Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Theo Travis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Theo Travis. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz. 2


              


The Moon Touches Your Shoulder


Ta piękna piosenka przetrwała łącznie w secie około 4 lata i przechodziła przez różne przemiany.
Po raz pierwszy Porcupine Tree wykonali ją podczas sesji radiowej dla Marka Radcliffe’a 30-tego stycznia 1995 r. Na tym etapie, zespół próbował jeszcze jak najbardziej zbliżyć się do wersji albumowej. Wilson na elektryku udawał akustyka, a Rysiek na analogowym syntezatorze udawał gitarę. O ile nie brzmiało to wcale źle, to było jednak trochę karykaturalne. W ten sposób utwór był grany na czterech koncertach w Holandii, które odbyły się między 9-tym, a 12-tym lutego 1995 r. (dwukrotnie w połączeniu z drugą częścią Always Never).
(Omawiana wersja w 40:46 w filmiku poniżej).

                                 

W trakcie dwumiesięcznej przerwy, Porcupine Tree opracowali inna adaptację koncertową, której premiera odbyła się na koncercie w Gillingham 26-tego kwietnia. Ta wersja charakteryzuje się nową partią gitary Wilsona oraz wstępem Chrisa na bębenkach. W taki sposób utwór był grany już zawsze między 1995, a 1998 rokiem, najczęściej w połączeniu z Always Never (chociaż zdarzały się wykonania osobne). Najbardziej znana wersja z tego okresu pochodzi oczywiście z "Coma Divine".

                                 

The Moon Touches Your Shoulder nie było wykonywane w latach 1999 – 2002. Dopiero w 2003 r., przy okazji remasteringu/re-recordingu „The Sky Moves Sideways”, Stefan przypomniał sobie o tym utworze i przywrócił go do setu na lwią część koncertów tamtego roku. Nadal wykonywana była ta sama wersja, ale Gavin Harrison, z racji posiadania innego zestawu perkusji niż Chris, grał intro miotełkami, a nie na bębenkach. Gitarowe zakończenie miało też wyraźnie mocniejszy charakter. Wraz z końcem tamtej trasy, utwór ponownie wrócił na ławkę rezerwowych i siedzi na niej do dziś.

                                 

Oficjalna, koncertowa wersja The Moon Touches Your Shoulder pojawiła się na albumie „Coma Divine” (1997, 2003).

Alternatywne wersje

Jedyną studyjną, alternatywną wersją The Moon Touches Your Shoulder jest re-recording z 2003 r., który pojawił się na reedycji "The Sky Moves Sideways".
Gavin Harrison nagrał żywą perkusję (oryginał zawiera automat), a Wilson usunął echo z wokalu.



Prepare Yourself

Ta miniaturka nigdy nie została wykonana na żywo, ani nie istnieją jej żadne alternatywne wersje.



Moonloop

W okolicach czerwca 1994 r., Porcupine Tree (w składzie bez Richarda Barbieriego) oraz znajomy muzyk Rick Edwards spotkali się w studiu Doghouse (położonym w malowniczym Hanley), aby poimprowizować. Wyniki tego spotkania, w różnych formach rozsiane zostały na wielu wydawnictwach pod wspólnym tytułem Moonloop, a jego fragmenty stały się bazą kompozycji Stars Die. O jego studyjnych wersjach napiszę później, natomiast najpierw przyjrzę się jego reprezentacji koncertowej.

Porcupine Tree wielokrotnie pokazali, że w przeciwieństwie do studia, improwizacja nie jest ich mocną stroną podczas występów na żywo. Richard Barbieri sam zresztą przyznał, że raczej nie lubi tego robić na koncertach. Z tego też powodu, Moonloop wykonywany na żywo brzmiał praktycznie tak samo za każdym razem, mimo że Wilson wielokrotnie zapowiadał przed nim, że „teraz zespół będzie miał możliwość poimprowizować”.

Utwór został po raz pierwszy zagrany na koncercie, który odbył się 19-tego października 1994 r. w Londynie w klubie Upstairs at The Garage. Wersja oryginalna ma 18 minut, ale wersja koncertowa trwała niewiele ponad 10 minut i różniła się trochę od studyjnych. Steven Wilson dołożył nowy, powtarzający się motyw gitarowy. Moonloop był wykonywany w latach 1994 – 1998 i to praktycznie w takiej samej wersji.

                                 

Stefanowi zdarzało się w międzyczasie zmieniać efekty przesteru w drugiej części utworu, ale generalnie dużych zmian nie było, aż do 1997 roku. Pod koniec jesiennego odnóża ówczesnej trasy, zespół zaczął Moonloopa dzielić na pół. Czasami grano część improwizowaną, która płynnie przechodziła w Signify, a innymi razami moonloopową kodę doklejano pod koniec premierowych wykonań Ambulance Chasing. Najciekawszym Moonloopem z tego okresu była wersja odegrana razem z Theo Travisem podczas koncertu w Londynie 14.11.1997 r. Porcupine Tree pociągnęli jeszcze kilka pociachanych wykonań w 1998 r. i na dobre odstawili ten kawałek na półkę.

                                
                                

Oficjalna, koncertowa wersja Moonloop ukazała się na albumie „Coma Divine” (1997, 2003).

Wersje studyjne

Moonloop jest w rzeczywistości utworem singlowym. Nie znalazł się na winylowym (oryginalnym) wydaniu „The Sky Moves Sideways” w 1995 r., dorzucono go dopiero do wersji cd. Na remasterze z 2003 r. przywrócono oryginalną tracklistę, a omawiany kawałek powędrował na cd 2.

Moonloop to rekordzista jeśli chodzi o ilość wersji jednego utworu autorstwa Porcupine Tree, a raczej nie tyle wersji, co ‘editów’. Podstawą wszystkich pozostałych jest wersja, która została wydana jako ostatnia na fan clubowym wydawnictwie z 2001 r. „Moonloop (Unedited Improvisation)”. Znajduje się tam 40 minutowy wycinek tego, co działo się w studiu Doghouse w 1994 r. „Duży” Moonloop zawiera fragmenty użyte na płycie oraz zarodek tego co przerodziło się potem w kodę oraz zarodek Stars Die (które została skończone później). Oryginalny „Moonloop”, który został wydany na singlu w 1994 r. trwa 18 min. i 4 sek. Wersja, która pojawiała się na europejskim wydaniu kompaktowym albumu w 1995 r. trwa 17 min. i 4 sek. USA, jak to USA, dostało Moonloopa skróconego do granic możliwości – 8 min. 10 sek. Zaznaczam, że skracana była cześć improwizowana, koda zawsze trwała tyle samo. Na wydanym w 2003 r. remasterze, Moonloop został przełożony na dodatkowe cd 2 gdzie podzielono go na dwa tracki – improwizację (16 min. 18 sek.) oraz kodę (4 min. 52 sek.), co razem daje najdłuższego z „małych” Moonloopów21 min. 10 sek. Jednak jeśli wierzyć opisowi wydań winylowych z lat 2012 i 2017, to jest tam Moonloop, który trwa 22 min. 23 sek. Sporo tego. Oczywiście najlepszą opcją jest Moonloop z remastera (mimo, że sam ‘mastering’ najlepszy będzie na winylu z 2017), ale jeśli tak jak ja uwielbiacie tego typu granie, to spędzicie wiele wspaniałych chwil przy wersji 40-tominutowej, którą gorąco polecam.

c.d.n.

piątek, 18 listopada 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.4: Reszta świata.


                                                  


Jak wypadła reszta trasy? Europejskie odnóże nie odznaczyło się żadną zmianą w żelaźnie przećwiczonej setliście. W zasadzie można założyć, że każdy z tych koncertów był identyczny, ale nie można mieć o to do Stefana pretensji, to była premierowa trasa solo i raczej każdy chciał zobaczyć to samo, bo widział to po raz pierwszy.
Z tego co mi wiadomo, to każdy koncert był rejestrowany. Po europejskim objeździe pojawiło się na soundcloudzie Bosego kilka nagrań z Londynu: Sectarian, No Part of Me, Index i Deform to Form A Star. Londyn (31.10.2011) był ostatnim przystankiem w Europie, na 8-mego listopada zespół był już zaklepany na rozpoczęcie amerykańskiego odnóża na Florydzie. Niestety stała się rzecz dosyć niespodziewana. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie, ale prawdopodobnie jeszcze w trakcie objazdu po Europie dotarła do solo bandu informacja, że Aziz nie dostanie wizy do USA.

                                             

Powody nie był tak oczywiste jak się wydaje. Aziz urodził się w Wielkiej Brytanii i nie było praktycznie żadnego powodu, aby nie dać mu wizy, zwłaszcza w momencie kiedy wiadomo było, że przyjeżdża tam jako muzyk, który ma zakontraktowane koncerty. Dodam jeszcze, że Aziz nie jest pierwszym z brzegu gitarzystą, odbywał już trasy z takimi zespołami jak Simply Red, czy The Stone Roses. Przykrym finałem całej sprawy było to, że Ibrahim otrzymał w końcu wizę, ale było to w momencie kiedy trasa właśnie startowała (o czym opowiadał swego czasu jego przyjaciel, Steve Hogarth z Marillion). Przepadek? Tym samym, Aziz został wyeliminowany (jak się okazało, na stałe) z pozycji gitarzysty w solo bandzie Stevena Wilsona. Kto zatem przybył na ratunek?
W tamtym czasie opcja była tylko jedna i na szczęście Stefan z niej skorzystał. Oczywiście zgłosił się do Johna „Wesa” Wesleya, który mimo tego, że był zajęty nagrywaniem nowej płyty (Disconnect), zgodził się. A czasu na opanowanie monstrualnego materiału miał niewiele. Tak sytuację opisał Wes kiedy wrócił do domu pod koniec listopada:

A couple of weeks ago, I received word that Aziz Ibrahim, the touring guitarist in the Steve Wilson solo band, had an issue with a work visa right before the start of the planned North American tour. I was then asked to step in for the Grace for Drowning North American tour. After some serious work learning an almost two hour set, I did the first show in Orlando, then hit Baltimore, had stunning gigs in NYC, Philly, Boston at the Berklee Performing Arts Center, Montreal, Toronto, and the big finale in Chicago at the Legendary Park West. The band was a simply stunning array of musicians — Marco Minneman (drums), Nick Beggs (bass), Theo Travis (saxophone & flute)  and Adam Holzman (keyboard) — it was an incredible set of shows.

                                               

                                       

Z tego co pamiętam, Wes miał niewiele ponad tydzień na nauczenie się wszystkiego i raptem jedną próbę z całym zespołem. Niewielu gitarzystów by się czegoś takiego podjęło, ale Wes dał radę. Wszystkie zaplanowane koncerty w USA i w Kanadzie odbyły się bez przeszkód. Setlista nie uległa zmianie, ale to raczej oczywiste. Jeszcze przed amerykańskim odnóżem, kiedy Stefan wyjaśniał na fb sytuację z odejściem Aziza i dołączeniem Wesa, zawarł również ciekawą informację.


now we can look into the possibility of touring again early next year in order to play some of the places we missed out this time around. On a less positive note, some of you may have heard that the guitar player in the band, Aziz Ibrahim, was refused a work visa to tour the US, but the good news is that my old buddy John Wesley has agreed to step in to cover for Aziz during the forthcoming USA and Canada shows.

Przed Poznaniem, Stefan absolutnie nie wychylał się z planami występów solo poza koncert w Chicago, który kończył trasę po USA i Kanadzie, ale już po Europie miał parcie, aby ciągnąć wóz dalej. Kiedy jednak wrócił do domu pod koniec listopada i podliczył hajs w portfelu, to okazało się, że piszczy tam biedą i nie ma jak opłacić kolejnych występów. Na tym etapie SW dopłacał do tego by móc grać solo koncerty. Obecnie na tym zarabia (lub jak twierdzi, wychodzi na zero, bo ciągle ładuje w swoje koncerty więcej kasy żeby były większe, głośniejsze, itd.), ale wtedy sytuacja przypominała tę, w której znalazło się Porcupine Tree w 2000 roku kiedy chcieli pojechać w trasę jako support Dream Theater (niezależnie od tego co się sądzi o DT, to propozycja była dosyć lukratywna), ale nie było ich stać. SW skompilował wtedy Recordings, dzięki sprzedaży którego udało się zebrać odpowiednią ilość kasy, a sama płyta do dziś jest zdaniem fanów jednym z najwybitniejszych dzieł PT. Takie patenty nie rdzewieją, zatem Stefan zrobił dokładnie to samo i zdecydował się wydać obszerne fragmenty koncertu w Londynie na płycie CD zatytułowanej Catalogue. Preserve. Amass. Oprócz dostępnych już wcześniej Index, Deform To Form A Star, No Part Of Me i Secatrian, Wilson dorzucił No Twilight…, Veneno Para Las Hadas i całego Raidera II. Całość (70 minut muzyki) została opatrzona ładną okładką, a wydawnictwo było limitowane do 3.000 sztuk. Sprzedaż rozpoczęła się w marcu 2012 r., oczywiście wszystkie kopie szybko się rozeszły, co tez napełniło Bosemu świnkę skarbonkę podpisaną „2012 solo tour”. Brawo, Stefan.
W kwietniu, z okazji Record Store Day, sprzedano jeszcze 2.000 wytłoczonych na tę okazję winyli Catalogue. Preserve. Amass. One też zniknęły z prędkością światła.

                                              

Wilson musiał wiedzieć, że zbiórka wypali, bo kolejne daty koncertów zostały zaplanowane już na kwiecień. Trzecie odnóże miało miejsce ponownie w Ameryce, ale nie tylko w USA. Setlsita nie uległa zasadniczo zmianie, pojawił się jednak jeden nowy solowy numer – Luminol (przez jakiś czas uznawany za Luminal, dopóki SW nie przeliterował tytułu w wywiadzie). Zmiana nastąpiła tez znowu na miejscu gitarzysty. Tym razem za wiosło chwycił Niko Tsonev, doskonały muzyk z Bułgarii.

                                     

Niestety wraz z koncertem w Hollywood, setlista zaczęła się kurczyć. Padło na mój ulubiony solowy kawałek Wilsona – Veneno Para Las Hadas. Najwyraźniej Amerykanie zbyt szeroko ziewali na wolniejszych kawałkach i coś trzeba było obciąć.
12-tego kwietnia, zespół zajechał do Meksyku (pierwszy raz Stefana w tych rejonach) i zagrał mini koncert w En Plaza Condesa.

01. Even Less
02. Deform To Form A Star
03. Postcard
04. No Twilight Within The Courts Of The Sun


Następnego dnia, zagrano już prawdziwy, pełny set w Teatro Metropolitan. Z okazji tego, że występ był filmowany z myślą o wydaniu dvd (pod tytułem Get All You Deserve we wrześniu 2012 r.), powróciło Veneno Para Las Hadas. Kolejne koncerty były pod względu setu dosyć dziwaczne. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem listę z Wenezueli (15tego kwietnia), to byłem trochę zmieszany.
Ponownie wypadło Venono, natomiast publiczność otrzymała po Get All You Deserve bis niespodziankę… w postaci dwóch utworów Porcupine Tree. Zagranych przez Stefana solo solo, na akustyku, był to Even Less i Trains.

                                                   

Po tym jak Wilson odgrażał się co do repertuaru w 2011 r., było to dosyć zaskakujące, ale ostatecznie zrozumiałe. Fani z tamtych rejonów nigdy nie mieli okazji zobaczyć Porcupine Tree przez całe 17 lat jakie ten zespół spędził w trasie. Bosy był zobligowany żeby dać tym ludziom chociaż cząstkę Jeżodrzewia. Koncert w Santiago, Chile (17-tego kwietnia) prezentował się tak samo, zaś następny (18-tego kwietnia), również w Santiago, zawierał dwie zmiany. Zamiast Even Less, na bis SW zagrał Lazarusa, a w głównym secie Veneno Para Las Hadas wymieniło Like Dust I Have Cleared From My Eye. Od tamtej pory, Veneno nie powróciło już na koncertach SW. Drugi koncert w Chile był transmitowany wtedy w lokalnym radiu, to pierwszy taki przypadek na trasie solowej Stefana. Pozostały koncerty w Argentynie i Brazylii wyglądało tak samo.
Występem, który odbył się 25-tego kwietnia w Szwecji Wilson oficjalnie rozpoczął czwarty leg pierwszej solowej trasy triumfalnie powracając do Europy. Set nie uległ żadnym zmianom, z wyjątkiem tego, że ekstra bis z utworami PT się ulotnił.
Trzeba było czekać do koncertu w Paryżu (4tego maja) aby objawiła się jedyna na tej trasie, w miarę spontaniczna zmiana (nie licząc mikro setu PT). Like Dust I Heave Cleared From My Eye wypadło, a w jego miejsce pojawiło się znienacka Insurgentes.

                                     


Planowo zmiana miała być jednorazowa (z jakiegoś powodu), ale wyszło tak dobrze, że Wislon postanowił grać ten utwór dalej. Like Dust I Heave Cleared From My Eye powróciło jeszcze tylko podczas występów we Włoszech i jak dotąd nie powróciło. Ostatni koncert całej trasy promującej Grace for Drowning odbył się w Londynie, w Shepard’s Bush Empire (w tym samym miejscu gdzie w 2011 r. nagrano Catalogue. Preserve, Amass i gdzie w 2001 roku Porcupine Tree nagrali nigdy nie wydany koncert, o którym pisałem w pierwszym wpisie tego bloga). Setlista składała się ze standardowego zestawu 13-tu utworów. W stosunku do początku w Poznaniu, wyleciało Veneno Para Las Hadas (poniekąd zastąpione przez Luminol) oraz Like Dust I Heave Cleared From My Eye (zastąpione przez Insurgentes). Tak tez zakończyła się pierwsza solowa trasa Stevena Wilsona, trasa która miała trwać tylko dwa miesiące, która miała być tylko na chwilę pomiędzy jednym, a drugim turnusem Porcupine Tree, a której kontynuacje ciągną się ostatecznie niemal nieprzerwanie po dziś dzień. Mimo skromnego (w porównaniu do kolejnych tras) repertuaru, była to moim zdaniem najciekawsza solowa trasa Stefana.

Między październikiem 2011, a majem 2012, Steven Wilson zagrał 18 utworów:

6 utworów z "Insurgentes"
8 utworów z "Grace for Drowning"
1 utwór z "The Raven That Refused To Sing (and other stories)"
3 utwory Porcupine Tree (Lazarus, Trains oraz Even Less)


W następnej części będzie o bootlegach z tej trasy, trochę ich było!

piątek, 21 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.3: Kraków.



Koncert w Krakowie, już ten właściwy/nierozgrzewkowy/prawilniepierwszy, był trochę inny, z mniej i bardziej oczywistych względów. Hala Wisły jest o wiele większa niż Eskulap, zatem wszystko automatycznie nabrało rozmachu. Scena była większa, znalazło się porządne miejsce dla Travisa, którego w Poznaniu wciśnięto między Aziza, a zestaw perkusji. Ekran był większy więc coś było widać z tych Lassowych filmów. Szmata była większa. Obecność systemu kwadrofonicznego dopiero w Krakowie dało się faktycznie odczuć. Wszystko to jednak istniało kosztem intymności poznańskiego występu. Odległość od barierek do sceny była spora, sama scena była wyżej przez co nie było już tego bliskiego kontaktu z muzykami. Coś za coś.
Już na wstępie pamiętam zgrzyt kiedy ludzie zgromadzili się przy samym wejściu na salę (można było dzięki temu obejrzeć fragmenty próby), a potem zostali wyproszeni na dwór, bo przy drzwiach sprawdzano bilety. Dlaczego w takim razie nie pomyślano o tym, by nie wpuszczać ludzi wcześniej? Już się nie dowiemy. Niestety chamska ochrona była jednym z bardziej pamiętnych punktów programu tamtego wieczora. Wilsonowi udzielił się Frippyzm i tym samym między rzędami na trybunach przedzierała się armia ochroniarzy z latarkami, którzy werbalnie pałowali wszystkich, którzy robili zdjęcia (niezależnie czy był to aparat, czy telefon wielkości pudełka zapałek). Ja stałem pod sceną, ale miałem w gaciach sprzęt do nagrywania i cały czas miałem wrażenie, że Stefan ma lasery w oczach i widzi co robię. Instrukcje anty-foto musiały być tak rygorystyczne, że nawet Lasse Hoile prawie stracił swój aparat. Brawo, Stefan. Na szczęście, z tego co mi wiadomo, Bosy się trochę opamiętał na kolejnych trasach (chociaż komando ochroniarki świecącej ludziom latarką po oczach w Poznaniu w 2013 r. nie zapomnę).

         

Kiedy staliśmy pod sceną, jakiś chłopak usłyszał, że rozmawiamy o Poznaniu i zapytał, czy w setliście były może utwory PT, bo liczył na Trains. Trochę mnie to wtedy rozbawiło, ale dwa lata później, oba polskie solowe koncerty Stefana otwierało Trains. Jak widać, nie było się z czego śmiać.
Jeżeli chodzi o cały show, to wyglądał on prawie identycznie, z tym wyjątkiem, że wszystko było większe, głośniejsze, itd. Tym razem obyło się bez awarii laptopa, zespół też był już bardziej zwarty, nie pojawiały się głupie pomyłki, a przynajmniej nie takie, które wyłapałaby publiczność.
Jeżeli Stefan nie był jeszcze w pełni przekonany, że taka forma występu się sprawdza, to po Krakowie nie miał już raczej wątpliwości. To prawda, że te koncerty były dosyć mocno wyreżyserowane i brakowało jakiejkolwiek spontaniczności, ale to były pierwsze koncerty solo i nikt nie był jeszcze zmęczony utworami, muzykami, czymkolwiek. Z resztą kiedy realizuje się tego typu zamysł po raz pierwszy, to trzeba się zdyscyplinować i podążać według z góry ustalonego planu, zwłaszcza mając w setliście takie kawałki jak Rider II.

         

Z czasem Wilson nabrał pewności siebie i luzu, co zaowocowało znacznie bardziej elastyczną setlistą, zwłaszcza w 2015 i 2016 roku, chociaż przyznam, że bardzo mi odpowiadało w 2011 r. to, że SW odgrodził grubą linią muzyczne światy solo i Porcupine Tree. Im bardziej się one zacierają, tym bardziej odnosi się wrażenie, że na to drugie nie ma co liczyć. Ale wracając do Krakowa, trudno wymienić tu konkretne utwory, bo wszystko zabrzmiało równie dobrze.

Stefan trochę się wyluzował, zagadywał publikę, cieszył się jak dziecko. To były dwa zajebiste koncerty, jedne z najlepszych jakie Stefan u nas zagrał (a na pewno z tych, które widziałem). Warto było (w miarę możliwości) być zarówno w Poznaniu, jak i Krakowie, bo mimo że prawie takie same, to te występy nie mogły się bardziej różnić. Zwłaszcza cenny był tutaj Poznań, bo w tak małym lokalu, przy tak intymnej i autentycznie ekscytującej atmosferze już Stefana solo raczej nie zobaczymy. Ten pierwszy raz kiedy wszystko było nowe (zarówno dla muzyków, jak i dla nas), to coś czego nie da się już doświadczyć na solo koncertach. Słynna szmata powracała na kolejnych trasa, ale nikogo już to raczej nie kręciło, zwłaszcza, że zawsze spadała w tym samym momencie tego samego utworu. Zmutowany głos przed Index stał się parodią, wizualizacje stały się nieznośnie przytłaczające, a skład zespołu nie ma już tej świeżości (mimo ciągłych zmian). To jest oczywiście moja opinia, ale myślę, że ci którzy widzieli Stefana w 2011 r. zgodzą się, że tamte koncerty były najlepsze.


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Przy okazji krakowskiego koncertu, Wilson zrobił sobie oficjalną foto sesję w okolicach Hali Wisły.


                   
                                                                                                                                
                                                              

Nie wiem co takiego atrakcyjnego Stefan znalazł w tych rejonach, ale może chciał się trzymać świeżej jeszcze konwencji z filmu Insurgentes, czyli smutamy w smutnych i wesołych miejscach.

I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta to ktokolwiek kto został wykiwany przez zespół po koncercie czekając przy wejściu na salę, ale była taka śmieszkowa sytuacja. Czekaliśmy na Stefana. Wyszedł Holzman, wyszedł Begggs, chyba tez wyszedł Travis (na pewno kręcił się przy drzwiach), wszyscy zapewniali, że zaraz przyjdzie Stefan... tymczasem Stefan podpisywał płyty na tyłach Hali Wisły, koło busa. Kiedy ktoś nam w końcu dał cynk i popłynęliśmy we wspomniane miejsce, to Wilson już wsiadł do autokaru. Marco był nękany przez fanów żeby go wywował, obiecał, że spróbuje, ale wątpię, bo co miał zrobić? Wyciągnąć go za włosy? :D
Wilson zasłonił się roletą, ale widać było, że siedzi z laptopem i je kanapkę. Pewnie już buszował w internecie i myślami był na kolejnym koncercie.

Od tamtej pory przeszło mi już zbieranie jego podpisów, ale tej gonitwy na około Hali Wisły nie zapomnę.

Kolejna część tekstu będzie się tyczyła reszty trasy, a trochę się tam działo.



                                                 

czwartek, 20 października 2016

An Evening With Steven Wilson: Grace for Drowning Tour 2011 - 2012, cz.2: Poznań.




Turnus rozpoczynał się dwoma koncertami w Polsce. To były pierwsze koncerty na trasie, ale też pierwsze koncerty solowe Stefana w ogóle. Spekulacje dotyczące setlisty nie miały końca, mimo że pula utworów była ograniczona do Insurgentes i Grace for Drowning (typowano też utwory z CV).
Największym pytaniem jakie się wtedy nasuwało na myśl było – czy zagra Raidera II?
Wszystko związane z tymi koncertami było owiane tajemnicą, co było naprawdę odświeżające w przypadku SW. Bosy wcześniej zapowiedział, że odgrywany będzie tylko materiał solo, żadnego Porcupine Tree, Blackfield, itd., co cieszyło.

20tego października pojawiłem się w Poznaniu gotowy na niespodziewane. Niestety Stefan (nieświadomie) spalił kilka niespodzianek ludziom, którzy przyszli godzinę wcześniej aby zająć dobre miejsca pod sceną. Nie było nas dużo, ale słyszeliśmy obszerny fragment próby, w tym Raidera II i Get All You Deserve. Koło wejścia kręcił się Nick Beggs. Kiedy wpuszczono ludzi do środka, można było zaobserwować pierwsze „atrakcje” wieczoru.
Słynna szmata wisiała już dumnie zasłaniając scenę. Eskulap to mały klub (przynajmniej w porównaniu z Halą Wisły), a spod sceny już kompletnie nie widziałem tego, że na szmacie wyświetlany jest film. Koncert był niejako reklamowany jako rozgrzewkowy, wszystko było nowe zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Z głośników leciało Bass Communion, utwór z Cenotaph, którego jeszcze nikt nie znał (płyta miała być dostępna na trasie, ale spóźniono się z wydaniem).


        

Muszę przyznać, że trik działał, atmosfera była rzeczywiście mistyczna, a oczekiwania puchły coraz bardziej. W końcu na scenę zaczęli wchodzić muzycy. Najpierw Marco Minneman, który zaczął wybijać rytm No Twilight In The Court of The Sun. Dopiero kiedy Nick Beggs wszedł i zaczął grać swój motyw, poznałem co to za utwór. Następnie, w odpowiednich odstępach, pojawili się Adam Holzman, Aziz Ibrahim i Theo Travis. Na końcu wyszedł Steven Wilson.
Przyznam, że kiedy jeszcze dwa lata wcześniej wyobrażałem sobie ewentualne koncerty Stefana, to zawsze wyobrażałem sobie jak gra ten utwór. I dalej poszło już z górki. Koncert był rzeczywiście pełen ciekawych, świeżych jak na Wilsona elementów. Zniekształcony głos podczas zapowiedzi Index, robił wrażenie (na kolejnej trasie już dużo mniej, zwłaszcza, że Bosy za bardzo się rozgadywał tym niskim głosem i wychodziło śmiesznie, a nie klimatycznie). Pamiętam, że nie do końca byłem pewien, czy to co słyszałem faktycznie słyszałem, czy nie. Wszystko było zaskoczeniem. Po kilku kawałkach zacząłem się zastanawiać, czy ta szmata będzie wisiała przez cały koncert. Chwilę później już jej nie było, spadła w trakcie Sectariana (co stało się potem tradycją, również trochę zbyt wymaglowaną by robiła takie same wrażenie). Aziz Ibrahim miał na palcach migające lasery, co wyglądało dosyć fajnie (zwłaszcza kiedy jeszcze wisiała szmata).

                                    
                                    

Projekcje Lasse’go nie były zbyt dobrze widoczne (jednak Eskulapowa scena jest mikroskopijna w porównaniu, do tych, na których Stefan grał w przyszłości), ale były w porządku. Nie przekraczały pewnej granicy (tak jak zbyt absorbujące filmy z trasy HCE), były dobrym dopełnieniem tego co działo się na scenie i nie odwracały uwagi od muzyków.
Skład robił wtedy wrażenie. Zwłaszcza muszę tutaj wyróżnić dwie osoby. Po pierwsze, Theo Travis, który wniósł do koncertu z udziałem Stefana nieobecne dotychczas instrumentarium (nie licząc jednego gościnnego występu w 1997 r.), zrobił olbrzymią różnicę w brzmieniu. Do dziś uważam, że to najlepszy muzyk jakiego Stefan kiedykolwiek miał u siebie w solo bandzie.

                                     

Drugą osobą jest Aziz Ibrahim. Niech mi nikt nie próbuje wcisnąć, że Guthrie Govan jest lepszym gitarzystą. Aziz okazał się mieć niesamowite wręcz wyczucie, a oryginalne, pobrzmiewające bliskim wschodem wstawki (np. solo w Abandonerze) dodały tylko kolorytu. Tym bardziej przykro mi, że pożegnał się on ze składem w dosyć kretyńskich okolicznościach (o czym będzie później).

                                                   

Raider II został zagrany. Już samo to wydawało się wtedy czymś trudnym do osiągnięcia. No i zakończenie – Get All You Deserve – nie tyle ze względu na sam utwór, ale ten moment kiedy SW zniknął na chwilę ze sceny i wrócił w masce przeciwgazowej. Niby nic, niby pierdoła, ale był to akcent, o który by się Stefana wcześniej nie podejrzewało. Niestety z solowej trasy na solową trasę takich smaczków jest coraz mniej.

                                                    

Oczywiście, nie było tak teatralnie jak niektórzy sobie wyobrażali, ale właśnie. Czego tak naprawdę oczekiwaliśmy? Trudno powiedzieć, ale kiedy człowiek zaczyna sobie wymyślać, to nikt nie jest w stanie tym wyobrażeniom sprostać. Żadna strona nie jest tu winna.

Przyznam, że nawet cieszę się, że Stefana aż tak nie poniosło, bo łatwo tu było przekroczyć granicę kiczu. Po tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki Get All You Deserve, pojawiły się „napisy końcowe”, w których wymieni zostali wszyscy obecni na scenie muzycy. Z głośników powoli zaczęło sączyć się Bass Communion (tym razem Litany) i w takiej, nadal elektryzującej atmosferze opuszczaliśmy Eskulap. Do dziś uważam ten i Krakowski koncert za najlepsze solowe występy jakie Stefan u nas zagrał. Oczywiście, nie obyło się w Poznaniu bez wpadek, w końcu to był warm-up show. Muzykom zdarzały się pomyłki, a podczas Veneno Para Las Hadas Wilsonowi wysiadł laptop, który trzeba było zresetować, co przedłużyło środkową część utworu o jakąś minutę. Bosy wpadł w panikę, miotał się przy kompie jak oparzony i machał tylko ręką do pozostałych muzyków, aby grali dalej kończącą się właśnie sekcję. To są rzeczy, które dla nas były super (ostatecznie utwór był grany dłużej, a nic innego złego się nie stało), ale Stefan ewidentnie zesrał się w majty.
W tym wszystkim było jednak coś wyjątkowego. To był pierwszy solowy koncert Wilsona, atmosfera na scenie była z początku dosyć napięta, ale publiczność pokazała Stevenowi, że to wszystko działa, że jest dobrze. I nerwy puściły.
Wilson wielokrotnie wspominał potem ten koncert z wielką nostalgią. To był dla niego definitywny moment kiedy zrozumiał, że to wszystko wypaliło, a w perspektywie może wypalić jeszcze więcej.
Kwestia jest słodko gorzka, ponieważ był to też moment, w którym Wilson zrozumiał, że nie potrzebuje już Porcupine Tree. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale oklaskując gorąco Stefana w Eskulapie, ścinaliśmy Jeżodrzewie. Oczywiście piszę to pół żartem pół serio, ale ostatecznie stało się jak się stało.


                                                    


Setlista

01. No Twiligh Within The Courts Of The Sun
02. Index
03. Deform To Form A Star
04. Sectarian
05. Postcard
06. Remainder The Black Dog
07. Harmony Korine
08. Abandoner
09. Like Dust I Have Cleared From My Eye
10. No Part Of Me
11. Veneno Para Las Hadas
12. Raider II

13. Get All You Deserve


Jutro będzie parę słów o Krakowie!

czwartek, 18 czerwca 2015

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.5: Polska i jesienne koncerty w 1997


Włoscy fani mieli naprawdę dobry rok ponieważ zespół wystąpił
u nich jeszcze 3 razy w drugiej połowie roku i były to koncerty wyjątkowe. Zanim Steven, Colin, Richard i Chris powrócili do kraju pizzy, zagrali trzy istotne dla nas koncerty. Pierwsze koncerty w Polsce. Miałem wtedy 11 lat i nie znałem Porków więc oczywiście mnie wtedy na nich nie było, ale po pobycie zespołu w naszym kraju została wspaniała pamiątka.
Porcupine Tree zagrali w Krakowie (1 października w Filharmonii Państowej), Bydgoszczy (2 października w Failharmonii Pomorskiej) i Lublinie (3 października w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka”). Zaprezentowana wtedy setlista (na każdym koncercie taka sama) wyglądała tak:

01. The Sky Moves Sideways (Phase One)

02. Signify

03. Waiting (Phase One)

04. Waiting (Phase Two)

05. Sleep of No Dreaming

06. Up the Downstair

07. The Moon Touches Your Shoulder

08. Always Never

09. Dislocated Day

10. Moonloop

11. Sever

12. Radioactive Toy

……….

13. Voyage 34 (Phase I)

14. Not Beautiful Anymore

Jak widać była to trochę okrojona wersja setu z marcowej trasy po Włoszech, z wyjątkiem Sever, które nieoczekiwanie powróciło po 17 miesiącach przerwy (i raptem 3 wykonaniach wcześniej). Między polakami, a Porcupine Tree od razu zaiskrzyło i przez najbliższe lata, obok Włoch i Holandii, nasz kraj mógł się poszczycić najwierniejszą armia fanów jaką zespół mógł się wtedy pochwalić. Uczucie było odwzajemnione i od tego momentu Porcupine Tree (oraz każdy zespół związany ze Steven Wilsonem) nie ominęło Polski już na żadnej trasie.

         

Wspomnianą pamiątką z pierwszej wizyty Porków jest niesamowitej jakości legendarny bootleg z Bydgoszczy, o którym napiszę jak zwykle w ostatniej części tekstu. Po koncertach u nas, zespół zrobił sobie tydzień hakiem przerwy chociaż nie do końca. Ćwiczyli prawdopodobnie nowy długi utwór, który miał zostać zaprezentowany na zbliżających się koncertach (szkoda, że my się nie załapaliśmy). Oczywiście pierwszymi fanami, którzy mieli okazję go zobaczyć/posłuchać byli rozpuszczeni w tym roku do granic możliwości Włosi. Pierwszy z trzech koncertów w Italii odbył się w Mediolanie i pechowo zbiegło się to z koncertem Lynard Skynard (którzy byli wtedy bardzo popularni we Włoszech) przez co frekwencja była bardzo słaba (podobno poniżej 50 osób). Mimo to, ci którzy tam byli wspominają koncert jako wyjątkowy.

01. Even Less

02. Waiting (Phase One)

03. Sleep of No Dreaming

04. Up the Downstair

05. The Moon Touches Your Shoulder

06. Dislocated Day

07. Moonloop

08. Sever

09. Voyage 34 (Phase I)

……….

10.  Radioactive Toy

……….

11. Signify

Fan (i autor słynnego bootlegu pod tytułem Even Less Rehearsals), który był na tym koncercie wspomina:

I entered the venue during the soundcheck and the music the band was playing was totally new and unknown to me. They were jamming instrumentally for a new piece called 'Even Less'. The whole of the soundcheck was spent trying this track. And then the show: 'Even Less' was played for the very first time, in its early, extended version, with different lyrics. A shock.

                                                           

Nawet dziś, na myśl o tym, robi się człowiekowi gorąco.
Wczesne Even Less bardzo przypominało pierwszą wersję demo (którą raczej wszyscy dobrze znają bo została oficjalnie wydana). Utwór był grany w całości (ponad 14 minut), a tekst krążył bliżej tego wczesnego chociaż nie był taki sam. Chris pięknie dogrywał podczas intra na dzwonkach z czego niestety zrezygnował począwszy od 1999 roku (o Gavinie nie wspomnę). Następnego dnia na koncercie w Torino, Porcupine Tree zaszaleli jeszcze bardziej.


                                                        

Signify
powędrowało na górę setu (zaraz za Even Less), a ostatnim bisem było Not Beautiful Anymore. Stefan pomieszał zwrotki w Sleep of No Dreaming. Co jednak ważniejsze, zespół zaprezentował kolejny nowy utwór – Ambulance Chasing. Co Wilson będzie lubił podkreślać podczas tych jesienno/zimowych koncertów, był to potencjalny tytułowy kawałek z nadchodzącej płyty. Jak wiemy, ostatecznie nie był to ani kawałek tytułowy, ani nawet z nowej płyty co tylko dodaje magii tym wczesnym wykonaniom. PT zagrali jeszcze jeden włoski koncert w Pordenone i kilka dni później (21 października) grali już u siebie w Canterbury.
Setlista pozostała niezmieniona, ale nie na długo. Ze względu na brak informacji trudno mi powiedzieć kiedy dokładnie premierę miał kolejny nowy utwór – This Is No Rehearsal. Na koncercie w Bristolu (23 października) kawałek był już grany, ale możliwe, że pojawił się już dzień wcześniej w Oxfordzie. Niestety nie mam potwierdzenia. Utwór wskoczył w miejsce Sever, po czym zniknął na kolejne dwa koncerty (24 października w Cheltenham i 27 października w Cardiff), a Sever wróciło. 28 października w Birmingham kawałki znowu się zamieniły i tym razem już na stałe. Sever nie powróciło do koncertowego repertuaru przez następne 10 lat.

         

Kolejne koncerty odznaczały się raczej niewielkimi zmianami np. powrotem The Sky Moves Sideways (Phase One) oraz Waiting (Phase Two) kosztem Not Beautiful Anymore. Ciekawe rzeczy natomiast zaczęły dziać się z Moonloopem. Prawdopodobnie Włosi (jak zwykle) widzieli/słyszeli pełna wersję po raz ostatni. Począwszy od pojawienia się Ambulance Chasing, zespół grał samą codę Moonloopa jako przedłużenie tego pierwszego utworu.
W ten sposób grano go do koncertu w Edynburgu (5 listopada), a od koncertu w Glasgow (6 listopada) do końca roku zespół grał tylko improwizowaną cześć, a zamiast cody – Signify. Zwiastowało to, że PT powoli nudzili się graniem Moonloopa wykonując go non stop przez ostatnie 3 lata (co jest niczym w porównaniu do Trains, ale mówimy tu o trochę innym Porcupine Tree w trochę innych czasach) i szykowali się do wysiedlenia go z setu.

                                     

                                     


Najciekawszym koncertem jesiennej części trasy był z pewnością wyjątkowy występ w Londynie, który odbył się w słynnym Union Chapel
(14-tego listopada). Porcupine Tree po raz pierwszy w historii powitali na scenie gościa, a był nim Theo Travis, który zagrał na flecie i saksofonie w dwóch utworach – Ambulance Chasing, oraz improwizowanej części Moonloopa. Obecnie Theo jest kojarzony z SW do porzygu, ale wtedy była to postać nowa dla fanów Porcupine Tree. Zmieniło się to kiedy wyszło Stupid Dream zawierające Don't Hate Me z nieziemskimi solówkami w wykonaniu Travisa. Co za czasy! PT zagrali jeszcze dwa koncerty koncerty w Grecji (22-go listopada w Atenach i 23-go listopada w Thessaloniki), w kraju (a nawet tych samych miastach i klubach), w którym ponad rok wcześniej rozpoczęli trasę (z tej okazji dorzucili do setu Not Beautiful Anymore). Tak zakończył się koncertowy rok 1997 dla Porcupine Tree i wydawać się mogło, że to już koniec Signify Tour.  Okazało się jednak, że turnus miał skromne, ale istotne post scriptum.

środa, 26 listopada 2014

INSURGENTES - to już 6 lat.



Mija 6 lat od (wstępnej) premiery Insurgentes. Pamiętam tamten listopadowy wieczór. Siedziałem przy kompie i dostałem od znajomego wiadomość „jest!!”. Wiedziałem o co chodzi bo ów znajomy od kilku dni gadał tylko o jednym – o pierwszej solowej płycie Wilsona. Zamawianie deluxów było wtedy poza moim zasięgiem, on też nie zamówił i tak czekaliśmy na „wyciek”. Wychodzę na pirata, ale trzeba pamiętać o tym, że sposób wydania Insurgentes był specyficzny (o czym później). Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie zamówił deluxa (limitowanego do 4000 kopii z czego 1000 na winylu), musiał czekać na premierę dla śmiertelników, która miała mieć miejsce dopiero za grubo ponad 2 miesiące. Czekanie nie było dla nas opcją. Ktoś ze szczęśliwych nabywców specjalnej dwupłytowej wersji się zlitował i tak oto na moim dysku wylądowało Insurgentes. Tak się złożyło, że do tamtej pory nie słyszałem nic z tej płyty, ani singla Harmony Korine, ani Get All You Deserve, które dostępne było na samplerze Porcupine Tree. Miałem wtedy sporo na głowie i po premierze doskonałego Schoolyard Ghosts no-man'a przestałem na jakiś czas interesować się tym co działo się w świecie Wilsona. Dopiero zaraźliwy entuzjazm znajomego obudził mnie z letargu. Pamiętam dokładnie to pierwsze przesłuchanie, pamiętam jak z początku czytałem książkę, ale musiałem ją odłożyć gdzieś w okolicach Veneno Para Las Hadas bo z głośników dochodziły cuda. Od tamtej pory miałem Insurgentes ze sobą wszędzie. Płyta zawiera zadziwiające eksperymenty (nawet jak na Wilsona), nostalgiczne wycieczki (wspomniane Veneno) i rzeczy w niespotykanych wtedy u Wilsona stylach (np. No Twilight Within The Courts Of The Sun). Ironicznie, świeże okazały się być staroświeckie rozwiązania, których Stefan unikał na ostatnich, bardzo współcześnie brzmiących płytach PT. Niestety, na The Raven That Refused To Sing zaczął ich dla odmiany nadużywać, ale to „temat na inny temat”. Wtedy, pod koniec 2008 roku, Insurgentes budziło niezdrową ekscytację i wiem, że nawet hejterzy nowszych albumów PT przeprosili się z Wilsonem przy tej płycie. Sam zresztą wtedy kręciłem nosem na nowsze Porki, ale to było dawno. Do dziś to pierwsze solo Stefana stanowi dla mnie synonim „starych dobrych czasów” w jego obozie. Tyle w kwestii sentymentalnych wynurzeń z mojej strony. Jak zatem sprawa wygląda bez wazeliny, czyli kiedy to się zaczęło, jak przebiegało i co z tego wynikło?
Steven Wilson zaczął pracować nad tym albumem w grudniu 2007 roku, a skończył w sierpniu 2008 roku. Rejestrowanie tego materiału różniło się znacznie od tego w jaki sposób nagrywano np. ostatnie solo (czyli w ciągu tygodnia). Wilson jeździł/latał/biegał po całym świecie, korzystał z różnych studiów nagraniowych i zapraszał do współpracy przeróżnych gości. Nie ukrywam, że brakuje mi tego w ostatnich dokonaniach Stefana. Zespołowo nagrywało Porcupine Tree, a solówka była dobrym pretekstem żeby pograć z wieloma niezwykłymi muzykami (Sand Snowmanem, Dirkiem Serriesem, Jordanem Rudessem, Tonym Levinem, Mikiem Outramem, itd., o każdym wspomnę) dzięki czemu Insurgentes zawiera tak wielka paletę muzycznych barw. Oczywiście nie byłoby łatwo odtworzyć to wszystko na żywo, ale SW nie miał wtedy jeszcze planów koncertowania solo i wyszło to chyba płycie na dobre. Tak czy inaczej, wracając do ustalania chronologii wydarzeń. Wilson twierdzi, że proces powstawania solówki zaczął się w grudniu 2007, ale do 16tego Porcupine Tree ostro koncertowali w ramach Tour of a Blank Planet zatem pierwsze szkice zaczęły pączkować pod sam koniec miesiąca/roku. Oczywiście istnieje możliwość, że Bosy kombinował coś wcześniej w busie na laptopie, ale wątpię. Jakby nie było, podejrzewam, że zaczęło się od przetrzepania archiwum. Na tapecie mogły już wtedy wylądować trzy utwory – Collecting Space, Cut Ribbon, oraz Vapour Trail Lullaby. Wszystkie zostały pierwotnie zdemowane w zbliżonym czasie (między 2000, a 2003), ale dla różnych projektów. Ten pierwszy narodził się rok po wydaniu In Absentia, ale Wilson nie zdołał napisać do niego tekstu (czego ostatecznie nigdy nie zrobił). Collecting Space było rozważane przy okazji Deadwinga, ale nic z tego nie wyszło. Demo tego utworu zostało przez Wilsona wrzucone na Myspace (w sierpniu 2006), sporo z tamtej wersji zachowało się w ostatecznej, która po dogrywkach zamieszkała na bonusowej płycie z deluxa Insurgentes. Jeśli chodzi o Cut Ribbon, kawałek powstał na planowaną w 2001 płytę Stefana z Mikaelem Akerfeldtem. Album miał mieć metalowy charakter, ale brak czasu u obu panów sprawił, że nic z tego nie wyszło (a jak wiadomo Storm Corrossion, to już zupełni inna historia). Utwór wyciekł razem z zestawem dem z okresu In Absentia przez co fani uznali, że jest to demo kawałka planowanego na płytę Porcupine Tree. Trudno się dziwić bo brzmi jak typowy metalo-podobny kawałek PT z tamtego okresu, do tego zawiera w tekście słowa „collapse the light into the earth”, które wszystko jeszcze bardziej zagmatwały. Przez lata Cut Ribbon krążył w kiepskiej jakości po dyskowych kolekcjach fanów (również pod tytułem Wet Ribbon) i założono, że Wilson położył na nim laskę. Tymczasem w 2006 roku, Stefan wrzucił na Myspace'a nieco inny miks, a za kulisami cały czas kombinował gdzie ten niechciany kawałek umieścić. Ostatecznie Cut Ribbon przeleciało przez sesje do dwóch solówek jak nieświeża ryba przez flaki. Wilson się w końcu wkurzył i udostępnił ten kawałek jako ekskluziw w szpanerskiej aplikacji na iPhone'a. Podczas prac nad Insurgentes, Cut Ribbon dorobił się żywej perkusji w wykonaniu Gavina Harrisona (nagranej gdzieś w 2008 roku) zatem można założyć, że przez jakiś czas jego obecność na albumie była poważnie rozważana. Z jakiegoś powodu nie pasował Wilsonowi nawet do bonusowego dysku. Ostatni rodzynek, Vapour Trail Lullaby, miał przez lata równie burzliwą historię co Cut Ribbon. Bosy zaczął tworzyć tę piosenkę około 2000 roku czyli na krótko po wydaniu Lightbulb Sun. Pierwotnie zaczął powstawać materiał w duchu poprzednich dwóch albumów Porcupine Tree (Żarówy i Stupid Dream), ale ostatecznie Wilson natchniony pracą z Opeth olał to i ruszył w kierunku czczonych kozłów. Wymagało to ofiary z baranka, a owym barankiem było między innymi Vapour Trail Lullaby. Oryginalne demo miało 16 minut i składało się ze słodkiej (nawet jak na klimaty Żarówy) popowej piosenki oraz mrocznej kody z dużymi ilościami mellotronu z nieśmiertelnym efektem „choir” (typowe Wilsonowe kontrasty). Między 2003, a 2004 piosenkowa cześć nagle stała się przydatna kiedy Stefan nagrywał z Avivem debiut Blackfield. Kawałek skrócono, nagrano na nowo i pod tytułem Lullaby wrzucono na pierwszą płytę duetu Wilson/Geffen. O dziwo nie zakończyło to jego dalszej ewolucji. Z jakiegoś powodu Stefan dalej pracował nad pełną, kilkunastominutowa wersją podczas sesji do Insurgentes. W dokumencie widać nawet jak gra ten utwór na pianinie. Cokolwiek w tym czasie powstało nie pasowało Bosemu do jego wizji albumu, ale nie do końca. Stefan ciachnął wspomnianą wcześniej kodę i pod tytułem (tada!) Twilight Coda umieścił w środku tracklisty Insurgentes. Najzabawniejsze, że to jeszcze nie koniec historii tego kawałka, ale wrócę do niej później.
Pierwsze ponad trzy miesiące 2008 roku Steven Wilson miał wolne. Fear of a Blank Planet Tour ruszyło ponownie pod koniec kwietnia, prawdopodobnie w połowie miesiąca zespół zaczął odbywać próby przed trasą. Do tego czasu Stefan mógł pracować nad Insurgentes, a jak wiadomo, dużo w tym celu podróżował. Oczywiście trudno ustalić gdzie i kiedy dokładnie Bosy był, ale pod koniec lutego z pewnością był to Meksyk. Dokładnie 27-ego lutego SW zagrał swój pierwszy pełny koncert jako Bass Communion. Był to w zasadzie występ łączony, Wilson dzielił scenę z grupą PIG, która prezentowała podobny rodzaj muzyki. Nie wiem jak doszło do tego koncertu, ale podejrzewam, że pomysł wypłynął spontanicznie kiedy Stefan był już w Meksyku. Wiadomo zatem, że wszelkie „meksykańskie” sesje związane z Insurgentes musiały się odbyć w tym okresie, a część muzyki wypłynęła na płytach innych projektów (głównie Bass Communion). Album Molotov And Haze BC został nagrany między 14-tym a 17-tym lutego 2008 za pomocą gitary i laptopa. Podkreślam to ponieważ Stefan mógł tych nagrań dokonać wszędzie. Niestety nie sprecyzowano gdzie dokładnie Bosy nagrywał, użyto jedynie lakonicznego zwrotu „on location”. Podejrzewam jednak, że Wilson mógł już wtedy być w Meksyku, gdyby album powstawał w No Man's Land, to raczej byłoby to odnotowane. Problem polega na tym, że z gitarą i laptopem Stefan mógł się rozstawić nawet podczas oczekiwania na samolot, a jeśli muzyka powstała w ciągu 3 dni, to równie dobrze mogło to być w kilku różnych miejscach. Wprawdzie w filmie Insurgentes widać Wilsona jak siedzi z laptopem i gitarą w
Templo de Santa Teresa La Antigua i tworzy coś co przypomina utwory z M&H (żadnym z nich nie jest), ale nie ma ostatecznego potwierdzenia, że ten konkretny materiał powstał wtedy. Dlaczego tak się uczepiłem Molotov And Haze? Głównie z powodu utworu Glacial 1602, który swoim brzmieniem jednoznacznie sugeruje, że powstał w trakcie pracy nad Veneno Para Las Hadas. Różnie to mogło wyglądać, a informacje są skąpe. Mogło być tak, że Stefan już pracował nad Veneno, a Glacial 1602 to dodatkowe improwizacje, które z tego wynikły. Istnieje też prawdopodobieństwo, że było odwrotnie – Wilson bawił się tym konkretnym efektem pół dnia i w pewnym momencie zasiane zostało ziarno, z którego później wyrosło Veneno. Jakby nie było, narodzin tej kompozycji można się doszukiwać w tym okresie czasowym. Nikomu nie trzeba wskazywać na to, że Wilson nawiązuje w tym utworze do swojego starego riffu z The Sky Moves Sideways. Tytuł zaczerpnięto natomiast z hiszpańskiego horroru. Jeśli jesteśmy już przy muzycznych nawiązaniach, sporo osób zauważyło, że Puncture Wound przywodzi na myśl A Forest zespołu The Cure. Wilson nigdy nie odniósł się do tego podobieństwa, ale w przeszłości nagrał już swoją wersję A Forest i wydał na Cover Version III (w 2005 roku). Jak nam wiadomo, Wilson spędził w Meksyku dużo czasu na zwiedzaniu i generalnie szwendaniu się po okolicy (co zostało udokumentowane w filmie Insurgentes). Trudno powiedzieć ile muzyki rzeczywiście tam powstało (zapewne mniej niż wielu ludzi zakłada). Świadectwem tego, że Stefan robił w Meksyku coś poza podrywaniem lasek, jest utwór Insurgentes w wersji opisanej jako Mexico. Te ujęcie piosenki zostało umieszczone na bonusowej płycie natomiast ostateczna wersja z albumu została nagrana w różnych innych miejscach, np.: pianino zostało zarejestrowane w kościele św. Bartłomieja w Birmingham (Wielka Brytania), a partie zagrane przez Michiyo Yagi na koto nagrano w studiu Sound Pot w Tokio (Japonia) (Michiyo pojawia się również w Collecting Space). Kiedy dokładnie? Nie wiadomo. Sesja „kościelna”, podczas której SW grał na Steinwayu, nadzorowana była przez Colina Atwella z Claudio Records.
         

Do dziś wielu fanów dzieli się na dwa obozy, z których jeden faworyzuje wersję z Birmingham, a drugi nagranie zarejestrowane w meksykańskim Templo de Santa Teresa La Antigua (byłym klasztorze, który teraz służy jako galeria sztuki). Większość tej drugiej wersji została nagrana na żywo, widać to na filmie. Meksykańską fotografkę Susanę Moyaho (która w filmie Insurgentes pojawia się tak często jak sam Wilson) można usłyszeć w utworach Only Child i Port Rubicon. Jednym z gości na płycie jest Gavan Kearney znany jako Sand Snowman. Tak się składa, że obaj muzycy pracowali w tym samym czasie nad swoimi albumami i dzięki temu możemy usłyszeć wokal Stefana na płycie Two Way Mirror oraz gitarę Snowmana na Insurgentes. Gavan nagrywał swoją płytę do maja 2008 zatem do tego czasu jego partie przygotowane dla Wilsona były już pewnie gotowe. Możemy je usłyszeć w kawałkach Abandoner i Twilight Coda. Sand Snowman nagrał również gitarę akustyczną do utworu Veneno Para Las Hadas, ale Wilson ostatecznie z niej nie skorzystał (można ją za to usłyszeć we wczesnej wersji, która znalazła się na płycie dołączonej do filmu). Jedyny pozostawiony wkład Snowmana w tę piosenkę został określony jako „recorder” (prawdopodobnie dźwięki imitujące włączoną taśmę lub płytę winylową, to jego zasługa).

         

W Harmony Korine Stefan gra na wszystkim oprócz perkusji (takie to były czasy i szczerze mówiąc chętnie usłyszałbym kolejną płytę nagraną głównie, a nawet tylko przez Stefana). Sam tytuł utworu Wilson wziął (z jakiegoś powodu) od imienia i nazwiska amerykańskiego reżysera kina niezależnego. Ja sam za Korinem nigdy nie szalałem, ale Stefan ewidentnie lubuje się w dziwacznym i dosyć drażniącym kinie tego typu. Z resztą nie tylko on ponieważ jego kolega z no-man - Tim Bowness, nazwał swój zespół Henry Fool, a to również nawiązanie do kina z festiwalu Sundance, tym razem filmu Hala Hartleya o takim tytule (i ten dla odmiany polecam).
Jeśli chodzi o pozostałe utwory, to ścieżki nagrane przez gości mogły napływać do Wilsona nawet przez internet. Nic nie świadczy o tym, że faktycznie jeździł on od drzwi do drzwi i osobiście uczestniczył w nagraniach z udziałem Tonego Levina czy Jordana Rudessa (przy czym nie można tego wykluczyć). Sympatyczny wąsaty basista zagrał w No Twilight Within The Courts of The Sun oraz w Collecting Space. Jordan Rudess z Dream Theater pojawia się ze swoim pianinem w No Twilight..., Veneno Para Las Hadas i Twilight Coda. Dodatkowe partie gitary zostały nagrane między innymi przez Johna Wesleya w studiu Red Room Records, nie wiadomo jednak do jakich utworów. Można zgadywać. W filmie Insurgentes widać jak SW nagrywa
No Twilight... w tym studiu, ale bez Wesa, którego widać później w trakcie zabawy nad Abandonerem (ale też nie gra). Sam Abandoner był chyba nagrywany wszędzie, ale główne partie zarejestrowano w No Man's Land. Kobiecy śpiew, który słyszymy w utworze Significant Other należy do Clodagh Simonds (trudno odmienić to imię na piśmie żeby nie zrobił się bajzel). Jest to irlandzka weteranka sceny muzycznej, karierę rozpoczęła w latach sześćdziesiątych ze swoim zespołem Mellow Candle. Przez lata gościła na albumach takich wykonawców jak Thin Lizzy czy Mike Oldfield. Przez ostatnią dekadę tworzyła i wydawała muzykę pod nazwą Fovea Hex. Steven Wilson zagrał na jednym z wielu mini albumów projektu, wydanym w 2007 roku Allure (w utworze tytułowym).

         

Dirk Serries
, który narobił gitarowego szumu (dosłownie) w Get All You Deserve, to popularny w pewnych kręgach twórca muzyki ambientowej. Fani Wilsona mogą go kojarzyć ze współpracy z Bass Communion przy serii płyt Continuum (również jako Fear Falls Burning i Vidna Obmana). Mike Outram to jazzowy gitarzysta, który znany jest bardziej w kręgu muzyków niż słuchaczy. Udziela się głównie jako gitarzysta sesyjny, ale komponuje również własną muzykę. Drugie solo w utworze No Twilight Within The Courts Of The Sun jest jego autorstwa. W przyszłości brał tez udział w nagrywaniu molocha Raider II. Theo Travis, to postać dobrze znana fanom Stefana (do wydania Insurgentes głównie z udziału w utworach Don't Hate Me i Ambulance Chasing). Na pierwszym solo zagrał w kawałkach Abandoner i Veneno Para Las Hadas (odpowiednio na flecie i klarnecie) oraz Port Rubicon (na saksofonie i klarnecie). Największy gościnny występ zaliczył jednak Gavin Harrison, który pojawia się w ośmiu utworach z dziesięciu. W zasadzie pojawia się wszędzie tam gdzie użyta została perkusja (na bonusowym dysku też). Na zakończenie tej listy warto zwrócić uwagę na udział The London Session Orchestra, których gra ozdobiła utwory Salvaging i Port Rubicon.


         

Pozostają jeszcze dwa rodzynki, które nie zmieściły się nigdzie przy okazji wydania albumu Insurgentes. SW dorzucił je dopiero do bonusowej płyty dodawanej do filmu. Desperation i Western Home nieznacznie odstają stylistycznie od zawartości Insurgentes chociaż i tak bliżej im do niej niż czemukolwiek co SW wydał solo później. Wiadomo o nich tylko tyle, że na perkusji zagrał (niespodzianka) Gavin Harrison, na reszcie instrumentów prawdopodobnie sam Stefan. Nie wiadomo też kiedy i gdzie zostały zarejestrowane (poza tym, że miało to miejsce między grudniem 2007, a sierpniem 2008). Do pierwszych zamówień dołączano jeszcze prezent w postaci płyty z dziewięciominutowym demem utworu Vapour Trail Lullaby, o którym wspominałem wcześniej. Technicznie, wersja ta nie ma nic wspólnego z sesjami do Insurgentes, ale jej druga połowa może być potraktowano jako demo Twilight Coda. Nie wszyscy pamiętają pewnie, że oryginalnie zamiast tego, pierwsze pre-ordery miały zawierać słynne Tape Experiments 1985-1986. SW nagle się zawstydził i próbował z tego wycofać, ale fani narobili jazgotu i ostatecznie Wilson wypuścił swoje taśmowe eksperymenty za darmo na Soundcloudzie. Jak się okazało, słuchacze byli bardzo zadowoleni z tego co usłyszeli i doprowadziło to do wydania Tape Experiments na winylu. Jak widać nie ma się co wstydzić. I to tyle. Steven przyznał się, że podczas sesji do Insurgentes łącznie nagrano około 25 utworów. 10 wydano na albumie, 5 (powiedzmy, że Insurgentes (Mexico) się liczy) na bonusowym dysku, jeszcze 2 razem z filmem, oraz jeden (Cut Ribbon) po kolejnych dogrywkach został w końcu wydany samopas (w 2011 roku). Zostaje zatem ok. 7 kawałków, które leżą kompletne w archiwum No Man's Land II. Podejrzewam, że żaden z nich nie był później brany pod uwagę i w żadnej formie nigdzie nie wyskoczył. Po pierwsze, SW stwierdził, że to co najlepsze ukazało się na Insurgentes i na dołączonym do niego bonusie, reszta była jakościowo gorsza (ale to jego opinia, szkoda, że nie możemy się sami przekonać). Po drugie, zmiana stylistyki na Grace for Drowning wyklucza raczej użycie czegokolwiek z zimnofalowego materiału skomponowanego przed 2010 rokiem. Jedynym utworem, który przywodzi na myśl klimaty Insurgentes jest Fluid Tap (z dodatkowej płyty z zestawu deluxe GfD), ale kawałek ten został napisany podczas sesji w 2010. Mamy zatem 17 utworów z sesji do Insurgentes i więcej raczej nie dostaniemy (a to i tak bardzo dużo). Po wydaniu tego albumu, SW pracował już nad materiałem na nową płytę Porcupine Tree The Incident, nie było zatem czasu żeby nawet pomyśleć o jakiejś mikro trasie promocyjnej solo. Wilson nie brał tego wtedy pod uwagę, zwłaszcza, że Insurgentes nie jest płytą łatwą do odtworzenia na żywo i Bosy raczej wtedy z tego korzystał niż uważał za wadę. Mógł nagrać wszystko i nie przejmować się niczym (trochę jak David Bowie teraz). Co by jednak było gdyby się wtedy uparł? Można gdybać. Na pewno skład zespołu byłby inny, większości z członków obecnego „solo bandu” Wilson wtedy jeszcze nie znał (a nawet osób pośrednich, z polecenia których muzycy trafili do Wilsona, np. Steve Hackett/Nick Beggs). Reszta nie nadaje się nawet na gdybanie. Wtedy, w 2008, wyobrażałem sobie jak mógłby wyglądać taki koncert. Zdecydowanie skromniej sobie to wyobrażałem niż ostatecznie to wyglądało w 2011 roku. Z obecnej perspektywy jeszcze trudniej mi zgadywać w jaki sposób Wilson z 2008/2009 roku próbowałby zrealizować taki występ. Ja materiał z Insurgentes widziałbym na miniaturowym koncercie (max kilkaset osób), w kameralnej sali, bez wizualizacji, ale z dobrymi światłami (Steven mógłby się wiele dobrego nauczyć o dobrych światłach np. od Riverside). Aktualnie nie ma na to szans bo Stefan już zapowiedział, że chce na nowej trasie przebić wizualny przepych Raven Tour. Czy będzie więcej firanek? Zobaczymy.

         

Podsumowując temat albumu Insurgentes, późna jesień roku 2008 była ekscytującym czasem dla fanów Stevena Wilsona. Jako człowiek chętny do eksperymentów (również na polu formy wydania swoich płyt), prawdopodobnie zainspirowany poczynaniami Radiohead (z In Rainbows), a zwłaszcza NIN (z Ghosts I-IV), Bosy zdecydował się wydać pierwszego w swojej karierze poważnego deluksa. To co obecnie jest już tradycją, wtedy miało charakter poruszania się w kompletnej ciemności. Stefan nie miał pojęcia ile takich ekskluzywnych wydań się sprzeda (a pesymistycznie zakładał, że mało) więc zainwestował w 3000 kopii wersji cd i 1000 wersji winylowej. Sprzedały się wszystkie, ale mimo to Wilson stracił na tym kasę (pierwsze koty za płoty). Rynek został jednak zbadany i przy okazji tego typu wydań płyt The Incident (Porcupine Tree) i Grace for Drowning można było pewnych błędów uniknąć. Insurgentes Deluxe zawierało dodatkowy dysk z muzyką, DVD-A z wersją 5.1, oraz gruby „album” ze zdjęciami. Taki zestaw można było zamawiać bezpośrednio „u Wilsona” w Headphone Dust, a datę premiery ustalono na 26ego listopada 2008. Zwykła wersja Insurgentes miała premierę dopiero 16tego lutego 2009 roku i teoretycznie to tę datę uważa się za właściwą datę premiery (przy czym dla mnie to już zawsze będzie płyta z 2008 roku). Wilson chciał aby fani, którzy wsparli inicjatywę z deluksami mieli całość wcześniej niż inni, ale do lutego Insurgentes rozlało się już dawno po całym internecie i tego rodzaju czkawka wydawnicza nie była więcej powtarzana.


             


Uff. Czy wyczerpałem temat? Szczerze mówiąc - nie wiem. Na pewno brakuje wielu informacji na temat tego gdzie i kiedy co było nagrywane, oraz ile tak naprawdę Stefan się napodróżował. Jest jeszcze dziwadełko wydawnicze pod tytułem NSRGNTS RMXS. Jedna z wersji utworu Abandoner wynikła z konkursu na najlepszy remiks, który trwał od stycznia do marca 2009. Konkurs wygrał Polak – Łukasz Lang (jako Danse Macabre) – jego remiks zebrał najwięcej głosów od fanów po tym jak SW wybrał 8 z wcześniejszej puli. W tym wypadku trudno nawet mówić o remiksie, to zupełnie nowa wersja ze stworzoną od podstaw aranżacją. Z oryginału ostał się tylko wokal. NSRGNTS RMXS to zaskakująco dobra kompilacja i wbrew temu co niektórzy mogą sądzić, doskonale się tego słucha. Ostatnim fragmentem układanki jest wydany w 2010 roku film dokumentalny Insurgentes, ale nie daje nam on zbyt wiele potrzebnych informacji na temat procesu nagrywania albumu. Poświęcę temu dokumentowi osobny tekst. Tymczasem polecam wszystkim włączyć sobie pierwsze solo Stefana i napawać się tym jaka ta płyta jest dobra. Według mnie to zdecydowanie najlepszy album podpisany jako Steven Wilson i zawsze przyjemnie do niego wrócić. Nadal mam wrażenie, że dużo zostało jeszcze do napisania o Insurgentes, ale nie będę Was męczył. Idźcie się zrelaksować przy muzyce!