poniedziałek, 21 marca 2016

TOP10 najrzadszych koncertowych wykonań kompozycji Porcupine Tree.



Są w repertuarze koncertowym Porcupine Tree takie utwory jak Trains, Blackest Eyes, Lazarus, itd., kawałki, których prawdopodobieństwo obecności w secie wynosiło czasem więcej 100%. Po drugiej stronie długiej listy znajdują się wyjątki, które z różnych powodów pojawiały się w setach rzadko, lub na krótko. Czasami zdarzało się, że nawet popularniejsze utwory ogrywano w unikalnych wersjach. Pomyślałem, że zrobię zestawienie top10 najrzadszych koncertowych wykonań kompozycji Porcupine Tree. Brałem pod uwagę różne czynniki, począwszy od ilości wykonań, po dostępność nagrań, a na wyjątkowości konkretnych odegrań kończąc.
Skupiam się tym razem tylko na PT żeby nie robić śmietnika wrzucając do wora wszystkie koncerty z udziałem Wilsona, ale być może zrobię kiedyś takie zestawienia dla innych zespołów, w których grał.
Zacznę od utworów, które się w moim topie nie zmieściły, ale o których należy wspomnieć. Są to między innymi Small Fish i Black Dahlia (oba wykonane tylko dwukrotnie na specjalnych koncertach w Nowym Jorku i Londynie w 2010 roku), This Is No Rehearsal (grany tylko w drugiej połowie 1997 i na mikro trasie w 1998), czy też The Nostalgia Factory i Linton Samuel Dawson (grane tylko raz w 1993, oraz na trasach w 1996 roku, ten pierwszy jeszcze raz w 1997). Kawałki, te nie wylądowały na głównej liście przede wszystkim z uwagi na to, że bootlegi z tymi wykonaniami są bardzo łatwo dostępne (może z wyjątkiem rzekomych wykonań z 1993 roku). Jest jeszcze pojedyncze wykonanie Thank U Alanis Morissette, które SW zagrał ze względu na awarię sprzętu, ale postanowiłem nie uwzględniać coverów.
Postanowiłem też nie uwzględniać dwóch rzadkich wykonań Shesmovedon z Tour of A Blank Planet, ponieważ są one unikatowe jedynie w kontekście tej jednej trasy. Odegrane wtedy wersje nie różniły się wiele od tego co zespół prezentował wcześniej na czterech trasach z rzędu. Ciekawa sprawa jest natomiast z Always Never, które niby grane było często w latach 93-97, a tak naprawdę wcale nie. Pełną wersję zespół grał jedynie między 1993, a kilkoma pierwszymi koncertami w 1995 roku (jakieś kilkanaście wykonań w tym okresie). Kolejne kilkadziesiąt zawierało tylko drugą połowę utworu, dolepioną do The Moon Touches Your Shoulder. Always Never znajduje się tuż za listą, na miejscu 11. Które utwory dostały się zatem do mojego top10?


10. Glass Arm Shattering (wykonania z Deadwing Tour 2005)

Zakładam, że wiele osób zdziwi się obecnością Glass Arm Shattering, ale utwór ten wcale nie był stałym punktem programu podczas Deadwing Tour. Wręcz przeciwnie.
O ile wraz ze startem trasy, kawałek był grany niemal co noc, to wytrzymał w secie raptem 8 koncertów i na zawsze pożegnał się ze sceną. Co się stało? Można gdybać, ale najprawdopodobniej utwór zwyczajnie się nie sprawdził na koncertach. Wprawdzie słuchając wersji na żywo trudno mi się do czegoś przyczepić, ale należy pamiętać, że inaczej to wygląda z perspektywy publiczności, a inaczej z perspektywy zespołu. W tym wypadku, Glass Arm Shattering dostał bilet na ławkę rezerwowych, co oczywiście nie wyklucza, że kiedyś jeszcze się nam objawi. Dostępność tych wykonań jest umiarkowana, jakość bootlegów raczej słabsza, a oficjalna wersja nigdy nie została wydana.


                                  


9. Feel So Low (z Avivem Geffenem)

Wersję nagraną (a później wykonywaną na koncertach) z Blackfield dobrze znamy, ale tu mówimy o Porcupine Tree. Feel So Low nie był utworem często granym na koncertach. W zasadzie zespół nie grał go w ogóle do czasu koncertów w Izraelu (w 2000) gdzie wystąpili na zaproszenie Aviva Geffena. To prawdopodobnie on namówił Wilsona żeby to zagrali (to był jego ulubiony utwór), a na dodatek wystąpił razem z zespołem podczas tych pierwszych wykonań. Istnieje dobrej jakości bootleg z transmisji radiowej z koncertu w Tel Avivie, zatem (mimo, że nieoficjalnie) można tę unikalną wersję usłyszeć w miarę porządnie. Potem Porcupine Tree zagrali kawałek parę razy na Lightbulb Sun Tour i co najmniej kilkanaście podczas trasy In Absentia Tour w 2003. Od tamtej pory cisza.

                                  

8. Fadeaway

Fadeaway było stałym punktem programu na trasach w 2003 i 2005 roku. Rzecz w tym, że wokal w tym utworze został powierzony w tym czasie Wesowi i trudno nie oprzeć się wrażeniu, że słuchamy coveru. Taka wersja jest szeroko dostępna (głównie na XM II), ale przecież zespół grał Fadeaway wcześniej. I te wykonania można policzyć na palcach jednej ręki.
Podobno utwór został wykonany raz w 1993 na debiutanckim koncercie PT. Nie wiem jak to zabrzmiało bo nie słyszałem żadnego bootlegu z tego występu (chociaż dwa lata temu, Wilson udostępnił z niego Voyage 34 i Burning Sky więc może doczekamy się i reszty). Następne wykonania pojawiły się dopiero w 1999 roku kiedy zespół zagrał nieco improwizowaną wersję (na gitarę i keyboard) przy dwóch (co najmniej) okazjach (np. w Londynie, z okazji ostatniego koncertu PT w XX wieku). Ostatni raz Fadeaway z Wilsonem na wokalu odegrano na koncertach w Polsce w 2001 roku i to na życzenie organizatora - Piotra Kosińskiego. Gdyby nie poprosił o to Wilsona, to zapewne nic by z tego nie wyszło. Z jakiegoś powodu zespół zdecydował się wskrzesić pełną wersję jako stały punkt programu na części trasy In Absentia w 2003 i w 2005 roku na Deadwing Tour kiedy grali muzycznie jeszcze wierniejszą oryginałowi wersję (głównie z uwagi na re-edycje/re-recording Up The Downstair). W ten sposób pociągnęli kilkadziesiąt wykonań, ale tak jak pisałem wcześniej, wszystkie śpiewał Wes. Nie czepiam się jego interpretacji, ale stwierdzam fakt, że utwór ten w wykonaniu Wilsona został zagrany raptem kilka razy przez całe lata 90-te. Żadne z tych wykonań nie zostało oficjalnie wydane (bo zarejestrowane tak), ale istnieją bootlegi i to całkiem niezłej jakości.

                                  

7. Moonloop (wykonanie z Union Chapel w Londynie, 1997)

Moonloop był wykonywany regularnie między 1994, a 1998 rokiem. Wtedy był to tak stały punkt programu, jak w późniejszych latach Trains. Pod koniec 1997 roku, Porcupine Tree zaczęli powoli odsuwać go od setu czyniąc różnego rodzaju miksy z innymi utworami (np. Ambulance Chasing + sama koda Moonloop, albo część improwizowana przechodząca płynnie w Signify). Jedno z takich niezwykłych wykonań (w londyńskim Union Chapel w 1997 roku) zbiegło się z faktem, że na tym konkretnym koncercie wystąpił gość specjalny, między innymi właśnie w Moonloopie. Gościem był Theo Travis, który wykonał z PT dwa utwory (ten drugi zasiadł na miejscu wyżej). Uzbrojony we flet i saksofon Travis sprawił, że tamta wersja Moonloopa jest absolutnie unikatowa. Gościnne występy innych muzyków na koncertach Porcupine Tree to bardzo rzadka rzecz i mam na myśli całe 20 lat koncertowania tego zespołu. Theo świetnie wpasował się w improwizowaną partię Moonloopa i sprawił, że zabrzmiała ona naprawdę spontanicznie. Na szczęście ktoś to niezwykłe wydarzenie nagrał. Jakość jest niestety słaba, ale nie śmiem marudzić.

                                  


6. Ambulance Chasing (wykonanie z Union Chapel w Londynie, 1997)

Ambulance Chasing wylądował wyżej od wspomnianego przed chwilą Moonloopa głównie ze względu na to, że utwór ten w jakiejkolwiek wersji był grany przez krótki okres czasu (na raptem 20-stu koncertach). W tym wypadku, Theo Travis zagrał również w ostatecznej wersji studyjnej (która pojawiła się w końcu na Recordings, ale na tamtym etapie była mocnym kandydatem na utwór albumowy, a nawet tytułowy nowej płyty) co dodaje smaczku temu jednemu wykonaniu z nim w składzie. Muzyk dużo tu improwizuje (zarówno na flecie jak i na saksofonie) co działa również na resztę zespołu, która pozwala sobie zaszaleć. Podobnie jak w przypadku Moonloopa z tego koncertu, powstała wersja wyjątkowa. Uwieczniono ją na średniej jakości bootlegu.

                                  


5. Stars Die


Możecie się dziwić co Stars Die robi tak wysoko, ale zaraz wytłumaczę dlaczego tak jest. Czasami nagrywając lub wykonując utwór chwyta się pewne momentum, które jest później bardzo trudne lub niemożliwe do odtworzenia. Stars Die jest tego dobrym przykładem. Przez wiele lat Porcupine Tree nie podjęli się wykonania tego utworu w pełnej wersji. Z różnych powodów.
W koncertowym składzie był tylko jeden gitarzysta (w studyjnym nagraniu są 3 gitary, czasami grające naraz), nie mówiąc nawet o partiach granych na flecie. Ponadto Wilson uparcie twierdził, że nie jest w stanie zaśpiewać tego na żywo ponieważ utwór charakteryzuje się eterycznym, niemal szeptanym wokalem na tle pełnego zestawu instrumentów. Coś takiego bardzo trudno jest odtworzyć poza studiem. Ze Stars Die nie dało się iść na kompromis taki jak z The Moon Touches Your Shoulder czy Waiting. Przynajmniej nie w tamtym czasie. Kiedy w końcu udało się opracować satysfakcjonującą wersję koncertową graną przez cały zespół, był już rok 2008. I mimo że te wykonania są wspaniałe (wersja z Octane Twisted to prawdziwy pokaz geniuszu nowej aranżacji), to jednak Wilsonowi głos się zmienił, skład zespołu się zmienił, minęło sporo czasu, itd.
Do czego zmierzam? Steven pokusił się kilka razy o akustyczne wykonanie Stars Die w czasach kiedy wspomniane momentum jeszcze się nad nim unosiło. Było ich kilka na krzyż, a jedno z nich SW odegrał na antenie Radia Rock w Rzymie w 1995, w towarzystwie Chrisa Maitlanda. Jest to zatem jedyne (bądź jedno z niewielu) wykonanie z Chrisem robiącym chórki i grającym na bębenku. I chyba najbliższe duchowo względem studyjnego oryginału. Całe szczęście, że transmisję ktoś nagrał i dzięki temu dostępne jest niezłej jakości uwiecznienie tej wersji w audio.

                                  


4. Stranger By The Minute

Stranger By The Minute przechodził dwie fazy obecności w repertuarze koncertowym Porcupine Tree. Najbardziej popularne wykonania pochodzą z dwóch koncertów specjalnych w 2010 roku, kiedy zespół zaprezentował pół-akustyczną, ale pełnozespołową wersję. To jednak nie był debiut tego kawałka. Kilka razy w 1999 roku, Steven Wilson zdecydował się zagrać ten utwór akustycznie (sam z gitarą) podczas koncertów PT. Tak się złożyło, że Stranger By The Minute wyszło akurat na singlu i, co Stefan podkreślał, było to dosyć dziwne z ich strony żeby nie grać kawałka wybranego do promocji. Zespół miał ewidentnie problem z ogarnięciem dobrej koncertowej aranżacji (podobnie jak w przypadku Stars Die) więc Wilson musiał zagrać sam. I zagrał. Przynajmniej na czterech koncertach w 1999 roku i te wykonania są uwiecznione na bootlegach (niezłej jakości). Co ciekawsze, na pewno istnieje oficjalne nagranie takiej wersji ponieważ jeden z koncertów, na których SBTM się pojawiło został na 100% zarejestrowany. Koncertowa wersja Tinto Brass z singla Pure Narcotic pochodzi właśnie z tego występu (z Southampton, 24.04.1999). Może kiedyś się doczekamy wydania całości.

                                  


3. Every Home Is Wired

Jedyny piosenkowy utwór z Signify, z którym Porcupine Tree tak się ociągali i ostatecznie nigdy w pełni nie zagrali. Pomijając fakt, że druga część wersji studyjnej, to dolepiona improwizacja z kosmosu, nawet akustyczne wykonania okazały się rzadkością. Tak naprawdę mówimy tutaj o dwóch koncertowych prezentacjach na dwóch (z trzech) koncertach w Rzymie w marcu 1997 kiedy zespół nagrywał materiał na Coma Divine. Muzycznie trudno tutaj o obfity opis, SW gra to sam na gitarze akustycznej, a Chris Maitland robi chórki. I tyle. Całe dwa wykonania w historii koncertów Porcupine Tree. Ja posiadam jedno z koncertu z 26-tego marca i jest ono przycięte, a jego brzmienie łagodnie mówiąc nie zachwyca. Oprócz tego jest nagranie z próby przed koncertem i o dziwo jest doskonałej jakości (ale nie mogę tego policzyć jako publiczne wykonanie koncertowe).

                                  


2. Cryogenics

Długo się zastanawiałem nad obsadzeniem dwóch pierwszych miejsc, ale ostatecznie Cryogenics wylądowało na drugi miejscu, głównie ze względu na to, że wykonań było więcej niż Voyage 34 (Phase II), a dostępność i kompletność nagrań jest zadziwiająco duża. O kompozycji tej pisałem już bardzo dużo w cz.3 tekstu o Signify Tour i w tekście o The Sky Moves Sideways Tour, ale w skrócie – jest to nieco bardziej uporządkowana wersja improwizacji Mesmer III z Metanoi, zawierająca pewne nowe elementy. Istnieją dwie formy Cryogenics. Pierwsza, tak zwana długa, została zaprezentowana raz w 1995 roku w Northampton 11.10.1995 roku.

                                  

Zawierała nawet bardzo krótki, instrumentalny cytat z utworu Wake As Gun. Całość trwała ok. 5 minut. Druga wersja – krótka – została przygotowana z myślą o koncertach we Włoszech w pierwszej połowie 1997 roku i miała uświetnić koncerty rejestrowane na potrzeby wydania Coma Divine (dla którego Cryogenics miało być ekskluziwem). Porcupine Tree wykonali kawałek na wszystkich włoskich koncertach. Usunięto wstawkę z Wake As Gun i kilka innych elementów, a całość przechodziła niemal płynnie w Dark Matter. Ostatecznie SW uznał, że średnio im to wyszło i na Coma Divine nic się nie pojawiło. Co takiego jest w tym utworze, że znalazł się tak wysoko na liście? A to, że jest to jedyny przypadek kiedy Porcupine Tree wykonywali na koncertach utwór, który nigdy nie doczekał się wersji studyjnej (powiedzmy, że nie liczymy Mesmer III bo to mimo wszystko daleki krewny). Wbrew temu co uważa Stefan, Cryogenics to nie było takie barachło, zwłaszcza w pełnej wersji z 1995 roku. I może nie był to też najlepszy utwór napisany w tamtym czasie, ale z pewnością wart jest poznania. Na szczęście wykonanie z 1995 roku oraz większość (o ile nie wszystkie) z 1997 zostały zarejestrowane i są (mniej lub bardziej) dostępne w internecie. Wprawdzie jakość nie zrywa papy z dachu, ale podobnie jak w przypadku koncertu z Union Chapel, nie ma co się pastwić bo mogło nie być nic.

                                  


1. Voyage 34 (Phase II)

Król królów, mój oficjalny nr 1 jeśli chodzi o koncertowe rarytasy Porcupine Tree. I to w pełni zasłużony tytuł. Samo to, że przez lata uznawałem jego istnienie za żart, już o czymś mówi. Pierwsza faza Voyage 34 była stałym punktem programu w latach 1993 – 2001, ale druga pojawiła się w secie tylko trzy razy w ogóle. Długo nie byłem w stanie zweryfikować tego, czy tak rzeczywiście było, czy to się w ogóle wydarzyło. Niby była wzmianka na oficjalnej stronie PT, ale można tam znaleźć wiele błędów, literówek, a nawet dwa różne koncerty z taką samą datą. Brałem to „źródło” z pewną dozą rezerwy, ale jednak brałem. Kwestia rozwiązała się parę lat temu kiedy wpadły mi w ręce odpowiednie bootlegi (oraz informacje).
Voyage 34 (Phase II) miało swój debiut na koncercie, który zdobyłby prawdopodobnie pierwsze miejsce w kategorii „najbardziej enigmatyczny koncert Porcupine Tree” (możliwe, że taka lista powstanie). Występ ten odbył się w klubie Tic-Toc w Coventry, 11-tego grudnia 1993 roku. Był to jedyny koncert, który PT zagrali w niepełnym składzie (i jedyny koncert zagrany jako trio). Zabrakło Richarda Barbieri, który tego dnia był „niedostępny”. Trudno mi sobie wyobrazić jak to wyglądało (a raczej brzmiało) i dlaczego akurat ten dzień wybrali sobie na premierę drugiej fazy V34? Niestety na takie pytania trudno odpowiedzieć jeżeli brakuje nie tylko materiału audio/video, ale zwykłej relacji fana z tamtego dnia. Jedynie sucha informacja na stronie PT o nieobecności Ryśka, świadczy o tym, że był to koncert inny niż wszystkie. Bootlegu nie tylko nie posiadam, nie słyszałem/czytałem nigdy o istnieniu takowego. SW na pewno ma nagranie z konsolety w swoim zbiorze, ale czy z punktu widzenia zespołu jest to koncert, którego rejestracja powinna opuścić archiwum? Wątpię.
Na ponowne odegranie fazy drugiej nie trzeba było długo czekać, natomiast trzeba było być Holendrem, który akurat 7-mego stycznia 1994 r. zdecydował się być w klubie De Pul w mieście Uden.

                                  


Porcupine Tree odegrali wtedy obie fazy Voyage 34 obok siebie i istnieje z tego wydarzenia bootleg. Niestety słabej jakości, a co najważniejsze, urywa się po kilku minutach od wejścia drugiej fazy. Prawdopodobnie nagrywającemu skończyła się kaseta. Wiemy jednak mniej więcej jak zespół ogarniał wtedy temat tej kompozycji na żywo, a przede wszystkim to, że naprawdę to grali.
Ostatni raz jak dotąd miał miejsce podczas jednego ze słynnych koncertów w Rzymie, kiedy nagrywano Coma Divine. 26-tego marca 1997 roku, w klubie Frontiera, publiczność usłyszała fazę II na zakończenie drugiego z trzech występów, które się w tym czasie odbyły. Nagranie z publiczności istnieje, ale jest jeszcze gorszej jakości niż to z 1994 roku i urywa się jeszcze szybciej (ale cały bootleg jest mocno poszatkowany).


                                  


Tym samym wygląda to jak badanie archeologiczne. Dostajemy jakieś strzępy informacji, pewne namacalne (w tym wypadku słyszalne) dowody na istnienie tego i owego, ale reszty musimy domyślać się z kontekstu, bądź z kosmosu.

Warto jednak pamiętać, że te koncerty były profesjonalnie nagrywane (nie tylko na pamiątkę, jak większość pozostałych) i takie wielościeżkowe nagranie Voyage 34 (Phase II) istnieje i czeka na wydanie. Już wtedy, w 1997 roku, Steven Wilson zasugerował, że kiedyś mogą to wydać. Podejrzewam, że w końcu się tego doczekamy, w ten lub inny sposób.

To by było na tyle jeśli chodzi o top10 najrzadszych koncertowych wykonań kompozycji Porcupine Tree. Mam nadzieję, że pewnym osobom nie odebrałem przyjemności odkrywania tych skarbów samemu, ale podejrzewam, że większość z Was z ulgą przyjęła do wiadomości, że nie będzie musiała przeszukiwać całego internetu w poszukiwaniu materiału audio. Zebranie tych utworów zajęło mi całe lata, ale dzięki temu mogę teraz podzielić się tym wszystkim z innymi. Do następnego tekstu!

poniedziałek, 7 marca 2016

Mysteries of Steven Wilson cz.4 - Bo nie nosiłeś czapki.



Sobotni koncert Wilsona przejdzie do historii jako pierwszy pt. „SW and friends”. Stefan odwalił swój stały numer czyli przeziębił się. Już na wcześniejszym koncercie w Bostonie, z setu poleciały aż trzy utwory, bo Bosy źle się czuł, strzelał smarkami i rzęził. Jako, że Steven nie ma w zwyczaju odwoływać koncertów (
szacun dla Wilsona.), to na scenie w Nowym Jorku pojawił się naszprycowany paracetamolem, ale głosu niestety nie odzyskał, więc doszło do niecodziennej sytuacji, w której prawie cały koncert pociągnęli za niego koledzy (i koleżanka) z zespołu.
Tutaj możecie zapoznać się z tym, jak to wyglądało:

http://www.setlist.fm/setlist/steven-wilson/2016/beacon-theatre-new-york-ny-3bf08834.html

Dave Kilminster dzielnie odśpiewał dwa długasy 3 Years Older i My Book of Regrets, natomiast srogą część reszty wzięła na siebie Ninete, która akurat na tym koncercie miała wystąpić. Odśpiewała solo aż sześć utworów, a w kilku innych wspomogła Stefana (np. w Sleep Together, w którym do tej pory nie śpiewała nawet gościnnie). Sam Wilson zdołał wybekać cztery kawałki solo oraz jeden w duecie.
Do setu wciśnięto rzadko granego instrumentalnego Sectariana. Ostatni utwór – The Sound of Muzak – pociągnęła publiczność, razem z chórkami w wykonaniu Beggsa i taśmy z podkładem (nieładnie, Stefan).
Ludzie, którzy przyszli na ten koncert, byli świadkami czegoś niecodziennego i nawet im trochę zazdroszczę. Przy okazję nadmienię też, że to nie jest pierwszy raz kiedy Stefan wychodził na scenę pochorowany (chociaż nigdy do tego stopnia, że nie mógł śpiewać).
Regularnie docierają do fanów sygnały z trasy, że gdzieś tam Wilson nie wyszedł po koncercie bo miał gorączkę. W Polsce tez tak bywało. W 2009 roku, podczas koncertu Porcupine Tree we Wrocławiu, Bosy wyraźnie niedomagał i potem szybko zwiał do busa żeby się kurować. To samo było przy okazji koncertu w Łodzi rok temu. Dzień wcześniej w Krakowie ponoć posmarkiwał, a Wytwórni wyszedł na scenę tak nagrzany lekami, że prawie fruwał nad ziemią. Powiem szczerze, że jeszcze nie spotkałem się z muzykiem tak podatnym na wirusy. Koncerty w Polsce za miesiąc z hakiem, tak więc Stefan… noś czapkę, smaruj się Amolem, łykaj Rutinoscorbin, kup sobie Emu na te bosy stopy i nie łaź po dworze, bo potem publiczność będzie wyć The Sound of Muzak, i co będzie?

Na koniec kilka filmików z niesławnego koncertu sprzed kilku dni:

Sleep Together (Ninete powinna dostać baty na goły tyłek za ten refren)

                                     

Transience (już znacznie lepiej)

                                     

My Book of Regrets (Dave Kilminster ratuje sytuację)

                                     

Hand Cannot Erase z Ninete

                                     

Happy Returns (słychać, że Stefan ledwo ciągnie)

                                     

i wielki finał, The Sound of Muzak

                                     

Stupid Dream Demos, cz.2 : Piano Lessons


                                    

Piano Lessons, pierwszy singiel promujący Stupid Dream, należy do grona tych utworów z płyty, które powstały w pierwszym rzucie (a przynajmniej pierwszym poważnym). Jedyne dostępne demo znalazło się na kasecie 'Demo - Demos for the next studio album due in 1998, a jakiś czas później na bootlegu Ambulance Chasers.
Jak wszystkie wersje z tej kasety, Piano Lessons zostało nagrane przez samego Stevena Wilsona dorzucającego kolejne instrumenty do automatu perkusyjnego. Niektóre z tamtych demówek były już bardzo bliskie końcowym wersjom, ale w przypadku tej piosenki jest tego trochę więcej.
Podobnie jak This Is No Rehearsal, wczesna wersja Piano Lessons jest dłuższa o dobre 20 sekund. Ponownie istnieją spore przesłanki, że utwór został ciachnięty ze względu na kosmiczną długość albumu. Utwór wcale nie wydaje się być płynniejszy, ani zgrabniejszy ze względu na jego skrócenie, a urwane fragmenty
nie krzyczą całym sobą „jesteśmy tu bez sensu i zawalamy miejsce!”. Do tych fragmentów dojdziemy.

                                   

Pierwsze co uderza w demie Piano Lessons (poza drętwym, topornym automatem) to kompletnie zmieniony tekst.
W pierwszej wersji wyglądało to mniej więcej tak:

Check out the chains of silence,
Speeding like out of sphere,
Cracking all clouds above me,
Whenever you are here,

Trombone to
icy gardens,
Look lost in paper glow,
Cycling beyond the tundra,
Two swallows cut below.


Tyle udało mi się spisać, a i tak nie jestem pewien czy dobrze zrozumiałem, bo Stefan był chyba na totalnym kwasie kiedy to pisał. Nawet z kontekstu nie idzie dojść do tego, jak to powinno wyglądać. Później pojawiają się jeszcze wzmianki o tytułowych „piano lessons” i o Christine Keeler, ale w kompletnie innym znaczeniu. Ostatecznie z tego całego psychodelicznego pierdolnika zachował się nietknięty mostek i kompletny refren. Stefan wspominał, że wstępnie Piano Lessons był utworem z cyklu, do którego należą między innymi Linton Samuel Dawson czy Man of Wood. Nie będę się kłócił..

Jeśli chodzi o instrumentarium, to z pewnością w ostatecznej wersji uchowało się słynne pianino. Wilson sam przyznał, że próbował odtworzyć charakterystyczne brzmienie w studiu, ale bez sukcesów.
Oprócz tego większość gitar (głównie rytmiczna i slide) pozostała nietknięta, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. W trakcie pseudo solo w połowie utworu, Wilson dołożył w tle dodatkową partię gitary. Drobny, ale zauważalny dodatek. Syntezatorowe skrzypce zostały oczywiście zastąpione partiami granymi przez prawdziwą orkiestrę. Poza perkusją zagraną przez Chrisa i basie zdublowanym przez Colina, nie słyszę większej ilości różnic. Być może siedzą głębiej w miksie, o ile siedzą.

Co zatem zostało wycięte względem albumowego Piano Lessons?
W ostatecznej wersji Wilson zdecydował się wyciąć mostek przed drugim refrenem.
W demie, jest nadal nietknięty. Kolejny wycięty fragment znajduje się po pseudo solo w połowie utworu. Demo ciągnie się w tym miejscu trochę dłużej, wchodzą ostrzejsze gitary. Poza tym, wczesna wersja nie przechodzi płynnie w krótki utwór Stupid Dream, którego na żadnym zestawie dem nie ma.

Jak więc można podsumować przemianę jaką przeszło Piano Lessons od domowego dema (przerażająco kompletnego) do wersji, którą znamy na pamięć?
Stefan uciął około 20 sekund utworu, ale dołożył to i owo w warstwie instrumentalnej oraz napisał
nowe zwrotki tekstu niemal od zera (chociaż pewne wspólne mianowniki pozostały). Różnic jest wystarczająco dużo by uczynić z dema Piano Lessons ciekawy dodatek do dyskografii, coś do czego można wracać (choćby z uwagi na zmieniony tekst).

Ps.: koniecznie obejrzyjcie zamieszczony powyżej teledysk do PL (jeśli jeszcze go nie znacie). Jeden z niewielu (o ile nie jedyny) "konwencjonalnych" teledysków Porcupine Tree (sorry, Lasse), w których możemy zobaczyć członków zespołu.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Stupid Dream Demos, cz.1 : This Is No Rehearsal


                                        


Trudno powiedzieć kiedy dokładnie powstało demo This Is No Rehearsal. Utwór nie pojawił się na pierwszym zestawie znanym z bootlegu Ambulance Chasing
(a na oryginalnej kasecie jako 'Demo - Demos for the next studio album due in 1998) więc można założyć (choć wbrew pozorom to wcale nie takie oczywiste), że jeszcze wtedy nie istniał, a przynajmniej nie w kompletnej formie. Jeżeli uznać, że demo autorstwa samego Wilsona zostało nagrane wiosną lub w wakacje 1997 roku (tylko wtedy Stefan mógł mieć na to czas), to This Is No Rehearsal musiało już zostać napoczęte, a na pewno stało się to niewiele później ponieważ pod koniec października kawałek miał swoją premierę na koncertach. Kompozycyjnie był już gotowy, ze skończonym tekstem, a nawet z odtwarzaną z sekwensera gitarą akustyczną, która została nagrana w studiu. Jedyna dostępna wersja demo, mocno pokrywa się z wersją koncertową graną pod koniec 1997 r. i w połowie 1998 r. Obie różnią się od tej, którą znacie z albumu.


                                    

Demo This Is No Rehearsal jest dłuższe. Nie ma jakiegoś zaskakującego, nowego segmentu, ale tu i tam pewne fragmenty są rozwinięte. Wczesna wersja (podobnie jak koncertowa) zawierała między innymi dłuższe intro z szybką sekcją z przesterowaną gitarą. Finałowy mix jest krótszy o jakieś 23 sekundy. Nie wydaje się to dużo, dlaczego zatem dokonano cięć? Trudno powiedzieć, ale Stupid Dream było wynikiem bardzo płodnych sesji i kiedy przyszło do zamykania płyty, niektóre utwory trzeba było upychać kolanem, bo album był za długi. Pomijając kompletnie odłożone utwory, cała druga połowa Even Less została wycięta, a niektóre inne miały to i owo skrócone. W This Is No Rehearsal jest to ewidentne.
Oprócz tego, demo zawiera zupełnie inne solo. Na koncertach rozpoczynał je Rysiek na syntezatorze, a potem zmieniał go Stefan grając coś co niebezpiecznie zbliżało się do stylu Johna Wesleya. W demie mamy coś pomiędzy tym, a albumowym solem.
Jak już mówimy o Barbierim, to nie zdążył on jeszcze dołożyć swojego „świdrującego” brzmienia, które pojawia się w tym kawałku na albumie. Słychać natomiast organy Hammonda, na których (jak wynika z listy płac) grał właśnie Richard. Sekcja rytmiczna jest oczywiście obecna. Pozostałe elementy pozostały raczej niezmienione poczynając od tekstu, samego wokalu, basu, perkusji, a na mellotronie kończąc. Mamy tu zatem do czynienia z zaawansowanym 'work in progress'. „Długą” wersję grano na koncertach do maja 1998 r., zatem cięcia mogły zostać dokonane później. Z drugiej strony, This Is No Rehearsal nie wrócił już nigdy do repertuaru koncertowego więc trudno powiedzieć jak to faktycznie z nim było.

Z ciekawostek mogę dodać, że This Is No Rehearsal, był pierwszym koncertowym kawałkiem, który zawierał drugą gitarę z sekwensera. Do tego momentu, Stefan opierał się jak tylko mógł, nawet będąc zmuszonym do srogich zmian aranżacji niektórych kawałków (np. The Moon Touches Your Shoulder).

piątek, 26 lutego 2016

Stupid Dream Demos




Stupid Dream to płyta, która powstawała długo, ale krótko, w bólach, ale nie do końca. Materiał wypłynął w najbardziej płodnym okresie Wilsona (i mam na myśli płodność idąca nie tylko w ilość, ale i w jakość) i tym samym starczyło go na przynajmniej dwie płyty. Lepiej. Zanim album został wydany, większość utworów na Lightbulb Sun była już gotowa, zatem trzy płyty. Trzy płyty doskonałe. Ale skupimy się głównie na tej pierwszej. Stupid Dream. Stupid Dream.

W dzisiejszych czasach normą jest, że dema są szeroko dostępne i to w oficjalnym obiegu. Dołączane są do wydań deluxe (Wilson, King Crimson, Pink Floyd..), tworzą całe boxy (XTC), a często udostępniane są na sztuki poprzez takie strony jak Soundcloud, Bandcamp, itd.
Kiedyś było inaczej. Raz na jakiś czas jakiś zespół rzucił demem, ale większość wypływała ze studia w nielegalny sposób. Steven Wilson z początku dzielił się demami (np.: na Insignificance), ale potem zaczął się powoli z tego wycofywać.
I wtedy zwieracze puściły. O takich rzeczach jak znienawidzone przez Stefana, ale szalenie popularne Out Absentia będę pisał innym razem. Teraz czas Ambulance Chasers i jego bliźniaka pt.: Stupid Dream Demos (lub Stupid Demos).
Tak, z okresu nagrywania Stupid Dream wypłynęły dwa kompletne zestawy dem. Bardzo dużo dobrego.
Planowałem napisać o tym cały duży tekst, ale to by nie miało sensu. Byłby za duży i czekalibyście na niego do kwietnia. Pomyślałem, że każdemu utworowi poświęcę osobny wpis, opiszę jego przemiany w zależności od tego ile dem nagrano i czym one się różnią w stosunku do ostatecznych wersji z płyty.
Spędziłem ostatnie tygodnie na słuchaniu tego wszystkiego i badaniu każdego dźwięku. Czasami różnice są ledwo słyszalne, czasem bardziej. O każdym drobiazgu napiszę. Zanim zacznę, chcę przybliżyć Wam trochę materiał źródłowy (który pewnie wielu z Was zna).

                                                

Pierwszy zestaw dem znany jest pod tytułem Ambulance Chasers. Jest to komplet nagrań, które Steven Wilson przygotował głównie sam (przed sesjami z zespołem) i rozsyłał na kasetach, aby zwabić potencjalnych wydawców. Musiał to zrobić w pierwszej połowie 1997 roku (gdzieś pomiędzy mini-trasami we Włoszech).
Jest to niemal solowy album Stefana. Utwory zawierają automat perkusyjny i instrumenty nagrane tylko przez Wilsona (z wyjątkiem partii Theo Travisa).

01. Even Less (pełna wersja)
02. Piano Lessons
03. Baby Dream In a Cellophane
04. I Fail
05. Slave Called Shiver
06. Don't Hate Me
07. Disappear
08. Ambulance Chasers
09. Tin To Brass
10. Stop Swimming



Drugi zestaw dem, to już konkretniejsze przymiarki nagrane z udziałem zespołu. Trudno powiedzieć kiedy dokładnie tych nagrań dokonano, ale obstawiam końcówkę 1997 i pierwszą połowę 1998 r. (może nawet później).

                                                  
                                                     

Jako, że były spore problemy ze znalezieniem wydawcy (poprzedni – Delerium – odpuścił nie mając wystarczających środków na promowanie zespołu w odpowiednim stopniu), Porcupine Tree mieli aż nadmiar czasu żeby dopieszczać istniejące utwory (oraz dopisywać nowe). Nie każdy kawałek na tym demi brzmi tak jak na albumie. Niektóre nie różnią się wiele, ale są takie, które zaskoczą Was dosyć mocno.
O każdym elemencie, który wyłapałem, napiszę.

01. Even Less (I)
02. Pure Narcotic
03. Slave Called Shiver
04. Don't Hate Me
05. This Is No Rehearsal
06. Baby Dream In a Cellophane
07. Stranger By The Minute
08. A Smart Kid
09. Stop Swimming
10. Ambulance Chasing
11. Even Less (II)


Jak widać próbowano różnej konfiguracji tracklisty. Druga część Even Less przez długi czas plątała się w zestawieniu (czy to razem z pierwszą, czy osobno), podobnie jak pewne utwory, z których zrezygnowano i umieszczono potem gdzieś indziej (Ambulance Chasing, Disappear) lub całkowicie porzucono (I Fail). Istnieje jeszcze kompilacja zbierająca po trochu z obu zestawów, nazywa się Stupid Dream Demos 1998/1999 (choć powinno być 1997/1998).

                                                 

Postanowiłem przetasować trochę kolejność opisywania utworów aby zostawić trochę niespodzianek. Po weekendzie pojawi się wpis na temat pierwszego z nich. Do tego czasu polecam spędzić trochę czasu ze Stupid Dream!
                                                     


środa, 16 grudnia 2015

The Nostalgia Factory (1993 - 1994)

Opisałem ostatni jak dotąd rozdział koncertowej historii Porcupine Tree, czas zatem zwrócić się w kierunku początkom. A tam panuje chaos. Niewiadoma za niewiadomą. Z tego choćby względu zwlekałem z napisaniem tekstu na temat trasy, a raczej serii koncertów, które odbyły się na przełomie 1993 r. i 1994 r.
O dziwo zachowało się sporo materiału audio i video z tamtego okresu, ale jednocześnie brakuje kluczowych informacji co do wielu setlist. Pomyślałem jednak, że można tak czekać i czekać, a stosowne informacje mogą się szybko nie pojawić. Zweryfikowałem zatem co się dało i zabrałem się do pisania.

Początki koncertowej działalności Porcupine Tree to wynik serii przypadków. Kiedy Steven Wilson zaczynał tworzyć muzykę, którą ukrywał pod pseudonimem PT, to nie myślał za bardzo o tym, że kiedyś będzie musiał wykonywać ją na żywo. W tamtym czasie jedynym poważnym projektem w jego życiu był no-man (a raczej No Man Is An Island (Except The Island Of Man)) i to na nim koncentrował się SW do 1995 roku. W międzyczasie jednak produkował sobie w domu muzykę psychodeliczną, zahaczającą momentami o prog. Historię o wyimaginowanym zespole sprzed lat znają już chyba wszyscy. Kasety z nagraniami demo PT zaczęły odnosić skromny sukces w podziemnym kręgu słuchaczy muzyki psychodelicznej i tak znana i szanowana wytwórnia Delerium zaproponowała Wilsonowi skompilowanie najlepszych fragmentów tych kaset i wydanie ich na płycie. Tak powstało On The Sunday Of Life. I tak Porcupine Tree zaczęło istnieć. Niedługo po wydaniu kontynuacji pt.: Up The Downstair okazało się, że fanów enigmatycznego projektu jest już całkiem sporo i istnieje faktyczne zapotrzebowanie na koncerty. A koncerty to promocja. Steven zaczął się panicznie rozglądać za kimś z kim mógłby wtaszczyć muzykę Jeżodrzewia na scenę. Kto był w zasięgu?
Był stary kolega ze szkoły – Colin Edwin – który doskonale grał na fretlessie oraz kontrabasie. Był Richard Barbieri, którego Wilson poznał kiedy trio JBK (Jansen-Barbieri-Karn), czyli to co pozostało po zespole Japan, zgodziło się uzupełnić skład no-man w 1992 roku (Rysiek zagrał też na płycie Up The Downstair). Był też Chris Maitland, którego Wilson poznał w podobnych okoliczność kiedy w 1993 r. Chris stał się koncertowym perkusistą no-man oraz zagrał na wydanej w 1994 r. płycie Flowermouth. To grono, jak się wydaje, przypadkowych ludzi okazało się być bardzo zgranym zespołem, któremu udało się wynieść muzykę Porcupine Tree na wyższy poziom niż sugerowały domowe zabawy Wilsona z końca lat 80-tych.

Koncerty z przełomu lat 93/94 opisuję jako trasę ponieważ nie za bardzo mam inne wyjście. Regularnych występów było raptem 5, do tego możemy dodać sesję w radiu BBC. Liczę koncerty zagrane w 1993 roku i w pierwszej połowie 1994. Dwa lata temu (w jednym z pierwszych tekstów jakie opublikowałem) opisując The Sky Moves Sideways Tour zdecydowałem, że wcielę jesienne koncerty z 1994 roku do tej trasy jako, że zespół promował wtedy singla Stars Die/Moonloop, który stanowił wstęp do płyty TSMS (grali wtedy Moonloop i Is...Not). Tak naprawdę jednak, to była trasa przejściowa zatem pod koniec tekstu dam linka do opisu Moontour, aby obraz był pełny.

Z 6 występów jakie Porcupine Tree zagrali w ramach nieformalnej trasy „Up The Downstair”, 5 koncertów zostało w jakiejś formie zarejestrowanych. Wyjątkowo będę opisywał bootlegi zaraz obok opisów samych koncertów (o ile jest co opisywać), bo jest tego tak mało.

Pierwszy w historii koncert Porcupine Tree miał miejsce 4 grudnia 1993 roku w High Wycombe w klubie Nags Head. Niewiele wiadomo o tym występie, niewiele wiadomo o frekwencji (chociaż oczywiste jest to, że tłumów nie było), nie są mi znane żadne ciekawe anegdoty w związku z nim. Jest za to setlista:

01. Voyage 34 (Phase I)
02. Always Never
03. The Nostalgia Factory
04. Burning Sky
05. Radioactive Toy
06. Fadeaway
07. Up The Downstair
……….
08. Not Beautiful Anymore


oraz kilka nagrań, ale o nich później. Repertuar jest dosyć interesujący i przyznam, że nadal nie jestem w 100% przekonany, że tak to wyglądało. Zdaję sobie sprawę, że taka setlista widnieje nawet na oficjalnej stronie PT, ale tam też pojawiają się błędy.
Uznajmy jednak, że tak to faktycznie wyglądało. The Nostalgia Factory oraz Fadeaway, to utwory, które zaliczyły prawdopodobnie pojedyncze wykonania i z różnych powodów zostały odłożone na półkę. Ten pierwszy powrócił w 1996 roku na serię koncertów promujących singla Waiting, natomiast Fadeaway pojawiło się dopiero w 2000 roku. Póki co możemy sobie tylko wyobrażać jak mogły brzmieć podczas dziewiczego występu Porcupine Tree. Reszta setlisty jest dosyć typowa dla tamtego okresu, większość pochodzi z Up The Downstair.
Koncert ten jest najlepiej i najpełniej zarejestrowanym występem PT z 1993 roku, a raczej najpełniej dostępnym, bo rejestrowano wszystko jak leci. Trzeba sobie jednak taki zestaw poskładać samemu. Na Voyage 34 (Phase I) musieliśmy czekać 20 lat. Aby uczcić tę okrągłą rocznicę, Steven Wilson zaszalał i udostępnił na swoim Soundcloudzie właśnie ten utwór, pierwszy z pierwszego koncertu PT. Napisał również kilka słów:

It's mind blowing for me to realise that it is almost exactly 20 years since Porcupine Tree made their first ever live appearance, at a small club called the Nag's Head in High Wycombe, UK on the 4th December 1993. To commemorate the anniversary here is a recording from the archives of the first song played at that first ever show, the Van Der Graaf Generator / Dead Can Dance sampling, David Gilmour meets The Orb fusion of Voyage 34 (years before he did actually collaborate with The Orb!), the birth of PT as a band and a performing entity. It was recorded straight from the mixing desk so the balance is a bit strange, but actually considering how nervous we must have all been, it's not bad at all.





Dzięki Steven! Przyznam, że udostępnienie tego nagrania, to jednak z najfajniejszych rzeczy jakie Wilson zrobił przez ostatnie kilka lat ;) Samo Voyage 34 z Nags Head zdradza, że zespół faktycznie się trochę denerwował. W kilku momentach można usłyszeć kiksy, ale to nie ważne! Steven Wilson wyciągnął dużą wiedzę z tras no-man (z 1992 i 1993 roku) na temat tego jak grać do sekwensera i jednocześnie trzymać wszystko w kupie. Chris Maitland (z wielkimi słuchawkami na uszach) też przeszedł wcześniej swój chrzest bojowy.
W tym samym czasie, trochę cichaczem, został też udostępniony Burning Sky z Nags Head. Żeby go usłyszeć trzeba się zarejestrować na stronie SWHQ w dziale SWST. Jest tam kilka ciekawych rzeczy, w tym wspomniane nagranie.
Ponadto, 3 kawałki (Radioactive Toy, Up The Downstair i Not Beautiful Anymore) są szeroko dostępne na mini-albumie koncertowym Spiral Circus, który został wydany jeszcze w 1994 r. (w bardzo małym nakładzie).

Jako, że Steven Wilson miał już sprzymierzeńców w radiu BBC, tak też Porcupine Tree udało się zagrać mikołajkowy set u Marka Radcliffe'a. Zestaw utworów składał się z:

01. Radioactive Toy
02. Burning Sky
03. Always Never


Burning Sky zostało podzielone na dwie części (prawdopodobnie ze względu na toporną długość),
między którymi przeprowadzany był wywiad. Sesja przebiegła pomyślnie, a jej rezultat jest szeroko dostępny na bootlegach (jak zresztą wszystkie pozostałe sesje dla BBC). Ponadto pierwsza połowa Burning Sky oraz całe Always Never znalazły się na wspomnianym Spiral Circus.


Następny koncert (drugi pełny) odbył się w klubie Borderline w Londynie (7 grudnia). Pierwszy koncert w stolicy i znów dziwaczna setlista:

01. Burning Sky
02. Voyage 34
03. Radioactive Toy
04. Up The Downstair
05. Linton Samuel Dawson


Gryzie mnie ten Linton, nie ukrywam. Tym razem na stronie PT nie ma słowa na temat setlisty z tamtego wieczora, najwyraźniej musi istnieć bootleg, którego ja nie posiadam (większość bootlegów opisanych jako Borderline 1993, to bezczelnie skopiowane Spiral Circus z wyciętym Always Never).
Z Londynu 1993 udostępniono teoretycznie dwa utwory, ale praktycznie jeden. Wynika to z tego, że na Spiral Circus pojawiła się tylko druga połowa Burning Sky (pierwsza pochodzi z wykonania w BBC) oraz druga połowa Voyage 34 (Phase I) (pierwszej nie ma w ogóle). Zwłaszcza ten drugi przypadek wydaje mi się dziwny. Do 2013 roku podejrzewał, że być może w takiej formie Voyage 34 było grane w 1993 r., ale wrzucone przez Wilsona wykonanie z Nags Head rozwiało te wątpliwość. Dlaczego wycięto połowę utworu? Ze względu na brak miejsca na nośniku? Nie wiadomo.

Koncert, który odbył się 11 grudnia w Coventry, w klubie Tic-Toc, to jeden z najbardziej enigmatycznych koncertów Porcupine Tree w historii tego zespołu. Informacje są szczątkowe, ale wiadomo dwie istotne rzeczy.
Po pierwsze, Richard Barbieri nie wziął udziału w imprezie ponieważ był „niedostępny”. Po drugie, akurat ten dzień PT wybrali sobie na koncertową premierę Voyage 34 (Phase II).
Nic innego nie wiadomo. W obiegu nie ma żadnych nagrań, żadnych relacji naocznych świadków, ani tym bardziej żadnych zdjęć. Był to ostatni koncert PT w 1993 roku i przeszedł do historii jako jedyny zagrany jako trio.
1994 rok rozpoczął się dla zespołu pierwszą poważną wycieczką zagranicę.
Pierwszymi szczęśliwcami z Europy, którzy mieli jaja żeby zaprosić Porcupine Tree byli oczywiście Holendrzy. Przez wiele lat, to właśnie Holandia była główną przystanią PT podczas koncertów odbywających się poza Wielką Brytanią.
7 stycznia zespół zagrał koncert w Uden (w klubie De Nieuwe Pul). Nie wiem jakie były okoliczności zaproszenia PT do Uden, nie wiadomo czy był to festiwal czy pojedynczy koncert, ale na pewno można odrzucić opcję supportu, bo odpowiednia adnotacja pojawiłaby się w tym miejscu na stronie PT.
Zespół zaprezentował:

01. Up The Downstair
02. Radioactive Toy
03. Burning Sky
04. Always Never
05. Voyage 34 (Phase I)
06. Voyage 34 (Phase II)


Holendrzy nie zdawali sobie pewnie wtedy sprawy z tego jaki prezent dostali. Od tamtej pory, Voyage 34 (Phase II) zostało chyba wykonane tylko raz przy okazji koncertu w Rzymie na początku 1997 roku.

Z tego występu pochodzi bardzo średniej jakości bootleg, ale jego wartość historyczna jest olbrzymia (pierwszy koncert PT za granicą, drugie z trzech wykonań Voyage 34 2). Niestety najbardziej pożądany utwór tego nagrania urywa się w połowie (podobnie jak jego następca z 1997). Pozostaje mieć nadzieję, że wszystko leży w archiwach Stevena Wilsona i kiedyś zostanie w jakiejś formie udostępnione. Istnieje również nagranie wideo. Jakość dźwięku jest odrobinę lepsza, obraz zgrywany z dwóch kamer (ale głównie użyta była jedna). Niewiele widać, kopia z vhs jest nadgryziona. Co ciekawe, jest to oficjalne nagranie Delerium (oczywiście istniejące tylko w celach promocyjnych). Niestety również ma ucięte Voyage 34 (Phase II).


                                 


                                 


                                 


Ostatni koncert, który odbył się w tej połowie roku również odbył się w Holandii i również w Uden, ale przy zupełnie innej okazji. Tym razem, Porcupine Tree zostali zaproszeni na festiwal rocka progresywnego Planet Pul, który odbywał się na stadionie De Kuip. Oprócz Jeżodrzewia, tego dnia wystąpili również Now (z Belgii) oraz IQ (prawdopodobnie jako gwiazda wieczoru). Porcupine Tree zagrali w dzień, do tego tęgo lało przez cały ich set, a garstka ludzi pod wielką sceną na stadionie wyglądała dosyć komicznie (zaraz napiszę skąd to wszystko wiem).
Setlista była krótka (jak to na festiwalu):

01. Up The Downstair
02. Always Never
03. Radioactive Toy
04. Burning Sky
05. Not Beautiful Anymore


Otóż wszystko o czym pisałem powyżej można zobaczyć na profesjonalnym nagraniu wideo z tego koncertu. Jest to najwcześniejsza tego typu rejestracja występu PT. Możemy zobaczyć Stefana w pasiastej koszulce, ogolonego Colina (!!!!), oraz poobserwować jak zespół stresował się na zapleczu. Z tego wideo pochodzi również doskonałej jakości audio. Zespół był znacznie bardziej rozgrzany (mimo prawie półrocznej przerwy w graniu koncertów) i muszę przyznać, że wracam do tego bootlegu regularnie.


                                    


                                    

                                    

                                    

                                    

                                    


I to tyle. Kolejna regularna seria koncertów rozpoczęła się w październiku i napisałem o niej trochę tutaj:

http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2013/11/the-band-moves-sideways-1994-1995-cz1.html

Do ugruntowanej już setlisty (choć bez niespodzianek w stylu Voyage 34 I,II, Linton Samuel Dawson, Fadeaway czy tez The Nostalgia Factory) doszły premierowe kompozycje Is...Not i Moonloop co na 7 utworów w setliście dawało 5 instrumentalnych (tak to kiedyś było w PT).
Co mogę napisać na koniec tekstu o tych dziewiczych wczesnych występach Porcupine Tree? Narodziło się wtedy „Porcupine Tree – zespół”, którego skład zdeterminował drogę ewolucji Jeżodrzewia na wiele kolejnych lat. Wczesne występy nadal owiane są gęstą mgłą tajemnicy, brakuje materiału wideo czy chociaż większej kolekcji zdjęć z tych najwcześniejszych koncertów w 1993 roku. Brakuje również nagra
ń wykonanych wtedy rarytasów jak Linton, Nostalgia Factory, Fadeaway czy porządnej jakości (i w całości) Voyage 34 (Phase II), czy jakiejkolwiek pamiątki po jedynym występie jako trio (przy czym klawisze leciały pewnie z sekwensera).

Tak więc w tym okresie PT zagrali:

3 utwory z "On The Sunday Of Life" (Linton Samuel Dawson, The Nostalgia Factory i Radioactive Toy)
5 utworów z "Up The Downstair" (Up The Downstair, Burning Sky, Fadeaway, Not Beautiful Anymore i Always Never)
2 utwory z "Voyage 34" (Phase I i Phase II)


Ludzie, którzy z jakiegoś powodu wybrali się wtedy, na któryś z tych koncertów mogą uważać się za wybranych. Nam pozostają bootlegi i radość z tego, że właśnie tych czterech facetów zdecydowało się wtedy na wspólną grę.

wtorek, 8 grudnia 2015

Tim Bowness - wywiad dla SWL (2015)



Tim Bowness, znany fanom Stevena Wilsona jako jego partner w zespole no-man, pierwszego poważnego projektu z jego udziałem. Początki kariery Tima sięgają wczesnych lat 80-tych kiedy zaczął występować i nagrywać z różnymi zespołami np.: Still, Always The Stranger i After The Stranger, a później z Plenty. W latach 90-tych był liderem grupy Samuel Smiles i współzałożycielem Darkroom, a w latach 2000-nych wydał płyty z Peter Chilversem, Giancarlo Errą oraz estońskim duetem jazzowym UMA.
Aktualnie reaktywował rozpoczęto nieśmiało ponad 10 lat temu karierę solową.

Wywiad został przeprowadzony mailowo 26 lutego 2015 r.

Jako, że nie ma możliwości skontaktowania się z Timem bezpośrednio, pytania przekazał Tony Kinson, który odpowiedzialny jest za prowadzenie oficjalnych stron no-man i Tima, profili na fejsie i wszelkiej maści blogów. Facet wykonuje świetną robotę i należy mu się wielkie uznanie oraz, z mojej strony, podziękowania za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu. Kiedy rozmawiałem z Timem osobiście w sierpniu, zapewnił mnie, że zawsze czyta komentarze pod postami zatem wie co się dzieje i jak fani reagują na informacje podawane na stronach.
Podkreślam, że wywiad został przeprowadzony w lutym zatem pytania o trzecie solo i wydanie go w 2016 r. może się teraz wydawać śmieszne. Niestety praca nad tekstem o trasie pochłonęła więcej czasu i nie wszyscy odesłali mi odpowiedzi w lutym ze względu na brak czasu.



1. no-man zmienił się od ostatniej dużej trasy w 1993 roku. Teksty są o wiele bardziej osobiste na ostatnich kilku płytach i śpiewanie ich przed publicznością musi być dla Ciebie emocjonalnym wyzwaniem. Czy jest to wyczerpujące doświadczenie? Jak radzisz sobie wyrwany ze swojej strefy komfortu, śpiewając te teksty przed ludźmi, którzy czasem śpiewają je z Tobą?

Czasami to trudne, a czasami nie, jeśli mam być szczery. Dla mnie, w trakcie koncertu, wiele zależy od tego jaka jest atmosfera danego wieczoru. To połączenie nastroju w jakim jestem, komunikacji zespołu na scenie i tego jak reaguje publiczność. Te czynniki determinują sukces całego występu.


Zawsze staram się pozostać w 'strefie lirycznej' kiedy śpiewam na żywo więc panuje wtedy uczucie poddania się zawartości tekstów. Ostatecznie, gdy coś idzie dobrze, nigdy nie jest wyczerpujące. Jeśli idzie źle, to czuję raczej lekkie zmęczenie.


Preferuję dwa bardzo różne rodzaje występów. Lubię zespołowe koncerty z zaangażowaną publicznością (to zawsze niezwykłe przeżycie odbić się od entuzjazmu dużej widowni) oraz intymne występy w teatrach gdzie każdy muzyczny detal jest doskonale słyszalny (np. koncerty w duecie z Peterem Chilversem).



2. Lubisz odświeżać starsze kompozycje (w studio lub na koncertach) aranżując muzykę na nowo lub zmieniając/uzupełniając teksty (jak w "My Revenge On Seattle", "Lighthouse" lub w niewydanym "Love You To Bits") co jest fascynujące. Myślisz o swoich piosenkach jak o wpisach z pamiętnika, których nie boisz się zmieniać po wielu latach?


Nie boję się zmieniać tekstu jeśli można w nim coś poprawić.
Aktualne koncertowe wersje utworów, o których wspomniałeś, są takie jakie byłyby gdybym teraz nagrywał je pierwszy raz.


Czasami kiedy patrzysz na stary tekst mając za sobą dystans dekady, widzisz pewne wpadki i niedojrzałość w sposób, który nie był możliwy kiedy piosenka była pisana.
W kontekście występu na żywo, lubię patrzeć na piosenki jak na dzieła, które zawsze są w trakcie tworzenia i stają się lepsze i bogatsze z czasem.


3. W setliście no-man z 2012 r. znajdziemy utwory z prawie każdej epoki zespołu. Spontaniczne wykonanie "Houseviwes Hooked On Heroin" (lub "Housekeeping" w 2008) nasuwa pytanie: czy na próbach przed trasą pojawiły się utwory, które ostatecznie zostały z jakiegoś powodu odłożone lub kompletnie porzucone? Czy padły jakieś niezwykłe typy jak "Only Baby" czy "Hit The Ceilling"?

Z pewnością próbowaliśmy Heaven's Break i Break Heaven. W Heaven's Break nie udało się odtworzyć gracji i lekkości, które ten utwór w oryginale posiadał, zaś Break Heaven brzmiało zbyt nie na miejscu w stosunku do reszty materiału, który wykonywaliśmy. Próbowaliśmy też Shell Of A Fighter z Flowermouth i Chelsea Cap. We wszystkich wspomnianych przypadkach, materiał nie wydawał się wystarczająco elastyczny w porównaniu z utworami, na które się zdecydowaliśmy. Nie dawał nam wystarczająco miejsca dla spontaniczności i nie wydawało się by działał na naszą korzyść.



4. Jak wyglądało życie w trasie z zespołem no-man? Co lubisz robić w jej trakcie i czy lubisz podróżować w ten sposób?


Dużo rozmawiamy!
Dobre jest to, że na co dzień świetnie się dogadujemy. Na trasie 2012 było 8 mężczyzn upchniętych w małej przestrzeni. Krótko mówiąc, potencjalna recepta na katastrofę! Rozmawialiśmy o muzyce, polityce, życiu, stworzyliśmy dla zabawy podcast komediowy na temat trasy i wszyscy uczestniczyliśmy w niekończących się muzycznych quizach oraz teście wiedzy o Hobbicie (autorstwa Stevena Wilsona), który wygrał Stephen Bennett!
Wszystkim nam się to doświadczenie podobało.



5. Mimo tego, że w piękny sposób opisałeś już swoje wrażenie z koncertu w Krakowie w swoim internetowym pamiętniku z trasy, muszę zapytać raz jeszcze! Po prawie trzech latach, jak wspominasz pierwszy koncert no-man w Polsce?


Był świetny. Publiczność i całe przeżycie było lepsze niż ktokolwiek z nas sobie zamarzył (oprócz Stevena, który grał już w Krakowie). Entuzjazm i ciepło bijące od Polskiej publiczności było naprawdę wzruszające. Nie pamiętam czy zagraliśmy idealnie, ale ten koncert pozostaje dla mnie istotnym doświadczeniem.



6. Wiem, że sukcesor „Abandoned Dancehall Dreams” jest w fazie tworzenia. Twój drugi album solowy jest jednym z moich ulubionych płyt z twoim udziałem. Jak idzie nagrywanie trzeciego? Czy możemy spodziewać się premiery w 2016 roku?
Wiem też, że pracujesz nad innymi projektami jak nowa płyta duetu Bowness/Chilvers oraz tajemniczy album „Voiceloops”. Czy są jakieś plany w związku z nimi?


Trzeci solowy album jest już gotowy do wydania, właśnie go miksujemy. Liczę na premierę późnym latem 2015 r. Poniekąd, jest to kontynuacja tego co zapoczątkowałem na Abandoned Dancehall Dreams, ale myślę, że jest zdecydowanie bardziej dynamiczna i eklektyczna. Jest więcej gry zespołowej, prawdziwe instrumenty smyczkowe, akustyczne dodatki i większy kontrast między potężnymi, a stłumionymi partiami. Myślę, że Abandoned Dancehall Dreams dała mi pewność siebie aby tworzyć odważniejszą muzykę.


Nowy album Bowness/Chilvers również jest już w zaawansowanej fazie tworzenia. Dla mnie, podobnie jak California, Norfolk, posiada silną tożsamość albumu jako całości i spójność atmosfery. Nie jest dynamiczny ani eklektyczny, ale czuję, że to najlepszy zestaw piosenek jakie stworzyliśmy razem i zawiera kilka najbardziej poruszających piosenek jakie napisałem.

Projekt Voiceloops zostanie być może przywrócony do życia, ale nie mam teraz żadnych planów w związku z nim. Miałem całe godziny nagrań loopów wokalnych i udało mi się stworzyć cztery „voiceloopy” przy użyciu dźwięków znalezionych w moim domowym studio. Kiedy zmieniałem komputer i interfejs, straciłem „voiceloopy” 2, 3 i 4 więc momentów przepadło.

(SWL – na szczęście miałem na dysku Voiceloop 3, który kiedyś był dostępny na MySpace'sie Tima, więc chociaż jeden udało mu się odzyskać)



7. Uwielbiam czytać Twoje wpisy na stronie oraz teksty, które publikujesz na blogu „Speak”. Świetnie operujesz słowem, Twoje zabawne i błyskotliwe metafory zawsze budzą mój uśmiech. Rozważałeś kiedyś napisanie książki o swoim życiu, doświadczeniach i obserwacjach?


Pisanie bloga daje mi dużo radości i czasami myślę, że byłoby miło złożyć z tego wyczerpującą książkę na temat moich płyt, która stanowiła by rozbudowanie dla istniejących już publikacji i popchnęła je w nieco bardziej autobiograficzne rejony. Mam nadzieje, że byłaby również dobrym wyjaśnieniem dlaczego tworzę taką, a nie inną muzykę i jakie stoją za nią inspiracje.



8a. Nie mógłbym nie wykorzystać tej okazji i nie zapytać o konkretny utwór. "Samaritan Snare" z kompilacji "Lost Songs Vol. 1", to jeden z moich ulubionych utworów no-man i jeden z najbardziej enigmatycznych w ogóle! Powiedz mi coś więcej na jego temat? Dlaczego został „zagubionym utworem”?


Również go lubię. Został napisany zaraz po nagraniu materiału na Wild Opera. Wydaje mi się, że doszliśmy do wniosku, iż brzmi zbyt podobnie do Sinister Jazz, aby umieszczać go na ep Dry Cleaning Ray oraz nie pasował do tego co napisaliśmy na Returning Jesus. Tekst posiada wrażliwość Wild Opery gdzie humor spotyka się z mrocznymi emocjami. Muzycznie, to interesujące połączenie jazzu, Pink Floyd-owskiego bluesa i muzyki eksperymentalnej z połowy lat 90-tych, które ostatecznie brzmi bardzo jak no-man. Cieszę się, że udało się w jakiś sposób wydać ten utwór.



8b. Myślę, że „Lost Songs Vol. 1” zasługuje na osobny wpis na blogu „Speak”. Oraz na drugą część!


Kto wie, jedno i drugie może się wydarzyć!



....................................................
wersja oryginalna
....................................................



1. no-man has changed since the last huge tour in 1993. The lyrics are much more personal on the last few albums, and singing those songs in front of the audience must be quite emotional for you. The 2012 no-man tour setlist starts with "Together We're Stranger" section with the title track and "All The Blue Changes" played in a row. Was it an exhausting experience for you? How you cope with being taken out of your comfort zone, singing those emotional songs in front of people who sometimes sing the lyrics with you?


Sometimes it’s difficult and sometimes it isn’t, to be honest. For me, when playing live, a lot depends on how things feel on the night. It’s a combination of the mood I’m in, the way the band are communicating and how the audience respond that determines the success of the performance.


I always try and put myself in the ‘lyrical space’ whenever I sing live, so there is a sense of submission to the lyrical content. Ultimately, if something goes well, it never feels exhausting. If things are going wrong, there’s little that feels as tiring!


I prefer two types of very different performances - I like ‘band' gigs with a receptive audience (it’s always a thrill to bounce off the enthusiasm of a large crowd), and I also really like intimate theatre performances where every musical detail is clearly audible (such as the Bowness/Chilvers duo dates).



2. You seem to constantly re-invent your back catalogue in studio and in concerts by re-arranging the music and changing/adding new lyrics (like on "My Revenge On Seattle" and "Lighthouse", or unreleased "Love You To Bits") which is fascinating. Do you think of your songs as diary entries you're not afraid to change after many years?


I’m not afraid to alter lyrics if I think they can be improved upon.

The later live versions of the songs you mention are how they’d be if I was recording the songs for the first time now.


Sometimes, seeing old lyrics from the distance of a decade or more, you can see the flaws or the immaturity in a way that wasn’t possible when the songs were being written.

In a live context, I’d like to see the songs as being works in progress that are hopefully getting better and richer as time goes by.




3. The 2012 tours setlist draws from nearly every stage of no-man's history. Still, the impromptu performance of "Housewives Hooked on Heroin" (and "Housekeeping" in 2008) begs the question: were there any songs rehearsed before the tour but ultimately shelved or completely abandoned for some reason? Were there any unusual setlist ideas like "Only Baby" or "Hit The Ceilling" (I love those songs)?



We definitely tried out Heaven’s Break and Break Heaven. Heaven’s Break didn’t feel as graceful or light as it should have done and Break Heaven sounded very out of context with the other material we were performing. We also tried out Shell Of A Fighter from Flowermouth and Chelsea Cap. In all the aforementioned cases, the material didn’t seem as flexible as the material we eventually chose. They didn’t allow for much spontaneity and we didn’t feel they played to the band’s strengths.



4. What about no-man's 'tour bus life'? What kinds of things do you like to do on tour to pass the time? Do you enjoy traveling on tour?


We talk a lot!

The good thing is that we all get on very well socially. On the 2012 tour, there were 8 men packed into a very small space. In other words, a potential recipe for disaster! As it was, we talked about music, politics, life, created a fake comedy podcast about the tour, and all joined in endless music quizzes and Steven Wilson’s Hobbit Test (won conclusively by Stephen Bennett!).

We all really enjoyed the experience.



5. Even thought you beautifully expressed your feelings about the Kraków show in your tour diary, I can't help asking about it once more! Two and a half years later, how you remember the first concert of the tour which was also the first no-man concert in Poland?


It was great. The audience and the experience was better than any of us had hoped for (other than Steven, who’d played in Krakow before).

The enthusiasm and the warmth of the Polish audience was genuinely touching. I can’t remember if we got it 'right on the night’, but it remains a live highpoint for me.



6. I know that "Abandoned Dancehall Dreams" follow-up is on the way. Your second solo album is one of my favorite TB-related albums, it's up there with "Together We're Stranger". What is the status of the third one? Can we expect early 2016 release date? Also, I know there are many other Tim Bowness related projets shaping (like Bowness/Chilvers) but the most mysterious one is your "Voiceloops" album (I still have "Voiceloop 3" on my iPod). Are there any plans to release it?


The third solo album is nearly ready for release and is currently being mixed. I’m hoping for a late Summer 2015 release date. In some ways, it carries on from where Abandoned Dancehall Dreams left off, but I feel that it’s even more dynamic and eclectic. There’s more of the band and more real string and acoustic contributions as well, so there are greater contrasts between the powerful and the subdued. Abandoned Dancehall Dreams gave me the confidence to create a bolder type of music, I think.


The Bowness/Chilvers album is also at an advanced state. For me, like California, Norfolk, it has a strong album identity and consistency of tone. It’s not dynamic and eclectic, but I feel it’s the best set of songs we’ve come up with as a duo and features a couple of the most heartbreaking songs we’ve written.



The ‘Voiceloops' project may be resurrected, but there are no immediate plans. I’d recorded hours of solo vocal loops and then created four Voiceloops with found sounds pieces on my home studio. When I changed my computer and interface, I lost Voiceloops 2, 3 and 4, so the momentum was destroyed.



7. I love reading your diary and your "Speak" blog entries. You are an incredible wordsmith, your funny and wise metaphors make me smile every time. Have you ever thought about writing a book about your life, music, experiences and observations? It would be an instant classic!


I’ve really enjoyed writing the blog and I’ve sometimes thought it might be nice to put together a comprehensive ‘Album Notes’ book that elaborates further on the Speak entries and takes them more into autobiographical territory. I’d hope it could work well as an exploration of why I make the music I make and what the inspirations are behind it.


8a. I can't miss the opportunity to ask you about one particular song. "Samaritan Snare" from "Lost Songs Vol.1" compilation is one of my favorite no-man songs and one of the most enigmatic of all! What an amazing track it is. It has a "Wild Opera" vibe to it but yet, it hints "Returning Jesus" quite clearly. Please, tell me something more about this gem, and why it eventually became a "lost song”?


I like it too. It was written just after the time of the Wild Opera recordings. I think we decided that it was too close to Sinister Jazz to go on Dry Cleaning Ray and that it didn’t fit with what we’d written for Returning Jesus. The lyric had the Wild Opera sensibility where humour collided with dark emotions. Musically, it’s an interesting combination of Jazz, Pink Floyd-ian Blues and experimental mid-1990s music that sounds very like no-man in the end. I’m glad it got released in some way.


8b. I really think "Lost Songs Vol.1" deservers a full entry at the "Speak" blog. And a second volume, I guess!


Who knows, both may happen!