części trasy w lutym 1995 r.
(9.02.1995 r. w Zaandam). Wersja wtedy zaprezentowana (oraz na wszystkich kolejnych trasach) różniła się trochę od wersji studyjnej. Część pierwszą - Colour of Air - pozostawiono w relatywnie niezmienionej formie, podobnie drugą - I'm Not There - z wyjątkiem tego, że Wilson grał solówkę trochę wolniej. Wire the Drum zaczyna się w troch innym momencie niż wersja z płyty, trochę w niej pomieszano i pozmieniano, ale niewiele. Ostatnia część - Spiral Circus - została wycięta i nigdy nie zagrano jej na żywo. Ze względu na solidne użycie sekwensera, utwór brzmiał niemal identycznie za każdym razem, zespół pilnował cały czas żeby nie rozjechać się z elektronicznym podkładem (głównie Chris, który jako jedyny wtedy miał słuchawki z odsłuchem).

                                 

                                 

                                 

                                 

Faza pierwsza była grana w ten sposób na trzech głównych trasach PT w latach 95-99 (TSMS Tour, Signify Tour, Stupid Dream Tour, oraz wszystkich małych trasach pomiędzy), po czym wyparowała na 8 lat. Prawie, jeśli liczyć rozsiane akustyczne wykonania I'm Not There (np. podczas „sklepowego” mini występu w Bostonie w 2006 roku).

                                                

Znana z „We Lost The Skyline” minimalistyczna (ale elektryczna) wersja drugiej części pierwszej fazy dała znać, że coś jest na rzeczy. Ostatecznie Phase One doczekało się zasłużonego powrotu pod koniec 2007 roku w ramach Fear of a Blank Planet Tour. Nie był to stały punkt programu więc ci którzy mieli okazję TSMS zobaczyć/usłyszeć (np.: w Poznaniu) mogą uważać się za wybranych. Wersja z 2007 została jeszcze bardziej wykastrowana. Zrezygnowano z Colour of Air, zamiast tego Stefan zaczynał od razu od I'm Not There i to w wersji znanej z „We Lost The Skyline” (czyli Bosy solo). Dopiero na Wire the Drum dołączała reszta zespołu. Jako, że Gavin nie ma typowego dla Chrisa zestawu djembe, wypełniał tę wstawkę na werblu i talerzach, po czym wchodził z mocarną partią na tomach. Utwór nadal grany był we 4, Wes na ten czas schodził ze sceny.

                                 

TSMS Live v.2 nie powróciło na koncertach w 2008 i w 2009 roku. Fani relacjonowali nawet, że w 2007 r. SW zapierał się, że to ostatni raz kiedy to grają. Jak zwykle zmienił zdanie. Na powrót trzeba było czekać do specjalnych koncertów z 2010 r., które odbyły się jesienią w Nowym Jorku i w Londynie. V.3 zaprezentowana na tych występach była powrotem do wersji z lat 90-tych. Traktuję to jako v.3 głównie ze względu na Gavina, który to i owo pozmieniał względem oryginału (to subtelne różnice, ale wyraźne). Słychać również, że sprzęt Ryszarda trochę się przez lata zmienił, co sam Barbieri zauważył w jednym z wywiadów:

The equipment was different. That’s what struck me afterward. I kind of wished I had the same equipment I had in the old days. Because, from my point of view, I don’t think I can’t put the same performance in, if you like. I think it was actually better in those days for me. And then I realized it was to do with the synthesizers I was using at the time. It was a case of trying to recreate those, but it didn’t have quite the same feeling.


                                 

Fani, którzy mieli szczęście, mogli zobaczyć/usłyszeć TSMSLv.3 na jednym z koncertów małej europejskiej trasy upchniętej między występami specjalnymi. Utwór był częścią ostatniego jak dotąd koncertu PT, który odbył się w Londynie w 2010 r.

Na dziś, The Sky Moves Sideways (Phase One) wykonano po raz ostatni w Londynie, w Royal Albert Hall dnia 14.10.2010 r.

Oficjalnie, koncertowe wersje The Sky Moves Sideways (Phase One) pojawiły się na dwóch albumach: „Coma Divine” (1997, 2003) oraz „We Lost The Skyline” (2008).

Alternatywne wersje studyjne

Jedyną alternatywną wersją The Sky Moves Sideways (obu faz), jest właśnie „wersja alternatywna”, która ukazała się na reedycji w 2003 r. Jest to po prostu typowy „work in progress”.
W I’m Not There nie ma jeszcze słynnej ‘widmowej’ gitary, są za to organy. Stefan śpiewa kompletnie inny tekst w zwrotkach. Pozostałe fazy są trochę bardziej elektroniczne, gościnny udział pozostałych członków zespołu jeszcze na tym etapie nie nastąpił. W tej wersji znalazło się trochę muzyki, która ostatecznie została z utworu wywalona, więc warto się wsłuchać i te fragmenty wyłapać.

                                                     


Jest jeszcze Fuse The Sky, dosyć specyficzny „remix” Colour of Air, który został przygotowany przez Wilsona dla magazynu, który miał owy remix dorzucić na dodawaną do niego płytę/ Ostatecznie, z niego nie skorzystano, a Wilson udostępnił go na kompilacji „Stars Die” w 2004 r.

                                                     

Jest też coś takiego jak The Sky Moves Sideways (Genocidal Mix). To nie jest oficjalna wersja. Ktoś zdolny i cierpliwy skonstruował cały album korzystając zarówno z wersji albumowej, jak i niewykorzystanych później fragmentów wersji ‘alternatywnej’. Całość trwa, ..minut, podzielona jest na 10 części i zaskakująco dobrze się tego słucha. „Bootlegowy” album można bez problemu ściągnąć na Soulseeku, ja tez go mam w razie czego.

Oprócz tego należy wspomnieć o tym, że słynny riff z pierwszej fazy stanowi bazę dla utworu Veneno Para Las Hadas z pierwszej solowej płyty Stevena Wilsona „Insurgentes”.

                                                     

Gitara ze Spiral Circus posłużyła do powstania utworu no-man pod tytułem Something Falls, a wariacja na temat Colour of Air znalazła się na płycie Bass Communion „Atmospherics” pod tytułem Bliss.


                                                     


Dislocated Day

Ten energetyczny i psychodeliczny utwór od początku miał wyczuwalny olbrzymi potencjał koncertowy. W latach 90-tych główną gwiazdą Dislocated Day był Chris Maitland, którego szaleńcza gra nadawała scenicznej wersji jeszcze więcej wigoru, a końcowe solo na perkusji było jedną z głównych atrakcji koncertów P
T w tamtym czasie. Utwór zadebiutował w lutym 1995 r. (9.02.1995 r. w Zaandam) na trasie TSMS Tour. Wtedy był jeszcze grany tak aby jak najbardziej przypominał wersję studyjną (z wyjątkiem tego, że na albumie użyto automatu), ale z biegiem czasu zaczął żyć własnym życiem.

                                 

                                 

                                   

Na trasie Signify Tour był już znacznie dłuższy, a wersje ze Stupid Dream Tour (1999) dobijały nawet do 10-ciu minut poprzez rozciąganie improwizowanego segmentu w środku. Podczas późniejszych tras, utwór był zazwyczaj grany jako pierwszy bis. Colin i Chris wychodzili na scenę jako pierwsi i przez jakiś czas grali samemu. Trzeba przyznać, że do dziś nie powstał drugi taki utwór Porcupine Tree, który stanowiłby tak szerokie pole do popisu dla sekcji rytmicznej. Colin również błyszczał w każdym wykonaniu. Wraz z odejściem Chrisa z zespołu, Dislocated Day wylądował na ławce rezerwowych, o ile nie poza stadionem.
Brak Maitlanda oraz niechęć Wilsona do TSMS niespecjalnie pomagały. Krążyła też plotka, że Richard Barbieri tego utworu nie lubi.
Ostatecznie, po niemal równej dekadzie nieobecności, Dislocated Day powrócił podczas specjalnych koncertów w Nowym Jorku i Londynie w 2010 r. oraz kilku z europejskiej trasy wepchniętej między wymienione.
Zespół próbował odtworzyć koncertową wersję z lat 90-tych. Gavin Harrison dawał radę, ale moim zdaniem zabrakło mu tej lekkości Chrisa. Wersja 2010 jest momentami przyciężkawa, ale i tak bardzo dobra.


                                                   

Na dziś, Dislocated Day wykonano po raz ostatni w Londynie, w Royal Albert Hall dnia 14.10.2010 r.

Oficjalnie, koncertowe wersje Dislocated Day pojawiły się na dwóch albumach: „Coma Divine” (1997, 2003) oraz „Octane Twisted” (2012).

c.d.n.

wtorek, 18 listopada 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.1: Setlist Twisted


The Incident
to płyta nie przez wszystkich ceniona, nie przez wszystkich lubiana i generalnie trudna w ocenie ze względu na swój dziwaczny charakter. Jakby jednak nie było, album ten pociągnął za sobą jedną z najbardziej spektakularnych i nieprzewidywalnych tras w wykonaniu Porcupine Tree. Ile się przez ten ponad rok przewinęło utworów trudno zliczyć, ale przecież po to tutaj jestem. Na wstępie zaznaczę od razu, że postanowiłem włączyć dwa koncerty specjalne z 2010 do całości The Incident Tour. Kwestia dyskusyjna, teoretycznie te występy powinny być traktowane oddzielnie, ale w praktyce to bez sensu ponieważ odbyły się w tym, a nie innym przedziale czasowym, część starych utworów szykowanych na tę okazję i tak rozlała się po Europejskich miastach na jesiennym odnóżu w 2010, a ostatecznie sam Wilson określił koncert w Royal Albert Hall jako „end of The Incident touring cycle”.
Tak więc owe specjalne koncerty włączam do zestawu, ale oczywiście postaram się je odpowiednio uwypuklić w tekście.
Zanim jeszcze fani mieli okazję wysłuchać nowej (i póki co ostatniej) płyty Porcupine Tree, Wilson zapowiedział, że na trasie album będzie odgrywany w całości bo przecież to jeden utwór. Jak teraz wiemy całe gadanie o jednej monstrualnej kompozycji okazało się być mocno wyolbrzymione, a niektóre utwory dało się jednak wyrwać z szeregu co też zespół uczynił w 2010 roku. W lecie 2009 nie było jednak o tym mowy. Część osób mocno kręciła nosem na ten pomysł ponieważ Incydent miał pożreć sporo miejsca w setliscie. Do tego Stefan niedługo przed trasą przyznał, że mają zamiar grać cały nowy album oraz materiał z ostatnich dwóch lub trzech płyt. Trudno się było wtedy spodziewać, że zespół będzie tę trasę kończył z prawie dwudziestoletnimi utworami w zestawie, ale na tym polega cały urok The Incident Tour, nikt nie spodziewał się tego jak to się wszystko rozwinie, zapewne nawet sam zespół. Mając w pamięci bajkowy repertuar z małej trasy w 2008 wiele osób miało nadzieję, że niektóre z tych utworów pojawią się teraz. Do pewnego stopnia się to sprawdziło, ale trzeba było trochę poczekać.
Podobnie jak w 2002 roku, Porcupine Tree wystartowali w Stanach Zjednoczonych, dokładnie 15 września w Seattle. Zestaw odpowiadał mniej więcej zapowiedziom Stefana:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. The Incident
07. Your Unpleseant Family
08. The Yellow Windows of the Evening Train
09. Time Flies
10. Degree Zero of Liberty
11. Octane Twisted
12. The Seance
13. Circle of Manias
14. I Drive the Hearse
….......
15. The Start of Something Beautiful
16. The Sound of Muzak
17. Lazarus
18. Russia on Ice
19. The Pills I'm Taking (Anesthetize, p2)
20. Normal
21. Bonnie The Cat
22. Way Out of Here
…...
23. Mother and Child Divided


Jak można zauważyć najstarszy utwór pochodzi z Lightbulb Sun, a do tego został wykastrowany. Russia on Ice pozbawiona drugiej, instrumentalnej części przechodziła płynnie (prawie) w środkową część Anesthetize czyli The Pills I'm Taking. Zawiłe? Porcupine Tree proszę państwa.
Poza standardowymi już „przebojami” w setliscie znalazło się kilka niespodzianek. The Start of Something Beautiful odsiedziało jedną dużą trasę poza cyrkulacją i teraz powróciło. Trudno to jednak nazwać jakimś wielkim powrotem. Bonnie the Cat to przykład zacnej tradycji grania utworów spoza płyt (chociaż w przypadku Bonnie the Cat to niemal albumowy kawałek). Dziwacznie wygląda trochę ostatni bis w formie instrumentalnego Mother and Child Divided, ale jak się później okazało, nieśmiertelne Trains miało pojawić się jako następne. Nie wydarzyło się to ponieważ PT przekroczyli swój czas (w skrócie, wpakowali się z setem w ciszę nocną) i musieli kończyć. Amerykanie są jednak bardzo wrażliwi na tym punkcie czego dowodem jest skrócenie nawet specjalnego koncertu, który odbył się rok później w Radio City Music Hall (i wtedy również ofiarą padło Trains). Następnego wieczora w Portland (16 września) okazało się jednak, że Jeżodrzewie ma w zanadrzu obszerniejszą ilość wymiennych utworów i tak fani mieli okazję zobaczyć/usłyszeć:

1-14. The Incident
….
15. The Start of Something Beautiful
16. Buying New Soul
17. The Pills I'm Taking
18. Lazarus
19-20. Strip The Soul / .3
21. Bonnie the Cat
…...
22. Way Out Of Here
23. Trains


Kosztem Russia on Ice można było zobaczyć Buying New Soul zaś brak The Sound of Muzak i Normal rekompensowały sczepione ze sobą Strip The Soul oraz .3. Way Out of Here przeskoczyło 'za barierkę' do części bisów, a całość zamknęło Trains.


         

Podobny set został zagrany w San Francisco (18 września), ale zamiast Way Out of Here powróciło zagubione Mother and Child Divided. Porcupine Tree bawili się tymi zestawami i tak w Los Angeles powyższy set został powiększony o The Sound of Muzak, a Way Out of Here ponownie zmieniło Mother and Child Divided.
Wariację większości dotychczasowych setów Jeżodrzewie zaprezentowało w Chicago (22 września), ale Bonnie the Cat podmieniono na bliźniaczy bonus z The Incident czyli Remember Me Lover. Bisy co noc wyglądały inaczej. To dopiero początek trasy, a Porcupine Tree kombinowali z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć w pojawiające się w internecie setlisty świeżych koncertów. Przez całą trasę po USA zespół tworzył różne mikstury z wypisanych wcześniej utworów, ale póki co nie pojawiło się więcej nic nowego. Rozpoczęcie europejskiego objazdu nie łączyło się z początku z żadnymi zmianami do czasu kiedy Belgowie w Brukseli (14 października) otrzymali prezent w postaci Stars Die (w miejscu Russia on Ice/Buying New Soul).
Utwór ten był ponoć dobierany do miejsc, w których Porcupine Tree grali, jedynie doskonałe pod względem akustyki sale dostąpiły tego honoru (co wyjaśnia też dlaczego nie usłyszeliśmy go w Hali Orbita). Trains zaczęło dojrzewać jako popisowy numer wieczoru. Kabaretowe wstawki w połowie utworu były coraz dłuższe i coraz wymyślniejsze. W Berlinie (26 października) Wilsonowi pękła struna na Trains. Jak to się mówi, nawet najlepszy żart można zabić powtarzając go w kółko. A średni żart tym bardziej.

                                     

Wesoła karawana Porcupine Tree dotarła w końcu do Wrocławia.

01-14. The Incident
….
15. The Start of Something Beautiful
16. Russia on Ice
17. The Pills I'm Taking
18. Remember Me Lover
19. Strip The Soul
20. .3
21. Lazarus
22. Way Out Of Here
…...
23. The Sound of Muzak
24. Trains


Byłem po tym koncercie wyjątkowo niezadowolony bo z możliwych opcji wybrali akurat te, które odpowiadały mi mniej (a następnego wieczora w Lipsku zagrali Stars Die i Normal). Z perspektywy czasu (i po koncercie w Łodzi, który w większej części zrekompensował mi wrocławskie braki) muszę jednak przyznać, że występ był udany (jeżeli lubi się The Incident, ja lubię). Niestety nagłośnienie nie należało do najlepszych, dźwięk mocno chrupał, a do tego był to jeden z najgłośniejszych koncertów na jakich byłem co niestety w tym wypadku zadziałało na minus. Supportem we Wrocławiu była Rose Kemp, kobieta której moc głosu przewyższała z pewnością moc urody, ale też wytrzymałości widowni.
Kiedy my byliśmy zajęci cmentarzami, fani w Budapeszcie (1 listopada) zostali zaskoczeni trasową premierą Blackest Eyes. Utwór powrócił w Ljubljanie (3 listopada), a zaraz po nim odśpiewano happy birthday dla Stevena Wilsona.
Na koncertach we Włoszech Wilson widziany jest podczas Trains z gumowym kurczakiem, część kabaretowa jak widać wciąż ewoluowała. Wydawało się, że do końca roku nie nastąpi już żadna zmiana w repertuarze, ale jak przystało na trasę, Porcupine Tree zaskoczyli w ostatniej chwili podczas specjalnego koncertu w Mumbaiu (21 grudnia). Po pierwsze i chyba najważniejsze, panowie zdecydowali się pierwszy raz pokruszyć Incydent na mniejsze elementy.

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. The Sound of Muzak
04. Hatesong
05. Lazarus
06. Open Car
07. Time Flies
08. Blackest Eyes
09. The Start of Something Beautiful
10. Russia on Ice
11. The Pills I'm Taking
12. Octane Twisted
13. The Séance
14. Circle of Manias
15. Way Out of Here
….......
16. Trains
17. Halo
         
Po drugie, w zestawie znalazły się trzy trasowe premiery: Hatesong, Open Car oraz Halo. Oczywiście żaden z tych utworów nie był wielkim wydarzeniem na tle ostatnich tras, ale jako niespodzianka podczas The Incident Tour zrobiły swoje. Była to również swego rodzaju wskazówka czego można się będzie spodziewać w następnym roku (choć oczywiście nie od razu).
Do lutego 2010 zespół miał wolne, prawdopodobnie do końca grudnia nie odbywały się żadne próby. Zbliżały się święta i każdy chciał odpocząć co w przypadku Wilsona nie oznaczało oczywiście przerwy w komponowaniu muzyki. Informacje na temat sesji do „Grace for Drowning” mówią, że nagrań dokonywano od stycznia 2010, ale znając go na pewno siedział przy swoim pianinie już w grudniu. Z tej najwcześniejszej fazy prac nad drugim solowym albumem wynikła piosenka Home in Negative.
Na dzień przed Wigilią, na stronie PT pojawiła się elektryzująco informacja o dwóch specjalnych koncertach, które miałby się odbyć w Nowojorskim Radio City Music Hall (na tamtym etapie lokalizacja koncertu w USA nie została jeszcze podana) oraz w Royal Albert Hall w Londynie.

C.d.n.
                                                           

środa, 10 września 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.2: Nowości, starości i kręcenie filmu.

Aby wypromować świeżo wydane Nil Recurring Porcupine Tree zaczęli uczyć się utworów z tej małej płyty na próbach i kiedy rozpoczęli drugie odnóże Tour of a Blank Planet (3 października w Buena Vista), setlista była taka:

01. Fear of a Blank Planet
02. What Happens Now?
03. The Sound Of Muzak
04. Lazarus
05. Nil Recurring
06. Anesthetize
07. Open Car
08. My Ashes
09. Blackest Eyes
10. Cheating The Polygraph
11. Drown With Me
12. Half-Light
13. Way Out Of Here
14. Sleep Together
….
15. Dark Matter
16. Shesmovedon
17. Halo


Pierwotnie planowano grać wszystkie cztery utwory z płyty, ale (jak to Wilson wyjaśnił dzień później podczas mini koncertu w Orlando) Normal okazał się być zbyt wymagającym utworem i PT nie zdążyli się go nauczyć.
Oprócz premierowych kompozycji (z wyjątkiem Cheating The Polygraph) pojawiły się jeszcze trzy nowe dla trasy utwory – Shesmovedon i Dark Matter, oraz Lazarus. Ten pierwszy zaliczył ostatecznie dwa wykonania na tej trasie, a po usłyszeniu nagrania z pierwszej nocy nie miałem więcej pytań. Zespół ewidentnie nie radził sobie z tą piosenką, jakby kompletnie zapomnieli jak się ją grało. Dark Matter natomiast (powrót po 4 latach) przebiegł bez zakłóceń. Następnego dnia Steven i Wes wystąpili w sklepie Park Avenue Cds w Orlando gdzie zagrano bardzo specjalny set (pierwotnie miał wystąpić cały zespół). Zagrano:

01. The Sky Moves Sideways (Phase 1) pt.2 I find that I'm not there
02. Even Less
03. Stars Die
04. Waiting (Phase One)
05. Normal
06. Drown With Me
07. Lazarus
08. Trains


Mimo, że wtedy niecodzienna, setlista zwiastowała niejako to co miało się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Sam koncert był dosyć wyjątkowy. Stars Die nie było grane od jakiegoś czasu, podobnie The Sky Moves Sideways. Waiting w wyjątkowej wersji, podczas której Wes improwizował wszystkie solówki. Normal zagrane zostało po raz pierwszy chociaż tak naprawdę duet rzucił się tylko na końcowy segment, który trwał około 2 minut.
Kolejne (już regularne) koncerty były nieco krótsze. Nil Recurring wymieniało się z Cheating The Polygraph, a Shesmovedon wypadło z setlisty na dobre wracając tylko jeden raz w Raleigh (11.10). Było to jak dotąd ostatnie wykonanie Shesmovedon. Na koncercie w Toronto (16.10) pojawiło się Mellotron Scratch. PT znowu uparcie próbowali radzić sobie bez Trains, ale ostatecznie dali za wygraną w Albany (18.10) (chociaż nie grali tego co noc). Prawdziwa petarda wypaliła w Cleveland (22.10) kiedy na bis zagrano The Sky Moves Sideways (Phase 1) (przy czym ogryzione z pierwszej części i z drugą graną tylko przez SW). Było to pierwsze „pełne” wykonanie od 1999 roku. TSMS pozostało rarytasem tej trasy, jedno z niewielu wykonań trafiło się nam w Poznaniu (28 listopada).

         

W Houston (27.10) na bis zagrano Waiting również zasugerowane podczas sklepowego koncertu w Orlando. Pozbawiony rarytasów koncert w Atlancie (29.10) został zarejestrowany. Z początku miało to być jedyne oficjalne wydawnictwo koncertowe z trasy, ale potem pojawił się pomysł nagrania dvd w Tilburgu i Atlantę odłożono. Przydała się później do pomocy w zbieraniu środków na leczenie Micka Karna. Na tym odłamie turnusu, PT było supportowane przez zespoły 3 oraz Head>>Fake. Wraz z powrotem do Europy w listopadzie, rarytasy zaczęły pojawiać się częściej. Drugie odnóże trasy zakończyło się w fińskim Tempere, supportem na wszystkich (prawie) koncertach była Anathema.

                                                         

Zespół ponownie udał się na wakacje. W tym czasie Wilson napłodził nowego materiału Bass Communion (między inny Haze Sharpnel i Molotov and Haze) oraz wystąpił pod tą nazwą na żywo razem z grupą Pig. "Koncert" odbył się 27 lutego 2008 w Meksyku. Stefan pracował też ostro nad Insurgentes, prawdopodobnie wtedy powstała lwia część materiału, który ostatecznie trafił na płytę. Będę o tym więcej pisał przy okazji tekstu na temat tego albumu. Kiedy Porcupine Tree wrócili po prawie 5 miesiącach grając w Australii, repertuar nie zmienił się zbytnio (chociaż TSMS i Waiting już nie powróciły). Po serii wakacyjnych mini występów na festiwalach, PT zaplanowali jeszcze bardzo krótkie trzecie odnóże na późną jesień 2008 roku. Ten mikro objazd był przede wszystkim podkładem pod nagrywanie dvd, które miało mieć miejsce w Tilburgu. Jak wiadomo tracklista dvd Anesthetize nie daje najlepszego obrazu trasy FOABP ponieważ 1/3 utworów pojawiła się w repertuarze dopiero na te kilka ostatnich koncertów w 2008 roku. Zanim Wilson ruszył tyłek do busa, zaczął już powoli komponować nowy materiał. Prawdopodobnie wtedy powstał pierwszy szkic do Remember Me Lover, oraz strzępy muzyki, która stanowiła bazę do The Incident.
PT zameldowali się 7 października w Lisbonie, prezentując setlistę pełną niespodzianek:



01. Wedding Nails
02. Normal
03. Prodigal
04. Blackest Eyes
05. Anesthetize
06. Open Car
07. Dark Matter
08. Drown With Me

09. Stars Die
10. Strip The Soul
11. .3
12. Half-Light
13. Way Out Of Here
14. Sleep Together
…...
15. Sleep Of No Dreaming
16. Halo
                                 

                                                           

5 nowości (6 jeśli liczyć Strip The Soul/.3) to całkiem niezły wynik, zwłaszcza, że są to nowości w wielu kategoriach. Po 7 latach powróciło Sleep Of No Dreaming i może nie jest to powrót na miarę Sever, ale rzadkość wykonań z końca 2008 (i kompletne olanie tego utworu na następnej trasie) naznaczała publiczność jako wybraną. Prodigal i Wedding Nails również zaliczyły bardzo rzadkie wystąpienia, po raz pierwszy od 2003 roku. Miały miejsce również dwie pół-premiery. Pół, ponieważ oba utwory były wcześniej w jakiejś formie wykonywane (akustycznie), ale pełnozespołowo debiutowały w Lisbonie. Mowa oczywiście o Stars Die i Normal. W przypadku tego pierwszego musiało przełamać się wiele rzeczy, w tym Wilson z krytycznym podejściem do swojego wokalu, oraz sam zespół, który musiał rozgryźć w jaki sposób najwierniej przedstawić utwór, który w oryginale opiera się głównie na partii fletu niesionej na delikatnym podkładzie. To co jest łatwe do zrobienia w studiu wymagało sporej pracy (i wyobraźni) do przedstawienia na koncercie, ale udało się. W przypadku Normal, zespół po prostu nauczył się w końcu to grać. Podczas Tilburskich koncertów, PT zaprezentowali prawie wszystko co mieli, niestety na dvd jest kilka bolesnych braków (przede wszystkim Stars Die). O tych koncertach i o wydawnictwie Anesthetize napiszę więcej w osobnym tekście. Podsumowując, publiczność w Tilburgu miała okazję zobaczyć/usłyszeć:

15.10.2008

01. Fear of a Blank Planet
02. My Ashes
03. Anesthetize
04. Sentimental
05. Way Out Of Here
06. Sleep Together
….......
07. Normal
08. Stars Die
09. What Happens Now?
10. Open Car
11. Dark Matter
12. Wedding Nails
13. Half-Light
14. Sever
15. Blackest Eyes
….
15. Sleep Of No Dreaming
15. Halo



16.10.2008

01. Normal
02. Drown With Me
03. Stars Die
04. Cheating The Polygraph
05. Anesthetize
06. Prodigal
07. Wedding Nails
08. Strip The Soul / .3
09. Half-Light
10. Sever
11. Way Out Of Here
12. Sleep Together
…...
13. Fear of a Blank Planet
14. Trains
…...
15. Sleep Of No Dreaming
16. Halo


Po odbębnieniu filmowanych koncertów Porcupine Tree zagrali jeszcze dwukrotnie (w Luksemburgu i Londynie) i na tym zakończyła się trwająca półtora roku (z przerwami) tułaczka pod tytułem „Fear of a blank planet Tour”. Zespół zagrał łącznie 35 utworów na całej trasie co w tamtym czasie było rekordem. Tych najciekawszych zmian (z końca 2007 i 2008 r.) doświadczyli wprawdzie nieliczni, ale suche statystyki są takie, a nie inne.
Między 16tym kwietnia 2007, a 19tym października 2008 zagrali 36 utworów:

1 utwór z „The Sky Moves Sideways”
4 utwory z „Signify”
2 utwory ze „Stupid Dream”
3 utwory z „Lightbulb Sun”
8 utworów z „In Absentia”
4 utwory z „Deadwing”
6 utworów z „Fear of a Blank Planet”
4 utwory z „Nil Recurring”
4 utwory niealbumowe (Stars Die, Drown With Me, Mother & Child Divided i Half-Light)

                                                          

niedziela, 1 grudnia 2013

The band moves sideways (1994 - 1995) cz.4: Bootlegi


W kwestii bootlegów jest z czego wybierać. PT grali wtedy krótkie trasy, a mimo to ilość rejestracji jest naprawdę imponująca. Jeżeli komuś zależy przede wszystkim na jakości nagrania, to trasa oferuje trzy odpowiednie bootlegi z 1995 roku, każdy z nich pozyskany nagraniem z konsolety lub transmisji radiowej. Koncert z Den Bosch (10.02.1995) istnieje nie tylko w doskonałej wersji audio, ale też w formie wspomnianego wcześniej profesjonalnego nagrania wideo. Całość została zarejestrowana oficjalnie przez ekipę Delerium Records w celach promocyjnych (jakich dokładnie, tego nie wiadomo) i kwestią czasu było, aby kopia taśmy VHS znalazła się w rękach fanów. Jest to prawdopodobnie najlepsza pamiątka z wczesnego okresu koncertowej działalności Porcupine Tree, z doskonałą jakością obrazu i dźwięku. Oczywiście, dziś całość dostępna jest już w formie dvd.
Poza tym, absolutną podstawą jest bootleg z koncertu w Den Haag (12.02.1995), również nagrany z konsolety. W tym wypadku polecam rozejrzeć się za wersją, w której wyrównano poziom głośności, oryginał ma trochę cichszy prawy kanał. Trzecim bootlegiem jest zapis krótkiej transmisji/retransmisji z koncertu w rzymskim The Palladium. Zarejestrowano tylko pięć utworów, ale wśród nich znalazły się
Signify i wczesna aranżacja Waiting. Jakość jest trochę gorsza niż w przypadku wspomnianych wcześniej bootlegów z Holandii, wynika to zapewne ze zmęczenia oryginalnego nośnika (słychać, że ktoś nagrywał z radia na kasetę, a owa kaseta wiele przeżyła zanim została przegrana na komputer). Z tego samego dnia istnieje też zapis akustycznego występu w Radio Rock, ale to tylko 3 utwory.



TSMS Tour oferuje nam sporą ilość całkiem dobrej jakości nagrań amatorskich. Z jesiennej trasy w 1994 polecam zwłaszcza popularny koncert z Manchesteru (02.11.1994). Z tego samego miasta (13.10.1995) istnieje doskonały bootleg z roku następnego (być może nagrywała ta sama osoba), zawiera jedno z wczesnych wykonań Dark Matter. Oba oceniam na 7/10 w skali bootlegów amatorskich. Generalnie, bardzo dużo nagrań z tej trasy może pochwalić się całkiem niezłą jakością. Są też jednak takie, które dla przeciętnego (a czasem i nieprzeciętnego) słuchacza mogą stanowić spore wyzwanie, a z pewnych względów mają olbrzymią wartość historyczną. Koncert z Amsterdamu (06.07.1995) został najprawdopodobniej przegrany z kasety, która była wcześniej odtwarzana wielokrotnie. Nie ma tragedii (5/10), ale jakość wyraźnie ustępuje opisanym powyżej nagraniom z Manchesteru. Szkoda, ponieważ bootleg ten zawiera pierwsze wykonanie Toursong/Dark Matter z pierwszą wersją tekstu. Niestety jeszcze większego pecha miało jedyne wykonanie Cryogenincs. Rejestracja z Northampton (11.10.1995) jest jedną ze słabszych, jakie słyszałem z tej trasy i oceniłbym je na 3, max 4/10. Nie jest na tyle źle, że nie można odróżnić czy już grają czy jeszcze nie, ale wysoka jakość większości koncertów z TSMS Tour wyśrubowała nieco wymagania. Wymienione koncerty warto jednak posiadać, ponieważ ich wartość historyczna jest olbrzymia, a myślę, że znajdą się tacy, którzy podobnie jak ja mają ucho cierpliwe i będą w stanie cieszyć się nawet takim nagraniem.
To tyle w kwestii The Sky Moves Sideways Tour (i innych wydarzeń z tego okresu), trasa bardzo interesująca i bogata w pamiątki. Porcupine Tree grywali jeszcze wtedy zarówno dla publiczności złożonej z kilkuset osób, jak i kilkunastu (zwłaszcza w Anglii), machina zaczynała się powoli rozkręcać, a popularność w Europie kwitnąć. Zespół nie wiedział jeszcze wtedy, że dzięki
Signify Jeżodrzewie urośnie do takich rozmiarów i wkrótce będzie stanowiło zbyt dużą masę dla Delerium Records, ale do tego dojdziemy. Następny przystanek w historii PT to tak zwane „Waiting Tour” (nazwa wymyślona przeze mnie, formalnie nie było żadnej), które zaskoczyło wielu nie tylko repertuarem, ale też później pamiątkami w postaci rewelacyjnych bootlegów.
Wcześniej jednak pozwolę sobie podsumować zakończoną właśnie solową trasę Stevena Wilsona „Raven Tour”, zwłaszcza że 'solo band' finiszował u nas. Do przeczytania!

sobota, 30 listopada 2013

The band moves sideways (1994 - 1995) cz.3: ostatnie jesienne objazdy + no-man

Na październikowym odnóżu trasy w 1995 roku Porcupine Tree prezentowali głównie taki zestaw:

01. Signify

02. The Sky Moves Sideways (Phase 1)
03. Radioactive Toy
04. Waiting (Phase 1)
05. Moonloop
06. Dislocated Day
07. Is...Not
08. Dark Matter
09. Up The Downstair
10. Voyage 34


Jak zatem widać zespół zdecydował się przywrócić swój pierwszy nieformalny singiel Voyage 34, okazjonalnie grywał też Not Beautiful Anymore, a Cryogenics zaliczyło jednorazowe wystąpienie. Trudno powiedzieć, czy Dark Matter był wykonywany regularnie, ponieważ informacje o tej części trasy są dosyć skąpe. 21 października w Londynie PT zagrało krótki set jako support zespołu Hawkwind, który obchodził właśnie swoje 25-lecie.
Pod sam koniec trasy Steven Wilson zaskoczył fanów podczas występu w rzymskim Radiu Rock (które w znacznym stopniu przyczyniło się do wypromowania trzech koncertów w 1997 roku, które zostały zarejestrowane i wydane jako
Coma Divine). W trakcie krótkiego akustycznego koncertu (31 października) premierowo zostało wykonane Stars Die oraz relikt przeszłości – Nine Cats. Ten drugi został zagrany ponownie tego samego dnia podczas koncertu w rzymskim The Palladium. Wilson wskazał potem te wykonania jako główny powód nagrania akustycznej wersji studyjnej, która wylądowała na Insignificance (utwór powrócił w tej aranżacji podczas trasy Stupid Dream oraz wielu solowych koncertów Wilsona z pierwszej połowy lat dwutysięcznych).



W grudniu Porcupine Tree przyjęli zaproszenie Ozric Tentacles i w charakterze supportu zagrali pięć koncertów w UK (od 1-ego do 10-tego grudnia).
Prezentowali wtedy czteroutworowy set:

01. The Sky Moves Sideways (Phase 1) (czasami wraz z „Is...Not”)
02. Signify
03. Radioactive Toy
04. Voyage 34


The Sky Moves Sideways Tour (oraz 1995 rok) zakończyło się oficjalnie koncertem w Atenach (23 grudnia) gdzie zespół zaprezentował poszerzony repertuar przywracając
The Moon Touches Your Shoulder/Always Never oraz Burning Sky. W następstwie Porcupine Tree zrobili sobie czteromiesięczną przerwę od koncertowania i powrócili dopiero w 1996 roku na kwietniową trasę z Gong oraz następującą po niej „Waiting Tour” (o której powstał osobny tekst), która miała na celu promocję nowego singla (nie muszę chyba pisać jakiego). W międzyczasie zespół się nie obijał i na 4-tego marca 1996 zaklepał sobie studio Doghouse w Hanley (prawdopodobnie bez udziału Barbieriego). Tym razem udało się wyimprowizować muzykę, która po kilku dogrywkach w No Man's Land ostatecznie trafiła na album jako Intermediate Jesus.
Dłuższy fragment tego, co wydarzyło się tamtego dnia w Hanley to utwory 5, 6 i 7 z
Metanoii. Był to ostatni etap powstawania płyty Signify, dwa miesiące później PT zaczęli wprowadzać do setu kolejne nowe kompozycje.

TSMS Tour była trasą, która z pewnością przyniosła Jeżodrzewiu zyski - może nie finansowe, ale bogatymi frekwencyjnie i dobrze przyjętymi koncertami w Holandii i we Włoszech Porcupine Tree udowodnili sobie, że istnieje zapotrzebowanie na ich muzykę poza granicami tradycyjnie niewdzięcznej wobec rodzimych zespołów Wielkiej Brytanii. Zróbmy zatem podsumowanie. Między 19-tym października 1994 a 23-cim grudnia 1995, PT zagrali 17 utworów (dokładniejsze statystyki poniżej) z czego 3 miały znaleźć się na wydanym w 1996
Signify, a jeden pozostał ekskluziwem (przynajmniej w tej wersji) dla bootlegu z Northampton. Włosy Stevena urosły w tym czasie do monstrualnych rozmiarów, a warto też zaznaczyć, że Bosy wcale nie był jeszcze wtedy bosy i na każdym koncercie występował w butach!

The Sky Moves Sideways Tour (1994 - 1995)

2 utwory z "On The Sunday Of Life"
4 utwory z "Up The Downstair"
5 utworów z "The Sky Moves Sideways"
3 utwory z "Signify"
1 utwór niealbumowy (Voyage 34)
1 utwór niewydany (Cryogenics)


Jako ciekawostkę dorzucę jeszcze kilka ciekawych informacji okołowilsonowych, które umieszczone we wcześniejszym tekście mogłyby spowodować chaos i wytrącenie Was z Jeżodzrzewiowego transu. 31 października 1994 (praktycznie między koncertami PT) odbył się bardzo krótki, ale bardzo ważny występ zespołu no-man. Było to absolutnie ostatnie publiczne wystąpienie duetu do czasu Burning Shed Event w 2006 roku.
Mikro koncert miał miejsce podczas artystycznego wydarzenia Haloween Society i był to tej nocy jeden z wielu muzycznych przerywników podczas przeglądu krótkich filmów autorskich. no-man zagrali wtedy trzy utwory:
Pretty Genius (wtedy istniejący pod tytułem Brightest Colours), Time Travel In Texas i Taste My Dream.
Więcej informacji na temat tego wydarzenia (jak i wszelkiej działalności koncertowej no-man) możecie znaleźć w absolutnie rewelacyjnym i wyczerpującym tekście Richarda Smitha >
http://www.no-man.co.uk/live%20amongst%20the%20white%20trash.pdf

Ponadto warto wspomnieć, że w przerwach między trasami Porcupine Tree Wilson pracował nie tylko nad muzyką tego zespołu, ale też właśnie no-man.
W wakacje 1994 roku Tim i Steven spędzili dużo czasu w No Man's Land i powstały wtedy takie utwory jak
Pretty Genius, Time Travel In Texas, Libertine Libretto czy Kightlinger. Rok później, we wrześniu powstało między innymi Hit The Ceiling.
Album Wild Opera formował się podczas bardzo krótkich, często spontanicznych spotkań w studiu (przy niektórych utworach podane są nawet godziny między którymi powstawały) i okres 1994 – 1996 był zapewne nimi naszpikowany. W kolejnych latach działalność Wilsona nabrała jeszcze większych rozmiarów, o czym oczywiście napiszę w następnych tekstach.