wtorek, 2 grudnia 2014

"Operacja się udała, pacjent zmarł" - kilka słów o filmie Insurgentes.



Insurgentes The Movie można podsumować tak – nieudany eksperyment artystyczny. Na kogo zrzucić winę? Reżyserem i montażystą filmu jest ponoć Lasse Hoile, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę był nim Kompletny Przypadek. Film zawodzi w jakimkolwiek kontekście byśmy go nie umieścili i jakiegokolwiek charakteru byśmy mu nie nadali. Czym jest film Insurgentes? Dokumentem o Stevenie Wilsonie? Nie. Jeżeli ma on nam dać wyczerpującą garść istotnych informacji na temat kluczowych momentów kariery Wilsona, to tego nie dostaniemy, mimo że podjęto pewne kroki. Czy jest to, jak zresztą go reklamują, kino drogi? Nie do końca. Brakuje tutaj jakiejkolwiek narracji, uporządkowania, chronologii.
To prawda, Steven Wilson jeździ po świecie, ale czy ma to jakiś sens? Widzowi trudno będzie dojść do tego jaki. I w końcu, czy Insurgentes The Movie jest po prostu artystycznym kaprysem i średnio udaną próbą zrobienia czegoś ciekawego i niecodziennego? Chyba to najlepsza definicja. Niestety brak zdecydowania wyłazi z ekranu w każdej minucie. Z jednej strony mamy bardzo ciekawe i (dla fanów Wilsona) ekscytujące fragmenty nakręcone w domu rodziców Bosego. Możemy zobaczyć słynnego tatę Stevena, posłuchać jak opowiada o pierwszym magnetofonie, który zmontował dla syna. Widzimy mamę Stefana, która ogląda stare zdjęcia. Sam Wilson zabiera nas do swojej graciarni gdzie pokazuje swój pierwszy sprzęt do nagrywania oraz oryginalne kartki z tekstami wczesnego Porcupine Tree. To są rzeczy, które chcemy zobaczyć w filmie o Stevenie Wilsonie. Nagle jednak zabawa się kończy i zostajemy zalani wodospadem dziwnych, migających i w tak banalny sposób mrocznych ujęć, które nie wnoszą nic do tego co przed chwilą zostało przedstawione na ekranie. W jednej chwili z treściwego, dobrze zrealizowanego dokumentu, film przemienia się w etiudę studentów szkoły filmowej. Tak jakby w scenach nakręconych u rodziców Stefana było za dużo ciepła i uśmiechów, które należy zrównoważyć odpowiednią dawką przygnębiających ujęć, żywcem wyjętych z awangardowych dzieł Angera czy Brakehage'a. Pytanie, czy warto robić takie koktajle stylistyczne i czy dobrze wpływa to na odbiór filmu? Czy Lasse Hoile czasami za bardzo nie zaszalał z konwencją? Od razu wracamy do pytania – czym jest film Insurgentes? Mimo typowo dokumentalnych fragmentów (wspomniana wizyta w domu, jak również w szkole Stefana gdzie odbywał swoje pierwsze publiczne występy i ukazane wycieczki fotograficzne z Carlem Gloverem), nadal nie możemy nazwać tego pełnoprawnym dokumentem o Stevenie Wilsonie. Pojawiają się goście tacy jak Mikael Akerfeldt czy Aviv Geffen, ale brakuje tak istotnych postaci jak Tim Bowness czy ktokolwiek z Porcupine Tree. Mozna powiedzieć, że nie byli oni częścią podróżniczego życia Stefana w tamtym czasie. W porządku. Ale czy film mówi nam dużo o samych Stefanowych podróżach? Też niewiele. Jest bardzo chaotycznie. Co chwila widzimy Wilsona w innym miejscu – Meksyk, Izrael, Japonia – nie ma tu żadnego porządku. Film drogi charakteryzuje się takim porządkiem, bohater zaczyna w punkcie A i kieruje się do punktu B z całą chronologią tego typu podróży. Tu tego nie ma. Czy może (jak sugeruje tytuł) dzieło powie nam coś więcej na temat nagrywania płyty Insurgentes? Nic nam nie powie, chociaż proces nagrywania został w obrazie pokazany (w naturalny dla siebie chaotyczny sposób). Insurgentes jawi nam się w końcu jako jeszcze innego rodzaju twór. Film propagandowy. SW przedstawia się jako aktywista, rycerz walczący o dobre imię muzyki. Dzięki temu możemy oglądać słynne już niszczenie iPodów, oraz wysłuchać co Bosy ma do powiedzenia w tym temacie. A do powiedzenia nie ma niczego czego nie słyszelibyśmy wcześniej w wywiadach z jego udziałem. Po prostu tutaj umieszczono to wszystko w jednym miejscu. Nadaje to filmowi trochę naiwności, jakby była mowa o głodzie na świecie. Nie da się zbudować filmu tylko na tym. Wydaje się jakby obaj Panowie chcieli zrobić kilka filmów o kompletnie odmiennym charakterze naraz. Od razu przychodzi mi do głowy porównanie z „Returning” - filmem dokumentalnym o no-man. Został on zrealizowany przez ludzi z zewnątrz, tak jak to powinno wyglądać. Jest początek, jest koniec, są wypowiedzi istotnych osób, nie ma niepotrzebnego bajzlu. Punkt widzenia jest uczciwy. Insurgentes natomiast pokazuje nam Stefana takiego jakiego on chce żebyśmy zobaczyli. Zamiast uśmiechniętego, serdecznego człowieka jakiego znamy z zakulisowych spotkań, widzimy zmęczonego życiem i wojną z mp3 muzyka, który strzela buraka w Disneylandzie. Czy na prawdę o to chodziło? Może to ja nie rozumiem Insurgentes The Movie. Niech i tak będzie.
Tak czy inaczej, polecam ten film wszystkim fanom SW, którzy nie mieli okazji go obejrzeć. Trzeba samemu sprawdzić. Moim zdaniem, to film na jeden raz. Obowiązkowy seans dla fanów Wilsona, ale raczej rozczarowujący. Nie da się zrobić kilku filmów w jednym. Na jakimś etapie trzeba się zdecydować co chce się osiągnąć. Oczywiście, spontanicznie stworzone dzieło również ma wartość, ale jeśli potem wydaje je się na dvd i bierze za to kasę, to warto jednak zrobić to z sensem. A tego sensu w Insurgentes The Movie brakuje. Za bardzo zalatuje on kolażem losowo wybranych scen, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi i prób pokazania Wilsona jako człowieka, którego nic w życiu nie cieszy. Z jednej strony wspomina on jak to kocha Izrael bo ludzie są otwarci, nie odwracają wzroku na ulicy, itd. Z drugiej sam kreuje się na dziwaka, który patrzy na wszystkich trzymających w ręku iPoda i mówi „osądzam Cię!”. Ale taki jest Wilson, nigdy do końca nie wie czego chce, szybko i łatwo zmienia zdanie, itd. Za tę nieprzewidywalność też go lubimy. Jeżeli ktoś jest betonowym fanem Lasse Hoilego, który w swojej działalności potwornie się zakonserwował (tak od 10 lat przynajmniej), to może kupować InsurgentesTM w ciemno. Mnie mimo wszystko męczą powracające wciąż przebitki z ludźmi czołgającymi się w maskach przeciwgazowych, po setnym razie niemal bawią. Znajdą się jednak ujęcia w niepretensjonalny, prosty sposób ładne co udowadnia, że Hoile nie jest fotografem amatorem. Mam nadzieję, że powstanie jeszcze dobry i wyczerpujący film o Stevenie Wilsonie, taki, który pokaże go np.: w No Man's Land, a nie w krzakach w Meksyku, taki gdzie Wilson daruje sobie naśmiewanie się z gwiazd Idola (bo sam zaprosił gwiazdę izraelskiego Idola do nagrywania nowego solo) i skupi się na tym co robi dobrze – graniu muzyki.

środa, 26 listopada 2014

INSURGENTES - to już 6 lat.



Mija 6 lat od (wstępnej) premiery Insurgentes. Pamiętam tamten listopadowy wieczór. Siedziałem przy kompie i dostałem od znajomego wiadomość „jest!!”. Wiedziałem o co chodzi bo ów znajomy od kilku dni gadał tylko o jednym – o pierwszej solowej płycie Wilsona. Zamawianie deluxów było wtedy poza moim zasięgiem, on też nie zamówił i tak czekaliśmy na „wyciek”. Wychodzę na pirata, ale trzeba pamiętać o tym, że sposób wydania Insurgentes był specyficzny (o czym później). Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie zamówił deluxa (limitowanego do 4000 kopii z czego 1000 na winylu), musiał czekać na premierę dla śmiertelników, która miała mieć miejsce dopiero za grubo ponad 2 miesiące. Czekanie nie było dla nas opcją. Ktoś ze szczęśliwych nabywców specjalnej dwupłytowej wersji się zlitował i tak oto na moim dysku wylądowało Insurgentes. Tak się złożyło, że do tamtej pory nie słyszałem nic z tej płyty, ani singla Harmony Korine, ani Get All You Deserve, które dostępne było na samplerze Porcupine Tree. Miałem wtedy sporo na głowie i po premierze doskonałego Schoolyard Ghosts no-man'a przestałem na jakiś czas interesować się tym co działo się w świecie Wilsona. Dopiero zaraźliwy entuzjazm znajomego obudził mnie z letargu. Pamiętam dokładnie to pierwsze przesłuchanie, pamiętam jak z początku czytałem książkę, ale musiałem ją odłożyć gdzieś w okolicach Veneno Para Las Hadas bo z głośników dochodziły cuda. Od tamtej pory miałem Insurgentes ze sobą wszędzie. Płyta zawiera zadziwiające eksperymenty (nawet jak na Wilsona), nostalgiczne wycieczki (wspomniane Veneno) i rzeczy w niespotykanych wtedy u Wilsona stylach (np. No Twilight Within The Courts Of The Sun). Ironicznie, świeże okazały się być staroświeckie rozwiązania, których Stefan unikał na ostatnich, bardzo współcześnie brzmiących płytach PT. Niestety, na The Raven That Refused To Sing zaczął ich dla odmiany nadużywać, ale to „temat na inny temat”. Wtedy, pod koniec 2008 roku, Insurgentes budziło niezdrową ekscytację i wiem, że nawet hejterzy nowszych albumów PT przeprosili się z Wilsonem przy tej płycie. Sam zresztą wtedy kręciłem nosem na nowsze Porki, ale to było dawno. Do dziś to pierwsze solo Stefana stanowi dla mnie synonim „starych dobrych czasów” w jego obozie. Tyle w kwestii sentymentalnych wynurzeń z mojej strony. Jak zatem sprawa wygląda bez wazeliny, czyli kiedy to się zaczęło, jak przebiegało i co z tego wynikło?
Steven Wilson zaczął pracować nad tym albumem w grudniu 2007 roku, a skończył w sierpniu 2008 roku. Rejestrowanie tego materiału różniło się znacznie od tego w jaki sposób nagrywano np. ostatnie solo (czyli w ciągu tygodnia). Wilson jeździł/latał/biegał po całym świecie, korzystał z różnych studiów nagraniowych i zapraszał do współpracy przeróżnych gości. Nie ukrywam, że brakuje mi tego w ostatnich dokonaniach Stefana. Zespołowo nagrywało Porcupine Tree, a solówka była dobrym pretekstem żeby pograć z wieloma niezwykłymi muzykami (Sand Snowmanem, Dirkiem Serriesem, Jordanem Rudessem, Tonym Levinem, Mikiem Outramem, itd., o każdym wspomnę) dzięki czemu Insurgentes zawiera tak wielka paletę muzycznych barw. Oczywiście nie byłoby łatwo odtworzyć to wszystko na żywo, ale SW nie miał wtedy jeszcze planów koncertowania solo i wyszło to chyba płycie na dobre. Tak czy inaczej, wracając do ustalania chronologii wydarzeń. Wilson twierdzi, że proces powstawania solówki zaczął się w grudniu 2007, ale do 16tego Porcupine Tree ostro koncertowali w ramach Tour of a Blank Planet zatem pierwsze szkice zaczęły pączkować pod sam koniec miesiąca/roku. Oczywiście istnieje możliwość, że Bosy kombinował coś wcześniej w busie na laptopie, ale wątpię. Jakby nie było, podejrzewam, że zaczęło się od przetrzepania archiwum. Na tapecie mogły już wtedy wylądować trzy utwory – Collecting Space, Cut Ribbon, oraz Vapour Trail Lullaby. Wszystkie zostały pierwotnie zdemowane w zbliżonym czasie (między 2000, a 2003), ale dla różnych projektów. Ten pierwszy narodził się rok po wydaniu In Absentia, ale Wilson nie zdołał napisać do niego tekstu (czego ostatecznie nigdy nie zrobił). Collecting Space było rozważane przy okazji Deadwinga, ale nic z tego nie wyszło. Demo tego utworu zostało przez Wilsona wrzucone na Myspace (w sierpniu 2006), sporo z tamtej wersji zachowało się w ostatecznej, która po dogrywkach zamieszkała na bonusowej płycie z deluxa Insurgentes. Jeśli chodzi o Cut Ribbon, kawałek powstał na planowaną w 2001 płytę Stefana z Mikaelem Akerfeldtem. Album miał mieć metalowy charakter, ale brak czasu u obu panów sprawił, że nic z tego nie wyszło (a jak wiadomo Storm Corrossion, to już zupełni inna historia). Utwór wyciekł razem z zestawem dem z okresu In Absentia przez co fani uznali, że jest to demo kawałka planowanego na płytę Porcupine Tree. Trudno się dziwić bo brzmi jak typowy metalo-podobny kawałek PT z tamtego okresu, do tego zawiera w tekście słowa „collapse the light into the earth”, które wszystko jeszcze bardziej zagmatwały. Przez lata Cut Ribbon krążył w kiepskiej jakości po dyskowych kolekcjach fanów (również pod tytułem Wet Ribbon) i założono, że Wilson położył na nim laskę. Tymczasem w 2006 roku, Stefan wrzucił na Myspace'a nieco inny miks, a za kulisami cały czas kombinował gdzie ten niechciany kawałek umieścić. Ostatecznie Cut Ribbon przeleciało przez sesje do dwóch solówek jak nieświeża ryba przez flaki. Wilson się w końcu wkurzył i udostępnił ten kawałek jako ekskluziw w szpanerskiej aplikacji na iPhone'a. Podczas prac nad Insurgentes, Cut Ribbon dorobił się żywej perkusji w wykonaniu Gavina Harrisona (nagranej gdzieś w 2008 roku) zatem można założyć, że przez jakiś czas jego obecność na albumie była poważnie rozważana. Z jakiegoś powodu nie pasował Wilsonowi nawet do bonusowego dysku. Ostatni rodzynek, Vapour Trail Lullaby, miał przez lata równie burzliwą historię co Cut Ribbon. Bosy zaczął tworzyć tę piosenkę około 2000 roku czyli na krótko po wydaniu Lightbulb Sun. Pierwotnie zaczął powstawać materiał w duchu poprzednich dwóch albumów Porcupine Tree (Żarówy i Stupid Dream), ale ostatecznie Wilson natchniony pracą z Opeth olał to i ruszył w kierunku czczonych kozłów. Wymagało to ofiary z baranka, a owym barankiem było między innymi Vapour Trail Lullaby. Oryginalne demo miało 16 minut i składało się ze słodkiej (nawet jak na klimaty Żarówy) popowej piosenki oraz mrocznej kody z dużymi ilościami mellotronu z nieśmiertelnym efektem „choir” (typowe Wilsonowe kontrasty). Między 2003, a 2004 piosenkowa cześć nagle stała się przydatna kiedy Stefan nagrywał z Avivem debiut Blackfield. Kawałek skrócono, nagrano na nowo i pod tytułem Lullaby wrzucono na pierwszą płytę duetu Wilson/Geffen. O dziwo nie zakończyło to jego dalszej ewolucji. Z jakiegoś powodu Stefan dalej pracował nad pełną, kilkunastominutowa wersją podczas sesji do Insurgentes. W dokumencie widać nawet jak gra ten utwór na pianinie. Cokolwiek w tym czasie powstało nie pasowało Bosemu do jego wizji albumu, ale nie do końca. Stefan ciachnął wspomnianą wcześniej kodę i pod tytułem (tada!) Twilight Coda umieścił w środku tracklisty Insurgentes. Najzabawniejsze, że to jeszcze nie koniec historii tego kawałka, ale wrócę do niej później.
Pierwsze ponad trzy miesiące 2008 roku Steven Wilson miał wolne. Fear of a Blank Planet Tour ruszyło ponownie pod koniec kwietnia, prawdopodobnie w połowie miesiąca zespół zaczął odbywać próby przed trasą. Do tego czasu Stefan mógł pracować nad Insurgentes, a jak wiadomo, dużo w tym celu podróżował. Oczywiście trudno ustalić gdzie i kiedy dokładnie Bosy był, ale pod koniec lutego z pewnością był to Meksyk. Dokładnie 27-ego lutego SW zagrał swój pierwszy pełny koncert jako Bass Communion. Był to w zasadzie występ łączony, Wilson dzielił scenę z grupą PIG, która prezentowała podobny rodzaj muzyki. Nie wiem jak doszło do tego koncertu, ale podejrzewam, że pomysł wypłynął spontanicznie kiedy Stefan był już w Meksyku. Wiadomo zatem, że wszelkie „meksykańskie” sesje związane z Insurgentes musiały się odbyć w tym okresie, a część muzyki wypłynęła na płytach innych projektów (głównie Bass Communion). Album Molotov And Haze BC został nagrany między 14-tym a 17-tym lutego 2008 za pomocą gitary i laptopa. Podkreślam to ponieważ Stefan mógł tych nagrań dokonać wszędzie. Niestety nie sprecyzowano gdzie dokładnie Bosy nagrywał, użyto jedynie lakonicznego zwrotu „on location”. Podejrzewam jednak, że Wilson mógł już wtedy być w Meksyku, gdyby album powstawał w No Man's Land, to raczej byłoby to odnotowane. Problem polega na tym, że z gitarą i laptopem Stefan mógł się rozstawić nawet podczas oczekiwania na samolot, a jeśli muzyka powstała w ciągu 3 dni, to równie dobrze mogło to być w kilku różnych miejscach. Wprawdzie w filmie Insurgentes widać Wilsona jak siedzi z laptopem i gitarą w
Templo de Santa Teresa La Antigua i tworzy coś co przypomina utwory z M&H (żadnym z nich nie jest), ale nie ma ostatecznego potwierdzenia, że ten konkretny materiał powstał wtedy. Dlaczego tak się uczepiłem Molotov And Haze? Głównie z powodu utworu Glacial 1602, który swoim brzmieniem jednoznacznie sugeruje, że powstał w trakcie pracy nad Veneno Para Las Hadas. Różnie to mogło wyglądać, a informacje są skąpe. Mogło być tak, że Stefan już pracował nad Veneno, a Glacial 1602 to dodatkowe improwizacje, które z tego wynikły. Istnieje też prawdopodobieństwo, że było odwrotnie – Wilson bawił się tym konkretnym efektem pół dnia i w pewnym momencie zasiane zostało ziarno, z którego później wyrosło Veneno. Jakby nie było, narodzin tej kompozycji można się doszukiwać w tym okresie czasowym. Nikomu nie trzeba wskazywać na to, że Wilson nawiązuje w tym utworze do swojego starego riffu z The Sky Moves Sideways. Tytuł zaczerpnięto natomiast z hiszpańskiego horroru. Jeśli jesteśmy już przy muzycznych nawiązaniach, sporo osób zauważyło, że Puncture Wound przywodzi na myśl A Forest zespołu The Cure. Wilson nigdy nie odniósł się do tego podobieństwa, ale w przeszłości nagrał już swoją wersję A Forest i wydał na Cover Version III (w 2005 roku). Jak nam wiadomo, Wilson spędził w Meksyku dużo czasu na zwiedzaniu i generalnie szwendaniu się po okolicy (co zostało udokumentowane w filmie Insurgentes). Trudno powiedzieć ile muzyki rzeczywiście tam powstało (zapewne mniej niż wielu ludzi zakłada). Świadectwem tego, że Stefan robił w Meksyku coś poza podrywaniem lasek, jest utwór Insurgentes w wersji opisanej jako Mexico. Te ujęcie piosenki zostało umieszczone na bonusowej płycie natomiast ostateczna wersja z albumu została nagrana w różnych innych miejscach, np.: pianino zostało zarejestrowane w kościele św. Bartłomieja w Birmingham (Wielka Brytania), a partie zagrane przez Michiyo Yagi na koto nagrano w studiu Sound Pot w Tokio (Japonia) (Michiyo pojawia się również w Collecting Space). Kiedy dokładnie? Nie wiadomo. Sesja „kościelna”, podczas której SW grał na Steinwayu, nadzorowana była przez Colina Atwella z Claudio Records.
         

Do dziś wielu fanów dzieli się na dwa obozy, z których jeden faworyzuje wersję z Birmingham, a drugi nagranie zarejestrowane w meksykańskim Templo de Santa Teresa La Antigua (byłym klasztorze, który teraz służy jako galeria sztuki). Większość tej drugiej wersji została nagrana na żywo, widać to na filmie. Meksykańską fotografkę Susanę Moyaho (która w filmie Insurgentes pojawia się tak często jak sam Wilson) można usłyszeć w utworach Only Child i Port Rubicon. Jednym z gości na płycie jest Gavan Kearney znany jako Sand Snowman. Tak się składa, że obaj muzycy pracowali w tym samym czasie nad swoimi albumami i dzięki temu możemy usłyszeć wokal Stefana na płycie Two Way Mirror oraz gitarę Snowmana na Insurgentes. Gavan nagrywał swoją płytę do maja 2008 zatem do tego czasu jego partie przygotowane dla Wilsona były już pewnie gotowe. Możemy je usłyszeć w kawałkach Abandoner i Twilight Coda. Sand Snowman nagrał również gitarę akustyczną do utworu Veneno Para Las Hadas, ale Wilson ostatecznie z niej nie skorzystał (można ją za to usłyszeć we wczesnej wersji, która znalazła się na płycie dołączonej do filmu). Jedyny pozostawiony wkład Snowmana w tę piosenkę został określony jako „recorder” (prawdopodobnie dźwięki imitujące włączoną taśmę lub płytę winylową, to jego zasługa).

         

W Harmony Korine Stefan gra na wszystkim oprócz perkusji (takie to były czasy i szczerze mówiąc chętnie usłyszałbym kolejną płytę nagraną głównie, a nawet tylko przez Stefana). Sam tytuł utworu Wilson wziął (z jakiegoś powodu) od imienia i nazwiska amerykańskiego reżysera kina niezależnego. Ja sam za Korinem nigdy nie szalałem, ale Stefan ewidentnie lubuje się w dziwacznym i dosyć drażniącym kinie tego typu. Z resztą nie tylko on ponieważ jego kolega z no-man - Tim Bowness, nazwał swój zespół Henry Fool, a to również nawiązanie do kina z festiwalu Sundance, tym razem filmu Hala Hartleya o takim tytule (i ten dla odmiany polecam).
Jeśli chodzi o pozostałe utwory, to ścieżki nagrane przez gości mogły napływać do Wilsona nawet przez internet. Nic nie świadczy o tym, że faktycznie jeździł on od drzwi do drzwi i osobiście uczestniczył w nagraniach z udziałem Tonego Levina czy Jordana Rudessa (przy czym nie można tego wykluczyć). Sympatyczny wąsaty basista zagrał w No Twilight Within The Courts of The Sun oraz w Collecting Space. Jordan Rudess z Dream Theater pojawia się ze swoim pianinem w No Twilight..., Veneno Para Las Hadas i Twilight Coda. Dodatkowe partie gitary zostały nagrane między innymi przez Johna Wesleya w studiu Red Room Records, nie wiadomo jednak do jakich utworów. Można zgadywać. W filmie Insurgentes widać jak SW nagrywa
No Twilight... w tym studiu, ale bez Wesa, którego widać później w trakcie zabawy nad Abandonerem (ale też nie gra). Sam Abandoner był chyba nagrywany wszędzie, ale główne partie zarejestrowano w No Man's Land. Kobiecy śpiew, który słyszymy w utworze Significant Other należy do Clodagh Simonds (trudno odmienić to imię na piśmie żeby nie zrobił się bajzel). Jest to irlandzka weteranka sceny muzycznej, karierę rozpoczęła w latach sześćdziesiątych ze swoim zespołem Mellow Candle. Przez lata gościła na albumach takich wykonawców jak Thin Lizzy czy Mike Oldfield. Przez ostatnią dekadę tworzyła i wydawała muzykę pod nazwą Fovea Hex. Steven Wilson zagrał na jednym z wielu mini albumów projektu, wydanym w 2007 roku Allure (w utworze tytułowym).

         

Dirk Serries
, który narobił gitarowego szumu (dosłownie) w Get All You Deserve, to popularny w pewnych kręgach twórca muzyki ambientowej. Fani Wilsona mogą go kojarzyć ze współpracy z Bass Communion przy serii płyt Continuum (również jako Fear Falls Burning i Vidna Obmana). Mike Outram to jazzowy gitarzysta, który znany jest bardziej w kręgu muzyków niż słuchaczy. Udziela się głównie jako gitarzysta sesyjny, ale komponuje również własną muzykę. Drugie solo w utworze No Twilight Within The Courts Of The Sun jest jego autorstwa. W przyszłości brał tez udział w nagrywaniu molocha Raider II. Theo Travis, to postać dobrze znana fanom Stefana (do wydania Insurgentes głównie z udziału w utworach Don't Hate Me i Ambulance Chasing). Na pierwszym solo zagrał w kawałkach Abandoner i Veneno Para Las Hadas (odpowiednio na flecie i klarnecie) oraz Port Rubicon (na saksofonie i klarnecie). Największy gościnny występ zaliczył jednak Gavin Harrison, który pojawia się w ośmiu utworach z dziesięciu. W zasadzie pojawia się wszędzie tam gdzie użyta została perkusja (na bonusowym dysku też). Na zakończenie tej listy warto zwrócić uwagę na udział The London Session Orchestra, których gra ozdobiła utwory Salvaging i Port Rubicon.


         

Pozostają jeszcze dwa rodzynki, które nie zmieściły się nigdzie przy okazji wydania albumu Insurgentes. SW dorzucił je dopiero do bonusowej płyty dodawanej do filmu. Desperation i Western Home nieznacznie odstają stylistycznie od zawartości Insurgentes chociaż i tak bliżej im do niej niż czemukolwiek co SW wydał solo później. Wiadomo o nich tylko tyle, że na perkusji zagrał (niespodzianka) Gavin Harrison, na reszcie instrumentów prawdopodobnie sam Stefan. Nie wiadomo też kiedy i gdzie zostały zarejestrowane (poza tym, że miało to miejsce między grudniem 2007, a sierpniem 2008). Do pierwszych zamówień dołączano jeszcze prezent w postaci płyty z dziewięciominutowym demem utworu Vapour Trail Lullaby, o którym wspominałem wcześniej. Technicznie, wersja ta nie ma nic wspólnego z sesjami do Insurgentes, ale jej druga połowa może być potraktowano jako demo Twilight Coda. Nie wszyscy pamiętają pewnie, że oryginalnie zamiast tego, pierwsze pre-ordery miały zawierać słynne Tape Experiments 1985-1986. SW nagle się zawstydził i próbował z tego wycofać, ale fani narobili jazgotu i ostatecznie Wilson wypuścił swoje taśmowe eksperymenty za darmo na Soundcloudzie. Jak się okazało, słuchacze byli bardzo zadowoleni z tego co usłyszeli i doprowadziło to do wydania Tape Experiments na winylu. Jak widać nie ma się co wstydzić. I to tyle. Steven przyznał się, że podczas sesji do Insurgentes łącznie nagrano około 25 utworów. 10 wydano na albumie, 5 (powiedzmy, że Insurgentes (Mexico) się liczy) na bonusowym dysku, jeszcze 2 razem z filmem, oraz jeden (Cut Ribbon) po kolejnych dogrywkach został w końcu wydany samopas (w 2011 roku). Zostaje zatem ok. 7 kawałków, które leżą kompletne w archiwum No Man's Land II. Podejrzewam, że żaden z nich nie był później brany pod uwagę i w żadnej formie nigdzie nie wyskoczył. Po pierwsze, SW stwierdził, że to co najlepsze ukazało się na Insurgentes i na dołączonym do niego bonusie, reszta była jakościowo gorsza (ale to jego opinia, szkoda, że nie możemy się sami przekonać). Po drugie, zmiana stylistyki na Grace for Drowning wyklucza raczej użycie czegokolwiek z zimnofalowego materiału skomponowanego przed 2010 rokiem. Jedynym utworem, który przywodzi na myśl klimaty Insurgentes jest Fluid Tap (z dodatkowej płyty z zestawu deluxe GfD), ale kawałek ten został napisany podczas sesji w 2010. Mamy zatem 17 utworów z sesji do Insurgentes i więcej raczej nie dostaniemy (a to i tak bardzo dużo). Po wydaniu tego albumu, SW pracował już nad materiałem na nową płytę Porcupine Tree The Incident, nie było zatem czasu żeby nawet pomyśleć o jakiejś mikro trasie promocyjnej solo. Wilson nie brał tego wtedy pod uwagę, zwłaszcza, że Insurgentes nie jest płytą łatwą do odtworzenia na żywo i Bosy raczej wtedy z tego korzystał niż uważał za wadę. Mógł nagrać wszystko i nie przejmować się niczym (trochę jak David Bowie teraz). Co by jednak było gdyby się wtedy uparł? Można gdybać. Na pewno skład zespołu byłby inny, większości z członków obecnego „solo bandu” Wilson wtedy jeszcze nie znał (a nawet osób pośrednich, z polecenia których muzycy trafili do Wilsona, np. Steve Hackett/Nick Beggs). Reszta nie nadaje się nawet na gdybanie. Wtedy, w 2008, wyobrażałem sobie jak mógłby wyglądać taki koncert. Zdecydowanie skromniej sobie to wyobrażałem niż ostatecznie to wyglądało w 2011 roku. Z obecnej perspektywy jeszcze trudniej mi zgadywać w jaki sposób Wilson z 2008/2009 roku próbowałby zrealizować taki występ. Ja materiał z Insurgentes widziałbym na miniaturowym koncercie (max kilkaset osób), w kameralnej sali, bez wizualizacji, ale z dobrymi światłami (Steven mógłby się wiele dobrego nauczyć o dobrych światłach np. od Riverside). Aktualnie nie ma na to szans bo Stefan już zapowiedział, że chce na nowej trasie przebić wizualny przepych Raven Tour. Czy będzie więcej firanek? Zobaczymy.

         

Podsumowując temat albumu Insurgentes, późna jesień roku 2008 była ekscytującym czasem dla fanów Stevena Wilsona. Jako człowiek chętny do eksperymentów (również na polu formy wydania swoich płyt), prawdopodobnie zainspirowany poczynaniami Radiohead (z In Rainbows), a zwłaszcza NIN (z Ghosts I-IV), Bosy zdecydował się wydać pierwszego w swojej karierze poważnego deluksa. To co obecnie jest już tradycją, wtedy miało charakter poruszania się w kompletnej ciemności. Stefan nie miał pojęcia ile takich ekskluzywnych wydań się sprzeda (a pesymistycznie zakładał, że mało) więc zainwestował w 3000 kopii wersji cd i 1000 wersji winylowej. Sprzedały się wszystkie, ale mimo to Wilson stracił na tym kasę (pierwsze koty za płoty). Rynek został jednak zbadany i przy okazji tego typu wydań płyt The Incident (Porcupine Tree) i Grace for Drowning można było pewnych błędów uniknąć. Insurgentes Deluxe zawierało dodatkowy dysk z muzyką, DVD-A z wersją 5.1, oraz gruby „album” ze zdjęciami. Taki zestaw można było zamawiać bezpośrednio „u Wilsona” w Headphone Dust, a datę premiery ustalono na 26ego listopada 2008. Zwykła wersja Insurgentes miała premierę dopiero 16tego lutego 2009 roku i teoretycznie to tę datę uważa się za właściwą datę premiery (przy czym dla mnie to już zawsze będzie płyta z 2008 roku). Wilson chciał aby fani, którzy wsparli inicjatywę z deluksami mieli całość wcześniej niż inni, ale do lutego Insurgentes rozlało się już dawno po całym internecie i tego rodzaju czkawka wydawnicza nie była więcej powtarzana.


             


Uff. Czy wyczerpałem temat? Szczerze mówiąc - nie wiem. Na pewno brakuje wielu informacji na temat tego gdzie i kiedy co było nagrywane, oraz ile tak naprawdę Stefan się napodróżował. Jest jeszcze dziwadełko wydawnicze pod tytułem NSRGNTS RMXS. Jedna z wersji utworu Abandoner wynikła z konkursu na najlepszy remiks, który trwał od stycznia do marca 2009. Konkurs wygrał Polak – Łukasz Lang (jako Danse Macabre) – jego remiks zebrał najwięcej głosów od fanów po tym jak SW wybrał 8 z wcześniejszej puli. W tym wypadku trudno nawet mówić o remiksie, to zupełnie nowa wersja ze stworzoną od podstaw aranżacją. Z oryginału ostał się tylko wokal. NSRGNTS RMXS to zaskakująco dobra kompilacja i wbrew temu co niektórzy mogą sądzić, doskonale się tego słucha. Ostatnim fragmentem układanki jest wydany w 2010 roku film dokumentalny Insurgentes, ale nie daje nam on zbyt wiele potrzebnych informacji na temat procesu nagrywania albumu. Poświęcę temu dokumentowi osobny tekst. Tymczasem polecam wszystkim włączyć sobie pierwsze solo Stefana i napawać się tym jaka ta płyta jest dobra. Według mnie to zdecydowanie najlepszy album podpisany jako Steven Wilson i zawsze przyjemnie do niego wrócić. Nadal mam wrażenie, że dużo zostało jeszcze do napisania o Insurgentes, ale nie będę Was męczył. Idźcie się zrelaksować przy muzyce!
                                                         

wtorek, 18 listopada 2014

Great Expectations: The Incident Tour 2009 - 2010, cz.1: Setlist Twisted


The Incident
to płyta nie przez wszystkich ceniona, nie przez wszystkich lubiana i generalnie trudna w ocenie ze względu na swój dziwaczny charakter. Jakby jednak nie było, album ten pociągnął za sobą jedną z najbardziej spektakularnych i nieprzewidywalnych tras w wykonaniu Porcupine Tree. Ile się przez ten ponad rok przewinęło utworów trudno zliczyć, ale przecież po to tutaj jestem. Na wstępie zaznaczę od razu, że postanowiłem włączyć dwa koncerty specjalne z 2010 do całości The Incident Tour. Kwestia dyskusyjna, teoretycznie te występy powinny być traktowane oddzielnie, ale w praktyce to bez sensu ponieważ odbyły się w tym, a nie innym przedziale czasowym, część starych utworów szykowanych na tę okazję i tak rozlała się po Europejskich miastach na jesiennym odnóżu w 2010, a ostatecznie sam Wilson określił koncert w Royal Albert Hall jako „end of The Incident touring cycle”.
Tak więc owe specjalne koncerty włączam do zestawu, ale oczywiście postaram się je odpowiednio uwypuklić w tekście.
Zanim jeszcze fani mieli okazję wysłuchać nowej (i póki co ostatniej) płyty Porcupine Tree, Wilson zapowiedział, że na trasie album będzie odgrywany w całości bo przecież to jeden utwór. Jak teraz wiemy całe gadanie o jednej monstrualnej kompozycji okazało się być mocno wyolbrzymione, a niektóre utwory dało się jednak wyrwać z szeregu co też zespół uczynił w 2010 roku. W lecie 2009 nie było jednak o tym mowy. Część osób mocno kręciła nosem na ten pomysł ponieważ Incydent miał pożreć sporo miejsca w setliscie. Do tego Stefan niedługo przed trasą przyznał, że mają zamiar grać cały nowy album oraz materiał z ostatnich dwóch lub trzech płyt. Trudno się było wtedy spodziewać, że zespół będzie tę trasę kończył z prawie dwudziestoletnimi utworami w zestawie, ale na tym polega cały urok The Incident Tour, nikt nie spodziewał się tego jak to się wszystko rozwinie, zapewne nawet sam zespół. Mając w pamięci bajkowy repertuar z małej trasy w 2008 wiele osób miało nadzieję, że niektóre z tych utworów pojawią się teraz. Do pewnego stopnia się to sprawdziło, ale trzeba było trochę poczekać.
Podobnie jak w 2002 roku, Porcupine Tree wystartowali w Stanach Zjednoczonych, dokładnie 15 września w Seattle. Zestaw odpowiadał mniej więcej zapowiedziom Stefana:

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. Great Expectations
04. Kneel and Disconnect
05. Drawing the Line
06. The Incident
07. Your Unpleseant Family
08. The Yellow Windows of the Evening Train
09. Time Flies
10. Degree Zero of Liberty
11. Octane Twisted
12. The Seance
13. Circle of Manias
14. I Drive the Hearse
….......
15. The Start of Something Beautiful
16. The Sound of Muzak
17. Lazarus
18. Russia on Ice
19. The Pills I'm Taking (Anesthetize, p2)
20. Normal
21. Bonnie The Cat
22. Way Out of Here
…...
23. Mother and Child Divided


Jak można zauważyć najstarszy utwór pochodzi z Lightbulb Sun, a do tego został wykastrowany. Russia on Ice pozbawiona drugiej, instrumentalnej części przechodziła płynnie (prawie) w środkową część Anesthetize czyli The Pills I'm Taking. Zawiłe? Porcupine Tree proszę państwa.
Poza standardowymi już „przebojami” w setliscie znalazło się kilka niespodzianek. The Start of Something Beautiful odsiedziało jedną dużą trasę poza cyrkulacją i teraz powróciło. Trudno to jednak nazwać jakimś wielkim powrotem. Bonnie the Cat to przykład zacnej tradycji grania utworów spoza płyt (chociaż w przypadku Bonnie the Cat to niemal albumowy kawałek). Dziwacznie wygląda trochę ostatni bis w formie instrumentalnego Mother and Child Divided, ale jak się później okazało, nieśmiertelne Trains miało pojawić się jako następne. Nie wydarzyło się to ponieważ PT przekroczyli swój czas (w skrócie, wpakowali się z setem w ciszę nocną) i musieli kończyć. Amerykanie są jednak bardzo wrażliwi na tym punkcie czego dowodem jest skrócenie nawet specjalnego koncertu, który odbył się rok później w Radio City Music Hall (i wtedy również ofiarą padło Trains). Następnego wieczora w Portland (16 września) okazało się jednak, że Jeżodrzewie ma w zanadrzu obszerniejszą ilość wymiennych utworów i tak fani mieli okazję zobaczyć/usłyszeć:

1-14. The Incident
….
15. The Start of Something Beautiful
16. Buying New Soul
17. The Pills I'm Taking
18. Lazarus
19-20. Strip The Soul / .3
21. Bonnie the Cat
…...
22. Way Out Of Here
23. Trains


Kosztem Russia on Ice można było zobaczyć Buying New Soul zaś brak The Sound of Muzak i Normal rekompensowały sczepione ze sobą Strip The Soul oraz .3. Way Out of Here przeskoczyło 'za barierkę' do części bisów, a całość zamknęło Trains.


         

Podobny set został zagrany w San Francisco (18 września), ale zamiast Way Out of Here powróciło zagubione Mother and Child Divided. Porcupine Tree bawili się tymi zestawami i tak w Los Angeles powyższy set został powiększony o The Sound of Muzak, a Way Out of Here ponownie zmieniło Mother and Child Divided.
Wariację większości dotychczasowych setów Jeżodrzewie zaprezentowało w Chicago (22 września), ale Bonnie the Cat podmieniono na bliźniaczy bonus z The Incident czyli Remember Me Lover. Bisy co noc wyglądały inaczej. To dopiero początek trasy, a Porcupine Tree kombinowali z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć w pojawiające się w internecie setlisty świeżych koncertów. Przez całą trasę po USA zespół tworzył różne mikstury z wypisanych wcześniej utworów, ale póki co nie pojawiło się więcej nic nowego. Rozpoczęcie europejskiego objazdu nie łączyło się z początku z żadnymi zmianami do czasu kiedy Belgowie w Brukseli (14 października) otrzymali prezent w postaci Stars Die (w miejscu Russia on Ice/Buying New Soul).
Utwór ten był ponoć dobierany do miejsc, w których Porcupine Tree grali, jedynie doskonałe pod względem akustyki sale dostąpiły tego honoru (co wyjaśnia też dlaczego nie usłyszeliśmy go w Hali Orbita). Trains zaczęło dojrzewać jako popisowy numer wieczoru. Kabaretowe wstawki w połowie utworu były coraz dłuższe i coraz wymyślniejsze. W Berlinie (26 października) Wilsonowi pękła struna na Trains. Jak to się mówi, nawet najlepszy żart można zabić powtarzając go w kółko. A średni żart tym bardziej.

                                     

Wesoła karawana Porcupine Tree dotarła w końcu do Wrocławia.

01-14. The Incident
….
15. The Start of Something Beautiful
16. Russia on Ice
17. The Pills I'm Taking
18. Remember Me Lover
19. Strip The Soul
20. .3
21. Lazarus
22. Way Out Of Here
…...
23. The Sound of Muzak
24. Trains


Byłem po tym koncercie wyjątkowo niezadowolony bo z możliwych opcji wybrali akurat te, które odpowiadały mi mniej (a następnego wieczora w Lipsku zagrali Stars Die i Normal). Z perspektywy czasu (i po koncercie w Łodzi, który w większej części zrekompensował mi wrocławskie braki) muszę jednak przyznać, że występ był udany (jeżeli lubi się The Incident, ja lubię). Niestety nagłośnienie nie należało do najlepszych, dźwięk mocno chrupał, a do tego był to jeden z najgłośniejszych koncertów na jakich byłem co niestety w tym wypadku zadziałało na minus. Supportem we Wrocławiu była Rose Kemp, kobieta której moc głosu przewyższała z pewnością moc urody, ale też wytrzymałości widowni.
Kiedy my byliśmy zajęci cmentarzami, fani w Budapeszcie (1 listopada) zostali zaskoczeni trasową premierą Blackest Eyes. Utwór powrócił w Ljubljanie (3 listopada), a zaraz po nim odśpiewano happy birthday dla Stevena Wilsona.
Na koncertach we Włoszech Wilson widziany jest podczas Trains z gumowym kurczakiem, część kabaretowa jak widać wciąż ewoluowała. Wydawało się, że do końca roku nie nastąpi już żadna zmiana w repertuarze, ale jak przystało na trasę, Porcupine Tree zaskoczyli w ostatniej chwili podczas specjalnego koncertu w Mumbaiu (21 grudnia). Po pierwsze i chyba najważniejsze, panowie zdecydowali się pierwszy raz pokruszyć Incydent na mniejsze elementy.

01. Occam's Razor
02. The Blind House
03. The Sound of Muzak
04. Hatesong
05. Lazarus
06. Open Car
07. Time Flies
08. Blackest Eyes
09. The Start of Something Beautiful
10. Russia on Ice
11. The Pills I'm Taking
12. Octane Twisted
13. The Séance
14. Circle of Manias
15. Way Out of Here
….......
16. Trains
17. Halo
         
Po drugie, w zestawie znalazły się trzy trasowe premiery: Hatesong, Open Car oraz Halo. Oczywiście żaden z tych utworów nie był wielkim wydarzeniem na tle ostatnich tras, ale jako niespodzianka podczas The Incident Tour zrobiły swoje. Była to również swego rodzaju wskazówka czego można się będzie spodziewać w następnym roku (choć oczywiście nie od razu).
Do lutego 2010 zespół miał wolne, prawdopodobnie do końca grudnia nie odbywały się żadne próby. Zbliżały się święta i każdy chciał odpocząć co w przypadku Wilsona nie oznaczało oczywiście przerwy w komponowaniu muzyki. Informacje na temat sesji do „Grace for Drowning” mówią, że nagrań dokonywano od stycznia 2010, ale znając go na pewno siedział przy swoim pianinie już w grudniu. Z tej najwcześniejszej fazy prac nad drugim solowym albumem wynikła piosenka Home in Negative.
Na dzień przed Wigilią, na stronie PT pojawiła się elektryzująco informacja o dwóch specjalnych koncertach, które miałby się odbyć w Nowojorskim Radio City Music Hall (na tamtym etapie lokalizacja koncertu w USA nie została jeszcze podana) oraz w Royal Albert Hall w Londynie.

C.d.n.
                                                           

wtorek, 28 października 2014

Wroc...law - 5 lat później.




Mamy okrągłą rocznicę. Dokładnie 5 lat temu we Wrocławiu wielu z nas bawiło się na koncercie Porcupine Tree. Pierwszym z dwóch jakie zagrali w Polsce na tamtej trasie i póki co przedostatnim w ogóle. Koncert ten był moim pierwszym koncertem PT i Wilsona w ogóle. Tak po prostu wyszło. Kilka lat wcześniej grali niemal pod moim domem w Łodzi, a ja z jakiegoś powodu nie poszedłem. Szkoda gadać. Bilet na Wrocław zakupiłem kiedy tylko była taka możliwość i przez jakieś 4 miesiące tenże bilet spoglądał na mnie z biurka i mówił „to Twój pierwszy koncert PT, zacznij sobie tworzyć w głowie oczekiwania z kosmosu”. I tak też było. Podobno pierwszy raz zawsze boli. Ten bolał pod wieloma względami. Miesiące zleciały szybko, w międzyczasie został wydany „The Incident”, który szczęśliwie spodobał mi się od pierwszego przesłuchania. Było to istotne, ponieważ Wilson zapowiedział, że nowa płyta będzie grana w całości. Kiedy trasa wystartowała, śledziłem zmiany w secie codziennie. Pamiętam niezdrowe podniecenie widząc takie utwory jak Buying New Soul czy Normal (Russia on Ice w skróconej wersji mimo wszystko niepokoiło). Jeszcze większe kiedy na niewiele ponad 2 tygodnie przed Wrocławiem w Belgii pojawiło się Stars Die. Oczekiwania zaczęły powoli mijać kosmos i docierać w rejony nie nazwane przez człowieka. Z perspektywy czasu widzę, że ciśnienie było ogromne, zdecydowanie zbyt ogromne bo w mojej głowie zaczął tworzyć się scenariusz koncertu, którego nikt nikomu nie obiecywał.
Tak czy inaczej dzień wcześniej zjawiłem się we Wrocławiu i spędzałem miło czas. Jest to miasto piękne i czuje się do niego przywiązany ze względu na to, że moja mama się tam urodziła i wychowała. Sam spędziłem tam dużo czasu jako maluch. Zmieniając otoczenie z Łodzi na Wrocław naprawdę czuć wielką różnicę. Wieczorem w dzień koncertu, w dobrym nastroju udaliśmy się małą gromadą w stronę Orbity, a przynajmniej tak się wydawało bo nikt z nas tam jeszcze nie był. Hala mieści się na względnym zadupiu i chociaż daleko jej do lokalizacji starej Progresji w Warszawie, to musieliśmy przedzierać się przez konkretne chaszcze zanim ukazało się poszukiwane miejsce. Pamiętam sklepik i wieko od werbla z autografami za srogie pieniądze. Pamiętam, że wizualnie Orbita robiła bardzo dobre wrażenie. Rzecz w tym, że jest to obiekt sportowy i akustyka jest w takich miejscach średnia.
O supporcie – Rose Kemp – powiedziano/napisano już wiele. Sama Rose operuje dosyć operowym wokalem, ale w połączeniu z fatalnym nagłośnieniem i akustyką nie dało się znieść kiedy śpiewała wysoko (a robiła to często). Reszta zespołu niczym się nie wyróżniała poza basistą, który trzymał gryf od góry. Jeśli chodzi o muzykę, to pamiętam powolne, super ciężkie, doom metalowe utwory.
Było naprawdę ciężko, podłoga drżała jak przy trzęsieniu ziemi. Ogólnie nie był to koncert tragiczny. Niestety sporo czynników złożyło się na to, że występ Rose Kemp był nie tylko ciężki w brzmieniu, ale tez ciężki w odbiorze. Po słynnym komunikacie na temat zakazu nagrywania bootlegów (z przesłaniem w stylu - jeśli widzisz, że ktoś nagrywa, bij go) zaczęło się intro. A razem z nim kolejna fala ekscytacji. Nie będę drobiazgowo streszczał koncertu, setlista znajduje się poniżej. Nagłośnienie było kiepskie i utwierdziłem się w tej opinii po koncercie w Łodzi. Mimo to The Blind House zrobiło duże wrażenie i wbiło mnie w ziemię. Do tego przełamała się pewna bariera, która dzieli fana i zespół, dopóki ten pierwszy nie pójdzie na koncert drugiego. Brzmi to banalnie, ale moment, w którym po raz pierwszy widzi się tych facetów na scenie, „żywych”, na wyciągnięcie (prawie) reki jest definitywny i zawsze zmienia perspektywę. Niestety po odegraniu „The Incident” i po przerwie, która nastąpiła, Porcupine Tree zaczęli niszczyć obraz idealnego koncertu, który stworzył się w mojej głowie. Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka, ale wtedy czułem się jak balon, z którego powoli schodzi powietrze. Zamiast Stars Die był Lazarus. Zamiast Buying New Soul było Russia On Ice zagrane do połowy. Zamiast Normal było Way Out Of Here, jeden z niewielu utworów PT, których po prostu nie lubię (nie mówiąc o emo projekcji). Zabawne, że w zasadzie z większości zamienników bym się cieszył gdyby w secie były również kawałki na które czekałem. Przy bisie w postaci The Sound of Muzak i Trains trochę mi przeszły fochy, ale generalnie moje uczucia po koncercie były mieszane. Ten tekst jest też przestrogą dla wszystkich, którzy za bardzo nastawiają się na pewne rzeczy. Oczywiście to jest coś czego nie da się kontrolować, ale przewidywanie setlisty przypomina zazwyczaj ruletkę. Porcupine Tree zagrali większość z wyczekiwanych przeze mnie utworów w Łodzi rok później i dzięki temu z perspektywy czasu o wiele milej wspominam Wrocławski koncert niż 5 lat temu.
Trudno też było przewidzieć, że po zakończeniu trasy rozpocznie się dla grupy długa przerwa, która nadal trwa i nie widać jej końca. Później dowiedziałem się, że Stars Die grali tylko w salach z doskonała akustyką zatem Orbita była spalona na starcie. Kręciłem tez nosem, że zamiast Bonnie The Cat zagrali Remember Me Lover, ale i to nadrobiłem w Łodzi i jestem zadowolony, że we Wrocławiu było co innego. Zwłaszcza, że Remember Me Lover nie był tak często wykonywanym utworem. Pamiętam, że po występie trzeba było się jakoś z okolic Orbity wydostać, a było już późno więc nie czekaliśmy na zespół. Z relacji fanów można się było potem dowiedzieć o słynnym sprincie Stefana do busa. Podobno się pochorował i chciał jak najszybciej wskoczyć pod koc, taka jest przynajmniej oficjalna wersja. Reszta potulnie podpisywała wszystko co się da. Co zabawne, to właśnie podpisy reszty zespołu są teraz trudne do zdobycia, zwłaszcza w porównaniu z uroczystą sesją autografową, którą Wilson odbębnił w Poznaniu i Zabrzu w 2013 r.
Kończąc wspominki z końca października 2009 r., wiele osób uznaje Wrocławski koncert PT za jeden z najsłabszych jakie zagrali w Polsce. Ja mimo wszystko wspominam go miło. To był ten pierwszy i chociaż bolało, to ostatecznie myślę o tym występie ciepło. Od tamtej pory widziałem SW 10 razy z różnymi zespołami, ale ten pierwszy koncert zawsze będzie solidnie wyryty w mojej pamięci. Współczuję fanom, którzy poznali Porcupine Tree po 2010 roku. Na kolejny występ tego zespołu będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.

Ps.: bootlegu z tego koncertu nie ma, a przynajmniej nic mi nie wiadomo o istnieniu takowego.

Ps.2: tłukąc się zapchanym pociągiem z Wrocławia do Łodzi, słuchałem przez całą podróż "Wild Opery" no-man. To chyba najlepsza płyta Stefana na tę porę roku.

Setlista z Wrocławia (28 października 2009)

01 - 14. The Incident
15. The Start of Something Beautiful
16. Russia on Ice
17. The Pills I'm Taking
18. Remember Me Lover
19. Strip The Soul
20. .3
21. Lazarus
22. Way Out Of Here
...........................
23. The Sound of Muzak
24. Trains

piątek, 17 października 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.4: bootlegi


Do momentu zakończenie kolejnej trasy, FoaBPTour był niekwestionowanym królem wzgórza pod względem rozpiętości repertuaru, a ilość wydawnictw dokumentujących ten turnus (Ilosaarirock, We Lost The Skyline, Anethetize i Atlanta) to kolejny rekord. Oczywiście wiele z granych utworów pozostało w archiwum (między innymi Mellotron Scratch, The Sky Moves Sideways, Stars Die czy Waiting) i w tym miejscu przychodzą z pomocą nasze kochane bootlegi, których z Fear of a Blank Planet są tony. Czasy się zmieniają, technologia idzie do przodu, itd. Koncert może nagrać każdy nawet na telefon komórkowy. Porcupine Tree jednak również się zmieniło i począwszy od tamtej trasy zaczęło ostro tępić wszelkie próby rejestracji koncertów przez publiczność. Od razu przypomina mi się nazi-ochrona, która chodziła z latarkami po sektorach na obu solowych trasach SW i gnoiła równo każdego kto dzierżył w ręce aparat (w 2013 było już naprawdę agresywnie). Na FoaBPTour nie było jeszcze tak źle, ale wpływ Roberta Frippa na Wilsona był wyraźny. W tamtym czasie kolekcjonerskie grono fanów PT czuło się na prawdę osaczone i trochę zdezorientowane bo do tej pory Wilson nie miał żadnego problemu, ani z nagrywaniem koncertów, ani z ewentualną wymianą (nie mówimy tu o sprzedaży). W okolicach „The Incident Tour” pod naciskiem Wilsona i Roadrunner zamknięto największą bazę danych dotyczących bootlegów Porcupine Tree – stronę The Creators of Mastertapes, która nie oferowała żadnych nagrań w mp3/flac, a jedynie gromadziła informacje na ich temat. Oczywiście PT Ltd. próbowało w późniejszych oświadczeniach odwrócić kota ogonem, ale co się stało już się nie odstało. Co ciekawe, na ostatniej solowej trasie Stefan sam wspominał ze sceny, że nawet premierowe utwory można nagrywać, a on prosi jedynie o to aby ich nie rozpowszechniać w necie. Wyglądało to dosyć śmiesznie gdy w tym samym czasie gromady ludzi z latarkami polowały na każde urządzenie zdolne do rejestracji audio/video, ale to już „temat na inny temat”.
Wracając do bootlegów z trasy 2007/2008, mimo całej nagonki jest w czym wybierać. Wyjątkowo zacznę od bootlegów wideo, bo w przypadku tej trasy jest to też główne źródło dobrej jakości bootlegów audio. Paradoksalnie podstawą jest tutaj nagranie, które wypłynęło kilka miesięcy temu (po prawie siedmiu latach), koncert z Kolonii (04.12.2007). Nie mam pojęcia kto jest odpowiedzialny za tę rejestrację, ale jest ona w stu procentach profesjonalna zarówno pod względem dźwięku jak i obrazu. Okoliczności, w których ten materiał powstał również nie są znane. Kilka miesięcy temu nagranie po prostu pojawiło się na stronie Qello Concerts, a za przyjemność obejrzenia całości trzeba było zapłacić wpisowe (5$ za miesięczny dostęp do wszystkich materiałów na stronie), ewentualnie sprawdzić jeden utwór za darmo. Jak to bywa w dzisiejszych czasach, rip szybko znalazł się w sieci tak żeby każdy mógł mieć to cudo na dysku.
Jak to zatem wygląda. Koncert nie jest dostępny w całości (co nie znaczy, że całość nie została nagrana i nie leży gdzieś w archiwum), z szesnastu zagranych kawałków możemy zobaczyć siedem, ale na szczęście pominięto te najbardziej ograne utwory, a zamieszczono jedne z największych rarytasów tej trasy, w tym The Sky Moves Sideways i Waiting. Wiadomo, że sam fakt rejestracji przez TV/Radio/itp nie świadczy o tym, że materiał będzie na prawdę dobrej jakości, ale w przypadku Kolonii wszystko jest tutaj idealne, do tego stopnia, że może ona śmiało stanowić doskonałą alternatywę dla wszystkich znużonych już oglądaniem Anesthetize. Siedzę w temacie bootlegów od kilkunastu lat i jestem przyzwyczajony, że niezwykłe nagrania wypływają nawet po dekadach, ale mimo to nadal byłem w szoku oglądając ten koncert. Polecam zarówno wideo, jak i audio wyciągnięte z tego nagrania. Oprócz tego jest jeszcze materiał z Voodoo Festival, który odbywa się w Nowym Orleanie (26.10.2007). Zapis występu Porcupine Tree jest pod wieloma względami specyficzny. Obraz jak obraz, dosyć typowy dla rejestracji koncertu festiwalowego (może to nie Opole, ale momentami wygląda zabawnie). Audio natomiast jest ciekawe. Wszystko słychać dosyć dobrze, momentami ulega się iluzji jakby koncert odbywał się w małym pokoju, czasami dźwięk jest odrobinę przytłumiony, ale nie jest tragicznie. Co jednak najciekawsze, jest to chyba jedyne nagranie jakie słyszałem gdzie naprawdę wyraźnie słychać co gra Colin. Jako, że audio jest w dużym stopniu pozbawione niskich tonów, to zamiast charakterystycznego buczenia możemy wyraźnie usłyszeć melodie brzdąkane na basie. Będziecie zaskoczeni jak wiele fajnych rzeczy gra Colin, a jak niewiele z tego dociera do nas. Gavin skarżył się swego czasu na forum House of Drumming, że mieli miejscowego dźwiękowca, który nieświadomie położył całe brzmienie.
Jest jeszcze jedno nagranie przy czym nie jest to typowy koncert ponieważ PT odbyli sesję w BBC (13.04.2007, prawdopodobnie pierwszą taką od czasów Signify). Istnieją dwa bootlegi z tego dnia, które sprawiają mi trochę kłopotu. Jeden zawiera środkową część Anesthetize (The Pill's I'm Taking), Fear of a Blank Planet oraz Halo. Drugi natomiast zamiast Halo ma Sleep Together i zasadniczo nie jest bootlegiem ponieważ był udostępniony dla członków Residents of a Blank Planet. Nie mam pojęcia o co w tym chodzi, zwłaszcza, że utwory na pewno pochodzą z tej samej sesji. Uczulam zatem, że warto poszukać obu zestawów. Niestety to wszystko jeśli chodzi o profesjonalne nagrania zarówno video jak i audio, ale ilość oficjalnych wydawnictw z tej trasy stanowi wystarczającą rekompensatę. Zabierzmy się zatem za produkcje partyzanckie, których z tej trasy jest bardzo dużo. Paradoksalnie, im bardziej Wilson próbuje to tępić, tym więcej ludzi nagrywa. Jako, że nagrań dobrej jakości jest sporo, to nie będę wymieniał wszystkich, a skupię się na moich ulubionych koncertach i na tych, podczas których wydarzyło się coś interesującego (musicie polegać na mojej opinii). Warto zatem posiadać bootleg z występu w Seattle (08.05.2007).
Jakość jest ok, ale nie to robi to nagranie. Pisałem już wcześniej w jakich okolicznościach na trasie zadebiutowało Trains, posypał się komputer od wizualizacji i trzeba było kupić trochę czasu żeby go zresetować (jeden z przykładów na to, że obecność wizualizacji nie zawsze wychodzi na dobre). Zanim jednak zespół ruszył z Trains, Stefan stwierdził, że może zagrać coś akustycznie. Ktoś z publiczności krzyknął Voyage 34. Wilson podłapał i zaczął przez chwilę grać V34 na gitarze akustycznej, po chwili dołączył do niego Gavin. Ten kabaretowy moment przeszedł do historii, publiczność w Seattle dostała najwięcej Voyage 34 od 5 lat (całe 16 sekund). W Orlando (03.10.2007) PT zagrali Shesmovedon (jedno z dwóch wykonań na FoaBP Tour). Z tej części trasy warto mieć bootleg z Nowego Jorku (13.10.2007), zaznaczam jednak, że istnieje więcej niż jedna rejestracja. Piszę o wersji zarejestrowanej przez „pt” (tak, to pseudonim nagrywającego). Bardzo dobra jakość i setlista z utworem, który nie pojawiły się na oficjalnych wydawnictwach koncertowych – Nil Recurring.
Następnie Londyn (09.11.2007), doskonała jakość (ciepłe brzmienie, dobre basy) i ponownie doskonały zestaw utworów, w tym Waiting, Nil Recurring i The Sky Moves Sideways. Bootleg z Monachium (14.11.2007) jest na równie wysokim poziomie, brakuje mu tylko TSMS. Doskonale się go słucha. Podobną jak w Londynie setlistę ma koncert z Poznania (28.11.2007), jakość również jest niezła. Uczulam jednak, że są dwa bootlegi z Areny. Jeden lepszy jakościowo, ale przegadany (ktoś nawet zwraca gadającym uwagę w trakcie, ale bezskutecznie). Drugi bez gadania, ale słabszej jakości. Mimo to polecam sprawdzić. Podobnie jak Tampere (16.12.2007). Podczas australijskiego objazdu w pierwszej połowie 2008 roku nie działo się zbyt wiele, natomiast jeśli chodzi o ostatnie odnóże trasy (październik 2008), to polecam wszystko jak leci. Prezentowane utwory, to rarytasy, a szczęśliwie 90% bootlegów z tych występów to wysokiej jakości nagrania. Warto zwrócić uwagę jak rozwijało się Stars Die podczas pierwszych pełnych wykonań i jak Colin po raz pierwszy grał refren Sleep of No Dreaming tak jak na płycie. Smaczków jest wiele.
Na zakończenie obszernego opisu Tour of a Blank Planet mogę dodać tylko to, że była to jedna z najlepszych i największych tras Porcupine Tree. Zespół nie zapomniał o fanach preferujących starsze albumy, a jednocześnie prezentował całość materiału z nie jednego, ale dwóch premierowych wydawnictw. Pod względem rozpasania przebija ją tylko trasa The Incident Tour. To o niej następna seria tekstów.

poniedziałek, 29 września 2014

Tour of a blank planet (2007 - 2008): cz.3: Anesthetize



„Anesthetize” to ciekawostka przyrodnicza. Teoretycznie jest to film dokumentujący koncert z trasy „Fear of a Blank Planet”, ale w praktyce jest to dokumentacja samej trzeciej odnogi i to dosłownie.
Osoba, która nie jest zorientowana w zawiłościach repertuaru zespołu w latach 2007/2008 przyjmuje, że zamieszczone na „Anesthetize” kawałki były podstawą trasy „FoaBP Tour”, ale tak nie było. Takie utwory jak Sleep of No Dreaming, Normal czy Prodigal nie pojawiły się setliście aż do października 2008, a ich wykonania były nieliczne (dla przykładu: 5 wykonań Sleep of No Dreaming na około 113 koncertów całej trasy). Zdecydowanie bardziej reprezentatywnymi wydawnictwami (mimo, że nie tak okazałymi) są „Ilosaarirock” i „Atlanta”, które zostały jednak wydane ze znacznie mniejsza pompą niż „Anesthetize” (pierwszy jako fanclubowy exclusive, a drugi jako pomoc w zbiórce pieniędzy dla ś.p. Micka Karna). Nie chcę żeby to wyglądało tak jakbym usilnie czepiał się „Anesthetize”, ale nadal pozostaje ono dla mnie ciekawostką przyrodniczą, zwłaszcza, że repertuar dobierany na to odnóże był ewidentnie repertuarem układanym pod dvd, zatem jeszcze bardziej odbiera to naturalnego charakteru dokumentu z trasy.
Nie ukrywam, że nie jestem wielkim miłośnikiem twórczości Lasse Hoilego. Turpistyczna twórczość tego sympatycznego holendra zaczęła mnie nudzić już przy Deadwingu, a zmontowane przez niego „Arriving Somehwhere...” zdołałem obejrzeć w całości raz (przez te wszystkie lata) i nadal uważam, że to jedno z najgorzej zrobionych dvd koncertowych jakie widziałem. Podejrzewam, że Lasse też po cichu stwierdził, że to nie był udany eksperyment ponieważ przy „Anesthetize” całkowicie zrezygnował z nakładania tandetnych filtrów i postawił na tradycyjną formę. Po obejrzeniu gotowego materiału przebaczyłem Hoilemu „Arriving Somewhere...” i do dziś chwalę to co zrobił przy dvd/bd z 2010. Doskonały dobór ujęć, zbliżenia w trafnych momentach i ogólna płynność całości przekonały mnie, że Lasse to twórca nieprzeciętny. To by było na tyle z „recenzyjnego” elementu tego tekstu. Co się zatem wydarzyło w październiku 2008 w klubie 013:

15.10.2008

01. Fear of a Blank Planet
02. My Ashes
03.
Anesthetize
04.
Sentimental
05. Way Out Of Here
06.
Sleep Together
….......
07. Normal

08. Stars Die
09. What Happens Now?
10. Open Car
11. Dark Matter
12. Wedding Nails
13. Half-Light
14. Sever
15.
Blackest Eyes
….
15. Sleep Of No Dreaming
15. Halo


16.10.2008

01. Normal

02. Drown With Me

03. Stars Die
04. Cheating The Polygraph
05. Anesthetize

06. Prodigal

07. Wedding Nails
08. Strip The Soul / .3
09.
Half-Light
10.
Sever
11.
Way Out Of Here
12. Sleep Together
…...
13.
Fear of a Blank Planet
14. Trains
…...
15. Sleep Of No Dreaming

16.
Halo

Pozwoliłem sobie zaznaczyć na fioletowo utwory, które zostały wykorzystane na dvd, oraz na zielono te, które zostały kompletnie olane, mimo że były grane nawet dwukrotnie (Stars Die). Bez koloru pozostały utwory, które musiały ustąpić odpowiednikom z innej nocy. Jak widać lwia cześć wydanego materiału pochodzi z drugiej. Łącznie cztery utwory z obu „Tilburgów” zostały pominięte przy układaniu tracklisty dla dvd Anesthetize, były to: Open Car, Trains, Blackest Eyes i Stars Die. Wyraźnie odstaje tutaj Stars Die, ponieważ o ile każdy z trzech wcześniejszych utworów pojawił się na dvd Arriving Somewhere..., to Stars Die nie miało takiej możliwości ponieważ było premierą w zestawie i mimo dwukrotnego odegrania Wilson zdecydował się zostawić te wykonania w szufladzie (co stanowiło uzasadniony powód do rozczarowania). Gdyby nie przeforsowane przez resztę zespołu „Octane Twisted” z 2012, to nadal nie mielibyśmy profesjonalnej jakości audio z wykonania tego kawałka. Jeśli chodzi o resztę to można się raczej cieszyć ponieważ uchroniło to wydawnictwo przed niepotrzebnymi powtórkami, zwłaszcza, że poza „Arriving Somewhere...”, to całe trio zaliczyło występ na „Ilosaarirock” wydanym pół roku wcześniej.
Co zatem z resztą zestawu? Dlaczego te, a nie inne wykonania? W przypadku niektórych odpowiedź jest prosta, a w innych można się tylko domyślać. Na pierwszy rzut idą utwory, które wykonane zostały tylko raz i nie ma tu żadnego problemu z ustaleniem tego kiedy zostały wykonane.

What Happens Now?
Cheating The Polygraph
Dark Matter
Prodigal
Strip The Soul / .3
Drown With Me

2 z pierwszej nocy i 4 (na upartego 5 jeśli liczyć Strip The Soul i .3 oddzielnie) z drugiej, łącznie 6.

Pozostają nam:

Fear of a Blank Planet
My Ashes
Anesthetize
Sentimenatal
Way Out Of Here
Sleep Together
Normal
Wedding Nails
Half-Light
Sever
Sleep of No Dreaming
Halo

Źródło ustalałem na słuch. Mimo że posiadam bootleg tylko z pierwszej nocy, to dało radę ocenić co jest, a co nie jest obecne na ostatecznym wydawnictwie chociaż należy też wziąć poprawkę na to, że Wilson mógł miksować elementy z dwóch wykonań. Najlepszym przykładem jest akustyczny finisz Normal, który pierwszej nocy Wilson gra na żywo dwukrotnie ponieważ nie był zadowolony z tego jak wyszło. Sleep of No Dreaming z pierwszej nocy padł ofiarą wpadki Stefana podczas solówki. Jest też zapewne dużo wpadek, które trudno wysłyszeć gołym uchem, a jednak od strony zespołu są one zauważalne i irytujące. Warto pamiętać, że PT dosyć odważnie napakowali setlistę trasowymi (i nie tylko) premierami. Równie dobrze mogli odegrać materiał dobrze przećwiczony przez ostatnie półtora roku, ale z jakiegoś powodu zdecydowali się na bardzo atrakcyjne zmiany w repertuarze i chwała im za to. Montowanie koncertu z kilku nocy zawsze sprawia, że daje się odczuć reżyserię przez montaż i nienaturalny przebieg występu. Na „Anesthetize” powycinano praktycznie wszystkie wypowiedzi Wilsona między utworami, a wierzcie mi, gadał dużo. Było sporo żartów, auto-trollingu z okazji kręcenia filmu i dialogów z publicznością. Wszystko to zachowało się na bootlegu, a na "Anesthetize" zostało z tego kilka zapowiedzi utworów (ograniczających się do "this song is called "....""). Szkoda, ponieważ gadatliwość jest charakterystyczną cechą Bosego i usunięcie jego wypowiedzi nie wpłynęło dobrze na ten film. Myślę, że nikt z fanów nie narzekałby gdyby utwory nie następywały po sobie od razu, jak na płytach. Ogólnie jednak moje odczucia względem „Anesthetize” są pozytywne. Nie jest to może idealna wizytówka trasy, ale na pewno dobra wizytówka zespołu. Lasse nie dał tym razem ciała, koncert ogląda się świetnie, a jak już kiedyś pisałem, Porcupine Tree to zespół, którego lepiej się słucha niż ogląda. Hoile dokonał cudu i sprawił, że ten materiał wchodzi bez wazeliny.
Jako dokument z trasy jest to jednak jeden z kilku elementów układanki. O reszcie (pozostałych oficjalnych wydawnictwach i bootlegach) będzie w następnym wpisie. "Anesthetize" zostało wydane w wielu wersjach, w tym ściśle limitowanej dwukolorowej książkowej (z dodatkowym dyskiem i dwupłytową wersją audio z bonusem Prodigal). Zwykła (dvd lub bd) była dostępna w sklepach i na koncertach (gdzie sam kupowałem). Premiera różnych wydań miała miejsce na przełomie maja i czerwca 2010 r.

piątek, 12 września 2014

It was born in 09, the year of Bad Romance and Blur's reunion: The Incident - 5te urodziny



Dziś (plus/minus) swoje piąte urodziny obchodzi płyta The Incident, która nadal jest najnowszym albumem Porcupine Tree. Brzmi to upiornie, ale większość fanów zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że jest to ostatni zawodnik w sztafecie, a następnego póki co nie widać. Nie chcę na te piąte urodziny pisać spóźnionej recenzji więc napiszę tylko tyle, że płyta od początku mi się podobała. Każdy ma swoje wspomnienia związane z Incydentem, ja mam bardzo miłe. Pomyślałem, że przy okazji tej okrągłej rocznicy, spróbuję przybliżyć jak kształtowało się tworzenie tego albumu (oczywiście na ile pozwalają mi zdobyte informacje). Podkreślam od razu, że w miejscach gdzie pojawiły się znaki zapytania starałem się samemu poskładać wydarzenia do kupy posługując się różnymi poszlakami (wypowiedziami Wilsona, datami, czy po prostu wnioskami, do których dochodziłem na chłopski rozum). The Incident to płyta nietypowa, a sam pomysł na jedną dłuuugą suitę był ryzykowny i ostatecznie nie został zrealizowany bo, powiedzmy sobie szczerze, jest to po prostu zestaw sklejonych ze sobą utworów (a też nie zawsze) z czego tylko dwa mają wspólny mianownik – gitarowy riff (określenie song-cycle, którego potem Wilson używał jest znacznie bardziej adekwatne). Nie jest to moim zdaniem wielka wada, ale Wilson napompował przed premierą wielki balon, z którego powietrze szybko uleciało. Myślę, że między innymi to jest powodem niechęci wielu ludzi względem tej płyty. Sam Steven od tamtej pory kręcił na nią nosem, ale robił to samo względem Lightbulb Sun więc niech się kisi w swoich artystycznych rozterkach bo jego perspektywa (autora) nie ma wiele wspólnego z moją (odbiorcy). Ponudziłem trochę (mimo wszystko) więc wróćmy do sedna tego tekstu. Lubię kiedy Wilson rzuca się na coś co nie jest do końca pewne, ale ekscytujące. Po wykalkulowanym i przećwiczonym na trasie prawie rok przed wydaniem Fear of a Blank Planet, taki eksperyment był potrzebny.
Według informacji zwartych w książeczce do Incydentu, proces komponowania/nagrywania rozpoczął się we wrześniu 2008 roku. Na przełomie sierpnia i września odbyła się mini trasa no-man (3 koncerty). Po powrocie z tego małego objazdu, Wilson zamknął się w swoim No Man's Land II i zaczął „demować” nową muzykę Porcupine Tree. W październiku obyła się ostatnia odnoga trasy Fear of a Blank Planet więc z oczywistych względów nic wtedy nie powstało (z tego co wiem Wilson nie należy do muzyków piszących w trasie). Zostały mu zatem niecałe ostatnie dwa tygodnie października, oraz listopad. Trzeba jednak pamiętać, że 20tego listopada miała miejsce wstępna premiera (dla pre-orderowców) pierwszej solówki Wilsona Insurgentes, co też z pewnością odwracało jego uwagę od pracy. W tym okresie powstało zapewne Remember Me Lover oraz pomysły muzyczne, które zostały wykorzystane przy tworzeniu songsajklu The Incident. Jakoś w połowie grudnia Porcupine Tree zebrali się w położonym na wsi studiu Monkey Puzzle House. Jest to obiekt rezydentalny zatem zespół mieszkał tam przez około 2 tygodnie i miał dużo czasu żeby pracować nad muzyką. Chyba, ze akurat nie pracował, a z tego co można przeczytać na stronie, studio oferuje: a lounge with Sky TV, DVD player, a pool table and darts board. There is a kitchen situated off of the lounge. Outside in the garden, there is a barbeque, a large pond and a lawn with 5 a side football goals.
Właśnie podczas tych grudniowych sesji wypłynęły utwory, które ostatecznie znalazły się na bonusowym dysku: Bonnie The Cat, Flicker i Black Dahlia. Zostały one (w większości) skomponowane na miejscu przez cały zespół. Większość z Was wie, że Bonnie The Cat zyskało swój tytuł ze względu na kotkę, która chodziła po studiu. Utwór mógł jednak równie dobrze nazywać się Hugo The Dog ponieważ w Monkey Puzzle House mieszka też cichy realizator, pies Hugo.

          

Jeśli chodzi o Black Dahlia, to historia przypomina odrobinę tę z My Ashes. Richard Barbieri przyniósł demo nagrane na pianinie, a Wilson w ciągu dwóch godzin zrobił z tego piosenkę. Rysio:

I brought that track in more or less complete. Just to show you how Steven works, he said, “Ah, ok, that sounds good.” We were in a residential studio at the time, so we all had rooms within the same building. So he said, “Look, why don’t you guys work on something else and, in the meantime, I’ll just go up to my room with a laptop.” And he came down about two hours later with the song—the lyrics, the vocal lines, the harmonies, everything.

Grudniowa sesja zakończyła się nagraniem (w całości lub w znacznej części) utworów z drugiego dysku The Incident, oraz pracą nad muzyką, która ewoluowała ostatecznie do gigantycznych rozmiarów. Pierwsza jakakolwiek publiczna wzmianka o nowym albumie pojawiła się 3 grudnia 2008 r. przy okazji zapowiedzi koncertu w Londynie (9 października 2009 r.). Zaznaczono wtedy nieśmiało, że występ odbędzie się w ramach promocji nowego materiału. Właściwa zapowiedź albumu (choć nadal bardzo wczesna) pojawiła się na stronie Porcupine Tree 16tego grudnia. Ogłoszono wtedy, że zespół jest właśnie w wiejskim studiu, pracuje nad utworami, i że: recording of these pieces and a new 35 minute SW song cycle is due to start in February, and tour plans are being put in place from September onwards following release of the new album.
Ostatecznie część materiału została nagrana już w 2008, a w lutym 2009 zespół pracował już nad kolosem. W styczniu Wilson kontynuował pracę nad tą muzyką poza drugą połową miesiąca kiedy pojechał w mini trasę z Avivem Geffenem. W lutym Porcupine Tree wrócili do studia i Stefan przyniósł już wtedy 35 minutowy kawał utworu. Zespół zaczął kluczyć wokół tego dema i powoli rozwijać pomysły w nim zawarte. PT musieli dosyć wcześnie podjąć decyzję, że spójna (o tyle, o ile) całość, która miała otrzymać tytuł The Incident będzie tworzyła pełny album. Nagrane w grudniu grupowe kompozycje trzeba było zatem odłożyć na bok i to nie bez bólu (co ostatecznie spowodowało, że PT zdecydowali się na dwupłytowe wydawnictwo). Zespół zaczął dokładać swoje do dema Wilsona i tak z 35 minut nagle zrobiło się 55.
Dodatkowych nagrań instrumentów akustycznych dokonano w Air Studios, natomiast John Wesley zarejestrował swoje partie w Red Room Recorders na Florydzie.

           

Praca nad The Incident trwała do maja, ale zakładam, że końcówka stanowiła już tylko lekką post-produkcję i miksowanie całości. Album musiał być gotowy jeszcze przed „wakacjami” żeby wszystko wytłoczyć, wydrukować i zafoliować na wrześniową premierę. Porcupine Tree siedzieli cicho aż do czerwca (w tym czasie było dużo szumu koło solówki Wilsona i singla no-man) kiedy na stronie wyjawiono (12 czerwca) tytuł płyty i opisano krótko co to w ogóle będzie. 19 czerwca sypnięto tracklistą, a Roadrunner rzucił filmik, na którym widać jak zespół pracuje nad „czymś”.

                                                   


W rzeczywistości widać na nim spore fragmenty grudniowej sesji i kilka nowszych fragmentów. Można nawet zobaczyć jak wygląda kotka Bonnie. Prawdę mówiąc obejrzałem ten filmik po raz pierwszy w życiu przed chwilą bo oryginał ze strony Roadrunner już dawno nie działa. W 2009 miałem potwornie stary komputer i próba włączenia streama skończyłaby się katastrofą (Windows 98, 128 MB ram, itd). Może i dobrze wyszło bo nie psułem sobie niespodzianek (nie żeby powyższy filmik ujawniaj wiele). Jakoś na początku lipca Porcupine Tree rzucili prawdopodobnie najgorszymi zdjęciami promocyjnymi w historii tego zespołu. Wilson bronił potem tego pomysłu tłumacząc, że chciał się wyróżnić na tle innych zespołów metalowych (ze stajni Roadrunner), które zawsze ubrane są na czarno (chociaż mówił to bez przekonania).
   
         

Nie zmienia to faktu, że panowie wyglądają na tych zdjęciach jak banda lodziarzy. Nie wiadomo gdzie zaczyna się Colin, a Wilson ma minę jakby stał w bardzo długiej kolejce żeby złożyć PITa. Prawdopodobnie żeby zmyć wrażenie po tych fotkach, 13 lipca łaskawie udostępniono kolaż fragmentów płyty (to samo było przed wydaniem Grace for Drowning - na podstawie jego trailera wyciągnąłem błędne wnioski, że płyta będzie słaba), nie słuchałem wtedy tego bo się zbuntowałem przeciw rozdrabnianiu materiału w ten sposób. Nie odpuściłem za to singlowej wersji Time Flies, która została udostępniona 3 sierpnia (człowiek nie zdawał sobie wtedy sprawy jak dużo wycięto z płytowej wersji). 5 sierpnia wystartowały pre-ordery. Wiem, że to zaczyna brzmieć jak odliczanie w sylwestra, ale tak też to wyglądało. PT rzucali co chwilę jakieś info, a prawdziwa machina promocyjna miała dopiero ruszyć. Płyta wyciekła w ostatnich dniach sierpnia. Pamiętam, że dowiedziałem się o tym dzień lub dwa później, ale byłem wtedy gościnnie w obcym mieście i nie za bardzo mogłem się zaopatrzyć w Incydent. Do tego przez 24 godziny leżałem w łóżku z wysoką temperaturą, ale w końcu nie wytrzymałem, dorwałem się do okolicznego komputera i wrednie ściągnąłem Porki. Nie dałem rady doczekać do premiery.

         

         

I Drive The Hearse od razu wbiło się do mojego top5 Porcupine Tree i jest w nim do dziś. W drugim tygodniu września słuchałem już z kompaktów. Wersja limitowana (raptem drugie takie wtdanie w świecie Wilsona) liczyła sobie 2000 egzemplarzy i zawierała dvd z mixem w 5.1 (oraz wielką „książkę” z obrazkami i tekstami). 5 lat minęło, a ja nadal cenię tę płytę, słucham jej raz na kilka miesięcy i wspominam czasy kiedy album PT co dwa lata był normą. Takie są moje wspomnienia z okolic powstawania i premiery The Incident, prawdopodobnie najbardziej niedocenionej płyty Jezodrzewia. Proponuję przy tej okazji aby każdy włączył ten album. Warto.