czwartek, 16 kwietnia 2020

Mysteries of Steven Wilson cz.5 - King Ghost


   

Mówi się, że duch naszego polskiego króla Jana III Sobieskiego często przechadza się po zamkach, które stały się za życia jego własnością. Jak to duch, pojawia się, a potem znika i nikt nie jest pewien, czy on w końcu był, czy nie. Od teraz Steven Wilson też ma takiego ducha. I też króla.

Tak kuriozalnej sytuacji jeszcze u Stefana nie było. Niedługo po premierze nowego singla Personal Shopper, na wilsonowej stronie wystartował kolejny licznik. Następny „product drop” miał nastąpić 5 kwietnia. W międzyczasie licznik zniknął. Potem okazało się, że zniknął u ludzi mieszkających w Europie, ale inni mają. Potem innym też zniknął. A potem wrócił. Wyszło na to, że jakoś 6 kwietnia wypadnie koniec odliczania. Ale co to będzie? Nowa piosenka? Klip do poprzedniego singla? Nic nie było wiadomo, co na swój sposób było ciekawe i fajne, ale z drugiej strony…

No i rano, polskiego czasu, okazało się, że jest na YouTubie nowa piosenka – King Ghost. Ale nie na oficjalnym kanale. To skąd ktoś miał? Kupił. Apple Music i Amazon mają kawałek w sprzedaży za ok 1,2 $. Radość nie trwa długo. Król Duch znika z kanału YT (na „prośbę” wydawcy), co było do przewidzenia. Znika jednak również z internetowych sklepów. Kiedy próbuję kupić go na Amazonie, nadziewam się na blokadę. Jakiś czas później z Apple Music znika kilkunastosekundowy preview, a później z obu serwisów znika opcja zakupu. Oficjalne źródła okołostefanowe kompletnie milczą. Co tu się w ogóle wydarzyło?

Minął ponad tydzień od tamtej pory, a wiemy tyle ile wiedzieliśmy wtedy. Sytuacja budzi mieszane uczucia. Mamy taką a nie inną sytuacje związaną z kwarantanną, obostrzeniami i wszechobecnym strachem przez koronawirusem, co tyczy się całego świata. Kolega Stefana z no-man, Tim Bowness, co tydzień udostępnia nowe utwory za free, w tym jeden kompletnie premierowy (i bardzo dobry). W tym czasie Stefan wydaje/niewydaje nowy utwór za który bierze od garstki szczęśliwców pieniądze (niewielkie, ale wciąż), a potem blokuje możliwość kupna dla innych i nabiera wody w usta. Brzmi to słabo i nie sądzę, żeby tak to właśnie było, mimo że tak to właśnie wygląda.

Temat istnieje jedynie w sferze spekulacji, zatem możemy sobie pospekulować, a według mnie było tak. Wilson przygotował (przygotowano mu) dosyć pokaźną kampanię reklamową nowego albumu The Future Bites. Większość z nas wie jak to wyglądało, jeszcze na początku marca SW wrzucał do siebie na fejsa hauntologiczne filmiki ze srajtaśmą, ludźmi w maseczkach i kolejkami do sklepu… nie dało się trafić z tym w gorszy moment. Nie jego wina, takie rzeczy planuje się na długie miesiące wcześniej. Ale jeśli dodamy do tego śmieszkującego sobie z konsumpcjonizmu singla, który został wydany w momencie kiedy światowa gospodarka pada na kolana, to już naprawdę robi mi się Stefana żal.

Myślę, że sprawa wygląda tak. Ludzie, którzy pracowali ciężko nad tą kampanią, rzucili się teraz aby dokonać zmian, lub wymyślić coś kompletnie innego. W żadnym scenariuszu nie da się z tej sytuacji wyjść z tarczą. Nie ma mowy o kolejnych filmikach z papierem toaletowym. O tworzeniu kompletnie nowej kampanii, kiedy ta się już rozpoczęła, też nie ma mowy. Co zatem zrobić?

Myślę, że na tym etapie mają to już w miarę ogarnięte i szykują się, aby coś zaprezentować. Tydzień temu nie mieli. Skąd zatem ten King Ghost? Zacząłem wtedy tracić nadzieję, że cokolwiek wyjdzie, bo profil Stefana milczał. Z drugiej strony niektórzy nadal mieli te zasrane countdowny dostępne. Problem w tym, że cała kampania The Future Bites jest tak enigmatyczna, że równie dobrze mogło to być celowe działanie. W końcu jednak wyszedł nowy singiel, ale szybko go wycofano. Są ludzie, którzy twierdzą, że i to było celowym działaniem i częścią mocno ekscentrycznej promocji nowej płyty. Ja uważam, że nie.

Chaos, który ogarnął ludzi z Caroline International (wydawcy Stefana) spowodował zapewne, że nikt tam nie ogarnął sprawy do końca. Niby zegar zniknął, ale nie wszystkim. Niby Facebook zamarł, ale co z tego. Niby premierę singla zamrożono, ale… no właśnie. O ile oficjalny kanał Wilsona niczego nie udostępnił, a Facebook milczał, to niektórzy inni dystrybutorzy mogli nie zostać powiadomieni o zmianie planów i ta dezinformacja spowodowała, że King Ghost pojawił się planowo w ofercie Apple Music i Amazona… bo nikt im nie dał znać, że premiera odwołana. Kiedy odpowiedni ludzie zorientowali się, że szambo wylało, było już za późno. Przynajmniej kilkaset (o ile nie więcej) osób zdążyło legalnie zaopatrzyć się w nowy utwór Stevena Wilsona. Utwór, który został wydany i od razy wycofany. Ci ludzie zapłacili, więc nie ma mowy o żadnym piractwie. I tak sobie teraz jest ten kawałek w dystrybucyjnym limbo. Niby jest, ale go nie ma. Niby wyszedł, ale nie wyszedł. Co najśmieszniejsze, nikt oficjalnie nie odniósł się do zaistniałej sytuacji, ani Caroline International, ani Steven Wilson, ani Apple Music z Amazonem. Nikt. Wszyscy udają, że nic się nie stało. Ale mamy 2020 rok. 20 lat temu nikt by niczego nie zauważył, ale dziś wszyscy wiedzą, wszyscy słyszeli piosenkę i generalnie trochę się ze Stefana podśmiewają.

A mi go jednak szkoda, bo plany posypały się równo i bardzo trudno będzie mu teraz kontynuować promocję The Future Bites. Na pewno straci na tym sporo kasy oraz wydawniczego momentum.

Stefan stara się teraz uczestniczyć w międzynarodowej akcji muzyków, która ma na celu zatrzymać ludzi w domach. Pochwalił się swoją kolekcją płyt, zachęcił do długich muzycznych sesji w domu, a nawet weźmie udział w live odsłuchu swojego albumu Hand Cannot Erease. Niestety nowy album gdzieś się w tym wszystkim zagubił. Na pocieszenie, King Ghost jest naprawdę dobry i pozytywnie nastraja na premierę nowego albumu. Trzymam kciuki za Wilsona, żeby cały bajzel został szybko ogarnięty.

piątek, 20 marca 2020

First live performance 4th Dec 1993 - czy to wilsonowy Graal?



Nie każdy z nas ma w tych ciężkich czasach możliwość pracy w domu, ale dla tych z nas, którzy grzecznie nie opuszczają miejsca zamieszkania, Steven Wilson zrobił prezent (ok, zrobił wszystkim). On, czy ktoś tam z managementu. Wystartował oficjalny profil Porcupine Tree na Bandcamp i już w tej chwili możemy zakupić tam cyfrowe wersje od dawna niedostępnych wydawnictw (XM I i II, Ilosarirock i We Lost The Skyline) oraz nowych/starych rarytasów. Niektóre były już wcześniej dostępne w części lub całości na oficjalnych wydaniach lub bootlegach, a inne nie. Dziś przyjrzę się w końcu, wydanemu po 27 latach pierwszemu koncertowi Porcupine Tree.

O występie tym wspominałem parę lat temu w tym tekście. Już wtedy dostępne było nagranie prawie całego koncertu z wyjątkiem 2 (z hakiem) utworów. Co zatem dostaliśmy teraz?

Na początku trochę historii, ale nie będę powtarzał tego, co już mogliście przeczytać w przywołanym powyżej poście na temat koncertów, które odbyły się między 1993, a 1994 rokiem.

Czego wtedy nie wiedziałem, to to że debiutancki koncert Porcupine Tree, który odbył się w k
lubie Nags Head w High Wycombe był wyprzedany. Tak przynajmniej wynika z zacytowanej przez zespół relacji Petera Clemonsa. To nie był duży lokal, więc jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że koncert się sprzedał. To ważna informacja.

Istnienie taśmy z nagraniem zawdzięczamy Mike’owi Bearparkowi, który wiele razy trzymał rękę na pulsie (np. rejestrując występ no-man w 1992 roku).
Mike użył poważnego na tamte czasy sprzętu Casio DA-2. Występ został zarejestrowany w całości, ale niestety kaseta nie dała rady (o czym później).

Fragment nagrania pojawił się pierwszy raz na wydanej w kwietniu 1994 r. promo kasecie Spiral Circus. 3 utwory: Radioactive Toy, Up The Downstair i Not Beautiful Anymore pochodzą z Nags Head, przy czym Up The Downstair jedynie w części (7 min 3 sek w porównaniu z 10 min 41 sek wersji wydanej teraz).
Na kolejne nagranie trzeba było czekać kolejne 19 lat, kiedy Steven Wilson w ramach uczczenia 20 rocznicy pierwszego koncertu PT udostępnił na Soundcloudzie Voyage 34. Potem, kilka lat później, Always Never.
I tak składaliśmy sobie ten koncert utwór po utworze, aż w czwartkowy wieczór „wydano” w końcu całość. Ale nie całość. I nie taką samą.

Pierwsze co rzuca się w oczy to brak Fadeaway, który jest wynikiem „problemów z taśmą”. Nie wiem na czym dokładnie ten problem polega więc nie będę się wymądrzał, ale szkoda, że mimo wszystko tego nie dali, nawet uszkodzonego, pociętego, we fragmencie. To było prawdopodobnie jedyne wykonanie Fadeaway do 2000 r. i jedyne w ogóle wersji albumowej z Wilsonem na wokalu. Jak na złość akurat ten nie mógł zostać wykorzystany, a z samego koncertu nie cyrkuluje żaden bootleg. Na pocieszenie mamy The Nostalgia Factory, które po raz pierwszy w historii pojawiło się na oficjalnym koncertowym albumie Porcupine Tree. Wersja live z 1993 r. jest zadziwiająco podobna do tej z 1996 r. z tym wyjątkiem, że w 1996 Stefan wykombinował sposób w jaki to śpiewać dobrze. Na debiutanckim występie PT, Wilson próbuje jak na płycie, ale mu nie idzie, bo tonacja jest dla niego za niska.
Ogólnie Nostalgia brzmi dobrze, ale zdecydowanie częściej będę wracał do wykonania z Leeds 3 lata później. Jeśli chodzi o resztę materiału, to chyba już dobrze go znamy? Otóż nie.

Voyage 34 wrzucony 6 lat temu na Soundcloud nie miał z jakiegoś powodu pełnego intra (z fragmentem „This remarkable sometimes incoherent transcript...”), ale jednocześnie trwa dłużej niż wersja wydana na Bandcamp. Możecie sami sprawdzić, bo tamta wersja cały czas wisi na profilu Bosego.

https://soundcloud.com/steven-wilson/porcupine-tree-voyage-34-nags

Voyage 34 z Soundclouda ma
12:18, a ten z Bandcampa 11:39, mimo że zawiera brakujące 20 sekund intra. Przerwa między utworem, a publicznością na końcu jest taka sama. Jednosekundowego „hello” Stefana (które teraz wycięto), nie będziemy liczyć. Nie wydaje mi się żeby utwór przyspieszono, zatem brakuje około minuty „czegoś”. Miałem to olać, ale nie mogłem, musiałem sprawdzić co tu się odwala. No więc odwala się to

         

Obu wersjom przyciąłem początki żeby zaczynały się w tym samym momencie (czyli w 0:27 wersji Bandcamp). Jak widzicie, Steven wyciął okrągłą minutę muzyki i będzie to dokładnie fragment między 2, a 3 minutą w wersji z Soundclouda.
Nie dzieje się tam zbyt wiele, ale czy warto było to usuwać? Nie starczyłoby miejsca na Bandcampie? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Steven Wilson. W każdym razie szkoda, że to wyciął, bo dostajemy jednak nagranie niekompletne i być może większość nawet nie zauważy tego braku, to jednak od strony kronikarskiej dupa mnie boli.

Ale to nie wszystko co zostało wycięte. Z jakiegoś powodu Stefan wywalił nie tylko „hello”, ale też następując
ą po nim zapowiedź do Always Never „ok we’re gonna try Always Never from the last album”, co słychać na wersji którą wrzucił na Soundcloud. Na szczęście sam utwór pozostał nietknięty, podobnie jak słynna już zapowiedź do Radioactive Toy uwieczniona na Spiral Circus.
Burning Sky, które również było na Soundcludzie Bosego (ale z dostępem wyłącznie dla Street Teamu) również nie było edytowane w żaden sposób. Up The Downstair po raz pierwszy w pełnej wersji z tego koncertu. Radioactive Toy i Not Beautiful Anymore bez zmian.

Jeśli chodzi o bardziej ogólne rzeczy to Steven Wilson podmasterował trochę całość i dodał delikatny efekt pogłosu żeby wszystko brzmiało bardziej „koncertowo” (na Spiral Cirucs i w wersjach z Soudncloud dźwięk jest bardziej suchy, typowo dla nagrania z deski).

Podsumowując, NARESZCIE! Może brakuje kluczowego utworu, może inny kluczowy utwór jest skrócony, może Stefan z premedytacją robi z siebie niemowę, ale to nadal godzina doskonałego koncertu, zagranego przez doskonały zespół, który przygotowywał się przez tydzień i zagrał w taki sposób.

Na Bandcampie Porków pojawiają się już kolejne rzeczy i o nich też będę pisał, o ile nie pisałem już o nich wcześniej w jakiejś formie. Pozostaje czekać na kolejne interesujące nagrania, najlepiej pozostałości z rzymskich koncertów i cokolwiek dobrej jakości z końcówki 1996 roku. Pełne koncerty nagrane w 1999 r. i w 2001 r. też są, zresztą podejrzewam, że z każdej trasy coś mają.

Może 4 dychy za audio z Kolonii, która w całości razem z video jest na YT to nie jest mało, ale ile przez ostatnie lata wydaliśmy na nowe wydawnictwa Porcupine Tree?

Wszystkim Wam życzę dużo zdrowia, cierpliwości i spokoju w aktualnej, trudnej sytuacji związanej z epidemią. Starajcie się jak najwięcej czasu spędzać w domu, np. słuchając w/w koncertu lub nowego singla Stefana Personal Shopper. Do przeczytania!

piątek, 22 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz. 3



The Sky Moves Sideways (Phase 2)

Koncertowa kariera drugiej fazy The Sky Moves Sideways nie była zbyt długa, ale wykonania tego utworu na żywo było jednym z najbardziej ekscytujących momentów w karierze Porcupine Tree. Jeśli przyjąć podział z amerykańskiego wydania płyty, to The Sky Moves Sideways (Phase Two) dzieli się na dwie części: Is...Not oraz Off The Map. Jedynie pierwsza z nich była grana na żywo i to w dosyć okrojonej formie (bez ambientowego intra).
Debiutanckie wykonanie miało miejsce 19-tego października 1994 r. w Londynie (gdzie zadebiutował też Moonloop) gdzie rozpoczęto jesienną mini trasę promującą wydanego w tamtym czasie singla „Moonloop” (w USA jako „Stars Die”). Porcupine Tree zastosowali świetny patent przechodząc z wyciszającej się, niemal ambientowej końcówki Is...Not prosto w Radioactive Toy.
Uważam, że to jedna z najbardziej udanych koncertowych „par”, zaraz obok The Moon Touches Your Sholders / Always Never (właśnie w tej chwili przyszedł mi to głowy pomysł na świetne zestawienie). W ten sposób, utwór był wykonywany na większości koncertów w pierwszej połowie 1995 r., w drugiej już nieco rzadziej, ale nadal się pojawiał. Jednorazowo sparowano go z jednym z najwcześniejszych wykonań Dark Matter, co wyszło naprawdę świetnie.

                                 

W 1996 r. roku Is...Not wykonano tylko raz na koncercie w Baltimore 29-tego czerwca. Ostatnie jak dotąd dwa wykonania dostały się Włochom. Najpierw, faza 2 pojawiła się 27-mego marca 1997 r. na jednym z rzymskich koncertów nagrywanych na „Coma Divine”, a następnie, również w Rzymie, odegrano ten utwór podczas plenerowego występu zorganizowanego przez Radio Rock.
Od tamtej pory The Sky Moves Sideways (Phase Two) siedzi sobie na półce.

Oficjalna, koncertowa wersja The Sky Moves Sideways (Phase Two) pojawiła się na albumie: „Coma Divine” (1997, 2003).

Wersje alternatywne

Odsyłam do opisu alternatywnych wersji Fazy 1, tam również jest wzmianka o Fazie 2.


Stars Die

Mój niekwestionowany faworyt Porcupine Tree od wielu, wielu lat. Baza dla tego utworu powstała podczas improwizacji zespołu, które obyły się w czerwcu 1994 r. w studiu Doghouse. Jest taki moment na nagraniu Moonloop (Unedited Improvisation), kiedy Chris Maitland zaczyna wygrywać rytm ze Stars Die, a po jakimś czasie przechodzi do innego. Stevenowi Wilsonowi bardzo się ten fragment spodobał, zatem zabrał go do domu i na około pętli zrobionej z tej partii perkusji zaczął kreować utwór. Wyszło Stars Die. Na udział w nim nie załapał się tylko Richard Barbieri, który nie brał akurat udziału w sesjach odbywających się w Doghouse, ani późniejszych dogrywkach.
Stars Die ukazał się jako utwór dodatkowy na EP Moonloop wydanym w październiku 1994 r. W USA, w 1995 r. ta sama wersja ep wyszła pod tytułem Stars Die, a sam utwór został dołączony do regularnej tracklisty amerykańskiego wydania „The Sky Moves Sideways” (w wersji europejskiej go nie było). Po latach Wilson przyznał, że Stars Die powinien był znaleźć się na albumie od początku.
W tamtym czasie, był to największy „hit” Porcupine Tree, ale zespół nie wykonywał go na żywo. Stefan uzasadniał taką decyzję tym, że Stars Die ma bardzo studyjny charakter i zawiera niemal szeptany wokal na tle grającego zespołu, co jest bardzo trudne do odtworzenia na scenie (zwłaszcza w latach 90-tych i zwłaszcza przy warunkach jakie PT mieli wtedy podczas koncertów). Pomijam nawet fakt, że w utworze pojawia się flet i nawet do trzech gitar naraz. W zamian, Bosy zdecydował się na wykonywaną ekstremalnie rzadko wersję akustyczną.

                                 

Po raz pierwszy, Stars Die zagrano w ten sposób podczas akustycznego mini koncertu, który odbył się w siedzibie włoskiego Radia Rock. Występ został wyemitowany, zatem istnieje świetnej jakości nagrania z tego debiutu. Oprócz Wilsona na gitarze akustycznej i wokalu, Chris Maitland grał na djembe i śpiewał chórki. Przez następne ponad 10 lat, utwór pojawiał się w tej postaci, ale baaardzo rzadko i ja żadnego nagrania nie posiadam. Podobno odegrano go na jednym z koncertów w Rzymie w 1997 r. podczas rejestracji „Coma Divine” oraz w Lublinie w 1999 r. Podejrzewam, że tych wykonań mogło być więcej, ale brakuje informacji. Na pewno Wilson zagrał taką wersję na zakończenie akustycznego solowego koncertu życzeń w Tel Avivie w 2003 r. oraz podczas mini występu w Londynie podczas 10-tych urodzin Burning Shed, kiedy wykonał słynny medley Stars Die i Never Let Go zepsołu Camel, przyznając się później, że główny riff ściągnął z tego właśnie utworu.

                                 

Stars Die powróciło nieoczekiwanie podczas półakustycznego koncertu, który odbył się 4-tego października 2007 r. w Orlando. Miał wtedy wystąpić cały zespół, ale z pewnych powodów dał radę dojechać tylko Bosy, a dołączył do niego Wes (który i tak mieszka na Florydzie). To jest ten koncert, który został wydany w 2008 r. pod tytułem „We Lost The Skyline”, zatem wszyscy dobrze znacie wersję Stars Die, która została wtedy wykonana.
Utwór ewidentnie chodził Wilsonowi po głowie. Przez te ponad 10 lat, wiele się zmieniło. Zespół stał się popularny, jego koncerty większe i znacznie lepiej przygotowane od każdej strony, a możliwości się namnożyły (np. pojawił się drugi gitarzysta - Wes). W końcu, po wielu latach, pełnozespołowa wersja Stars Die zadebiutowała 7-mego października 2008 r. w Lizbonie, w Portugalii i trzeba przyznać, że wyszło to zespołowi całkiem dobrze. Utwór zabrzmiał nieco inaczej, ale magia pozostała. W ten sposób zagrano Stars Die na wszystkich ośmiu koncertach ostatniego odnóża Fear of a Blank Planet Tour, w tym na dwóch koncertach w Tilburgu, które były rejestrowane z myślą o wydaniu dvd "Anesthetize". Myślę, że wszyscy, łącznie ze mną, byli przekonani, że utwór się na tym dvd pojawi, ale kiedy wydawnictwo się ukazało (w 2010 r.) okazało się, że Stars Die tam nie ma. Wcześniej, kawałek zdążył wrócić na koncerty podczas The Incident Tour (2009 – 2010 r.), podczas której był wykonywany sporadycznie. Porcupine Tree zmienili trochę sposób grania tej piosenki, w taki sposób, że wychodziła nawet lepiej niż w 2008 r. Na szczęście, jedno z tamtych wykonań zostało wydane oficjalnie na live albumie „Octane Twisted”.

                                   

Na dziś, Stars Die po raz ostatni zostało wykonane podczas koncertu w Aarhus 4-tego października 2010 r.

Oficjalna, koncertowa wersja Stars Die pojawiła się na albumie: „Octane Twisted” (2010).


Men Of Wood

Wspominam tu o Men Of Wood, ponieważ pierwotnie utwór ten miał się znaleźć na „The Sky Moves Sideways”. Istnieje kasetowe promo tego albumu z 1994 r. gdzie Men Of Wood wciśnięty jest między Prepare Yourself, a The Sky Moves Sideways (Phase Two). Stefan uznał ostatecznie, że utwór brzmi na tej płycie z dupy i odłożył go na później. Istnieje druga, nowsza wersja tego utworu, która została nagrana z myślą o „Signify” w zarodku (tym razem z Chrisem na bębnach), ale tamta wersja również nie trafiła na album i ostatecznie wylądowała na składance „Stars Die: The Delerium Years 1991 – 1997”. Men Of Wood nigdy nie został wykonany na żywo.

                                 

I to by było to, jeśli chodzi o płytę The Sky Moves Sideways. Następny album do rozłożenia na części wybierzecie sami!

środa, 20 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz. 2


              


The Moon Touches Your Shoulder


Ta piękna piosenka przetrwała łącznie w secie około 4 lata i przechodziła przez różne przemiany.
Po raz pierwszy Porcupine Tree wykonali ją podczas sesji radiowej dla Marka Radcliffe’a 30-tego stycznia 1995 r. Na tym etapie, zespół próbował jeszcze jak najbardziej zbliżyć się do wersji albumowej. Wilson na elektryku udawał akustyka, a Rysiek na analogowym syntezatorze udawał gitarę. O ile nie brzmiało to wcale źle, to było jednak trochę karykaturalne. W ten sposób utwór był grany na czterech koncertach w Holandii, które odbyły się między 9-tym, a 12-tym lutego 1995 r. (dwukrotnie w połączeniu z drugą częścią Always Never).
(Omawiana wersja w 40:46 w filmiku poniżej).

                                 

W trakcie dwumiesięcznej przerwy, Porcupine Tree opracowali inna adaptację koncertową, której premiera odbyła się na koncercie w Gillingham 26-tego kwietnia. Ta wersja charakteryzuje się nową partią gitary Wilsona oraz wstępem Chrisa na bębenkach. W taki sposób utwór był grany już zawsze między 1995, a 1998 rokiem, najczęściej w połączeniu z Always Never (chociaż zdarzały się wykonania osobne). Najbardziej znana wersja z tego okresu pochodzi oczywiście z "Coma Divine".

                                 

The Moon Touches Your Shoulder nie było wykonywane w latach 1999 – 2002. Dopiero w 2003 r., przy okazji remasteringu/re-recordingu „The Sky Moves Sideways”, Stefan przypomniał sobie o tym utworze i przywrócił go do setu na lwią część koncertów tamtego roku. Nadal wykonywana była ta sama wersja, ale Gavin Harrison, z racji posiadania innego zestawu perkusji niż Chris, grał intro miotełkami, a nie na bębenkach. Gitarowe zakończenie miało też wyraźnie mocniejszy charakter. Wraz z końcem tamtej trasy, utwór ponownie wrócił na ławkę rezerwowych i siedzi na niej do dziś.

                                 

Oficjalna, koncertowa wersja The Moon Touches Your Shoulder pojawiła się na albumie „Coma Divine” (1997, 2003).

Alternatywne wersje

Jedyną studyjną, alternatywną wersją The Moon Touches Your Shoulder jest re-recording z 2003 r., który pojawił się na reedycji "The Sky Moves Sideways".
Gavin Harrison nagrał żywą perkusję (oryginał zawiera automat), a Wilson usunął echo z wokalu.



Prepare Yourself

Ta miniaturka nigdy nie została wykonana na żywo, ani nie istnieją jej żadne alternatywne wersje.



Moonloop

W okolicach czerwca 1994 r., Porcupine Tree (w składzie bez Richarda Barbieriego) oraz znajomy muzyk Rick Edwards spotkali się w studiu Doghouse (położonym w malowniczym Hanley), aby poimprowizować. Wyniki tego spotkania, w różnych formach rozsiane zostały na wielu wydawnictwach pod wspólnym tytułem Moonloop, a jego fragmenty stały się bazą kompozycji Stars Die. O jego studyjnych wersjach napiszę później, natomiast najpierw przyjrzę się jego reprezentacji koncertowej.

Porcupine Tree wielokrotnie pokazali, że w przeciwieństwie do studia, improwizacja nie jest ich mocną stroną podczas występów na żywo. Richard Barbieri sam zresztą przyznał, że raczej nie lubi tego robić na koncertach. Z tego też powodu, Moonloop wykonywany na żywo brzmiał praktycznie tak samo za każdym razem, mimo że Wilson wielokrotnie zapowiadał przed nim, że „teraz zespół będzie miał możliwość poimprowizować”.

Utwór został po raz pierwszy zagrany na koncercie, który odbył się 19-tego października 1994 r. w Londynie w klubie Upstairs at The Garage. Wersja oryginalna ma 18 minut, ale wersja koncertowa trwała niewiele ponad 10 minut i różniła się trochę od studyjnych. Steven Wilson dołożył nowy, powtarzający się motyw gitarowy. Moonloop był wykonywany w latach 1994 – 1998 i to praktycznie w takiej samej wersji.

                                 

Stefanowi zdarzało się w międzyczasie zmieniać efekty przesteru w drugiej części utworu, ale generalnie dużych zmian nie było, aż do 1997 roku. Pod koniec jesiennego odnóża ówczesnej trasy, zespół zaczął Moonloopa dzielić na pół. Czasami grano część improwizowaną, która płynnie przechodziła w Signify, a innymi razami moonloopową kodę doklejano pod koniec premierowych wykonań Ambulance Chasing. Najciekawszym Moonloopem z tego okresu była wersja odegrana razem z Theo Travisem podczas koncertu w Londynie 14.11.1997 r. Porcupine Tree pociągnęli jeszcze kilka pociachanych wykonań w 1998 r. i na dobre odstawili ten kawałek na półkę.

                                
                                

Oficjalna, koncertowa wersja Moonloop ukazała się na albumie „Coma Divine” (1997, 2003).

Wersje studyjne

Moonloop jest w rzeczywistości utworem singlowym. Nie znalazł się na winylowym (oryginalnym) wydaniu „The Sky Moves Sideways” w 1995 r., dorzucono go dopiero do wersji cd. Na remasterze z 2003 r. przywrócono oryginalną tracklistę, a omawiany kawałek powędrował na cd 2.

Moonloop to rekordzista jeśli chodzi o ilość wersji jednego utworu autorstwa Porcupine Tree, a raczej nie tyle wersji, co ‘editów’. Podstawą wszystkich pozostałych jest wersja, która została wydana jako ostatnia na fan clubowym wydawnictwie z 2001 r. „Moonloop (Unedited Improvisation)”. Znajduje się tam 40 minutowy wycinek tego, co działo się w studiu Doghouse w 1994 r. „Duży” Moonloop zawiera fragmenty użyte na płycie oraz zarodek tego co przerodziło się potem w kodę oraz zarodek Stars Die (które została skończone później). Oryginalny „Moonloop”, który został wydany na singlu w 1994 r. trwa 18 min. i 4 sek. Wersja, która pojawiała się na europejskim wydaniu kompaktowym albumu w 1995 r. trwa 17 min. i 4 sek. USA, jak to USA, dostało Moonloopa skróconego do granic możliwości – 8 min. 10 sek. Zaznaczam, że skracana była cześć improwizowana, koda zawsze trwała tyle samo. Na wydanym w 2003 r. remasterze, Moonloop został przełożony na dodatkowe cd 2 gdzie podzielono go na dwa tracki – improwizację (16 min. 18 sek.) oraz kodę (4 min. 52 sek.), co razem daje najdłuższego z „małych” Moonloopów21 min. 10 sek. Jednak jeśli wierzyć opisowi wydań winylowych z lat 2012 i 2017, to jest tam Moonloop, który trwa 22 min. 23 sek. Sporo tego. Oczywiście najlepszą opcją jest Moonloop z remastera (mimo, że sam ‘mastering’ najlepszy będzie na winylu z 2017), ale jeśli tak jak ja uwielbiacie tego typu granie, to spędzicie wiele wspaniałych chwil przy wersji 40-tominutowej, którą gorąco polecam.

c.d.n.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

The Sky Moves Sideways LIVE cz.1


The Sky Moves Sideways
to jedna z moich ulubionych płyta nagranych z udziałem Stevena Wilsona. Do tego od zawsze kojarzy mi się z okresem zimowym. W tym debiucie nowej serii tekstów skupię się na tym jak często utwory z tej płyty (i kolejnych opisywanych) pojawiały się na kolejnych trasach, jak zmieniało się ich brzmienie, itd. Robiłem już coś takiego przy okazji wyczerpującego opisu Recordings zatem wiecie mniej więcej jak to będzie wyglądało. Przyjrzymy się historii koncertowego wydania The Sky Moves Sideways utwór po utworze. Zanim do tego przejdę, mały wstęp. TSMS nigdy nie zostało odegrane w całości w taki sposób w jaki odgrywano np.: The Incident lub Fear of a Blank Planet, ale większość pojedynczych utworów pojawiła się w setlistach trasy promującej tę płytę. Niestety z czasem Wilson zaczął coraz bardziej na nią grymasić. Wśród powodów znalazł się taki, że wg. Stefana, muzyka na tej płycie za bardzo przypomina inny zespół (w domyśle Pink Floyd).

Moim zdaniem to spora przesada, słyszałem w życiu płyty, które znacznie (ZNACZNIE) bardziej przypominały Flojdów i nikt nie robił z tego powodu problemu (albo robił, ale to już w naprawdę skrajnych przypadkach). Oczywiście, wpływy PF są na TSMS słyszalne, ale na takiej samej zasadzie jak słyszalne są wpływy Opeth czy Gojiry na „metalowych” płytach PT. To są subtelne podobieństwa, a muzyka nie staje się przez nie mniej wartościowa czy niewarta uwagi. Niestety SW czuł się nadal zakłopotany i utwory z TSMS powoli zaczęły znikać z trasy na trasę. Miało to też zapewne związek z tym, że na przełomie wieków SW chciał zerwać z wizerunkiem zespołu progresywnego dla starych ludzi, którzy tęsknią za Pink Floyd i innymi. To zrozumiałe. Tym samym przez jakiś czas kawałki z TSMS były na banicji. Do czasu.


The Sky Moves Sideways (Phase One)

Utwór zadebiutował dwukrotnie, najpierw po cichu w programie BBC (podzielony na dwie części), a potem już na właściwym koncercie podczas europejskiej części trasy w lutym 1995 r.
(9.02.1995 r. w Zaandam). Wersja wtedy zaprezentowana (oraz na wszystkich kolejnych trasach) różniła się trochę od wersji studyjnej. Część pierwszą - Colour of Air - pozostawiono w relatywnie niezmienionej formie, podobnie drugą - I'm Not There - z wyjątkiem tego, że Wilson grał solówkę trochę wolniej. Wire the Drum zaczyna się w troch innym momencie niż wersja z płyty, trochę w niej pomieszano i pozmieniano, ale niewiele. Ostatnia część - Spiral Circus - została wycięta i nigdy nie zagrano jej na żywo. Ze względu na solidne użycie sekwensera, utwór brzmiał niemal identycznie za każdym razem, zespół pilnował cały czas żeby nie rozjechać się z elektronicznym podkładem (głównie Chris, który jako jedyny wtedy miał słuchawki z odsłuchem).

                                 

                                 

                                 

                                 

Faza pierwsza była grana w ten sposób na trzech głównych trasach PT w latach 95-99 (TSMS Tour, Signify Tour, Stupid Dream Tour, oraz wszystkich małych trasach pomiędzy), po czym wyparowała na 8 lat. Prawie, jeśli liczyć rozsiane akustyczne wykonania I'm Not There (np. podczas „sklepowego” mini występu w Bostonie w 2006 roku).

                                                

Znana z „We Lost The Skyline” minimalistyczna (ale elektryczna) wersja drugiej części pierwszej fazy dała znać, że coś jest na rzeczy. Ostatecznie Phase One doczekało się zasłużonego powrotu pod koniec 2007 roku w ramach Fear of a Blank Planet Tour. Nie był to stały punkt programu więc ci którzy mieli okazję TSMS zobaczyć/usłyszeć (np.: w Poznaniu) mogą uważać się za wybranych. Wersja z 2007 została jeszcze bardziej wykastrowana. Zrezygnowano z Colour of Air, zamiast tego Stefan zaczynał od razu od I'm Not There i to w wersji znanej z „We Lost The Skyline” (czyli Bosy solo). Dopiero na Wire the Drum dołączała reszta zespołu. Jako, że Gavin nie ma typowego dla Chrisa zestawu djembe, wypełniał tę wstawkę na werblu i talerzach, po czym wchodził z mocarną partią na tomach. Utwór nadal grany był we 4, Wes na ten czas schodził ze sceny.

                                 

TSMS Live v.2 nie powróciło na koncertach w 2008 i w 2009 roku. Fani relacjonowali nawet, że w 2007 r. SW zapierał się, że to ostatni raz kiedy to grają. Jak zwykle zmienił zdanie. Na powrót trzeba było czekać do specjalnych koncertów z 2010 r., które odbyły się jesienią w Nowym Jorku i w Londynie. V.3 zaprezentowana na tych występach była powrotem do wersji z lat 90-tych. Traktuję to jako v.3 głównie ze względu na Gavina, który to i owo pozmieniał względem oryginału (to subtelne różnice, ale wyraźne). Słychać również, że sprzęt Ryszarda trochę się przez lata zmienił, co sam Barbieri zauważył w jednym z wywiadów:

The equipment was different. That’s what struck me afterward. I kind of wished I had the same equipment I had in the old days. Because, from my point of view, I don’t think I can’t put the same performance in, if you like. I think it was actually better in those days for me. And then I realized it was to do with the synthesizers I was using at the time. It was a case of trying to recreate those, but it didn’t have quite the same feeling.


                                 

Fani, którzy mieli szczęście, mogli zobaczyć/usłyszeć TSMSLv.3 na jednym z koncertów małej europejskiej trasy upchniętej między występami specjalnymi. Utwór był częścią ostatniego jak dotąd koncertu PT, który odbył się w Londynie w 2010 r.

Na dziś, The Sky Moves Sideways (Phase One) wykonano po raz ostatni w Londynie, w Royal Albert Hall dnia 14.10.2010 r.

Oficjalnie, koncertowe wersje The Sky Moves Sideways (Phase One) pojawiły się na dwóch albumach: „Coma Divine” (1997, 2003) oraz „We Lost The Skyline” (2008).

Alternatywne wersje studyjne

Jedyną alternatywną wersją The Sky Moves Sideways (obu faz), jest właśnie „wersja alternatywna”, która ukazała się na reedycji w 2003 r. Jest to po prostu typowy „work in progress”.
W I’m Not There nie ma jeszcze słynnej ‘widmowej’ gitary, są za to organy. Stefan śpiewa kompletnie inny tekst w zwrotkach. Pozostałe fazy są trochę bardziej elektroniczne, gościnny udział pozostałych członków zespołu jeszcze na tym etapie nie nastąpił. W tej wersji znalazło się trochę muzyki, która ostatecznie została z utworu wywalona, więc warto się wsłuchać i te fragmenty wyłapać.

                                                     


Jest jeszcze Fuse The Sky, dosyć specyficzny „remix” Colour of Air, który został przygotowany przez Wilsona dla magazynu, który miał owy remix dorzucić na dodawaną do niego płytę/ Ostatecznie, z niego nie skorzystano, a Wilson udostępnił go na kompilacji „Stars Die” w 2004 r.

                                                     

Jest też coś takiego jak The Sky Moves Sideways (Genocidal Mix). To nie jest oficjalna wersja. Ktoś zdolny i cierpliwy skonstruował cały album korzystając zarówno z wersji albumowej, jak i niewykorzystanych później fragmentów wersji ‘alternatywnej’. Całość trwa, ..minut, podzielona jest na 10 części i zaskakująco dobrze się tego słucha. „Bootlegowy” album można bez problemu ściągnąć na Soulseeku, ja tez go mam w razie czego.

Oprócz tego należy wspomnieć o tym, że słynny riff z pierwszej fazy stanowi bazę dla utworu Veneno Para Las Hadas z pierwszej solowej płyty Stevena Wilsona „Insurgentes”.

                                                     

Gitara ze Spiral Circus posłużyła do powstania utworu no-man pod tytułem Something Falls, a wariacja na temat Colour of Air znalazła się na płycie Bass Communion „Atmospherics” pod tytułem Bliss.


                                                     


Dislocated Day

Ten energetyczny i psychodeliczny utwór od początku miał wyczuwalny olbrzymi potencjał koncertowy. W latach 90-tych główną gwiazdą Dislocated Day był Chris Maitland, którego szaleńcza gra nadawała scenicznej wersji jeszcze więcej wigoru, a końcowe solo na perkusji było jedną z głównych atrakcji koncertów P
T w tamtym czasie. Utwór zadebiutował w lutym 1995 r. (9.02.1995 r. w Zaandam) na trasie TSMS Tour. Wtedy był jeszcze grany tak aby jak najbardziej przypominał wersję studyjną (z wyjątkiem tego, że na albumie użyto automatu), ale z biegiem czasu zaczął żyć własnym życiem.

                                 

                                 

                                   

Na trasie Signify Tour był już znacznie dłuższy, a wersje ze Stupid Dream Tour (1999) dobijały nawet do 10-ciu minut poprzez rozciąganie improwizowanego segmentu w środku. Podczas późniejszych tras, utwór był zazwyczaj grany jako pierwszy bis. Colin i Chris wychodzili na scenę jako pierwsi i przez jakiś czas grali samemu. Trzeba przyznać, że do dziś nie powstał drugi taki utwór Porcupine Tree, który stanowiłby tak szerokie pole do popisu dla sekcji rytmicznej. Colin również błyszczał w każdym wykonaniu. Wraz z odejściem Chrisa z zespołu, Dislocated Day wylądował na ławce rezerwowych, o ile nie poza stadionem.
Brak Maitlanda oraz niechęć Wilsona do TSMS niespecjalnie pomagały. Krążyła też plotka, że Richard Barbieri tego utworu nie lubi.
Ostatecznie, po niemal równej dekadzie nieobecności, Dislocated Day powrócił podczas specjalnych koncertów w Nowym Jorku i Londynie w 2010 r. oraz kilku z europejskiej trasy wepchniętej między wymienione.
Zespół próbował odtworzyć koncertową wersję z lat 90-tych. Gavin Harrison dawał radę, ale moim zdaniem zabrakło mu tej lekkości Chrisa. Wersja 2010 jest momentami przyciężkawa, ale i tak bardzo dobra.


                                                   

Na dziś, Dislocated Day wykonano po raz ostatni w Londynie, w Royal Albert Hall dnia 14.10.2010 r.

Oficjalnie, koncertowe wersje Dislocated Day pojawiły się na dwóch albumach: „Coma Divine” (1997, 2003) oraz „Octane Twisted” (2012).

c.d.n.

sobota, 16 grudnia 2017

Tour of No Dreaming: Signify Tour 1996 - 1998, cz.7: Bootlegi

Przejdźmy zatem do bootlegów. Jeżeli chodzi o wideo, to jest zaskakująco dużo materiału. Pisałem już o trzech dvd z majowej i letniej trasy w 1996. Na YT dostępne jest nagranie z Progscape.

                                                   

Z jesiennego Signify Tour tego roku nie ma niestety nic (a przynajmniej ja nie mam), ale 1997 rok obfituje już w wizualne pamiątki. Po pierwsze, jest nagranie z programu Help TV.

                                                   

Materiał istotny ponieważ jest to jedna z niewielu okazji aby zobaczyć profesjonalną telewizyjną rejestrację PT grających w latach 90-tych. Jest wszystko – zagrane wtedy utwory oraz momentami żenujący wywiad z członkami zespołu (zakłopotanie Ryśka zostało na zawsze uwiecznione na taśmie). Wieczorny koncert Bolonii (28 marca 1997) jest dostępny w formie VCD, niestety niekompletny. Zaczyna się w trakcie Cryogenics (chyba jedyna rejestracja video tego utworu) i od tego momentu sfilmowana jest cała reszta, razem 40 minut oglądania.


                                

Jakość jest znośna jak na amatorskie nagranie, udało się zachować wszystkie kolory co w przypadku transferów z VHS często jest problemem (i będzie bolączką kilku kolejnych bootlegów). Tłumów na tym występie nie było. Nagrywający stał w okolicach trzeciego rzędu, trochę z lewej, i wszystko spokojnie filmował. Wyobrażacie sobie taką sytuację teraz?
Z występu Porcupine Tree na festiwalu w San Remo (17 maja) została rejestracja samego Signify, ale za to profesjonalnie nagrana przez telewizję (wygląda to trochę jak transmisja z Sopotu).

                                                  

Włosi dali radę ponieważ kolejny bootleg video też pochodzi z Włoch i to ze słynnego koncertu w Magazzini Generali (16 października) gdzie po raz pierwszy zagrano Even Less. Koncert nie jest kompletny (jakieś pierwsze 40 minut), nagrywający chodzi sobie po całej sali, stawia sobie kamerę prawie na scenie, jeszcze weselej niż w przypadku Bolonii. Niestety jakość dźwięku potrafi zaboleć, a obrazu jeszcze bardziej ze względu na VHSową jazdę z kolorami. Sama kaseta była chyba wielokrotnie odtwarzana przed digitalizacją (bądź była to po prostu któraś z kolei kopia). Na końcu miła niespodzianka w postaci sfilmowanego spotkania z fanami po koncercie.

                                                  

Występ z dnia następnego (w Torino) również ktoś nagrał, całość jest trochę porwana, ale z grubsza dostajemy prawie cały koncert. Istnieją różne kopie tego bootlegu, mnie na przykład trafiła się praktycznie czarno-biała z zielono-czerwonymi VHSowymi maziajami. Wiem, że gdzieś jest lepsza bo fragment można zobaczyć na YouTubie. Dźwięk średniej jakości, ale nie ma co marudzić. Ostatni koncert Porcupine Tree z tej trasy, który posiadam (i o jakim wiem, że istnieje) pochodzi z 1998 roku, dokładniej z belgijskiego Biebob (16.04.1998 r.). Nagranie wartościowe ponieważ ukazuje nam Stefana po raz pierwszy z nowym image'm (włosy, okulary, nawet ciuchy). Całość filmowana blisko sceny, jakość przyzwoita.


                                                  

Ponownie istnieją przynajmniej dwie kopie z oryginalnego źródła, słabsza i lepsza). I to tyle jeśli chodzi o bootlego video, sporo tego i można się tylko cieszyć. Zaznaczam, że wymienione nagrania, to te, które mam, ale nie słyszałem o innych (co nie znaczy, że ich nie ma, na pewno są).
Jeśli chodzi o nagrania z deski realizatorskiej, to niestety wybór jest bardzo skromny (zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi latami). Coma Divine, mimo że wydawnictwem jest zacnym, to jest jednak zlepkiem i do pewnego stopnia tworem studyjnym. Jedyną alternatywą z Signify Tour nadal pozostaje Bydgoszcz (2.10.1997).


       


Historia nagrania tego występu do dziś pozostaje niejasna. Podobno koncert nagrał lokalny realizator. Legenda głosi, że na własne potrzeby, inna legenda zaś, że to na potrzeby organizatora (Rock-Serwis). Jakiś czas temu na Allegro objawił się autor tego nagrania i sprzedawał bezpośrednią kopię z mastera (jedną z takich kopii posiadam w plikach wav, jakość rzeczywiście jest trochę lepsza). Okazało się, że autor bootlegu nie miał pojęcia, że jego dzieło rozprzestrzeniło się po sieci i jest jednym z powszechniejszych (i najpopularniejszych) bootlegów wśród kolekcjonerów i fanów PT. Life is life, nanananana.
Jeżeli chodzi o sam koncert, to chyba nie muszę wiele pisać, każdy dobrze go zna. Jakość dźwięku jest krystaliczna, doskonale słychać każdy instrument (np. wpadkę Colina w Signify) i wokal, nie ma tu irytującej kompresji czy szumów (charakterystycznych np. dla nagrań transmisji radiowych z tamtych lat). Zespół bawi się doskonale, publiczność też. Otrzymujemy na tym bootlegu pięknej jakości uwiecznienie granego wtedy rzadko Sever.
Jeżeli miałbym się czegoś przyczepić, to tylko tego, że momentami gitara Wilsona jest zbyt cicha i ginie pod klawiszami Ryśka. Ale to drobny mankament i nie przeszkadza mi dać temu bootlegowi 10/10 (i to tylko w kategorii soundboard'ów). Niestety z 1997 r. to jedyne takie nagranie. Możemy jeszcze wziąć pod uwagę audio z występów w Help TV i festiwalu w San Remo (jeden utwór).

                                              

Z 1996 r. mamy do wyboru dwa nagrania "z deski". Po pierwsze, Leeds (12.05.1996 r.). Niemal cały bootleg to soundboard, a kilka utworów z tego koncertu, które z jakiegoś powodu się w ten sposób nie nagrały, dorzucono w wersjach z publiczności. Bardzo dobrze się tego słucha, a do tego mamy okazję usłyszeć w profesjonalnej jakości The Nostalgia Factory. Innym bootlegiem o profesjonalnym brzmieniu jest rip wideo z Londynu (24.05.1996 r.). Jakość jest doskonała, wprawdzie słychać, że zgrywano z VHS, bo dźwięk czasami "buja", ale to drobny szczegół. W zamian otrzymujemy pełny zapis koncertu z takimi rodzynkami, jak The Nostalgia Factory i Linton Samuel Dawson. I to tyle jeśli chodzi o nagrania z desek.


                                                

Co zatem mogę polecić z bootlegów nagranych w sposób partyzancki na wszelkiego rodzaju dyktafony? Praktycznie wszystkie koncerty z majowej trasy w 1996 r. Jakościowo brzmią dosyć dobrze, a setlista była wtedy mocno atrakcyjna.
Nowy Jork (27.06.1996 r.) i Baltimore (29.06.1996 r.) nie powalają może jakością, ale warto je posiadać, bo to pierwsze koncerty Porcupine Tree w Stanach. Poza tym, ten pierwszy to podstawa jeśli chcecie usłyszeć słynne "my amp is on fire!".

Z listopadowych występów, na pewno polecam londyńską Astorię (3.11.1996 r.), ale pozostałe bootlegi z tamtej jesieni również są dobre.

1997 r. otwiera tu rzymska Frontiera (26.03.1997 r.), czyli jeden z koncertów zarejestrowanych na "Coma Divine". Amatorski bootleg, to niestety jeden na najgorzej brzmiących bootlegów w historii bootlegów Porcupine Tree, ale trzeba go mieć ze względu na walory historyczne. To nie tylko źródło części utworów, które znamy z "Coma Divine" (i to słychać), ale również jeden z trzech (w ogóle) koncertów, na których zagrano drugą fazę Voyage 34.

      
            


Generalnie, to chwytajcie wszystko z marca 1997 r., co wpadnie Wam w ręce, jakość tych bootlegów jest średnia, ale wykonania miażdżą.
Z tego okresu polecam też audio z konferencji w Mediolanie. Fajna okazja, żeby posłuchać, jak sobie zespół heheszkuje.

Gorąco polecam bootlegu z koncertu w Rzymie (14.06.1997 r.), który ma naprawdę niezłą jakość oraz zawiera kilka ostatnich wykonań niektórych utworów PT (w tym Cryogenics).

Z jesiennej trasy, podobnie jak chyba z całego 1997 r., poleca wszystko jak leci. Zwłaszcza Mediolan (16.10,1997 r.) z pierwszym wykonaniem Even Less oraz Londyn (14.11.1997 r.) ze słynnym gościnnym udziałem Theo Travisa.
W tym czasie (oraz w 1998 r.) zespół robił dziwne miksy z Moonloopem doklejając różne jego części do Ambulance Chasing i Signify, zatem warto mieć te bootlegi.

                                                   

W 1998 roku, Porcupine Tree zagrali garstkę koncertów, wiec nie ma co wybrzydzać zwłaszcza, że większość ma dosyć przyzwoitą jakość.

I to by było na tyle. Jak na okres działalności zespołu sprzed 20 lat, to naprawdę mamy z czego wybierać i to zarówno jeśli mamy ochotę pooglądać, jak i posłuchać.



czwartek, 14 grudnia 2017

Touring The Polygraph: Arriving Somewhere... Tour 2006



                                                                     


Arriving Somethere Tour
. Trasa, która sprawiła mi problemy zanim jeszcze zacząłem o niej pisać. Bo jak ją potraktować? Super krótka jak na PT, to co z nią zrobić? Dołączyć do Deadwing Tour, bo promowali dvd z tej trasy? A może dołączyć do FOABP Tour, bo grali tę płytę w całości?
A może odseparować jako osobną trasę, którą w sumie była? Ale jak to zrobić, skoro na stronie oficjalnej zaznaczono, że trwała od września do października, a tu jeszcze były koncerty w czerwcu, lipcu i listopadzie? Pierdolnik do kwadratu. Dlatego zostawiłem sobie tę trasę na koniec i teraz już mniej więcej wiem jak to ugryźć. Efekty tego poniżej.

Pierwszą połowę roku, Steven Wilson poświęcił na pisanie i demowanie nowej płyty Porcupine Tree. W tym samym czasie miksował też audio do najnowszego wydawnictwa zespołu.

Arriving Somewhere...” czyli wydanie na dvd koncertów zarejestrowanych w Chicago w 2005 r., ukazało się we wrześniu 2006 r. Z tej okazji, zespół zrobił coś czego dotychczas nie robił – pojechał w trasę promującą dvd z trasy. Wcześniej w roku, Jeżodrzewie zagrali cztery koncerty festiwalowe, o których pisałem już pod koniec tego tekstu: http://stevenwilsonlive.blogspot.com/2014/04/arriving-everywhere-2005-cz2-deadwing.html

                                                    

Bosy wykombinował sobie jeszcze jedną rzecz. PT pracowali już w tym czasie nad Fear Of a Blank Planet i te prace były już bardzo zaawansowane. Panowie postanowili zaszaleć i zagrać cały nowy materiał na koncertach przed wydaniem płyty. Pomysł rzeczywiście był świeży i odważny, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że premierowy materiał miał szansę pojawić się w internecie w wątpliwej jakości (i tak się zresztą stało).

Porcupine Tree jednak zaryzykowali. Trasa rozpoczęła się 13-tego września w Cambridge. Zagrano:

01. Fear Of A Blank Planet
02. My Ashes
03. Anesthetize
04. Sentimental
05. Cheating The Polygraph
06. Sleep Together

07. Open Car
08. The Sound Of Muzak
09. Buying New Soul
10. Arriving Somewhere But Not Here
11. Mother And Child Divided
12. .3
13. The Start Of Something Beautiful
14. Trains

15. Halo
16. Blackest Eyes


Jak widać zespół traktował te mini-trasę jako szansę na dobrą zabawę i granie głównie nowszego materiału. Najstarsze w tym zestawie jest Buying New Soul, które słynne arp intro miało puszczane w 2006 r. od tyłu (od koncertu w Mińsku).

Na kolejnym koncercie, który odbył się w Paryżu (15-tego września) wyleciało Mother & Child i tak to wyglądało również w Antwerpii, Włoszech, Szwajcarii, Holandii, Niemczech, Anglii i Szkocji.
Tak, podczas całej europejskiej trasy nie zmieniło się praktycznie nic, a najbardziej zadowoleni pozostali fani z Cambridge. W Europie, supportem PT był zespół Paatos, z wyjątkiem Belgii i Francji gdzie zagrali Oceansize.

                                                 


5-tego października zawitał do Stanów. Ten odcinek trasy rozpoczął się w Bostonie i prezentował się jeszcze skromniej:

01. Fear Of A Blank Planet
02. My Ashes
03. Anesthetize
04. Sentimental
05. Cheating The Polygraph
06. Sleep Together

07. Open Car
08. The Sound Of Muzak
09. Arriving Somewhere But Not Here
10. .3
11. The Start Of Something Beautiful
12. Trains

13. Halo


Tego samego dnia, rano, Steven i Wes zagrali akustyczny mini koncert w sklepie Newbery Comics.

01. Even Less
02. The Sky Moves Sideways
03. Buying New Soul
04. Lazarus


                                                  

Począwszy od kolejnego koncertu, który odbył się 6-tego października w Nowym Jorku, powrócono do standardowego setu z Europy (15 utworów).

Ta trasa byłaby prawdopodobnie najnudniejszą trasą Porcupine Tree gdyby nie tradycyjna awaria sprzętu, która tym razem nastąpiła w San Francisco (13-tego października).

Po wykonaniu My Ashes posypał się wzmacniacz. Wilson musiał szybko zareagować więc wziął gitarę i zagrał Even Less akustycznie. Awaria się przedłużała więc wykonał jeszcze Thank U Allanis Morrisette, które do tej pory grywał tylko solo (a potem z Blackfield).

W tym czasie ekipa techniczna załatała problem i zespół mógł kontynuować z Anesthetize. Na koncert PT, fani mogą się tylko z takich usterek cieszyć.

I to było zakończenie trasy „Arriving Somewhere...”.

W listopadzie zespół zagrał 3 nadprogramowe koncerty w Japonii (w lipcu zagrał jeszcze na dwóch japońskich festiwalach i to były jedyne występy PT w tym kraju) w: Nagoyi (27-mego listopada), Osace (28-mego listopada) i w Tokyo (29-tego listopada).

Grali wtedy:

01. Blackest Eyes
02. The Sound Of Muzak
03. Hatesong
04. Lazarus
05. Anesthetize
06. Open Car
07. Buying New Soul
08. Mother And Child Divided
09. Ariving Somewhere But Not Here
10. The Start Of Something Beautiful
11. Halo

12. Trains


czyli praktycznie dvd „Arriving Somewhere” w pigułce. Powróciło Mother & Child oraz niegrane od czasu zagranych tego roku festiwali Hatesong i Lazarus. Z FoaBP zostało tylko Anesthetize, ale to praktycznie 3 utwory.

Jak więc wypadł premierowy materiał? Jak widać, grano wczesną wersję, które zawierała Cheating The Polygraph. Później Wilson stwierdził, że potrzebują lepszego utworu w tym miejscu i tak powstało Way Out Of Here, które moim zdaniem w niczym nie jest lepsze od Cheating The Polygraph, ale to nie czas i miejsce na takie rozważania. Mimo tej „wczesności”, materiał brzmiał niemal identycznie, jak ostatecznie na płycie. Fani byli bardzo podekscytowani tym co usłyszeli, zwłaszcza ci, którzy zainteresowali się PT po In Absentii.

Trasa się udała, FoaBP przeszło chrzest bojowy, a do ego wypromowano live dvd. Nie mówiąc o dobrej zabawie.

Między 8 czerwca (tak, wliczam też festiwale), a 29 listopada zagrano 23 utwory:

1 utwór z „The Sky Moves Sideways” (akustycznie)
2 utwory ze „Studpid Dream” (w tym „Even Less” dwukrotnie akustycznie)
1 utwór z „Lightbulb Sun”
1 utwór z „Recordings” (w tym raz akutycznie)
4 utwory z „In Absentia” (w tym „Lazarus” jednorazowo akustycznie)
6 utworów z „Deadwinga”
5 utworów z „Fear of a Blank Planet”
1 utwór z „Nil Recurring”
1 utwór niealbumowy (So Called Friend)
1 cover (Thank U)



Co nam, fanom, zostało z tej trasy jeśli chodzi o bootlegi? Całkiem sporo.
Tak jak wspominałem, premierowy materiał w wersji live zaczął krążyć po internecie błyskawicznie, do dziś można się natknąć na „Fear Of a Blank Planet (bootleg)", które zawiera fragment jednego z koncertów (z Cheating podpisanym jako Way Out) i dwoma studyjnymi bonusami z tej płyty.

                                           

Jeżeli chodzi o materiał wideo, to interesuje was profesjonalnie zarejestrowany fragment koncertu w Saarbrucken, który potem wyemitowano w tv.
Z oczywistych względów pominięto podczas emisji "Fear of A Blank Planet" oraz już z niezrozumiałych dla mnie powodów The Sound of Muzak i Buying New Soul. Reszta natomiast została i dzięki temu mamy prawie 50-ciominutowy materiał składający się z 7 utworów.

Jeżeli chodzi o bootlegi z publiki to większość prezentuje podobną jakość. Na pewno warto wyróżnić Cambridge (ze względu na dłuższy set) oraz zakończenie trasy po Stanach w San Francisco (ze względu na Even Less i Thank U). O dziwo bootlegów jest naprawdę sporo, jak na tak małą ilość koncertów więc spokojnie łapcie, co Wam wpadnie w ręce. Premierowe wykonania "Fear Of a Blank Planet" brzmią świeżo i energicznie.

Ostatecznych nagrań utworów na ten album dokonano zaraz po zakończeniu trasy, między październikiem, a grudniem 2006 r., kiedy zespół był jeszcze na gorąco z materiałem. Way Out Of Here powstało w studiu, skomponowane przez cały zespół.

"Fear Of A Blank Planet" ukazała się 16-tego kwietnia 2007 r. i przeszła do historii jako jedna z najbardziej cenionych płyt w dyskografii Porcupine Tree.